W zasadzie nic się nie dzieje. EM w piątek rano pojechał na północ. Trochę mu zazdroszczę, bo włóczęga, nowe widoki każdego dnia, nowi ludzie spotkani w trasie (albo i nie) stada reniferów, góry…
Ale trochę też się cieszę bo temperatury niskie, bo deszcz, chmury, chmary meszek, brak wychodka i prysznica oraz twarda ziemia pod plecami. Wszystko inne – da się znieść, ale brak sanitariatów – nie. No, nie. Nie musi być nawet gorąca woda, nie musi być nawet prysznic. Ale kibelek i bieżąca woda – musowo.
Ale strasznie mi się chce połazikować.
Zaczęłam się w internetach rozglądać. Może jakaś stuga, gdzieś w Skanii, na kilka dni? Tak mniej więcej w połowie drogi do Kasi? A jakby jeszcze jakaś woda w okolicy była…Morze na przykład? W 2 połowie sierpnia, to w Szwecji już się będą kończyć wakacje, więc i ludzi mniej i ceny może lepsze? A sierpień też może być piękny.
Poszukam.
Tymczasem wyciągnęłam syna na włóczęgę po Kinnekulle. Znowu.
Miał być w dwór w Hällekis ale przejechaliśmy właściwy skręt, a od następnego droga wiodła nieco dookoła.
Wjechaliśmy. I mi się przypomniało:
– A byłeś w Grocie Lassego?
Kiedyś był, ze szkołą, ale nawet do środka nie zajrzał. To skręciliśmy.
Droga polna, dziurawa, Yankie jęczał wraz z resorami swej Limonki.
Nawet aparatu nie wyciągnęłam, bo fotografowałam to miejsce setki razy!
Historię Lassego można opisywałam tu: https://krainatrolli.home.blog/2014/10/13/wokol-groty-lassego/
Ale zdjęcia po przenosinach się nie zachowały. Masz ci los. To zobaczcie tu: http://vandrapakinnekulle.se/se/sevardheter/lassesgrotta.html
Komary żarły, cień był wokoło, Yankie zajrzał do pustego, ponurego wnętrza, ja zwiałam na słońce. A potem jeszcze szybciej do auta. Yankie za mną. Ruszyliśmy z powrotem, nad koronami drzew pokazały się trzy kopuły wieży kościoła na Husaby.
– Byłeś? Znasz?- zapytałam dziecko.
Był…kiedyś, dawno temu…Opad rąk po prostu.
– Chodź sieroto! Tam był chrzczony wnuk Mieszka I! Musisz tam zajrzeć.
Zajrzeliśmy. A ja – bo przecież fotografuję ten kościół od lat znowu nie pstryknęłam ani jednego zdjęcia. A przecież uwielbiam ten kościółek.
Tu można nań popatrzeć: https://www.google.com/search?q=husaby+kyrka&client=firefox-b-dsxsrf=ALeKk03ZyBRICjvRbxXSEK2hP6dYRFP9gA:1595144160499&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwia_LSI59jqAhUymIsKHVpgDZYQ_AUoAnoECBMQBA&biw=1241&bih=568
Yankie się pokręcił. Wyszedł.
– Dziwnie się czuję w kościołach. Ta atmosfera… Brrrr…
– Diabeł w tobie się źle czuje 😀 – zaśmiałam się, bo Yankie jest kompletnie niewierzący. Ja to chociaż mam nadzieję.
– A tu niedaleko są rysunki naskalne, chcesz? – zapytałam.
Chciał. Pojechaliśmy. Rysunków nie fotografowałam. Ale za to zachwyciło mnie pole jęczmienia (chyba) oraz dziewanna.


Z tą dziewanną to dziwna sprawa. Dostrzegłam ją ze dwa lata temu po raz pierwszy gdzieś przy drodze. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego więc mnie zaciekawiło co to za roślina. Dowiedziałam się. A teraz widzę ją wszędzie. Rozsiała się po okolicy w ostatnim czasie czy dopiero teraz zaczęłam ją dostrzegać? Nie mam pojęcia.
W każdym razie pogapiliśmy się na te rysunki, uznając, że oznaczają one zapewne to samo co i współczesne bazgroły. Franek tu był. Juzek jezd gupi. Podobno nawet w Pompejach odkryto napisy takiej treści. Czyli jak świat światem człowiek zawsze miał potrzebę zaznaczenia swej w danym miejscu obecności.
Potem znowu pomieszłam drogi i zamiast ruszyć na wschód pojechaliśmy bardziej na północ. Szybko spostrzegłam swoją pomyłkę, ale ponieważ na Kinnekulle wszystkie drogi prowadzą na szczyt to się nie zmartwiliśmy.
Z daleko zobaczyłam parking…
– Martorpsfallet! Byłeś?
Był…a jakże. Sto lat temu i mało pamięta. To poszliśmy. Ja z nadzieją, że skoro ostatnio tyle padało to będzie na co popatrzeć.
A było tylko tak:

Ale widzieliśmy na drzewie taki znak:

i Yankie straszył, że zaraz jakiś Jötunn na nas wyskoczy.
Z góry był całkiem ładny widok.

i pojechaliśmy dalej.
Jeszcze tylko na chwilkę popatrzyliśmy z góry na Stenbrottet. I jak żyję tylu ludzi w tym miejscu nigdy nie widziałam.

No i wreszcie, po prawie trzech godzinach dotarliśmy do miejsca docelowego. Plan zakładał posiedzenie w kawiarnianym ogródku, ale przecież nie o godzinie dwudziestej! Kawiarnie są czynne rano, do popołudnia. Tak do szesnastej. Espresso house, w mieście, jest czynne do późna, chyba nawet do dwudziestej. Ale to burżujskie wymysły są. Normalna kawiarnia zamyka się po południu, bo porządny człowiek o tej porze w domu siedzi, z rodziną, a nie po kawiarniach włóczy.
Pusto wszędzie, głucho wszędzie…Tylko dziewanna rośnie.


Yankie poszedł do koników. Ja zapłaciwszy 20kr swishem poszłam do ogrodu różanego i parku.


Ciemnawo już było, bo po dwudziestej i słońce dość nisko a dookoła wielkie drzewa.
Zawołałam dziecko, bo te drzewa to było coś niesamowitego. Przyszedł. I jeszcze z godzinę tam łaziliśmy z zachwytem oglądają wielki buk, i orzech włoski, i kasztanowiec prawdziwy, i sekwoję japońską, i kolejny kasztanowiec i buk, i orzech…



A na koniec odkryłam platan, choć nie tak piękny jak te we Włoszech to jednak wzruszenie mnie ścisnęło za gardło, bo jak on biedaczek może żyć w takim klimacie?

Głaskałam jego cętkowaną korę, cała przytulona do drzewa gdy Yankie mnie zawołał.
Od kilku chwil krążył wokół jakiegoś sporego iglaka.

– Wiesz co to jest? – zapytał mnie wielkim głosem, a oczy miał jak stare pięciokoronówki*
– To jest SEKWOJA. Mamucia. Czyli taka co rosną w Ameryce i trzeba dziesięciu facetów, żeby ją objąć.
Zrobiło wrażenie, nie powiem. Tym bardziej, że zaledwie kilka minut wcześniej powiedziałam, że chciałabym zobaczyć jak wyglądają te wielkie drzewa. Mówisz – masz. Nie powiedziałam, że chcę ZOBACZYĆ te wielkie drzewa tylko chcę zobaczyć JAK WYGLĄDAJĄ. Moja wina.
Jeszcze tylko skubnęłam kilka czereśni podśpiewując w duchu za Marianem Opanią
„Burżuje to straszne świnie są
a im strasi tym są bardziej głupsi
Głupstwa swe żuj burżuju żuj
każdy powie ci, żeś złamany…”
Śpiewałam bo w parku, który jest ogromny, natykałam się co chwila na tabliczkę PRIVAT. I oczywiście fajnie, że burżuje dali choć te drzewa i ogród różany pooglądać, ale tam dalej był staw, i zbocze…Noale „nie lzia” to nie lzia.
Z zemsty ukradłam im kilka czereśni.


Popatrzyłam smętnie na drogę ze znienawidzoną acz dyskretną tabliczką PRIVAT.
Jeszcze rzut oka na koniki na pastwisku.

Tak. Wreszcie mam swoje „smultronställe” czyli poziomkowe miejsce czyli ulubione miejsce w okolicy. Czyżbym po 12 latach zaczynała kochać ten kraj?
Tośka mnie opierniczyła, bo się guzdrałam z sikaniem po przyjeździe do domu, a ona była pewna, że na dole czeka na nią Pańcio ukochany. Szczekała na mnie gdym była w toalecie, drzwi nie dała mi nawet zamknąć, bo uparcie pchała łapę, potem szczekała pod drzwiami domowymi, a potem pod tymi od klatki schodowej.
Wyleciała i zaczęła się miotać po chodniku bo nie wiedziała gdzie ten Pańcio. No weź psu wytłumacz, że nie ma.
A dziś chcę wyciągnąć syna na gofry i alpaki na wieś.
Nie wiem czy mi się uda, bo wczoraj nie był entuzjastycznie nastawiony…





































