81. Z dni ostatnich

W zasadzie nic się nie dzieje. EM w piątek rano pojechał na północ. Trochę mu zazdroszczę, bo włóczęga, nowe widoki każdego dnia, nowi ludzie spotkani w trasie (albo i nie) stada reniferów, góry…
Ale trochę też się cieszę bo temperatury niskie, bo deszcz, chmury, chmary meszek, brak wychodka i prysznica oraz twarda ziemia pod plecami. Wszystko inne – da się znieść, ale brak sanitariatów – nie. No, nie. Nie musi być nawet gorąca woda, nie musi być nawet prysznic. Ale kibelek i bieżąca woda – musowo.
Ale strasznie mi się chce połazikować.
Zaczęłam się w internetach rozglądać. Może jakaś stuga, gdzieś w Skanii, na kilka dni? Tak mniej więcej w połowie drogi do Kasi? A jakby jeszcze jakaś woda w okolicy była…Morze na przykład? W 2 połowie sierpnia, to w Szwecji już się będą kończyć wakacje, więc i ludzi mniej i ceny może lepsze? A sierpień też może być piękny.
Poszukam.
Tymczasem wyciągnęłam syna na włóczęgę po Kinnekulle. Znowu.
Miał być w dwór w Hällekis ale przejechaliśmy właściwy skręt, a od następnego droga wiodła nieco dookoła.
Wjechaliśmy. I mi się przypomniało:
– A byłeś w Grocie Lassego?
Kiedyś był, ze szkołą, ale nawet do środka nie zajrzał. To skręciliśmy.
Droga polna, dziurawa, Yankie jęczał wraz z resorami swej Limonki.
Nawet aparatu nie wyciągnęłam, bo fotografowałam to miejsce setki razy!
Historię Lassego można opisywałam tu: https://krainatrolli.home.blog/2014/10/13/wokol-groty-lassego/
Ale zdjęcia po przenosinach się nie zachowały. Masz ci los. To zobaczcie tu: http://vandrapakinnekulle.se/se/sevardheter/lassesgrotta.html

Komary żarły, cień był wokoło, Yankie zajrzał do pustego, ponurego wnętrza, ja zwiałam na słońce. A potem jeszcze szybciej do auta. Yankie za mną. Ruszyliśmy z powrotem, nad koronami drzew pokazały się trzy kopuły wieży kościoła na Husaby.
– Byłeś? Znasz?- zapytałam dziecko.
Był…kiedyś, dawno temu…Opad rąk po prostu.
– Chodź sieroto! Tam był chrzczony wnuk Mieszka I! Musisz tam zajrzeć.
Zajrzeliśmy. A ja – bo przecież fotografuję ten kościół od lat znowu nie pstryknęłam ani jednego zdjęcia. A przecież uwielbiam ten kościółek.
Tu można nań popatrzeć: https://www.google.com/search?q=husaby+kyrka&client=firefox-b-dsxsrf=ALeKk03ZyBRICjvRbxXSEK2hP6dYRFP9gA:1595144160499&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwia_LSI59jqAhUymIsKHVpgDZYQ_AUoAnoECBMQBA&biw=1241&bih=568

Yankie się pokręcił. Wyszedł.
– Dziwnie się czuję w kościołach. Ta atmosfera… Brrrr…
– Diabeł w tobie się źle czuje 😀 – zaśmiałam się, bo Yankie jest kompletnie niewierzący. Ja to chociaż mam nadzieję.

– A tu niedaleko są rysunki naskalne, chcesz? – zapytałam.
Chciał. Pojechaliśmy. Rysunków nie fotografowałam. Ale za to zachwyciło mnie pole jęczmienia (chyba) oraz dziewanna.

Z tą dziewanną to dziwna sprawa. Dostrzegłam ją ze dwa lata temu po raz pierwszy gdzieś przy drodze. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego więc mnie zaciekawiło co to za roślina. Dowiedziałam się. A teraz widzę ją wszędzie. Rozsiała się po okolicy w ostatnim czasie czy dopiero teraz zaczęłam ją dostrzegać? Nie mam pojęcia.
W każdym razie pogapiliśmy się na te rysunki, uznając, że oznaczają one zapewne to samo co i współczesne bazgroły. Franek tu był. Juzek jezd gupi. Podobno nawet w Pompejach odkryto napisy takiej treści. Czyli jak świat światem człowiek zawsze miał potrzebę zaznaczenia swej w danym miejscu obecności.
Potem znowu pomieszłam drogi i zamiast ruszyć na wschód pojechaliśmy bardziej na północ. Szybko spostrzegłam swoją pomyłkę, ale ponieważ na Kinnekulle wszystkie drogi prowadzą na szczyt to się nie zmartwiliśmy.
Z daleko zobaczyłam parking…
– Martorpsfallet! Byłeś?
Był…a jakże. Sto lat temu i mało pamięta. To poszliśmy. Ja z nadzieją, że skoro ostatnio tyle padało to będzie na co popatrzeć.
A było tylko tak:

Ale widzieliśmy na drzewie taki znak:

i Yankie straszył, że zaraz jakiś Jötunn na nas wyskoczy.
Z góry był całkiem ładny widok.

i pojechaliśmy dalej.
Jeszcze tylko na chwilkę popatrzyliśmy z góry na Stenbrottet. I jak żyję tylu ludzi w tym miejscu nigdy nie widziałam.

No i wreszcie, po prawie trzech godzinach dotarliśmy do miejsca docelowego. Plan zakładał posiedzenie w kawiarnianym ogródku, ale przecież nie o godzinie dwudziestej! Kawiarnie są czynne rano, do popołudnia. Tak do szesnastej. Espresso house, w mieście, jest czynne do późna, chyba nawet do dwudziestej. Ale to burżujskie wymysły są. Normalna kawiarnia zamyka się po południu, bo porządny człowiek o tej porze w domu siedzi, z rodziną, a nie po kawiarniach włóczy.
Pusto wszędzie, głucho wszędzie…Tylko dziewanna rośnie.

Yankie poszedł do koników. Ja zapłaciwszy 20kr swishem poszłam do ogrodu różanego i parku.

Ciemnawo już było, bo po dwudziestej i słońce dość nisko a dookoła wielkie drzewa.
Zawołałam dziecko, bo te drzewa to było coś niesamowitego. Przyszedł. I jeszcze z godzinę tam łaziliśmy z zachwytem oglądają wielki buk, i orzech włoski, i kasztanowiec prawdziwy, i sekwoję japońską, i kolejny kasztanowiec i buk, i orzech…

A na koniec odkryłam platan, choć nie tak piękny jak te we Włoszech to jednak wzruszenie mnie ścisnęło za gardło, bo jak on biedaczek może żyć w takim klimacie?

Głaskałam jego cętkowaną korę, cała przytulona do drzewa gdy Yankie mnie zawołał.
Od kilku chwil krążył wokół jakiegoś sporego iglaka.


  • – Wiesz co to jest? – zapytał mnie wielkim głosem, a oczy miał jak stare pięciokoronówki*
    – To jest SEKWOJA. Mamucia. Czyli taka co rosną w Ameryce i trzeba dziesięciu facetów, żeby ją objąć.
    Zrobiło wrażenie, nie powiem. Tym bardziej, że zaledwie kilka minut wcześniej powiedziałam, że chciałabym zobaczyć jak wyglądają te wielkie drzewa. Mówisz – masz. Nie powiedziałam, że chcę ZOBACZYĆ te wielkie drzewa tylko chcę zobaczyć JAK WYGLĄDAJĄ. Moja wina.
    Jeszcze tylko skubnęłam kilka czereśni podśpiewując w duchu za Marianem Opanią
    „Burżuje to straszne świnie są
    a im strasi tym są bardziej głupsi
    Głupstwa swe żuj burżuju żuj
    każdy powie ci, żeś złamany…”
    Śpiewałam bo w parku, który jest ogromny, natykałam się co chwila na tabliczkę PRIVAT. I oczywiście fajnie, że burżuje dali choć te drzewa i ogród różany pooglądać, ale tam dalej był staw, i zbocze…Noale „nie lzia” to nie lzia.
    Z zemsty ukradłam im kilka czereśni.

Popatrzyłam smętnie na drogę ze znienawidzoną acz dyskretną tabliczką PRIVAT.
Jeszcze rzut oka na koniki na pastwisku.

Tak. Wreszcie mam swoje „smultronställe” czyli poziomkowe miejsce czyli ulubione miejsce w okolicy. Czyżbym po 12 latach zaczynała kochać ten kraj?
Tośka mnie opierniczyła, bo się guzdrałam z sikaniem po przyjeździe do domu, a ona była pewna, że na dole czeka na nią Pańcio ukochany. Szczekała na mnie gdym była w toalecie, drzwi nie dała mi nawet zamknąć, bo uparcie pchała łapę, potem szczekała pod drzwiami domowymi, a potem pod tymi od klatki schodowej.
Wyleciała i zaczęła się miotać po chodniku bo nie wiedziała gdzie ten Pańcio. No weź psu wytłumacz, że nie ma.
A dziś chcę wyciągnąć syna na gofry i alpaki na wieś.
Nie wiem czy mi się uda, bo wczoraj nie był entuzjastycznie nastawiony…

80. Dekada

Dziesięć lat temu lato było było gorące. Cały lipiec niebo było czysto błękitne, bez jednej chmurki, z ogromną kulą słońca przesuwającą się ze wschodu na zachód.
Dziesięć lat temu noc była gorąca.
Dziesięć lat temu, mniej więcej o tej porze spotkałam człowieka, który stał się najważniejszy w moim życiu.
To była taka chwila, ułamek sekundy. Zaaferowana czym innym, spojrzałam…i przepadłam. Nie zdążyłam się przygotować by móc osłonić, otorbić serce, spuścić firewalla. Jedna chwila, błysk…i pozamiatane.
Tego roku, wyjeżdżając z Polski, płakałam. To był ten jeden, jedyny raz.
Dziesięć lat. Tylko dziesięć. Aż dziesięć?
To od tej chwili wszystko co robię, całe moje życie, nabrało sensu.

Dziesięć lat temu zostałam babcią.
Zuzia jest najlepszym co mi się przytrafiło w życiu.

79/2020

Ze ściśniętym żołądkiem szukam rezultatów.
Taka mała różnica…Minimalna. Taka duża frekwencja.
Warmińsko-mazurskie tym razem się spisało. I kilka innych województw.
Czy można mieć nadzieję?

78/2020 Wybory

Na wstępie zaznaczę: odkąd wyjechałam z Polski na stałe – nie głosuję w Polsce.
A teraz tak: zawsze uważałam, że mimo różnic w poglądach politycznych można się dogadać z drugim człowiekiem zwłaszcza jesli łączą nas zgodne poglądy na tysiąc innych spraw, zainteresowania lub szerokopojąta obopólna sympatia.
Moja kuzynka jest zwolenniczką Partii Iedynie Słusznej? Ale to jedyna kuzynka ze strony ojca…
Inna jest rasistką i homofobką? Ale to jedyna kuzynka ze strony matki…
Odpuszczam. Przemilczam, omijam temat. Są rzeczy ważniejsze niż polityka, prawda?
A teraz idą wybory. Znawcy mówią, że to ostatni moment na zachowanie choć skrawka demokracji w Polsce.
Już dawno zamknęłam się na polityczne debaty w Polsce (i nie tylko). Nie chcę, nie umiem i nie mogę ich wszystkich słuchać bo robi mi się coś złego z charakterem. Robiłabym kęsim wszystkim jak leci od prawa do lewa, nie bacząc na nic. Ostatnie moje największe rozczarowanie: Biedroń. Kto jak kto, ale on – wychowanek małego miasta, wyrzutek z powodu orientacji seksualnej, on powienien najlepiej wiedzieć, że polityka to życie ludzi takich jak on – ludzi daleko od centum politycznego, ludzi nie mieszczących się w ramach. I takim się zdawał gdy rządził w Słupsku. A potem wyciął numer z kandydowaniem na kolejną kadencję mimo, że kandydował na europosła. I wyciął brzydki numer tym, którzy na niego głosowali bo po prostu ich zostawił. Tak się nie robi. I nie, nie przekonuje mnie, że przecież jego nastepca będzie robił to samo i tak samo. Wszyscy wiemy, że nie będzie, bo choćby był to najlepszy z ludzi jest INNY. I ci co głosowali na Biedronia głosowali na Biedronia, a nie na jego koleżankę.
Od tamtej chwili już nie wdzę w nim mądrego człowieka tylko polityka. A to nie jest komplment.
To była ta ostatnia kropla…
Trzaskowskiego nie znam kompletnie. Nawet nie wiem co mówi i jak mówi. Dopiero kilka dni temu dowiedziałam się jak wygląda. No, ładny chłopak. Nadal nie chcę go słuchać. Ani nikogo innego.
A jednak wciąż wierzyłam, że można się dogadać ponad podziałami.
Dziś poczułam, że nie. Jednak – nie. Nie dam rady dalej ignorować antysemityzmu i homofobii. Dzielenia ludzi na tych od TVNu i TVP. Na…sama nie wiem jakich jeszcze. No nie dam rady.
Odkryłam to, gdy znajomy, na którego ślub miałam jechać jutro, rzucił jakimś dzielącym tekstem. Nie mam chęci tam jechać. Nie chcę znów uważać na to co mówię, by nie wywołać agresji.
Sorry. Po prostu już nie mogę.
Nie będę się kłócić z kuzynkami. Po prostu wywalę je z kontaktów. Nie chcę, nie mogę, nie umiem dłużej …
Więc jeśli jest tu jeszcze ktoś, kto uważa, że człowiek o innym wyznaniu lub kolorze skóry jest gorszy – niech sobie stąd idzie. Jesli wierzysz w brednie, że homoseksualizm i pedofilia to to samo – idź sobie stąd. Jeśli wierzysz, że homoseksualizm da się leczyć, że jest to wybór – żegnam. Jesli myślisz, że nie wierząc w żadnego Boga nie można być porządnym człowiekiem – nie zapraszam. Jeśli wierzysz, ze jeden naród jest lepszy od innego, że rasa ludzka powinna być „czysta”…, jeśli uważasz, że życie poczęte jest święte i świętsze od wszystkiego innego…
Po prostu: jeśli w jakiejkolwiek sprawie dajesz posłuch słowom pełnym nienawiści -idź sobie stąd. Idź do swoich.
…ale mam cichą nadzieję, że wy tacy nie jesteście.

77. Północ czyli tam, wysoko…

Trzy dni. Ponad 1400km. Ponad 1100mnpm na Lilla Nipfjället. Najwyższy w Szwecji wodospad 93m – Njupeskär. Trzy landy- Värmland, Dalarna, Jämtland. Trzy języki, a w porywach nawet cztery. Polski i szwedzki, angielski czasem oraz sami, tylko w nazwach mijanych miejscowoci. Tylko 160zdjęć, bo musiałam oszczędzać miejsce na karcie, żeby na nic nie zabrakło. Słońce nas smażyło, deszcz zlewał i wychładzał.
Zwierzęta jakich nie spotkasz nigdzie indziej: młoda sójka syberyjska, piżmowoły i renifery. Niespotykanie życzliwi ludzie, zagadujący sami z siebie i pytający o wrażenia z ich krainy, bezbłędnie wykrywając turystę. Turyści życzliwi – jak ten pan co znalazł portfel mego męża i zostawił w kawiarni przy wodospadzie- wracaliśmy się 100km w panice.
I spanikowana pani w Härjedalen, która krzyczała na Misię, że ma się odsunąć na 2 metry, bo korona i ona chyba nigdy w życiu nikogo nie straciła. Na co moja córka spokojnie odrzekła, że ona stoi za linią i to raczej pani powinna się cofnąć, a poza tym nie musi być niegrzeczna.
Trolle -schowane na drzewie, maleńkie, nie do zobaczenia niemal i duże, dumnie stojące przy drogach.
Chatki dla wędrowca, w przy których czyjeś dobre ręce gromadzą drewno na opał – do kozy w środku. Za darmo. Wybrane i oznaczone miejsca, zawsze blisko wody, gdzie można rozbić namiot lub postawić samochód i pomieszkać na dziko. Sławojki blisko tych miejsc.
Mel śmiejący się wraz z Zozo z Misi. Misia fukająca i Zozo bezbłędnie ją naśladująca. Zozo szczęśliwa jak nigdy dotąd, Zozo robiąca „za psa bernardyna” bo kazdy się z nią fotografował. eM który dowiózł nas bezpiecznie do domu jadąc ciurkiem ponad 700km, na szczęście w większości w świetle dziennym bo przecież nocy teraz prawie nie ma.
Komary…Kochane, widzialne komary, bojące się każdego spraju. I małe, niewidoczne meszki, które w jednej sekundzie zagryzają człowieka niemal na śmierć, na które nie działa nic. Podobno działa jedynie dziegiedź albo coś do niego podobnego.
Przyroda. Całe pola białych puchatych kulek. Kwitnąca moroszka i jagody. Maciupkie brzózki. I ponad sześćsetletnie drzewa iglaste -poskręcane ale wciąż wyciagnięte w górę do światła.
Przestrzeń. I widoki zapierające dech (gdy deszcz nie zalewał widoku).
…Było cudnie! I mówię wam: na zdjęciach wcale tego nie widać! Chciałabym…jeszcze???
eM zaczyna urlop za tydzień . Anulowali mu lot do Polski. Namawia na Kirunę…
No nie wiem…Te meszki, deszcz…
Warto?



Pamiątka z Jämtland.

75.2020

Dziś wreszcie upał zelżał nieco. Niebo poszarzało i spadł deszcz. Ochłodziło się. Mimo to, w mieszkaniu nadal gorąco. Gratulacje dla geniusza, który zamawiając plastikowe, wielkie okna nie pomyślał o takich dniach. Brawo geniuszu, obyś do końca życia mieszkał w mieszkaniach urządzonych wedle tego samego projektu.
Jestem rozdrażniona i niekontaktowa. Bo upał. W nocy sypiam po 4-5 godzin, często z przerwami co godzinę. W dzień chodzę senna i rozlazła. Jak się położę – zasypiam w jednej sekundzie a po 10minutach się budzę, w ogóle nie wypoczęta.
Tośce też upał pada na głowę. Dziś rano wlazła mi na kolana, a siedziałam na swoim fotelu. Potem się tak kręciła, że omal mnie z tego fotela nie zepchnęła.
Dostawszy wołową, szpikową kość…po prostu ją ignorowała. Potem wzięła w zęby i położyła się na łóżku. No hola, panienko! Ja wiem, że to NASZE łóżko, ale czy ty widziałaś żebym ja w nim jadła?! Pół dnia śmierdziało mi pod nosem tą kością.
Byliśmy u Litwinów. Przyroda szaleje. Litwinka dostała kilka kur. Stwierdziła, że kury ma głupie bo nie chcą iść na dwór. Abba zrobiła się jeszcze bardziej namolna, aż tracę cierpliwość. Może to ten stan. Może psie pazury na nieosłoniętym ciele.
Basil jest cały czarny. Urodził się jako pierwszy i jest indywidualistą. Gdy pozostała czwórka przewraca się ze sobą, kotłując i tocząc udawane wojny Basil eksploruje odległe tereny. Usiłuje rozgryźć czym jest kabel od lampy, a czym kokardka od poduszki, wspina się po poduszce wysoko, by sięgnąć półki. Nauczył się korzystać z kuwety! A ma dopiero miesiąc!
Cała piątka je już z miski, choć mama jeszcze je dokarmia. Jeden z pręgowanych usiłował dziś odgonić matkę od wspólnej miski! Położył jej łapę na głowie i fukał i warczał. Rozpuszczony smarkacz. Matka go ignorowała.
Mama-Simha wyznaje zasadę: nakarmione, umyte – teraz matka ma wychodne. I wychodzi.
Jeszcze dwa miesiące…Może półtora. Potem Basil wyląduje u mnie.
Ciekawe co Tośka na to…
Czy ja na pewno wiem co robię???

74/2020 Zarzekała się żaba błota

Na północ?! Latem?! Po 9-10 miesiącach permanentnej szarości, zimna, lodu lub pośnieżnej brei dookoła? NIGDY W ŻYCIU! Nope! No way! Glöm det!
Że nie dodam wszystkich znanych mi przekleństw w różnych językach.
I co?
I to.
Termometr pokazał wczoraj 33stopnie. Tak w okolicy godziny 12. W cieniu. Woda w Vener ma temperaturę zupy, zwłaszcza jak nie wieje. Bardziej zwłaszcza – na płyciźnie, a tu przecież wokół sama płycizna.
Chyba, że wieje, wtedy woda ze środka jeziora się wpycha do brzegu i miesza. Zozo mówi, że jak zimna woda to dopiero jest fajnie, bo śmiesznie.
A na północy takie przyjemne 23stopnie. I białe noce jeszcze bielsze. Tylko komary i inne bestie żądne mordu. Na przykład misie. Brunatne.
Ale co tam…Jedziemy! Ja jadę. Oni jadą.
To znaczy: eM+ja, oraz Misia+Mel+Zozo. Miała być jeszcze Tosia na pokładzie, ale. To krótki, ale daleki wyjazd. Wyjeżdżamy za tydzień, we czwartek. Wracamy w niedzielę. A przejedziemy jakieś 670km. W jedną stronę! Jedziemy zobaczyć najwyższy wodospad w Szwecji -Fulufjälet oraz takie dziwne zwierzęta co się zwą piżmowół.
W sumie będziemy bardzo długo jechać, a potem dużo chodzić po parku narodowym. To nie jest dobre dla Tosi. Tosia zostanie więc w domu z Yankiem.
A my będziemy spać na dziko, pod namiotami. Mel, jak się okazuje ma duszę włóczęgi jak my wszyscy w naszej rodzinie, i też wyznaje zasadę, że prysznic w podróży nie jest niezbędny. Ja i eM z wiekiem co prawda zaczynamy doceniać wygodne i czyste sanitariaty, ale nie jest to sprawa nadrzędna.
No to jedziemy!
Zozo jest szczęśliwa, bo dla niej idealny stan to mieć na wyciągnięcie ręki całą rodzinę. Do rodziny zaliczają się oczywiście bonus dziadkowie i pradziadkowie ze strony Mela. Już zapowiedziała, że spać będzie ze mną.
Oraz, że ona też będzie robić zdjęcia.
– A kto będzie nosił aparat? – pytam ją.
– Ty – mówi i śmieje się cwaniacko.
– Ja jestem stara i gruba! – protestuję.
– Nie jesteś! – ripostuje ta szelma i nie wiadomo: mówi tak z przekonania czy z wyrachowania.
Zamówiłam olejki eteryczne eukaliptusowy i z mięty pieprzowej, ponoć bestie tego nie lubią. Tylko nie wiem jak to stosować. Dokupię oczywiście jakieś normalne preparaty, ale w Szwecji nie ma zbyt wielkiego wyboru, a wszystkie one mają intensywny, drażniący mnie zapach.
Ale to wszystko za tydzień dopiero.
Teraz jeszcze jesteśmy tutaj. Jest ciepło i tak ma zostać według prognoz. Po deszczach odżyła trawa ale pół dnia później kosiarki ją skosiły. To jest właśnie takie szwedzkie: wygolimy miasto i przedmieścia, nawet tam gdzie tylko psy, za przeproszeniem, srają. Wygolimy do wysokości max 3cm. A potem, cali dumni i bladzi, będziemy ustawiać domki dla owadów, bo giną…
Mój pomidor na balkonie chyba będzie kwitł…

73. Midsommar

Wczoraj był Midsommarafton czyli drugie najważniejsze święto w Szwecji.
Pierwsze to Wigilia Bożego Narodzenia.
Midsommarafton (zazwyczaj nazywane Midsommar) tak, jak i Wigilia, to święto, które powinno się obchodzić w gronie rodziny i przyjaciół.
To takie święto, o którym śpiewa się piosenki.

Duka din veranda till fest
För en långväga gäst
I landet lagom är bäst
Vi skålar för en midsommar till
Färsk potatis och sill
Som om tiden stått still

Välkommen, välkommen hit
Vem du än är, var du än är

(Nakryj stół na werandzie
dla gości z daleka
w kraju, gdzie LAGOM jest najlepsze.
Wypijmy za kolejny Midsommar
za młode ziemniaki i śledzia
jakby czas stanął w miejscu
Witaj, witaj
Kimkolwiek jesteś
Skądkolwiek jesteś)


W każdym mieście, na centralnym placu stawia się ubrany zielono słup, którego poprzeczne ramiona wieńczą ustrojone obręcze. A potem ruszamy w tany wokół słupa, śpiewając stare piosenki. Tańczymy w wiankach na głowach, a wianki muszą być z siedmiu rodzajów kwiatków.
Naprawdę wynosimy stoły na zewnątrz (o ile mamy jakieś „zewnątrz” i o ile nie pada deszcz, a pada prawie zawsze w Midsommar), a na stołach muszą być obowiązkowo młode ziemniaki, śledź i tort truskawkowy.

Tak i my świętowaliśmy wczoraj u Litwinów. Tyle, że nie mogliśmy posiedzieć do świtu – bo Tosia, bo odległość, więc trzeba jechać samochodem. Szkoda, zawsze mi się marzy by w tę jedną noc pobyć na zewnątrz do wschodu słońca.
Noce teraz najkrótsze. Słońce zachodzi u mnie o 22:18 a wschodzi już o 3:59. Ponad 18 godzin dnia! Niecałe sześć godzin nocy, ale ciemno jest tak pomiędzy północą a godziną drugą. Przy czym o północy na wschodzie niebo pozostaje jasne, a o drugiej – na zachodzi już jest jasne.
To czas, gdy uwielbiam Szwecję! Nawet jeśli pada, tak jak to było rok temu.
Jeszcze przez trzy dni będziemy się cieszyć długimi dniami, a potem powoli dzień zacznie się skracać. Niedostrzegalnie, po minucie, dzień po dni, a pod koniec sierpnia ze zdumieniem odkryjemy, że znowu wieczorem trzeba zapalać lampę by poczytać.
Od kilku dni zwyczajowe Hej då zastąpione zostało „Glad Midsommar”.
Życzymy wszyscy -wszystkim. Sąsiadom na schodach, znajomym na facebooku, pracownikom w sklepach i urzędach, bliskim, którzy są daleko ślemy kartki: Glad Midsommar! Lub -od dzisiaj – Trevlig Sommar!
Wesołego Midsommar lub Miłego Lata.
A od poniedziałku rusza sezon urlopowy. Wiec jeśli nie załatwiliśmy jakiejś ważnej dla nas sprawy dotąd – nie liczymy, że załatwimy ją przed sierpniem. Teraz czas się zatrzymuje, wszystko musi poczekać. Bo jest LATO. Pięc tygodni należnego odpoczynku, prażenia się na słońcu, kapieli w jeziorze, żeglowania, zbierania jagód, biesiadowania z przyjaciólmi do późna. Czas resetu. Czas ładowania baterii.
Mnie smutno troszeczkę. Bo to już taki początek końca lata.
Jak widać jestem osobą, dla której szklanka jest do połowy pusta. Ale może dzięki temu bardziej doceniam te lepsze rzeczy?
Miejscie się dobrze! Życzę Wam Miłego Lata!
A na koniec moje dwie ulubione piosenki o lecie.

72/2020

Zawiesiłam się. A raczej… jakoś tak zwróciłam w głąb siebie, mało mnie na zewnątrz, bardzo dużo wewnątrz.
Byłam z synem na wieczornych zdjęciach, więc może je tu tylko zostawię na znak, że wciąż żyję.
W Szwecji lato, ciepło, słońce i susza.

Popadało wczoraj odrobinę i w nocy jakby trochę więcej. Teraz jest pochmurno, ale temperatura w okolicach 16 stopni, czyli całkiem ciepło.
Trawniki są żółte i przypominają klepisko. Bo oczywiście w całym mieście nawet tam, gdzie miejsca są zupełnie dzikie, goli się całe połacie do wysokości 2-3cm. Ale – ktoś chyba poszedł po rozum do głowy, bo w jednym miejscu nad rzeką przestali golić. Trawa wybujała…i nie zżółkła! Może to początek jakiegoś trendu? Kto wie…

A poniżej mamusia i jej dzieci. Rosną, rosną i coraz bardziej przypominają kocięta. Tylko fotografować je jest niemożliwe, bo wiercą się strasznie. Nadal nie wiem, który mój.