Przeprowadzki ciąg dalszy

Będę monotematyczna …

Będę monotematyczna jakiś czas, kogo znudzi może nie czytać, dla ułatwienia tytuły będę zaczynać od hasła "Przeprowadzka" ;))

Wczoraj miałam chwilę zwątpienia bo zrozumiałam, że klucz mogę dostać i 1 lipca, a stare mieszkanie mam też zwolnić 1 lipca i nieco mnie to przerosło. Tym bardziej, że POSynek 30 czerwca rusza do Polski a Młody 1lipca ma koncert Iron Maiden w Goeteborgu a ojciec  obiecał go zawieźć i poczekać nań…Wychodziło, że do noszenia gratów zostaję ja+ Kocio.
Ale dziś najpierw uspokoiła mnie Madzia (czułam, że coś jednak nie tak zrozumiałam) a potem poszłam do pani oddać podpisany kontrakt i okazało się, że mogę klucze dostać już w ten weekend. Tyle – że mieszkanie nie będzie sprzątnięte…
Zgodziłam się, bo wiem, że nie jest tam brudno.

Dziś lecąc z jęzorem na wierzchu do miasta, z miasta do Marcepanka (bo nie tu podpisał), od Marcepanka do domu – rowerem, potem z domu do miasta i z miasta na piechotę pocieszałam się, że to jeden z ostatnich takich spacerów.

Jutro zaczynam sprzątanie i pakowanie.

I mam pytania do was.
Czym czyścicie piekarniki ? I kuchenki ?
Czy macie pomysł jak usunąć ślady tłuszczu z wnętrza sklejkowej szafki ?

Inne pytania będę zgłaszać w trakcie.

A po za tym to nic u mnie nie słychać.

Update: pomysł na gumoleum ?

13 czerwca – przeprowadzka logistycznie

Nowy kontrakt mam w …

Nowy kontrakt mam w garści. Marcepanek go podpisze, a ja jutro odniosę i będziemy czekać na klucze.
Będzie inne mieszkanie. Większe. Ale czy lepsze? To się zobaczy. Będzie inaczej, będzie się coś działo.
Stresuję się, bo wygląda na to, że klucze możemy dostać nawet 1 lipca a stare zdać najpóźniej 1lipca.
Wynieść wszystko to się jeszcze da, ale jak posprzątać ? Mieszkanie musi być czyściutkie, wylizane w każdym kącie a jak to zrobić przy 5 dorosłych jednem niemowlęciu, które włazi wszędzie, choć przecież chodzić nie umie, oraz jednym kocie ?
Muszę to jakoś ogarnąć, chcąc nie chcąc.
Były pomysły- umówić się na przeprowadzkę później. O ile administrator się zgodzi. Jakbym zapłaciła dwa czynsze to by się pewnie zgodził. A ja tymczasem przez miesiąc z okładem odzwyczaiłabym się od spania.
O nie-nie-nie.
No i oczywiście już słyszę teksty niezadowolenia. Wanna? błe…A nie właśnie, że fajnie, że wanna, ale nie ma miejsca na wózek. I z parkingiem kłopot. I w ogóle, to sam nie wiem jakie to jest, bo nie widziałem: matka zdecydowała.
Matka dostała pełnomocnictwo i od męża i ochoczo zeń skorzystała, zapominając, że decydujący jest adresatem wszelkich utyskiwań.
Zatem egoistycznie uznałam, że skoro całe odium i tak ma spaść na mnie to niech będzie do końca tak, jak JA chcę.
A ja chcę przeprowadzki przed wyjazdem. Żeby urlop był urlopem, bez stresu, że coś tam.
A przy okazji znów nabawiłam się stresu.
Jak to jest, że załatwiam tyle różnych spraw i rozumiem wszystko, i jak tylko zaczynam mysleć: ok, już nie mam problemu z dogadaniem się, to trafiam człowieka, którego nijak zrozumieć nie umiem.Od czego to zależy ? Od tematu rozmowy ? Od doboru słów ? Czy od wymowy ?

W ciemnym, północnym pokoju, gdzie będą niebieskie dywany i niebieskie kanapy, powieszę zasłonki gdzie na białym tle żółte i szare czworokąty i czerwone maki. Na kanapach położę poduszki z dużą ilością żółtego i pomarańczowego. I uszyję sobie patchworkowy pled w żółcie, czerwienie, pomarańcze i jasne zielenie. I poustawiam moje koty.
A do kuchni, słonecznej kupię doniczkę na zioła i będę miała świeżą bazylię i coś tam jeszcze.
Z takimi myślami zasypiam…

Nocne markowanie

No bo mail dziś …

No bo mail dziś przyszedł…

To, co w Szwecji lubię najbardziej, to sposób komunikacji. Każdą niemal sprawę da się załatwić przez internet i e-mail nie jest tylko li i jedynie do tego, żeby była.
E-mailem porozumiewam się z nauczycielami w szkole, biblioteka przysyła mi zawiadomienia o terminie zwrotu książki lub, że moje zamówienie przyszło. Przez internet mogę np. zmienić datę mammografii, sprawdzić stan sprzętu oddanego do naprawy.
Przez internet oglądam mieszkania, składam podania jeśli jestem zainteresowana i e-mailem dostaję odpowiedź od właściciela.
No. I właśnie dziś dostałam taki e-mail.
Że tak, dadzą nam to mieszkanie.
10 metrów więcej. Żadne z pomieszczeń nie jest przechodnie. Kuchnia z miejscem na jadalnię. W centrum, tuż koło sklepu monopolowego (hehe) i koło Madzi. Kilka minut od szkoły mojej i od szkoły Młodego. Dużo bliżej Gulsum.
I… i w ogóle.
Są tylko dwie, nie, trzy sprawy które mnie niepokoją.
1. Mieszkanie jest na linii północ- południe. Kuchnia i najmniejszy pokój są od południa. Dwa inne pokoje od północy – znaczy zawsze dość ciemno tam będzie. Czy fikusy tam się będą dobrze czuły ? I cissus ?
2. Mieszkanie na parterze. Zawsze mieszkałam na 1 piętrze. A jak Kocio wybierze wolność ? A nie będzie zbyt głośno, bo blisko jest ruchliwa ulica ?
3. Wolne od 1 lipca a my 3 wyruszamy do Polski. Jak się nie da nic wcześniej, to do ostatniej chwili będę taszczyć tobołki i szorować zostawiane mieszkanie. No i trzeba te media poprzenosić: telefon, TV i internet. I się przemeldować.  Jak to zgrać ?

Ale i tak się cieszę. Wieszam w duszy zasłonki i zdjęcia. Ustawiam graty i wymyślam dwustronną drabinkę dla Kocia. Może nauczy się wychodzić i wracać a mnie odpadnie obowiązek sprzątania kuwety ?
Tak, wiem, to by już było za wiele szczęścia na raz. Ale pomarzyć można…

Tylko dla pań

Umęczona nowym, wcale …

Umęczona nowym, wcale nie tanim stanikiem, który podciągnięty jak najwyżej i jak najciaśniej dziurawił mi pachę i mostek fiszbinami, a opuszczony niżej dusił przeponę doszłam do niebagatelnego wniosku.
Staniki powinny być  3D !
Nie wystarczy obwód i głębokość miski. Jeszcze liczy się wzrost.
Wszak, wedle logiki przynajmniej, tułów u osoby o wzroście 160cm jest krótszy od tego u osoby o wzroście 170.
Mam rację ?
Jakby co – byłam pierwsza!
A teraz idę wymienić fiszbiny na krótsze…

Wycieczka na południe

Ugadana jestem po pachy….

Ugadana jestem po pachy. Tylko po pachy, dodaję.
Dwie noce na pogaduchy by wygadać kilka miesięcy oraz żeby starczyło na kilka następnych dla dwóch gaduł – to zdecydowanie za mało.
Zastanawiam się. Ile czasu byśmy potrzebowały, obie Kaśki, żeby w końcu zamilknąć choć na chwilę. Hehe.
Samo miasteczko, gdzie Kasia mieszka nic nadzwyczajnego. Mława albo inny Myszyniec. Ale te krajobrazy!
Ludzie! Górki, pagórki, pagóry. Zalesione i "zapolone" (znaczy pola tam były). Dwa kroki za blokiem brak asfaltu za to jest trawa nie strzyżona i łaki nie wygolone w grzeczne kwadraty. Dziko. naturalnie. PRZE-PIĘKNIE. Mogłabym tam żyć.
Upał był nieziemski, zafundowałyśmy sobie zatem tylko krótki spacer nad łączące się rzeki przy starej fabryce papieru. 
Po południu wyskoczyliśmy do pobliskiego Helsingborga. Dania po drugiej stronie była zaskakująco bliska, bo widoczna bardzo wyraźnie. Ruch na morzu jak na Wojska Polskiego w Miasteczku.
A na plaży… palmy! Co prawda w donicach, ale połączone z kąpiącymi się Szwedami oraz temperaturą naprawdę dawały złudzenie tropików.
Miasto duże, tętniące życiem, na każdej ulicy mnóstwo ogródków kawiarnianych, pełno ludzi.
Upał był naprawdę nieziemski a ja zapomniałam o czapce…W efekcie do domu wracałam nieprzytomna mimo dwóch paracetamoli. Zimna kąpiel i łóżko. Padłam ok. 21. Wstałam około 23. A potem paplałyśmy aż zastanowiło mnie czy niebo za oknem było cały czas takie jasne czy nie…
Nazajutrz, po śniadaniu trza się było zbierać. Znów wizyta w Helsingborgu, tym razem krótko, bo tylko w Polskim Sklepie.

Weszłam i oniemiałam. Tak się zapewne zachowywali ci, którzy z komunistycznej Polski wyjechali na zachód. Lodówka pełna wędlin, kaszanek, smalcu i parówek. Półki pełne Lionów i Grześków, oraz kilka smaków Ptasiego Mleczka. Kosmetyki Ziaja! Tu już byłam ugotowana. Bo ja lubię tę firmę, także z sentymentu, ale nie tylko. Nie uczula, daje wybór i te ceny! Za butlę żelu do kąpieli zapłaciłam tylko 28 kr. Kremy mniej więcej w tej samej cenie – każde inne w każdym innym miejscu kosztują co najmniej dwa razy tyle. I mówią tam normalnie, po polsku, bez oporów.
Po głowie kołatała mi myśl: to i biblioteka pewnie jest słuszna.
Drogę powrotną urozmaiciliśmy sobie wycieczką do latarni morskiej, gdzie widoki dech w piersiach zapierały.

A potem to już pędem do domu.

Bo strasznie mnie gnało do Zozolka. A Zozolek znów chory i leczenie w Szwecji to naprawdę dość ryzykowne posunięcie.
Może opiszę.
Na razie szykuję się do napisania zjadliwego listu do miejscowej gazety. Po szwedzku.

…ach .
Pięknie było. Chcę jeszcze!

I oto …

Prace na komputery …

Prace na komputery napisałam i dostałam zaliczenia obu kursów. Jak jednostka mało ambitna zadowoliłam zaledwie G zamiast co najmniej VG albo nawet i MVG.
Z Carlem od WOSu umówiłam się na przyszły termin.
Wypróbowałam nowy obiektyw i już go kocham.
Uszyłam co mi po głowie chodziło.
Pisaniu pozwalam tuptać po głowie.

I oto : WAKACJE! Już są wakacje, na pewno mam rację, wakacje już tu są.
No przecież mówię, żem dziecinna.
Szwecja ma długaśny długi weekend. Zaczął się dziś jakimś chrześcijańskim świętem ( może mnie ktoś oświeci co zacz, bo nie Zielone Świątki ani Boże Ciało, więc jakie to święto co ma Niebo w nazwie). Piątek prawie wszyscy mają wolny bo…bo tak. Potem sobota i niedziela, a potem poniedziałek, 6 czerwca Święto Narodowe.
Tym sposobem Marcepanek załapał się na mały "semester" który oczywiście natychmiast mu zorganizowałam. Na południe jedziemy, do Skanii. 
Radość mąci mi znów gorączkujący Zozol. Ki diabeł , nie wiem. Jak wrócę to chyba jakieś uroki odczynię.
Jak czytają mnie młode matki to niech mnie oświecą : czy rosnące w te pędy dwójki zębate mogą być przyczyną gorączki powyżej 38 stopni  utrzymującej się od dwóch dni? Dzieciakowi ślina cieknie jak z dziurawej beczki, dziś długo płakała tak żałośnie, że niektórzy byli gotowi jej wtórować. Z innymi niektórymi.
Usiłowałam otrzymać wczoraj w nocy pomoc medyczną, ale śmiech na sali…Nie, nie będę opisywać, bo nie będę sobie na noc ciśnienia podnosić.

Tak czy siak za 12, najdalej, godzin ruszamy.

Pożyczyliśmy nawigację, bo jakbym miała jakiegoś skańczyka (?)prosić o wskazówki to kto wie kiedy i dokąd byśmy dotarli.

 

Gdy upał pada na głowę…

Tak ni z gruszki ni z …

Tak ni z gruszki ni z pietruszki zrobił się wczoraj upał. Idiotyzm jakiś – jednego dnia w kurtce, następnego -cienka bluzeczka za gruba.
Wiola, nasz domowy postrzygacz, spojrzała na mnie:
– Ale zarosłaś! – a ja w popłochu i rumieńcu wstydu rzuciłam wzrokiem na własne nogi, ale schowane były pod spodniami…Aaaa, ona głowę miała na myśli.
– Zapuszczam – oznajmiłam krótko.
– Na lato ?! Będziesz się grzała w taki upał? – sugestywnie machnęła głową w stronę kuchennego okna i przegrzebała mi włosy  nad karkiem.
– A w sumie masz rację – uległam. Możliwe, że połaszczyłam się na to grzebanie we włosach.
Pół tony oskarowych włosów później zasiadłam na krześle.
– Krótko – zaordynowałam. Nie-nie-nie-nie, nic z boba czy czego tam. Krótko ma być. No to krótko.

Mąż spojrzał z uznaniem. Córka krytycznie. Zozol ze zdziwieniem. Zięć parsknął śmiechem, jak wstałam po "głowy-bólowej" drzemce. I ja takiego Synkiem tytułowałam. Młody zignorował fakt jak każdy inny.
Dziś rano pochmurno znowu, na termometrze 12 stopni, a ja zostałam jak ta głupia z letnią fryzurą.

A niech się dzieje

Jedziemy w piątek. …

Jedziemy w piątek. Daleko. Na południe około 400 km.
A tu Młody kupił nowy, porządny obiektyw do Nikusia. I przed wyjazdem trzeba się aparatu na nowo nauczyć. Kondycji już nie poprawię, a przydałoby się, bo ciężkie To-To.
A jeszcze trzeba dwa ostatnie ćwiczenia na informatykę. ( O WOSie nie życzę sobie rozmawiać). A jeszcze mnie w palce swędzi żeby coś uszyć. Natchnienie. I do pisania.
Mam duszę…dziecka? Bo "rzeczy muszą się dziać" bym czuła chęć do życia. A może kota? Bo dłuższe przebywanie w jednym miejscu jest dla mnie męczące.
Tak czy siak – spanie mogę sobie darować, bo w głowie się kłębią setki myśli. Wymyślone postaci do mnie mówią, materiały układają się we wzory. Już bym biegła, coś robiła, działała.
Czy to nie dziecinne tak się podniecać wyjazdem, żeby mieć wrażenie, że ten dzień nigdy nie nadejdzie? No i czy to nie dziecinne by natchnienie nie przelane na papier czy materiał spalało się na biegu jałowym?
Ale mało casu kruca bomba, mało casu!

Zozol jest w stu miejscach na raz, a Kocio w drugich stu. Ich ścieżki wciąż się krzyżują, a ja muszę pilnować by oboje przestrzegali nakazu dystansu nie mniejszego niż jeden metr.
A jak nie Kocio to drzwi, szafki, szuflady. Komputer. Szklanka nieopatrznie zostawiona na stole, torebka, kocia miska lub uchylone drzwi od łazienki. W najgorszym wypadku, czyli jak Kocio zakopany przy ścianie między poduszki a koc, a wszystko inne sprzątnięte z zasięgu małych łapek, więc w najgorszym  wypadku jeszcze można pod łóżko wleźć i tam się zaklinować na amen.
Jest…intensywnie. A ja czuję, że żyję.
 

Dualizm

…dopiero w snach żyła …

…dopiero w snach żyła naprawdę.
To były dziwne sny. Była w nich dorosła a przeżywała zdarzenia z dzieciństwa.
Ostatniej nocy śniła śmierć ojca. Ojciec był w tym śnie nieobecny od dawna, prawie zapomniany, ale gdy nadchodziła wiadomość o jego zgonie, czuła fizyczny ból, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w splot słoneczny, nie mogła nabrać oddechu żeby krzyczeć i ten niewydany krzyk rozpaczy dławił jej gardło.
Wydarzenia splatały się w logiczną całość – organizowała pogrzeb i prosiła rodzinę ojca o pomoc przy stypie. A oni jej tej pomocy odmawiali. Odsuwali ją od siebie i mówili „ale cóż to za rodzina, dziesiąta woda po kisielu”. Czuła wtedy gniew. Nie czuła odrzucenia, tylko ten gniew. „Ach tak, mówiła, ale jak z wami przy stole siedział, wódkę nalewał to był kuzynem „
”Ale kiedy to było, dawno i nieprawda” bronili się. „Wypchajcie się” rzucała przez zaciśnięte zęby i trzaskała drzwiami wychodząc.
Przeszkody piętrzyły się na jej drodze. Szła do kolejnego urzędu, a tam urzędnik zamiast oczekiwanego dokumentu wskazywał jej ogromną górę błota i mówił, że za nią leży rozwiązanie. Więc wspinała się po oślizłej glinie, zsuwała w dół i znów wspinała lub próbowała okrążyć przeszkodę.
I wtedy wysuwała się ręka, pomagała się wspiąć. Wysoki, mocarny mężczyzna z szeroką piersią, długimi nogami i strzechą włosów spadających na oczy podawał jej tę rękę. Sprowadzał na właściwą drogę.
Już nie mogę, płakała, a on podsuwał jej ramię i podawał chusteczkę.
Możesz, dasz radę. Pogrzeb zrobi zakład pogrzebowy. A stypę zrobimy u Mirka. Pogadam z nim, weźmie tylko 11 złotych od osoby, to żadne pieniądze.
Tańczyli razem tango potem i dziwiła się, że to takie proste. Na jawie nigdy nie odważyłaby się dać tak prowadzić komukolwiek, nawet w tańcu. We śnie poddawała się silnym dłoniom, stawała się uległa i miękka.
Silne ramiona opasywały ją i zalewało ją poczucie szczęścia tak silne, że się budziła.
Senny świat znikał, choć zaciskała powieki żeby przywołać go raz jeszcze. Zostawały tylko uczucia.
Żal ściskający wnętrze, dławiąca złość, zalewające ją fala szczęścia. To wszystko było w niej nadal i dziwiła się, że można tyle uczuć czuć jednocześnie.