Żyję!

Muszę szybko napisać co …

Muszę szybko napisać co mam do napisania, bo coś czuję, że za kilka godzin będzie to niemożliwe: rączki już teraz ważą tonę.
Wypłynęliśmy około godziny 18. Jezioro wydawało się niezbyt wielkie, ale ta woda jak na mój gust była zbyt ruchliwa a kajak zbyt skłonny do przechylania się. Co prawda, właściciele zapewniali, że nie da się go wywrócić, ale nie byłam przekonana.
Najlepszym lekarstwem na obawę okazało się wiosłowanie. Robiłam to z takim zapałem, że wysforowaliśmy się zostawiając naszych towarzyszy z tyłu.
(My – to znaczy Marcepanek i ja w jednym kajaku. Towarzysze- to trzyosobowa rodzina Szuwarków : mama Szuwarkowa, jej mąż, profesor-doktor nauk stosowanych, Szuwarek, oraz ich dziesięcioletni poTomek Szuwarek. Każde we własnym kajaku. Nawet dziesięciolatek.
Głupio mi się zrobiło, bo rzeczony poTomek, ledwie wypłynął na ten przerażający akwen rzucił absolutnie zachwyconym głosem:
– Ale fajnie! – gdy ja gotowa byłam błagać o wysadzenie mnie gdziekolwiek, byle na stałym gruncie.
Wyobraża to ktoś sobie ? Dziecko w łupince na wzburzonej wodzie, a mama woła radośnie:
– O, jak ja to lubię!
A my chcemy pretendować do miana Rodziny Patologicznej z powodu tych kilku siniaków i guzów, jakie sobie nabił Zozol.)
Zatem zatrzymaliśmy się. Towarzystwo nas dogoniło, fala nami chybotała. No dobra, zdecydowałam się uwierzyć przynajmniej w kapok. Ok. Nie utonę, albo nie tak od razu. Ale jak utopię Młodemu Nikusia, to lepiej, żebym utonęła wraz z nim.
A potem…
A potem to zapomniałam, że trzeba się bać. Bo było jak u Gałczyńskiego :

Jutro popłyniemy daleko,
jeszcze dalej niż te obłoki.
Pokłonimy się nowym brzegom
odkryjemy nowe zatoki.

Nowe ryby znajdziemy w jeziorach
nowe gwiazdy złowimy na niebie
popłyniemy daleko, daleko,
jak najdalej, jak najdalej przed siebie.

Starym borom nowe damy imię,
nowe ptaki znajdziemy i wody.
Posłuchamy jak bije olbrzymie,
zielone serce przyrody.

Najpierw była zatoczka. A potem wyspa, a potem jeszcze jedna zatoczka, i kolejna wyspa, i kolejna…
Do brzegu dobiliśmy mniej więcej około 21.55
Słońce już się schowało za lasem, zmierzch zapadał coraz szybciej.
W poświacie nadgryzionego księżyca pakowaliśmy kajaki na dachy samochodów. W krzakach podśpiewywał słowik. Naprawdę!

Ech. Zakochałam się.
Do domu dotarliśmy około północy a o pierwszej chrapaliśmy zgodnym dwugłosem.

Zdjęcia na prowincjonalnym. Będą.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s