Wycieczka na południe

Ugadana jestem po pachy….

Ugadana jestem po pachy. Tylko po pachy, dodaję.
Dwie noce na pogaduchy by wygadać kilka miesięcy oraz żeby starczyło na kilka następnych dla dwóch gaduł – to zdecydowanie za mało.
Zastanawiam się. Ile czasu byśmy potrzebowały, obie Kaśki, żeby w końcu zamilknąć choć na chwilę. Hehe.
Samo miasteczko, gdzie Kasia mieszka nic nadzwyczajnego. Mława albo inny Myszyniec. Ale te krajobrazy!
Ludzie! Górki, pagórki, pagóry. Zalesione i "zapolone" (znaczy pola tam były). Dwa kroki za blokiem brak asfaltu za to jest trawa nie strzyżona i łaki nie wygolone w grzeczne kwadraty. Dziko. naturalnie. PRZE-PIĘKNIE. Mogłabym tam żyć.
Upał był nieziemski, zafundowałyśmy sobie zatem tylko krótki spacer nad łączące się rzeki przy starej fabryce papieru. 
Po południu wyskoczyliśmy do pobliskiego Helsingborga. Dania po drugiej stronie była zaskakująco bliska, bo widoczna bardzo wyraźnie. Ruch na morzu jak na Wojska Polskiego w Miasteczku.
A na plaży… palmy! Co prawda w donicach, ale połączone z kąpiącymi się Szwedami oraz temperaturą naprawdę dawały złudzenie tropików.
Miasto duże, tętniące życiem, na każdej ulicy mnóstwo ogródków kawiarnianych, pełno ludzi.
Upał był naprawdę nieziemski a ja zapomniałam o czapce…W efekcie do domu wracałam nieprzytomna mimo dwóch paracetamoli. Zimna kąpiel i łóżko. Padłam ok. 21. Wstałam około 23. A potem paplałyśmy aż zastanowiło mnie czy niebo za oknem było cały czas takie jasne czy nie…
Nazajutrz, po śniadaniu trza się było zbierać. Znów wizyta w Helsingborgu, tym razem krótko, bo tylko w Polskim Sklepie.

Weszłam i oniemiałam. Tak się zapewne zachowywali ci, którzy z komunistycznej Polski wyjechali na zachód. Lodówka pełna wędlin, kaszanek, smalcu i parówek. Półki pełne Lionów i Grześków, oraz kilka smaków Ptasiego Mleczka. Kosmetyki Ziaja! Tu już byłam ugotowana. Bo ja lubię tę firmę, także z sentymentu, ale nie tylko. Nie uczula, daje wybór i te ceny! Za butlę żelu do kąpieli zapłaciłam tylko 28 kr. Kremy mniej więcej w tej samej cenie – każde inne w każdym innym miejscu kosztują co najmniej dwa razy tyle. I mówią tam normalnie, po polsku, bez oporów.
Po głowie kołatała mi myśl: to i biblioteka pewnie jest słuszna.
Drogę powrotną urozmaiciliśmy sobie wycieczką do latarni morskiej, gdzie widoki dech w piersiach zapierały.

A potem to już pędem do domu.

Bo strasznie mnie gnało do Zozolka. A Zozolek znów chory i leczenie w Szwecji to naprawdę dość ryzykowne posunięcie.
Może opiszę.
Na razie szykuję się do napisania zjadliwego listu do miejscowej gazety. Po szwedzku.

…ach .
Pięknie było. Chcę jeszcze!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s