16 sierpnia- czyli róbmy swoje

Czytana, z pewnym …

Czytana, z pewnym opóźnieniem, notka na temat bloxa u Polarnego skłoniła mnie do poszperania we własnym CV oraz wykonania karkołomnych obliczeń, z których wynika, że w listopadzie będę obchodzić siódmą rocznicę obecności na tym portalu. Siódmą! Niektóre małżeństwa tyle nie trwają, nie mówiąc już o przyjaźniach.
Właśnie sobie uświadamiam ogrom czasu i zdarzeń jakie miały miejsce przez te siedem lat. Zastanawiam się nad ludźmi, którzy byli wtedy i odeszli gdzieś tam…
Zastanawiam się kim byłam wtedy – pierwszy blog chyba nie przetrwał zakrętów życiowych, ale może ? Gdzieś na dyskietce …?

Miewam czasem chęć napisać : odchdzę, żegnajcie…ale wiem, że za kilka dni albo tygodni przyjdzie coś, czym będę się chciała podzielić i co ? Na nowo blog otwierać ? Zakładać nowy i znów borykać się z loginem? E…Póki co zostaję. Z nieregularnymi wpisami, smęceniem i przynudzaniem. Z całą świadomością, że któregoś dnia znów ktoś mi napisze (anonimowo naturalnie) "ale głupi ten blog".

Róbmy swoje, róbmy swoje.
Może to coś da. Kto wie ?

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…

Pada nieprzerwanie od …

Pada nieprzerwanie od kilku godzin. Woda ciurka, bębni, pluszcze, chlapie, siąpi, spływa. Świat się schował za srebrną mgiełkę. Na kałużach bąble a te kałuże ogromne i wszędzie. Ludzie przemykają pod parasolami, które niewiele dają. Co zapobiegliwsi mają kurtki, spodnie i gumaki.
No, dziś Zozol to sobie nie pospaceruje.
Ostatnie dni spędziłyśmy na chodzeniu. Był to jedyny sposób na zapewnienie odrobiny spokoju Kociowi i rozładowanie nadmiaru energii Małego Potwora. Bo słodki aniołek, jak mu Kocio zszedł z drogi i zaszył się w jakimś trudno dostępnym kącie, wtedy aniołek wymyślał inne zajęcie. Najlepiej takie które babcię o zawał serca przyprawiało. Na przykład włażenie na wszystko, na co się da wleźć albo otwieranie i zamykanie wszystkich możliwych drzwi ze szczególnym uwzględnieniem drzwi przeszkolonych (bo tak fajnie dzwonią jak się nimi trzaska).
Zatem chodziłyśmy. Przy wózku albo przy śmiesznym rowerku, który Zozol dostał na pierwsze urodziny. Rowerek wzbudza sensację – zielono-żółty, z pieskiem przy kierownicy, z koszyczkami i baldachimem przeciwsłonecznym – kiedy idziemy oglądają się za nami, zaczepiają, komentują. Zozol zresztą i bez rowerka generuje ludzkie zainteresowanie, bowiem każdemu mijanemu człowiekowi zagląda w oczy i złowiwszy spojrzenie uśmiecha się szeroko, szczerząc swoje osiem zębów. Rzadko, ale zdarza się, że tak prowokowany Duży Człowiek minie obojętnie, nie uśmiechnąwszy się nawet. Wtedy Zozol ogląda się, wykręcając szyję o 180 stopni i wydaje dźwięk
– Ooooo – pełen zdziwienia.
Po takich przełażonych dniach, wieczorami padałam na twarz. A Zozol w nocy śpi jak zając pod miedzą.
No ale koniec wreszcie babcio-wnuczkowego urlopu. Mama i tata wrócili z Anglii. Do Londynu wybrali się, a jakże. Nawet wylądowali w pobliżu zamieszek, zupełnie niechcąco. Natknęli się na płonący McDonalds, i widzieli kilka grupek szabrowników.
Na szczęście nic im się nie stało.
A dziś startuje szkoła.
Miałam przez wakacje powkuwać angielskie słówka i przygotować opis ulubionej epoki.
Nie-chce-mi-się-uczyć!

Zaległości blogowe nadrobiłam. A co u innych ?
Witajcie po przerwie.

Babcia kontra wnuczka

Kiedy wnuczę zostaje z …

Kiedy wnuczę zostaje z tobą i twym mężem na kilka dni, wtedy myślisz sobie : no, teraz to ja tym nieodpowiedzialnym smarkaczom pokażę jak się postępuje z dziećmi, ureguluję maluchowi pory dnia, zapewnię pyszne, odżywcze posiłki i na pewno nie ulegnę terrorowi płaczu i żałosnych min. Za to poświęcę dziecku czas, będę się z nim bawić w mądre zabawy, czytać książeczki i żadnego komputera!
Potem za rodzicami zamykają się drzwi i zaczyna prawdziwe życie czyli dziadkowie kontra ukochane wnuczę.
Na kolację smażysz pyszne naleśniczki. Podajesz z dżemem malinowym – niech dziecko poznaje inne smaki, a nie tylko truskawkowe, bo mama tylko taki jada. Dziecko po pierwszym kawałku  naleśniczka wetkniętym w buzię natychmiast zaczyna mlaskać i oblizywać się. Triumfujesz : wiedziałam! …ale tylko na chwilę, bowiem sekundę potem uroczy bobas wyciąga na pół przeżuty kawałek, ogląda go z każdej strony i , niechcąco oczywiście, upuszcza na podłogę. Wetknięcie kolejnego kawałka już nie pójdzie tak łatwo. Zaciskanie ust, zakrywanie ich rączkami, odwracanie głowy a wreszcie przeraźliwy płacz protestu sprawia, że machasz ręką – może nie głodne. Wstajesz po ścierkę i wtedy kątem oka widzisz, że bobas sięga ręką po wzgardzony naleśnik i nie bacząc, że dżem skapuje na ubranko, fotelik, podłogę, zajada ze smakiem.
Cieszysz się? „Dziecko niech je ręką lub nogą byleby jadło” przypominasz sobie i dokładasz kolejny kawałek placka. Mała, pulchna łapka, usmarowana malinami wędruje do talerzyka a ty się cieszysz jeszcze bardziej…ale tylko przez sekundę, bowiem zaraz po niej naleśnik ląduje na podłodze razem z talerzykiem. Na szczęście plastikowym.
Po posiłku przebierasz malucha, sadzasz na podłodze, sięgasz po książeczki i gdy otwierasz pierwszą stronę stwierdzasz, że się zdematerializowało. Dobiega cię klepanie szafek kuchennych i już wiesz, gdzie twoje słodkie maleństwo. Dopadasz je w samą porę by wyrwać mu z rączki butelkę oleju nim jej cała zawartość znajdzie się na podłodze. Wycierając olejową ślizgawkę zastanawiasz się jakim cudem roczne dziecko, nie umiejące chodzić, a już na pewno nie umiejące biegać, w jednej sekundzie pokonało dystans jaki tobie zajmuje minimum kilkanaście sekund. Zastanawiasz się tylko połową siebie, bowiem druga połowa rejestruje radosne gadulenie z najodleglejszego zakątka mieszkania. Gorączkowo usiłujesz sobie przypomnieć gdzie ostatnio widziałaś kota, bowiem już wiesz, że spotkanie kot+bobas= krew. I niestety zazwyczaj jest to krew maleństwa.
Machając ręką na plamę „będę o tym pamiętać” lecisz zlokalizować dziecko i kota. Kot obserwuje cię z balkonowego krzesełka i masz wrażenie, że oko mu lśni ironią. Dziecko bawi się grzecznie drzwiami od pokoju. Zamyka i otwiera. Robi to już od dłużej chwili, robi umiejętnie, ale tobie zapala się czerwona lampka „palce!” więc porywasz malucha na ręce. Dziki wrzask obwieszcza ci, że popełniłaś błąd. Ale za późno: aniołek już stracił zainteresowanie drzwiami, domaga się wzięcia na rączki choć wcześniej wił się tamże niczym piskorz. Bierzesz.
Wchodzisz do pokoju, siadasz na podłodze z maluchem, sięgasz po edukacyjne klocki i spostrzegasz, że twój skarbeczek właśnie się ulotnił…
I tak do samego wieczora: ganiasz za dzieckiem pilnując jego bezpieczeństwa oraz pilnując by nie dręczyło twojego ulubionego futrzaka czyli milusiego kotecka, w międzyczasie usiłując ugotować obiad dla męża i syna. Ratując się przed bolesnym upadkiem, wykręcisz efektowny piruet na zapomnianej (oczywiście!) plamie oleju, naciągając boleśnie nerw kulszowy. Powstrzymasz się od soczystego, bogatego w „rrr” słowa, zamiast tego wykonasz grymas bólu i złości a gdy zauważysz na anielskiej twarzyczce swojej wnusi szczery zachwyt wyczynami babci, pomyślisz całkiem serio „mały potwór”.
Na szczęście wracający z pracy mąż przybywa ci z odsieczą. Nosi swoją ukochaną wnusię na rączkach, daje do zabawy telefony i piloty, gania po całym mieszkaniu i bawi się w chowanego. Po godzinie cudownej zabawy, on pada ze zmęczenia, coraz bardziej znękanym głosem prosi wnuczusię o chwilę przerwy, ale mały potwór nie odpuszcza.  
Wreszcie nadchodzi ta cudowna pora pójścia na spoczynek.
Wykąpany jako tako dzieciak, opity mlekiem, przymyka słodkie oczęta i zaczyna rozkosznie pochrapywać. Oddychasz z ulgą. Uff. Jeden dzień za mną. Miałaś jeszcze sto planów, ale padasz na twarz, więc włączasz sobie jakiś serial i oglądasz bezmyślnie aż zmorzy cię sen. Zasypiasz i myślisz sobie: jutro znów spróbuję.
Z pierwszej drzemki, około północy, budzi cię postękiwanie dzieciaka – czujnie śpisz przy jego łóżeczku. Dajesz pić. Zasypia, ty zapadasz także w sen. I wtedy budzi cię koci lament pod drzwiami wyjściowymi. Wstajesz, tłumaczysz kotu, że noc, że nie pora na spacery i co ci tam jeszcze przyjdzie do głowy. W końcu odwracasz się i starannie zamykając drzwi od pokoju wracasz do łóżka.
Właśnie w chwili gdy zaczynasz coś śnić maluch znów marudzi przez sen. Otwierasz oczy – dochodzi pierwsza. Podajesz picie – nie chce, podajesz mleko- pije, zasypia. Kładziesz się, przysypiasz…O drzwi skrobią kocie pazury a kocie gardełko płacze żałośnie. Otwierasz drzwi zapraszasz kota do środka. Kładziesz się, kot przy tobie. Zasypiasz, zaczyna ci się coś śnić…
Dziecko znów stęka. Na zegarze druga…Picie, mleko – nie. Okno otwarte ? Kocyk i zamykasz okno. Łóżko. Koci płacz w kuchni nad pustą miską…
Godzina trzecia. Okno otworzyć, pieluchę zmienić. Mleko. Łóżko. Kot płacze bo chce na balkon.
Godzina czwarta. Kocyk. Mleko nie. Picie nie. Zamykasz żaluzję a gdy wracasz kot śpi na twojej poduszce zajmując miejsce centralnie na środku szerokiego łóżka. Zganiasz, nie masz siły na subtelności. Kładziesz się. Kot płacze pod łazienką, żeby cię poinformować, że czuje się skrzywdzony. Zasypiasz słysząc chrzęst przekopywanego żwiru.
Godzina piąta. Jasno. Do ucha coś ci radośnie gaduli. Maleństwo się wyspało. Wypija świeże mleczko leżąc grzecznie obok ciebie z przymkniętymi oczkami. Cieszysz się, że zasnęło ? Za wcześnie. Chwilę później Mały Potwór zaczyna demolować ci łóżko, skutecznie odwodząc cię od głupiego pomysłu pospania jeszcze.
O szóstej trzydzieści, gdy zrezygnowana postanawiasz zrobić sobie kawę, maluch znajduje zapomnianą w łóżku butelkę mleczka i zasypia przy niej. Ty też. Oraz kot.
Następny dzień od poprzedniego różni się tylko tym, że zamiast pysznej, pożywnej zupki dajesz Potworowi parówkę, bo już wiesz, że zupki nie da się jeść rączką a innej formy transportu jedzenia do buzi maluch nie uznaje. A gdy zmęczona zachowywaniem linii demarkacyjnej między strefą kota a strefą dziecka wreszcie otworzysz komputer ma jedną minutę, kończy się to naturalnie przelaniem krwi. Mąż też już nie jest tak ochoczy do zabawy z maluchem, plecy go bolą od dźwigania dziesięciokilogramowego szczęścia. Noc też jest inna: tym razem maleństwo wstaje wyspane już o trzeciej.
Kolejnego dnia, snując się po domu zastanawiasz się jak przeżyć kolejny dzień. Ale nie przejmuj się. Już za kilka dni stęsknieni rodzice wrócą do swej pociechy a ty będziesz mogła odpocząć …i znów krytykować ich metody wychowawcze.

2 sierpnia – po-oszla!

Dzis Zozol wykonal swoje…

Dzis Zozol wykonal swoje pierwsze samodzielne kroczki. Pierwszy byl rano, na spacerze z babcia – od babci do rowerka, jeden  malutki kroczek.

Nastepne od dziadka do lozka.
A nastepne, 3 czy 4, od krzesla na balkonie do babci i Kocia.
Dzis tez nauczyla sie wlazic na moj ulubiony fotel oraz na balkonowe krzesla.
Zegnaj swiety spokoju.
Kocio okopuje sie w garderobie…

31 lipca

Donosze, ze …

Donosze, ze zyje. 

Zauwazylam, ze moje pisanie ma zwiazek z nastrojem. Jak jest baaardzo zle – to milcze. Ale milcze takze, gdy zle nie jest, gdy jest codziennie, spokojnie, normalnie. Gdy pisaniem niczego nie musze zagluszac ….
Albo i nie jest tak jak pisze. Milcze, bo pisanie bez znakow polskich to dla mnie trauma a polskie znaki na lapku wraz z Jankim jeszcze wciaz w Polsce. Wracaja za tydzien…nie, za cztery dni i nie przyznam sie za nic, ze oba powroty ciesza mnie jednakowo a moze i lapkowy – bardziej. Bardziej, bo Janki wroci i wykopie mnie ze swojego pokoju ktory w pakiecie do samotnosci i odosobienia ma jeszcze wiatrak ( bo okna poludniowe) i najwygodniejsze lozko w calym domu.
A lato nam sie zrobilo w regionie Västra Götaland powiat Skaraborg. Cieplo to bylo tylko dzdzyscie i wilgotno. Wczoraj pojachalismy "na ryby"  na skaly nad taki przesmyk gdzie ruch jak na drodze na Bezledy. Marcepanek zabral sie za grilla ….tadam ! – nie wzielismy rozpalki. Plan byl taki, ze zostajemy do wieczora, jedzenie bylo surowe – grill musial wiec byc. M. wrocil do  miasta, ja zostalam na skalach. Najpierw tylko w opalaczu. Zaraz potem wciagnelam spodnie dresowe i koszule. Potem narzucilam chustke plazowa. Potem zdjelam chuste i owinelam sie kocem starajac sie nie zwracac uwagi na marznace stopy. Wialo, wiec czapke wcisnelam jak najglebiej na uszy. Jak zaczelo kapac wrocil Marcepanek. Nim rozpalil grilla zdjelam koc, potem spodnie a wreszcie koszule. Czapka i opalacz zostaly. 
Tak tu jest, ze pogoda zwykle zmienia sie po godzinie 14 i wtedy tez robi sie najgorecej.
Lubie szwedzkie lato. Dni wciaz sa dlugie -slonce zachodzi o 21.30.
Jagod i malin w lesie zatrzesienie. Mielismy dzis zbierac na ppierogi, ale M. zle sie poczul. Swoim zwyczajem – zajal sie czyms tam, tradycyjnie bez jedzenia i bez picia. W pelnym sloncu.
Zozol nieodmiennie cudny. Lubi byc wozona rowerkiem, lubi tez przy nim spacerowac. Koty, psy i ptaki wzbudzaja entuzjazm. Ale najlepsza przytulanka jest dziadek. A najlepsza zabawa to w chowanego. Chowac mozna sie nawet pod sciana – wystarczy zamknac oczy.
Mieszkanie wciaz mnie cieszy. Oddycham tu. O dziwo – niby scisle centrum a wiecej mam zieleni wokol a co za tym idzie – wiecej tez mam ptakow mniejszych: wrobli i jaskolek zwlaszcza. Lubie posiedziec na balkonie i popatrzec jak jaskolki z wizgiem ganiaja wokol starej wiezy cisnien.
No i znam juz dwie sasiadki – obie starsze panie, ale daleko im do zapedow Pani Prezes i jej Zastepcy. 
Mam material na patchworkowy obrus i juz mnie rece swiezbia by zaczac…

Home, sweet home

Ot, zagadka: dlaczego po…

Ot, zagadka: dlaczego po dwoch latach z okladem mieszkania pod starym adresem nie czulam sie tak bardzo u siebie jak po niespelna dwoch tygodniach pod nowym ?

Kiedy po prawie 24-godzinnej podrozy weszlam do mieszkania wreszcie poczulam sie u siebie. Zreszta…
Wyjezdzalismy w temperaturze 31stopni i wilgotnosci pewnie 90%. Marcepanek, widzialam to, byl juz bardzo zmeczony. Jemu ten "urlop" dal chyba niezle w kosc a na pewno bardziej niz mnie. Jedyne o czym marzylismy to wsiasc do samochodu bo…jest w nim klimatyzacja.
Wreszcie z maminym blogoslawienstwem, tysiacem prosb o telefon, calusow, przypomnien – ruszylismy samochodem zaladowanym po dach. Wracala z nami Misia z Zozolem a przypominam, ze po drodze byly Zozola urodziny gdzie jednym z prezentow byl rowerek…
Na dziurawej jak sito drodze do Pasleka Volvik stekal pod naporem ciezaru. Pobocza byly piekne, temperatura nareszcie dajaca wytchnienie. Zozol zmeczony spal, trojka mruczla spokojnie. 
A potem wyjazd na siodemke i "dalej chlopcy, za Kmicicem, hajda na Wolmontowicze". Marcepanek, ktory normalnie jest bardzo opanowany i agresja u niego na poziomie drugim, zaciskal tylko szczeki i coraz mocnej rece na kierownicy. Tylko w jednym wypadku nie zdzierzyl, popukal sie w czolo i rzucil kilka inwektyw. Jakby ten, co wyprzedzal na trzeciego na zakrecie lecac wprost na nas, tak zatrzymal sie kawalek za nami to nie wiem czy bym nie musiala mojego meza trzymac zeby chlopu krzywdy nie zrobil. 
Poza tym obylo sie bez korkow. Trase mielismy juz przerobiona dzieki wyprawie do Sopotu i na lotnisko, wiec wiedzielismy, ze na przebudowywanej obwodnicy Trojmiasta oznaczen nie ma zadnych no chyba, ze stare. 
Noc spedzilismy na promie. Bujalo dosc mocno. Rano wstalam z dziwnym uczuciem kolebania w glowie jak po suto zaprawianej imprezie. O 6 rano wyszlam na rufe w podkoszulce i spodniach, bez skarpet i swetra. Bylo bosko. Cieplo, ale nie duszno. Slonce nisko i szum wody.
Bylo mi troche zal ze wyjezdzam z Polski. Bo tym razem czulam, ze zmarnowalam czas na miotanie sie pomiedzy rodzina i rodzinnymi obowiazkami, sprzataniem i innymi pierdolami…
A kiedy zjechalismy z promu, juz w Szwecji, wyjechalismy na droge do domu i zobaczylam prawie pusta, rowna jezdnie, bez wariatow i samobojcow poczulam ze zaczynam oddychac normalnie. 
Marcepanek tez sie rozluznil.
No i wreszcie,po prawie dwudziestu czterech godzinach podrozy, stanelam we wlasnym progu. Dom. Domek. Domeczek. Domus. Ulga. Oddech pelna piersia. 
Jestem u siebie. Wrocilam do siebie. I do kota, ktory zaszyl sie gdzies w kacie, zeby zaakcentowac swoja obraze. 
Nie-nie-nie, nie mysl sobie Panciu, ze Kot sie z toba przywita po tym jakes go porzucila na dlugie tygodnie. Jeszcze sie poboczy. Moze ewentualnie da sie przeprosic ale to trzeba by te polska kielbaske wyjac.
I mimo deszczu za oknem, balaganu, starty prania, radosc z powrotu mnie nie opuszcza…Czy to znaczy, ze jednak zapuscialm korzenie na tej skalistej ziemi ?
 
 

O tajmnicy w Poliszynelu, pakowaniu i nie tylko..

Z jednej strony czuję …

Z jednej strony czuję niedosyt. Za mało było widoków, za mało posiedzeń wieczornych z przyjaciółmi. Z drugiej strony – nie mogę się doczekać. Chcę…do domu. Do siebie. Do mojego łóżka, do kuchni.
Nie wiem czy przestrzeń życiowa zmniejszona o połowę ma tu aż takie znaczenie – w końcu po całych dniach nasze stadko rozłaziło się do swoich zajęć więc nie siedzieliśmy aż tak sobie na głowach.
Tak czy siak – dziś dzień ostatni. Jutro, wczesnym popołudniem wyruszamy. Nauczeni ostatnią wyprawą do Trójmiasta, podczas której 8 godzin spędziliśmy jadąc ale głównie stojąc w korkach, wyjeżdżamy ze stuprocentowym zapasem czasu.
Mamy zagwozdkę:
jak zmieścić do samochodu wózek+rowerek dziecięcy (Zozol dostał plastikowe paskudztwo na urodziny)+rower "dorosły"+normalne bagaże ? Że nie wspomnę o co najmniej 10 książkach, które wyłudziłam od mamy. No ale książki upchnę gdzie bądź, choćbym nawet miała na nich siedzieć. Co do wściekle zielonego rowerka Zozola miałam propozycję: przywiązać do zderzaka przy okazji zaliczy test na wytrzymałość.
Wczoraj ostatnie spotkania z przyjaciółkami. Dziwnie to brzmiało: do zobaczenia za rok.
– Powiem ci coś w tajemnicy – wyszeptałam do Żaby.
– W Tajemnicy Poliszynela ? – zapytała. Ano – tak wyszło.
Jakby co – polecam lody malinowe. Acha, a na upał – tylko grapefruitowe. Tamże, naturalnie.
Zmienna pogoda zafundowała mi dwudniową migrenę. Poszłam do lasu, do mojego lasu z aparatem. Wszystko cudnie, ale słońca nie było. Za to był nadmiar zębatych potworów. Miałam wrażenie, że jestem pożerana żywcem. Zwiałam po godzinie. Zdjęcia wyszły takie sobie – fotograf ze mnie taki tam, bez słońca moje zdjęcia sa szare ale na zimowe wspominki będzie brzezinka.
Za to wspomnienie po zębaczach nękało mnie jeszcze wczoraj w busie do Olsztyna. Ciekawe czy ludzie myśleli, że mam wszy bo tak się skrobałam po głowie.
A dziś znów leje…

 

Rocznica zostania babcią

Dziś jest pierwsza taka …

Dziś jest pierwsza taka rocznica.
Rok temu nie wiedziałam, że to tak będzie. Że miesiące oddalenia od wnuczki będą najtrudniejszymi miesiącami życia. Że każdy dzień z dala od niej jest dniem …no może nie do końca straconym, ale mniej wartościowym.
Że jej głos, jej śmiech jest najpiękniejszą muzyką. Że najpiękniejszym widokiem jest ona sama. Że najciekawsze jest oglądanie świata z jej perspektywy. Że jest przygodą mojego życia, najlepszą książką i najciekawszym filmem.

Dziś Zuzia kończy pierwszy rok swojego życia.
Ma 8 zębów, gęste włoski koloru starego złota, bardzo błękitne oczy. Mierzy sobie około 80 cm. Waży około 10kg.
Stoi i chodzi przytrzymując się mebli. Je wszystko, ale nie lubi papek. Czasem robi pa-pa, a czasem daje rękę "cześć". Już nie daje buziaków.
Wczoraj spróbowała przejść samodzielnie od stołka do mnie. Jeden krok bez trzymanki i wpadła babci prosto w ramiona.

Każdego dnia dziękuję za to że jest. 

Bohaterstwo a sprawa polska

Już od zarania dziejów …

Już od zarania dziejów Niemiec wyciągał rękę po nasze plemię aleśmy się nie dali i nawet bogówśmy się wyrzekli prastarych dla tego jedynego byle tylko Niemcowi pretekst do napaści odebrać.
Tak się zaczyna ta historia, a dalej wcale nie było gorzej. Bo to się trochę sąsiadów poszturchało co nieco im zabierając, potop szwedzki zatamowało i Turka spod Wiednia wygnało. A jak już nam ci wszyscy wrogowie jednak zaszkodzili i państwo rozebrali tośmy co i rusz jakieś powstanko zrobili. A komunistów kto podgryzał aż wygryzł na koniec i wyrugował z całej Europy marksistowsko-leninowskie plemię ?
Zatem Polak bohater jest, hardy, nieskłonny karku naginać. I wyraz temu musi dawać. No musi. Nawet jak czasy jakby nie te, zakusów obcej plugawej dłoni odpierać nie trzeba, Niemiec nam (i inny Szwed) dzieci wprawdzie germani, ale to przecież zupełnie inna sytuacja jak mawia moja córka.
Zatem Polak wolność (i wolnoć) akcentuje współcześnie gdzie się da.
Na przykład w samolocie. Każdej innej nacji przedstawiciel w samolocie pokornie pas zapina i wyłącza telefon zgodnie z zaleceniami załogi. A Polak ? A Polak nie. Bo pasy to dla mięczaków i jeszcze jakieś zakazy tylko po to by władzę pokazać. Nie. Pod siuś to Szweda bo Polak się nie da. Nie da się w żadne więzy pasy zakuć, nawet na drodze, w samochodzie choćby mu i wpierano, że to dla jego dobra i bezpieczeństwa. Polak plwa sobie na zakazy i kpi z niebezpieczeństwa. Wolny i na dodatek pierwszy w peletonie musi być, bez pasów co więżą i wiążą i co tam dziury, co tam kręta droga i podwójna ciągła. A kiedy motorem Polak jedzie to najchętniej bez kasku by jechał bo do bohaterstwa romantyzm wiatru we włosach pasuje.
Ale to nie wszystko. Bohaterski Polak, jak już wysiądzie ze swojego stalowego rumaka zbroi nie składa. O nie. Sporty ekstremalne Polak uprawiać lubi by nadmiar wigoru upuścić. Ale nie, nie żadne tam skoki na bungie, to dla mięczaków bo żadnego ryzyka w tym nie ma. Takie palenie paczki przemyconych zze wschodniej granicy papierosów dziennie to dopiero przygoda i adrenalina (nie wspominając już o samym procesie przemytu). Gdy po długich namowach rodziny, wszelkich naciskach z różnej strony wreszcie trafi do lekarza i po wyjściu z gabinetu odetchnie całą wypełnioną dymem z koziołków piersią „i znów mi się udało raka przechytrzyć” to wtedy Polak czuje, że żyje.
Albo takie imprezy rodzinne i towarzyskie.
Anglika to dławi, Francuza to dusi, a Polak – musi.
A Polak musi nawet jeśli i jego
mierzi to i skręca
to się dla innych Polaków poświęca.
Bo tak nań popatrzą inni Polonusi,
że Polak- musi
Taki maraton wśród rodaków – kto więcej wypije w jak najkrótszym czasie i pod stół nie wpadnie. Że kac na drugi dzień rano ? Aleśmy ten sztandar wysoko ponieśli i bar jednkowoż odbili.
Do ulubionego sposobu na okazanie bohaterstwa można zaliczyć jeszcze inne sporty ekstremalne:
– zbaczanie z wytyczonych ścieżek w Tatrach – najlepiej sprawdza się u tych co w góry wybrali się po raz pierwszy, najlepiej w odzieży typu klapki plażowe i krótkie spodenki,
– pływanie we wszelkiej maści pływadłach bez kapoka,
– praca na wysokości bez zabezpieczeń,
to tylko niektóre z wymienionych dyscyplin.
Polak na tym nie poprzestanie. Polak pójdzie dalej i palmę bohaterstwa przekaże dziecku. Zacznie od wsadzenia potomka na rowerek. Bez kasku, bez odblasków, najlepiej o zmroku. Niech się dziecko uczy jak mięczakom całej Europy pokazać kto tu twardzielem jest i bohaterem.

”Hej, kto szlachta- za Kmicicem!
Hajda na Wołmontowicze!”