Bez różowych okularów

Ekstraklasa powoli …

Ekstraklasa powoli odsuwa się w niebyt.
…wiedziałam, kurde, wiedziałam, że nie należy się cieszyć, a jeszcze bardziej mówić wszystkim dookoła! Wierzyłam w POSynka, w jego umiejętności i uznałam, że to wystarczy. A guzik, jeszcze trzeba mieć szczęście.
W tym wszystkim bardziej chodzi o pracę, legalną pracę, niż o prestiżowe granie, ale nie ma znaczenia co ważniejsze, jesli można byłoby mieć te rzeczy w pakiecie.
Tamci też nie mogą znaleźć mu pracy. Choć pobliskie miasto jest dużym miastem, choć ofert na stronie ich biura pracy jest dziesięć razy więcej niż w naszym mieście.  Bez pracy POSynek nie dostanie szwedzkiego personnumeru a bez niego nie może grać w ekstraklasie.
Czarna dupa. Dlaczego ten dzieciak nie ma szczęścia ??? …a ja razem z nim?
W związku z powyższym dzisiejszy udział POSynka w meczu został odwołany. Czekamy do środy to ostateczny termin, potem nadzieję możemy odłożyć na półkę. Cholera.

I moja siostra jest bardzo chora. Wiemy już na co, tylko nie wiemy jak bardzo bardzo.

I jesień.  Taka szara i zimna. Liście się sypią na potęgę. I nawet jak słońce świeci to jest chłodno. Ludzie powoli wyciągają ciepłe kurtki.
A mnie się marzy sweter-tunika w kolorze rdzawym.

Nawet rowerki noszą sweterki

<img border="0" alt="" …

Z pierwszymi objawami jesieni w miasteczku pojawiła się grupa ociepleniowców, którzy ubierają w sweterki różne rzeczy w mieście.  Niektóre słupki i drzewa dostały golfy. Sara Widbeck stojąca nad rzeką w tym roku dostała bordowe ponczo. 
I nawet rowerek na Nya Staden Torget dostał sweterek…

…takie tamy…

Pogoda zgłupiała. To tak…

Pogoda zgłupiała. To tak na wstępie. Wczoraj wiało tak, że kwiatek-wiatraczek, znak szczególny mojego balkonu, wyrwało z patyczka. Na szczęście rzuciło go na balkon a nie za. Bo jakby Kasia, nie ja, inna Kasia, następnym razem do mnie trafiła ??
Dziś nadal wieje, ale z porannych 13 stopni zrobiło się 17.
Wybrałam się do apteki rowerem, w koszulce na krótki rękaw. W drodze powrotnej spotkałam Roberta z Julką na rowerku ( Robert jest Szwedem, facetem Madzi).
– Cześć Julka, zobacz , ja też mam rower- pochwaliłam się. Po polsku, bo Julka się ma wprawiać także w poprawnej polszczyźnie.
Prawie trzylatka obejrzała mnie dokładnie.
– Ale mój jest mały – odpowiedziała po szwedzku.
– I bardziej kolorowy- dodałam konsekwentnie po polsku.
No co Julka odpowiedziała długim zdaniem, z którego nic nie zrozumiałam. Widząc moją minę nacisnęła jakieś guziczki koło kierownicy. Przegrałam z kretesem, bo ja miałam tylko zwykły dzwonek…
Robert patrzył na mnie z namysłem.
– Nie. Zimno ? – zapytał. On też się wprawia po polsku.
– Lite – odpowiedziałam, co po szwedzku znaczy "trochę"
– Trochę – dopowiedział, z naciskiem na ę.
Fajne, takie mieszane rozmówki. Julka mieszka szwedzki z polskim. Ostatnio powiedziała: "Ja umiem inte". Inte to szwedzkie przeczenie, składnia też szwedzka. Tworzy też fajne analogie – bierze polski czasownik i tworzy z niego czas przeszły dodając końcówkę szwedzką. Do tego jak prawie każdy trzylatek – mówi niewyraźnie. Zrozumieć ją bywa trudno nawet dla Madzi. To też przed nami.
Zuzia chodzi do przedszkola, trzy dni w tygodniu. Na razie jeszcze mówi niewiele – dwujęzyczne dzieci podobno później zaczynają mówić. Na razie wydaje z siebie dźwięki słowopodobne.
-Tio – mówi i wkłada mi palec do oka.
-Tio – mówi i wyciąga rączkę po mój telefon.
– Mam-ma-ma – mówi i wyciąga rączki do góry.
A czasem krzyczy na kota i kłóci się z nim. Już się nie próbuje przytulać, już chyba wie, że to się kończy niefajnie. Podchodzi do niego, Kocio wyje, syczy i prycha z oburzeniem a Zuzia stoi nad nim i się wykłóca. Kocio czasem się poddaje i wycofuje ale najczęściej stosuje bierny opór. Kładzie się, wyciąga i rozlewa, zaczyna ważyć tonę a cała jego postawa głosi "dźwigiem mnie stąd nie ruszycie".
Jesień się zrobiła jak połowa października w Polsce. Drzewa coraz bardziej żółte. Lipy i brzozy sypią liściem. W niedzielę, ciepło było choć dżdżyście, wybrałam się rowerem za miasto i znalazłam kilka fajnych miejsc, takich gdzie trawa na łące, i widok na pola, i piach pod nogami zamiast bruku. Dziś znalazłam pierwszego kasztana na chodniku. Zuzia oglądała go z ogromnym zaciekawieniem.
Lasy sypią grzybami. POSynek i Marcepanek ściągają toto tałatajstwo do domu, wieszają przy kaloryferach a potem śmierdzi cały dom.  Fuj…Nie lubię grzybów, a jaszcze bardziej nie znoszę ich zapachu.
Szwedzkie mieszkania komunalne mają tę zaletę, że jak tylko temperatura w nocy spada dostatecznie nisko kaloryfery zaczynają grzać. Czasem jest tego ciepła tyle zaledwie, że kaloryfer nie jest zimny. A w domu od razu inna atmosfera.
Nowa nauczycielka na angielskim nazywa się Lotta. Kurde…Gdybym z nią miała zajęcia rok temu już bym coś umiała. Przeskakuje z języka na język jakby była dwujęzyczna, trajkocze i po szwedzku i po angielsku , no i wymawia odpowiednio g i j.
Zachęca do mówienia i człowiekowi się robi głupio, że umie powiedzieć tylko yes albo I don’t know. Choć jak dla mnie jest nieco za szybka…Ale nie narzekajmy. Mogłam sobie ten trzeci kurs rozłożyć na dwa semestry, ale nie, nie chciałam być w grupie z jedną taką Ukrainką.
Pracowo nic drga.
Poszłam wczoraj do ichniego Biura pracy, zła, naburmuszona. Bo od dwóch tygodni czekałam na spotkanie z coach’em. Jak to polsku? Trener ? Opiekun ?
– bo wiesz…od trzech lat szukam pracy i już mi trochę cierpliwości brakuje – wyjaśniłam gościowi na wstępie. Chyba byłam przekonywująca, bo znalazł mi szybko kobietę, która się mną zajęła. Niestety – mówiła tak niewyraźnie, bełkotliwie, że ni w ząb nie mogłam jej zrozumieć. Ale, że już byłam zła, to przyjęłam pozycję – ty masz problem, że JA nie rozumiem, postaraj się bardziej.
W efekcie dostałam formularz na praktykę.
Znalazła się jedna chętna, z biura turystycznego, co ma chęć pokazać mi organizację biura, księgowość i podatki. Tylko, że 50km ode mnie. Od wiosny mogłabym chyba u niej pracować na zlecenie jako pilot wycieczek do Polski. Niezbyt wielkie to pieniądze, ale zawsze coś…A tymczasem ta praktyka, też parę groszy by mogło wpaść. Tylko ceny biletów do S. mnie zmroziły, bo wygląda tak, że to co dostanę wydam na bilety. Madzia mówi, że miesięczny wyjdzie dużo taniej…
Sprawdzimy.
Jutro mam złożyć plan pracy na temat ulubionej epoki literackiej.
Ta…miałam na przygotowanie tego z pół roku, albo więcej. I co ?
I jak zawsze składam na ostatnią chwilę. Czyli na jutro.
Wybrałam pozytywizm czyli inaczej zwany naturalizm. Tylko, że ja mało o tym wiem, poza kilkoma powieściami z tego okresu. Nie mogę przecież pisać o Lalce, Chłopach i Nocach i dniach wyłącznie skoro mam omówić epokę…
Ech…Antybiotyk zmierza ku końcowi. Na razie efekty uboczne dają na wstrzymanie. Oby tak zostało.
Szwedzi od siatkówki z naszego miasta są naprawdę niepoważni, a niby dorośli ludzie. Organizowali turniej, miało przyjechać kilka drużyn. Chłopaki z Miasteczka, koledzy POSynka się zwiedzieli i napalili. Znaleźli sponsora, kupili bilety, Wizzair ich wykręcił, kazał przebukowac bilety na loty z Warszawy co wydłużyło im pobyt o kilka dni, ale się uparli, że i tak przylecą. Ośmiu chłopa. POSynek szukał im noclegu na tzw. międzyczas, bo w trakcie turnieju miał być nocleg w jednej ze szkół. Przylot już w najbliższą środę. Wczoraj POSynek się dowiedział, że turnieju raczej nie będzie, bo…bo oni nie zdążyli nikogo zaprosić! Od lipca nie zdążyli. Jak widać są lepsi ode mnie w organizacji pracy.
Wysmarowaliśmy kilka uszczypliwych zdań po szwedzku do przewodniczącego klubu. No, jemu na bank nie będziemy śpiewać łubu-dubu.
Ciekawam czym się to skończy.

W sobotę POSynek debiutuje na meczu jako rozgrywający w drużynie ekstraklasy szwedzkiej. Dumna jestem ? No ba! 
I czekamy co z tego wyniknie w kwestii pracy i reszty.

Samba przed rozstaniem

Mój drogi.
Z …

Mój drogi.
Z przykrością i ogromnym smutkiem muszę Ci to powiedzieć : czas się rozstać. Mimo ogromnego smutku jaki mnie na tę myśl ogarnia, wiem, że nie może być inaczej.  Domyślam się też, że dla Ciebie nie jest to zaskoczeniem. Tak, symptomy naszego rozstania w ostatnim czasie były coraz trudniejsze do ukrycia. Wiem, że wiesz także o tym, że Cię zdradzałam, w ostatnim czasie właściwie już pozostawałam w stałym związku z innym. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Jeśli Cię to pocieszy, Twojego następcę też zdradzam.
Mimo wszystko, kochany, przyznasz, że to było piękne 25 lat. Tak, wiem. Pięćdziesiąt wspólnych lat było moim marzeniem. Cóż nie dane mi było.
Tęsknię za Tobą już teraz i wiem, że zawsze będę o Tobie marzyć, ale wiem, że nie mam wyboru.

Normal
0
21

Zatem żegnaj , prawdopodobnie na zawsze mój ukochany

Rozmiarze 38.

A jednak!

A jednak dostałam …

A jednak dostałam antybiotyk. Mogłabym tryumfować, gdyby nie to, że najbliższej perspektywie mam: ból żołądka, nawrót aft buzi oraz w bonusie – grzybiczne dolegliwości na przeciwległym krańcu, że się tak eufemistycznie wyrażę.

Wczoraj odkryłam gigantyczny wrzód na piersi. Musiał urosnąć w jakimś ekspresowym tempie bo wcześniej niczego nie zauważyłam. Dylemat : położna czy przychodnia dla kobiet rozwiązał się sam gdy sobie uświadomiłam, że dziś powinnam się zgłosić na płukanie ucha.

Ucho wypłukane, ale i tak coś mnie łaskocze i szczypie, więc chyba nie pomogło. Na wirusa nikt tym razem winy nie zwalał, alvedonu i kortyzonu nie zalecał ( a szkoda – wolałabym, biorąc powyższe po uwagę).

Tak.
Może powinnam bloga przenieść do kategorii "medyczne" i nadać mu inny tytuł ? Ostatnio piszę tylko o tym, że jestem chora, jak jestem chora i gdzie jestem chora.
Ale może to i prawda, że powyżej pewnego wieku jak człek rano się budzi i nic mu nie dolega znaczy – umarł.

To niech choć poetycko się zaprodukuję.
Z głowy naturalnie, ale tym razem nie Gałczyński. O-o! Zgaduj zgadula, kto zacz ? W nagrodę dam popatrzeć na 13 zdjęć Zozola (Zozol w 13 miesięcy).

Leszczyna się stroi w purpurową morę
a lipa w atłas zielony, najgładszy.
Ja się już nie ubiorę.
Na mnie nikt nie popatrzy.

Bywają dziwacy którzy z pokrzyw i mleczu
robią bukiety.
Lecz gdzież są tacy którzy by całowali
włosy starej kobiety ?

Jestem stara. Babcia mi na imię.
Czuję się jako czarna plama
na barwnym świata gobelinie.

Wstawajcie umarli będziem żywych żarli!

No to wracam do żywych. …

No to wracam do żywych. Chyba.
Poszłam do przychodni z tym uchem, przewlekłym przeziębieniem i ogólnym rozbiciem.
Ja wiem, że jestem monotematyczna. Ja wiem, że mój sąsiad O.dam zza miedzy znów się żachnie, ja wiem, że może się to niektórym wydać mało wiarygodne, ale…Nie znoszę  szwedzkiej opieki medycznej pierwszego kontaktu.
Jak już przeczekałam te 15 osób przede mną – no, to akurat normalka- wreszcie doczekałam się własnego numerka, pielęgniarka uścisnęła mi dłoń i zaprowadziła do pokoiku.
zaczęłam jej opowiadać o tym, że już dwa tygodnie, że biorę lekarstwa i jakie, skrzętnie zamieniając ibuprom zatoki na alvedon oraz inne takie analogie, doszłam do tego, że nic nie lepiej i stąd moja wizyta, bo może potrzebuję innych medykamentów. I tu pielęgniarka mi przerwała.
– Ale jeśli to wirus to ci antybiotyk nie pomoże.
Jakbym miała naturę bardziej porywczą i jeszcze cieszyła się lepszym refleksem to bym ją za to stwierdzenie utłukła. A tak tylko zamilkłam i się zagapiłam. Po chwili zapytałam (grzecznie, cholera, bez cienia ironii choćby),  dlaczego sądzi, że chcę antybiotyk.
– Bo według  statystyk Polacy najczęściej żądają antybiotyków.
Zamurowało mnie.
Tak wiem, istnieją takie szkoły gdzie studentów uczy się, iż Polacy to specyficzna grupa : nie uczą się języka i domagają antybiotyków na wszystko.
– Ja nie chcę anybiotyków, bo po nich boli mnie brzuch – wyjaśniłam – Ale wiesz, że to co mówisz, to stereotyp ?
– To nie prawda, że uznajemy tylko antybiotyki. Ze 20 lat temu jak się szło do lekarza to faktycznie prawie zawsze dostawało się antybiotyk (o tym że często cała poczekalnia dostawała ten sam, bo pani doktor miała niedawno wizytę pośrednika handlowego już nie wspomniałam). Ale nie teraz. Teraz jak idę do lekarza i mówię tak, jak tobie, że środki bez recepty nie pomagają, to mogę dostać poradę na coś innego. Nawet na medycynę ludową. A tej wy nie stosujecie.
– No tak, nie możemy tego polecać – przyznała mi. Niepotrzebnie. Jeszcze pamiętam, jak znajoma pielęgniarka nie wiedziała co to bańki. A ostatnio, jak Gulsum była z malutką w poradni, to się zdziwiła pielęgniarka, że herbatka z kopru włoskiego pomaga na kolkę. A takich granulowanych herbatek dla najmłodszych tu w sklepach nie po prostu nie ma.
Ale wracajmy do naszych baranów.
Po takiej wymianie zdań, zostałam zabrana do oddzielnego pokoju w celu przeprowadzenia badań. O biegunce i karuzeli w głowie już nie wspomniałam, bo z tyłu głowy już mi szeptało : ona pewnie myśli, że chcesz wyłudzić receptę … Tak samo mi szeptało, gdy uciskała mi głowę i twarz, tak samo szeptało gdy wkładała patyk do gardła i wyciskała krew z opuszka.
Poszła sobie. Wróciła po 5 minutach. Dobra. Może po 10, ale błyskawicznie jak na ich standardy. Żadnych bakterii, wszystko jest dobrze.  Oczywiście nie wiem co dobrze, bo nikt tutaj nie informuje mnie po co pobiera krew, co z niej oznacza. Nie wiem też jak szybko można sprawdzić obecność bakterii w wymazie ? W Polsce trzeba na to chyba kilku dni, a Szwedzi robią od ręki ? I gdzie to laboratorium ? Od jej wyjścia z materiałem do powrotu z wynikami zdążyłam jedynie wstać, wyjrzeć przez okno, wyjąć z torebki chusteczkę na wciąż krwawiący palec, usiąść z powrotem i sięgnąć po gazetę, której już nie zdążyłam otworzyć. Znów mam to męczące podejrzenie, że próbki za drzwiami zwyczajnie poszły do kosza. Ach. Za to obdarzono mnie klipsem na palec i ekranikiem które coś tam miały pokazać. Co ? Nie wiem, przekonana, że jestem zwyczajnie spławiana jak histeryzujący hipochondryk sprawiło, że wyłączyłam słuch a skupiłam się na odczytywaniu danych z ekranika. Ekranik został szybciutko usunięty z mojego pola widzenia. Więc w końcu nie wiem co pokazał.
Uszy owszem, zostały obejrzane. Usłyszałam, że mam tam za dużo woszczyny (nie dość, że hipochondryczka to jeszcze brudas). Dostałam krople na pięć dni a potem mam się stawić to mi zrobią "spola" znaczy chyba wypłuczą.
Na przeziębienie zaaplikowałam sobie polopirynę – skopała mi żołądek –  oraz większą dawkę cetyryzyny.  Na osłabienie i karuzelę w głowie sok pomidorowy, bo zapewne brak elektrolitów, w tym potasu i magnezu.
Po trzech dniach czuję się lepiej. Katar ustał. Gardło w związku z tym mniej boli. Język się nie goi, chyba potrzebuję czegoś na afty.
Tylko ta cholerna karuzela nie chce się zatrzymać.

Ucho zakraplam i co wieczór mam uczucie, że tonę i brak mi powietrza. Nie chwaliłam się, że boję się zatkania ucha, wkładania don czegokolwiek i np. korka do ucha nie włożę sobie za nic ?
W głowie układam złośliwy list do redakcji miejscowej gazety na temat naturalnej selekcji w Szwecji.

PS. Trzy tygodnie po poprzednim rozpoczęciu, tydzień po jego zakończeniu, Zuzia znów dostała kataru.  Czy nadal będą nam wmawiać, że to tylko przeziębienie ? Nie przegrzewamy jej. Nie sądzę byśmy przeziębiali. Co – zaraziła się  ode mnie, od dziecka w przedszkolu ? A co z odpornością  w takim razie ?
Ale kto by się tam głupim katarem przejmował, nawet jeśli jest gęsty i żółty…
A może to metoda : wkur…wkurzyć do białości, wtedy adrenalina załatwia resztę.
Powiedzcie mi – domagacie się antybiotyku na wszystko ???

PS2. I jeszcze jedno – może i Polacy wierzą tylko w antybiotyki. Za to Szwedzi wierzą chyba tyko w kortyzon. Jak mnie wysypało to jedyne co mi umiały poradzić to maść kortyzonowa (na całą powierzchnię ciała!) 0,1 %. Teraz na przewlekły katar z zatok zaproponowała mi krople z kortyzonem. To była zresztą jedyna rada jaką w kwestii złego samopoczucia dostałam.  

Nie dla wrazliwych

To jest przesada, …

To jest przesada, naprawdę.
Od kilku miesięcy coś mnie łąskocze w uchu, internet mówi, że to może być jakiś wysięk, dodatkowo słabiej na to ucho słyszę. Pójdę do lekarza, tylko…Od prawie dwóch tygodni kaszlę, chrypię, siąkam nosem, zużywam tony chusteczek. Nie mam siły na nic, z ochotą jeszcze gorzej. Sypiam , jeśli sypiam bo bywa, że nie, na siedząco.
Dwa dni temu zrobiła mi się rana na języku – więc nawet ponarzekać nie mogę, bo boli jak mówię.
Wczoraj, zapewne z powodu nadużycia ibupromu zatoki, alvedonu, strepsilsu, rutinoskorbinu, czosnku, soku pamarańczowego i…nie wiem czego jeszcze najpierw dostałam zgagi gigant a potem, przepraszam wrażliwych, sraczki – nazywając rzecz po imieniu.
Do kompletu brakuje tylko okresu, który widocznie wziął na przeczekanie.

W związku z powyższym zawieszam aktywność do odwołania. Nie szyję, nie sprzątam, nie gotuję. Nie niańczę wnuczki ani kota. Nie uczę się i nie szukam pracy.
Leżę na kanapie i NIE pachnę.
Oglądam I sezon Gilmorek na przemian z Kryminalnymi . I usiłuję czytać co piszą w internecie.
Z bólem stwierdzam, że poziom poratlu gazeta.pl leci na pysk w zastraszającym tempie. Pomijając wszystko inne, ilość błędów językowych robi się przerażająca.
Dziś mnie prawie do wymiotów doprowadził dwukrotnie powtórzony zwrot "na boso". Za chwilę redaktorzy będą musieli "wziąść" się garść i "tą" garść sobie na gardle zacisnąć…

Ja przepraszam, ale w tytule ostrzegam, że tekst jest nie dla wrażliwych.

Ostatni sierpniowy poniedziałek

Gdy trzcina zaczyna …

Gdy trzcina zaczyna płowieć
a żołądź większy w dąbrowie
znak, że lata złote nogi
już się szykują do drogi.

Lato, jakże cię ubłagać ?
Prośbą jaką ? Łkaniem jakim ?
Tak ci pójść i zabrać
w walizce zieleń i ptaki ?

Ptaków tyle, zieleni tyle.
Lato, zaczekaj chwilę *

…miałam piękną notkę o sobotniej burzy w moim mieście, rozmówce z panem, który się pięknie śmieje, zawrotach głowy, ale świnia blox zeżarł i oddał tylko pierwsze zdanie.

To tylko podziękuję Wam za życzenia.

*naturalnie Gałczyński, bo któż by inny.

Donosiciel

Właściwie to jest czym …

Właściwie to jest czym się pochwalić, ale nie mam jeszcze odwagi, żeby nie zapeszyć. Z drugiej strony rozpiera mnie.
No to może tak.
POSynek grając w Szwecji w siatkówkę wygrywa dla siebie szansę na polepszenie życia. Jako, że przesądna jestem, to jeszcze nie mam odwagi się cieszyć, żeby nie zapeszyć, choć on twierdzi, że już można. Ale tak czy siak – trzymanie kciuków jest wskazane, bo jeszcze żaden papier podpisany nie został.

Dopadła mnie zaraza. Pół tygodnia łaziło po mnie, w nocy suchym kaszlem drapało w gardle, w dzień paliło ogniem w przełyku. Na amen położyło mnie w środę wieczorem. Zgodnie z zaleceniami szwedzkiej służby zdrowia położyłam się łóżka, dużo piłam i łykałam paracetamol. Idzie ku lepszemu, tylko sypiam na siedząco. Choroba chorobą, ale dziś ostatni weekend sierpnia. Jest ciepło, wygląda, że nie ma padać. Nie wiem czy mi się termometr nie popsuł ale od 3 rano wciąż pokazuje 20 stopni. Muszę gdzieś się ruszyć. Gdzieś dalej, gdzieś w nieznane. Kto wie- może to ostatni taki weekend w tym roku ? Kusi mnie Åmal i Dalslandia, którą zaledwie liznęliśmy wiosną. Ale kusi też przeciwległy rejon, Joköping i Vetter, drugie z ogromnych szwedzkich jezior. "Tak żywina pośród jadła z głodu padła".
Tak, tak. Wiem. Pranie już wyszło z kosza, rozlazło po całej łazience i zaczyna podbijać przedpokój. Gary w zlewie patrzą na to i zbierają s na odwagę by dać odpór szmatom, powoli rozciągając swe wpływy na kuchnię i przyległe jej rejony.
Ale ja mam dziś urodziny! Czy z tej okazji wolno mi olać wszystko i być stuprocentową egoistką ? Bo na co dzień jestem egoistką tylko w osiemdziesięciu procentach.
Kawa jest błeeee…
Zozol pogaduje. Jak ja się stęskniłam za nią przez te dwa dni! Kocio jak dziecko – pcha się na kolana, nos wkłada do leżącej na stole, szleszczącej jak cholera paczki chrupków (nadmieniam, że pan mąż śpi tuż obok kanapy), wyje i rozdzierająco mruczy.
O urodzinach chciałam zapomnieć z całej siły, ale facebook mi przypomniał. I nie tylko mi. Kablarz i donosiciel.  Już dawno bym zrobiła z nim porządek, ale Ela się tam wyniosła. I Steven czasem się tam pokazuje i Mark…
Åmal czy Jonköping ? Åmal ? Jonköping ? Åmal…Nie, Jonköping. A może jednak…
Miłego weekendu życzy niezdecydowana KasiaProwincjuszka

Tyle było dni

intensywnych …

intensywnych ostatnio.
Szkoła się zaczęła, zostawiłam sobie już tylko szwedzki ostatni poziom i
angielski. Na angielskim nowa nauczycielka, bo Karolina urodziła sobie
synka. Nowa ma doświadczenie w nauczaniu, to widać. Od pierwszego dnia
wiedziała co robić, ma jakiś plan, jakieś pomysły, jakieś ćwiczenia nie
tylko książkowe. Spodobała mi się. No i ona nie wymawia "Germany" ze
szwedzka "jermany". Najgłupsze w systemie szkolnictwa jest to, że zanim
zacznę zajęcia mam decydować czy chcę dany materiał przerobić w jeden
czy dwa terminy. A skąd ja na boga ojca mam wiedzieć czy podołam ? Czy
dam radę opanować materiał, czy wiedza jaką dostąd pozyskałam wystarczy
mi by iść dalej…Ale na trybie dwu-terminowym jest Irina-Ukrainka,
która mi zaszła za skórę, więc może jeden termin ? A nie wiem kto jest w
grupie…I tak się borykam. Tak, ja wiem, to głupio, powinnam
stwierdzić jak szybko i jak intensywnie chcę sie uczyć, ale ponieważ nie
mam pojęcia jak to wygląda…itd.
W piątek miałam gości, tych samych których wiosna wizytowałam w
okolicach Helsingborga. Ach, mieszkanie w centrum daje naprawdę pogląd
na to co się dzieje w mieście, i okazuje się, że jednak się dzieje.
Gościom się podobało. Piątkowy koncert niejakiej September zachwalała mi
i Jola i Asia. Co ja zrobię, że fanką popu nie jestem zwłaszcza jeśli
chodzi o pop współczesno-szwedzki ? Przemknęliśmy przez park, gdzie było
głośno, tłoczno i , o dziwo – piwnie.
W sobotę prócz Rorstrand Muzeum odwiedziliśmy pchli targ. No, to jest
coś co koniecznie trzeba zobaczyć, coś co ma klimat i styl. Za jedyne 4
tys. koron mogłam kupić gablotkę z piętnastoma zegarkami kieszonkowymi.
Chodzącymi! Cudnymi. gdybym miała – wyjęłabym od razu pieniądze. Czy ja
mówiłam, że lubię zegary ? I że marzy mi się posiadanie zegara bijącego
godziny ? Ale takiego prawdziwego, starego, nakręcanego a nie żadnego
elektronicznego ścierwa.

I jeszcze był pokaz samochodów rodem z
lat dwudziestych. Do tego przygrywała kapela grająca porządnego rock
and roll’a. Panowie mieli nawet stosowny zarost. A w pobliskim sklepie o
wiele mówiącej nazwie Nostalgeek panie miały uniformy, fryzury i
makijaże  a la lata 50-te. Cud miód i powidło.
Goście pojechali po obiedzie a ja padłam. Gardło, głowa, dreszcze.
Niemniej, następnego dnia, czyli w niedzielę nie mogłam sobie odmówić
wyprawy do lasu. Słońce świeciło na czystym niebie, ciepło było. Gardło
bolało, ale reszta ucichła.
Madzia zabrała nas do letniskowego domku ciotki. Domek w lesie,
kilkanaście kroków dalej jezioro, pomost, przystań, sauna, ławki, i
stoły, kąpielisko i plac zabaw. Oraz toalety i prysznice. Ludzi
niewielu, samochodów jeszcze mniej.
A w lesie prócz wysokich skał i głębokich jarów jagody jak pięści. Oraz
żurawiny. W godzinę nazbieraliśmy po małym wiaderku jagód. Potem leniwe
siedzenie przy stoliczku w cieniu wysokich świerków. Trochę zdjęć na
przystani.


Spotkałam tam starszą kobietę przebierająca się na pomoście w
kostium kąpielowy. Zachmurzyło się i zrobiło chłodno.
– Masz zamiar się kąpać ??- zdumiałam się. Przytaknęła.
– Nie zimno ci ?
– Nie, jest 17 stopni. Ja pływam codziennie minimum kilometr.
Wow. Podziwiam, naprawdę. I zazdroszczę hartu.
A dziś -tadam!
Zozol poszedł pierwszy raz do przedszkola. Z mamą i babcią.
Heh. Tyle tam atrakcji, że można ją było spokojnie zostawić samą. Ale
dla maluchów okres przywykania wynosi około 10 dni.  Mama czy kto inny z
rodziny przychodzi i zostaje. Maluch robi co chce, opiekun może sobie
siedzieć na kanapie i palcem kiwać – dziecko tylko musi widzieć, że ktoś
taki jest w zasięgu.
Pierwsze hardcorowe przezycie Zuzia ma za sobą- zdaje się że dostała po głowie od kolegi.
Nauczycielki nazywają się Eva, Anna-Karin i Susana. A ja zobaczywszy to
pomyślałam, że w Szwecji chyba wszystkie nauczycielki noszą wyłącznie te
imiona.  

A teraz oddalam się pierogów…