Babcia kontra wnuczka

Kiedy wnuczę zostaje z …

Kiedy wnuczę zostaje z tobą i twym mężem na kilka dni, wtedy myślisz sobie : no, teraz to ja tym nieodpowiedzialnym smarkaczom pokażę jak się postępuje z dziećmi, ureguluję maluchowi pory dnia, zapewnię pyszne, odżywcze posiłki i na pewno nie ulegnę terrorowi płaczu i żałosnych min. Za to poświęcę dziecku czas, będę się z nim bawić w mądre zabawy, czytać książeczki i żadnego komputera!
Potem za rodzicami zamykają się drzwi i zaczyna prawdziwe życie czyli dziadkowie kontra ukochane wnuczę.
Na kolację smażysz pyszne naleśniczki. Podajesz z dżemem malinowym – niech dziecko poznaje inne smaki, a nie tylko truskawkowe, bo mama tylko taki jada. Dziecko po pierwszym kawałku  naleśniczka wetkniętym w buzię natychmiast zaczyna mlaskać i oblizywać się. Triumfujesz : wiedziałam! …ale tylko na chwilę, bowiem sekundę potem uroczy bobas wyciąga na pół przeżuty kawałek, ogląda go z każdej strony i , niechcąco oczywiście, upuszcza na podłogę. Wetknięcie kolejnego kawałka już nie pójdzie tak łatwo. Zaciskanie ust, zakrywanie ich rączkami, odwracanie głowy a wreszcie przeraźliwy płacz protestu sprawia, że machasz ręką – może nie głodne. Wstajesz po ścierkę i wtedy kątem oka widzisz, że bobas sięga ręką po wzgardzony naleśnik i nie bacząc, że dżem skapuje na ubranko, fotelik, podłogę, zajada ze smakiem.
Cieszysz się? „Dziecko niech je ręką lub nogą byleby jadło” przypominasz sobie i dokładasz kolejny kawałek placka. Mała, pulchna łapka, usmarowana malinami wędruje do talerzyka a ty się cieszysz jeszcze bardziej…ale tylko przez sekundę, bowiem zaraz po niej naleśnik ląduje na podłodze razem z talerzykiem. Na szczęście plastikowym.
Po posiłku przebierasz malucha, sadzasz na podłodze, sięgasz po książeczki i gdy otwierasz pierwszą stronę stwierdzasz, że się zdematerializowało. Dobiega cię klepanie szafek kuchennych i już wiesz, gdzie twoje słodkie maleństwo. Dopadasz je w samą porę by wyrwać mu z rączki butelkę oleju nim jej cała zawartość znajdzie się na podłodze. Wycierając olejową ślizgawkę zastanawiasz się jakim cudem roczne dziecko, nie umiejące chodzić, a już na pewno nie umiejące biegać, w jednej sekundzie pokonało dystans jaki tobie zajmuje minimum kilkanaście sekund. Zastanawiasz się tylko połową siebie, bowiem druga połowa rejestruje radosne gadulenie z najodleglejszego zakątka mieszkania. Gorączkowo usiłujesz sobie przypomnieć gdzie ostatnio widziałaś kota, bowiem już wiesz, że spotkanie kot+bobas= krew. I niestety zazwyczaj jest to krew maleństwa.
Machając ręką na plamę „będę o tym pamiętać” lecisz zlokalizować dziecko i kota. Kot obserwuje cię z balkonowego krzesełka i masz wrażenie, że oko mu lśni ironią. Dziecko bawi się grzecznie drzwiami od pokoju. Zamyka i otwiera. Robi to już od dłużej chwili, robi umiejętnie, ale tobie zapala się czerwona lampka „palce!” więc porywasz malucha na ręce. Dziki wrzask obwieszcza ci, że popełniłaś błąd. Ale za późno: aniołek już stracił zainteresowanie drzwiami, domaga się wzięcia na rączki choć wcześniej wił się tamże niczym piskorz. Bierzesz.
Wchodzisz do pokoju, siadasz na podłodze z maluchem, sięgasz po edukacyjne klocki i spostrzegasz, że twój skarbeczek właśnie się ulotnił…
I tak do samego wieczora: ganiasz za dzieckiem pilnując jego bezpieczeństwa oraz pilnując by nie dręczyło twojego ulubionego futrzaka czyli milusiego kotecka, w międzyczasie usiłując ugotować obiad dla męża i syna. Ratując się przed bolesnym upadkiem, wykręcisz efektowny piruet na zapomnianej (oczywiście!) plamie oleju, naciągając boleśnie nerw kulszowy. Powstrzymasz się od soczystego, bogatego w „rrr” słowa, zamiast tego wykonasz grymas bólu i złości a gdy zauważysz na anielskiej twarzyczce swojej wnusi szczery zachwyt wyczynami babci, pomyślisz całkiem serio „mały potwór”.
Na szczęście wracający z pracy mąż przybywa ci z odsieczą. Nosi swoją ukochaną wnusię na rączkach, daje do zabawy telefony i piloty, gania po całym mieszkaniu i bawi się w chowanego. Po godzinie cudownej zabawy, on pada ze zmęczenia, coraz bardziej znękanym głosem prosi wnuczusię o chwilę przerwy, ale mały potwór nie odpuszcza.  
Wreszcie nadchodzi ta cudowna pora pójścia na spoczynek.
Wykąpany jako tako dzieciak, opity mlekiem, przymyka słodkie oczęta i zaczyna rozkosznie pochrapywać. Oddychasz z ulgą. Uff. Jeden dzień za mną. Miałaś jeszcze sto planów, ale padasz na twarz, więc włączasz sobie jakiś serial i oglądasz bezmyślnie aż zmorzy cię sen. Zasypiasz i myślisz sobie: jutro znów spróbuję.
Z pierwszej drzemki, około północy, budzi cię postękiwanie dzieciaka – czujnie śpisz przy jego łóżeczku. Dajesz pić. Zasypia, ty zapadasz także w sen. I wtedy budzi cię koci lament pod drzwiami wyjściowymi. Wstajesz, tłumaczysz kotu, że noc, że nie pora na spacery i co ci tam jeszcze przyjdzie do głowy. W końcu odwracasz się i starannie zamykając drzwi od pokoju wracasz do łóżka.
Właśnie w chwili gdy zaczynasz coś śnić maluch znów marudzi przez sen. Otwierasz oczy – dochodzi pierwsza. Podajesz picie – nie chce, podajesz mleko- pije, zasypia. Kładziesz się, przysypiasz…O drzwi skrobią kocie pazury a kocie gardełko płacze żałośnie. Otwierasz drzwi zapraszasz kota do środka. Kładziesz się, kot przy tobie. Zasypiasz, zaczyna ci się coś śnić…
Dziecko znów stęka. Na zegarze druga…Picie, mleko – nie. Okno otwarte ? Kocyk i zamykasz okno. Łóżko. Koci płacz w kuchni nad pustą miską…
Godzina trzecia. Okno otworzyć, pieluchę zmienić. Mleko. Łóżko. Kot płacze bo chce na balkon.
Godzina czwarta. Kocyk. Mleko nie. Picie nie. Zamykasz żaluzję a gdy wracasz kot śpi na twojej poduszce zajmując miejsce centralnie na środku szerokiego łóżka. Zganiasz, nie masz siły na subtelności. Kładziesz się. Kot płacze pod łazienką, żeby cię poinformować, że czuje się skrzywdzony. Zasypiasz słysząc chrzęst przekopywanego żwiru.
Godzina piąta. Jasno. Do ucha coś ci radośnie gaduli. Maleństwo się wyspało. Wypija świeże mleczko leżąc grzecznie obok ciebie z przymkniętymi oczkami. Cieszysz się, że zasnęło ? Za wcześnie. Chwilę później Mały Potwór zaczyna demolować ci łóżko, skutecznie odwodząc cię od głupiego pomysłu pospania jeszcze.
O szóstej trzydzieści, gdy zrezygnowana postanawiasz zrobić sobie kawę, maluch znajduje zapomnianą w łóżku butelkę mleczka i zasypia przy niej. Ty też. Oraz kot.
Następny dzień od poprzedniego różni się tylko tym, że zamiast pysznej, pożywnej zupki dajesz Potworowi parówkę, bo już wiesz, że zupki nie da się jeść rączką a innej formy transportu jedzenia do buzi maluch nie uznaje. A gdy zmęczona zachowywaniem linii demarkacyjnej między strefą kota a strefą dziecka wreszcie otworzysz komputer ma jedną minutę, kończy się to naturalnie przelaniem krwi. Mąż też już nie jest tak ochoczy do zabawy z maluchem, plecy go bolą od dźwigania dziesięciokilogramowego szczęścia. Noc też jest inna: tym razem maleństwo wstaje wyspane już o trzeciej.
Kolejnego dnia, snując się po domu zastanawiasz się jak przeżyć kolejny dzień. Ale nie przejmuj się. Już za kilka dni stęsknieni rodzice wrócą do swej pociechy a ty będziesz mogła odpocząć …i znów krytykować ich metody wychowawcze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s