Wstawajcie umarli będziem żywych żarli!

No to wracam do żywych. …

No to wracam do żywych. Chyba.
Poszłam do przychodni z tym uchem, przewlekłym przeziębieniem i ogólnym rozbiciem.
Ja wiem, że jestem monotematyczna. Ja wiem, że mój sąsiad O.dam zza miedzy znów się żachnie, ja wiem, że może się to niektórym wydać mało wiarygodne, ale…Nie znoszę  szwedzkiej opieki medycznej pierwszego kontaktu.
Jak już przeczekałam te 15 osób przede mną – no, to akurat normalka- wreszcie doczekałam się własnego numerka, pielęgniarka uścisnęła mi dłoń i zaprowadziła do pokoiku.
zaczęłam jej opowiadać o tym, że już dwa tygodnie, że biorę lekarstwa i jakie, skrzętnie zamieniając ibuprom zatoki na alvedon oraz inne takie analogie, doszłam do tego, że nic nie lepiej i stąd moja wizyta, bo może potrzebuję innych medykamentów. I tu pielęgniarka mi przerwała.
– Ale jeśli to wirus to ci antybiotyk nie pomoże.
Jakbym miała naturę bardziej porywczą i jeszcze cieszyła się lepszym refleksem to bym ją za to stwierdzenie utłukła. A tak tylko zamilkłam i się zagapiłam. Po chwili zapytałam (grzecznie, cholera, bez cienia ironii choćby),  dlaczego sądzi, że chcę antybiotyk.
– Bo według  statystyk Polacy najczęściej żądają antybiotyków.
Zamurowało mnie.
Tak wiem, istnieją takie szkoły gdzie studentów uczy się, iż Polacy to specyficzna grupa : nie uczą się języka i domagają antybiotyków na wszystko.
– Ja nie chcę anybiotyków, bo po nich boli mnie brzuch – wyjaśniłam – Ale wiesz, że to co mówisz, to stereotyp ?
– To nie prawda, że uznajemy tylko antybiotyki. Ze 20 lat temu jak się szło do lekarza to faktycznie prawie zawsze dostawało się antybiotyk (o tym że często cała poczekalnia dostawała ten sam, bo pani doktor miała niedawno wizytę pośrednika handlowego już nie wspomniałam). Ale nie teraz. Teraz jak idę do lekarza i mówię tak, jak tobie, że środki bez recepty nie pomagają, to mogę dostać poradę na coś innego. Nawet na medycynę ludową. A tej wy nie stosujecie.
– No tak, nie możemy tego polecać – przyznała mi. Niepotrzebnie. Jeszcze pamiętam, jak znajoma pielęgniarka nie wiedziała co to bańki. A ostatnio, jak Gulsum była z malutką w poradni, to się zdziwiła pielęgniarka, że herbatka z kopru włoskiego pomaga na kolkę. A takich granulowanych herbatek dla najmłodszych tu w sklepach nie po prostu nie ma.
Ale wracajmy do naszych baranów.
Po takiej wymianie zdań, zostałam zabrana do oddzielnego pokoju w celu przeprowadzenia badań. O biegunce i karuzeli w głowie już nie wspomniałam, bo z tyłu głowy już mi szeptało : ona pewnie myśli, że chcesz wyłudzić receptę … Tak samo mi szeptało, gdy uciskała mi głowę i twarz, tak samo szeptało gdy wkładała patyk do gardła i wyciskała krew z opuszka.
Poszła sobie. Wróciła po 5 minutach. Dobra. Może po 10, ale błyskawicznie jak na ich standardy. Żadnych bakterii, wszystko jest dobrze.  Oczywiście nie wiem co dobrze, bo nikt tutaj nie informuje mnie po co pobiera krew, co z niej oznacza. Nie wiem też jak szybko można sprawdzić obecność bakterii w wymazie ? W Polsce trzeba na to chyba kilku dni, a Szwedzi robią od ręki ? I gdzie to laboratorium ? Od jej wyjścia z materiałem do powrotu z wynikami zdążyłam jedynie wstać, wyjrzeć przez okno, wyjąć z torebki chusteczkę na wciąż krwawiący palec, usiąść z powrotem i sięgnąć po gazetę, której już nie zdążyłam otworzyć. Znów mam to męczące podejrzenie, że próbki za drzwiami zwyczajnie poszły do kosza. Ach. Za to obdarzono mnie klipsem na palec i ekranikiem które coś tam miały pokazać. Co ? Nie wiem, przekonana, że jestem zwyczajnie spławiana jak histeryzujący hipochondryk sprawiło, że wyłączyłam słuch a skupiłam się na odczytywaniu danych z ekranika. Ekranik został szybciutko usunięty z mojego pola widzenia. Więc w końcu nie wiem co pokazał.
Uszy owszem, zostały obejrzane. Usłyszałam, że mam tam za dużo woszczyny (nie dość, że hipochondryczka to jeszcze brudas). Dostałam krople na pięć dni a potem mam się stawić to mi zrobią "spola" znaczy chyba wypłuczą.
Na przeziębienie zaaplikowałam sobie polopirynę – skopała mi żołądek –  oraz większą dawkę cetyryzyny.  Na osłabienie i karuzelę w głowie sok pomidorowy, bo zapewne brak elektrolitów, w tym potasu i magnezu.
Po trzech dniach czuję się lepiej. Katar ustał. Gardło w związku z tym mniej boli. Język się nie goi, chyba potrzebuję czegoś na afty.
Tylko ta cholerna karuzela nie chce się zatrzymać.

Ucho zakraplam i co wieczór mam uczucie, że tonę i brak mi powietrza. Nie chwaliłam się, że boję się zatkania ucha, wkładania don czegokolwiek i np. korka do ucha nie włożę sobie za nic ?
W głowie układam złośliwy list do redakcji miejscowej gazety na temat naturalnej selekcji w Szwecji.

PS. Trzy tygodnie po poprzednim rozpoczęciu, tydzień po jego zakończeniu, Zuzia znów dostała kataru.  Czy nadal będą nam wmawiać, że to tylko przeziębienie ? Nie przegrzewamy jej. Nie sądzę byśmy przeziębiali. Co – zaraziła się  ode mnie, od dziecka w przedszkolu ? A co z odpornością  w takim razie ?
Ale kto by się tam głupim katarem przejmował, nawet jeśli jest gęsty i żółty…
A może to metoda : wkur…wkurzyć do białości, wtedy adrenalina załatwia resztę.
Powiedzcie mi – domagacie się antybiotyku na wszystko ???

PS2. I jeszcze jedno – może i Polacy wierzą tylko w antybiotyki. Za to Szwedzi wierzą chyba tyko w kortyzon. Jak mnie wysypało to jedyne co mi umiały poradzić to maść kortyzonowa (na całą powierzchnię ciała!) 0,1 %. Teraz na przewlekły katar z zatok zaproponowała mi krople z kortyzonem. To była zresztą jedyna rada jaką w kwestii złego samopoczucia dostałam.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s