O fryzurze, nietolerancji i sadzeniu kwiatków

– O. Kto ci TO zrobił ? …

– O. Kto ci TO zrobił ? – Yankie miał autentyczne współczucie w głosie. I zgrozę.
– Nie pytaj. Powiem ci tylko, że drogo mnie to kosztowało.
Nawet nie skwitował tego jakoś ironicznie czym rozwiał moje nadzieje, że może nie jest tak źle. 
Trafiłam jakiś czas temu na niezłego fryzjera Irakijczyka z trądzikiem. Nie oszukujmy się – od czasu Ulissesa z Bagdadu nie jestem już taką rasistką jak kiedyś, ale trądzik mnie nieco zniechęcał. Więc postanowiłam wypróbować inny salon. 
Taak…nietolerancja jest grzechem, a Bozia każe na bieżąco. 

Koszt strzyżenia prawie dwukrotny jak u Irakijczyka.
Efekt…
Jakby to opisać…? Może prościej pokazać. 

Tyle, że nad uchem mam wycięte. No i kolor "sól i pieprz" podobno piękny.
Jak dojdzie poranna opuchlizna "od-zatokowa" to będę wyglądała jak kotek w chlebowej czapeczce. 
Nie dam się złamać. Nie będę błagać o powrót zimna bym znów mogła nosić czapkę. 
Miałam iść już dziś do szkoły, ale nie mogłam zasnąć, a potem nie mogłam wstać. I sama sobie tłumaczę, że to naprawdę wcale nie z powodu chęci ukrycia fryzury.
Wiosenna aura nie odpuszcza, więc sprzątam dziś balkon. I sieję kwiatki. 

Wiosna jest po zimie w myśl ludowych przysłów…

Sądząc po opuchniętej …

Sądząc po opuchniętej twarzy ze szczególnym uwzględnieniem powiek, po bólu u nasady nosa oraz po tym, że mi coś ciągle płynie tylnej stronie gardła – mam ostre zapalenie zatok. Do kompletu mam gorączkę.
Więc siedzę, a właściwie leżę w domu. Pielęgniarka z mojej nowej przychodni zapewniała mnie, że jak nie mam kataru to nie zapalenia zatok. Oczywiście wirus. Ale zaleciła cortyzonowy spraj do nosa.
A ponieważ ostatnie na co mam chęć to siedzenie w poczekalni i udowadnianie kolejnej pielęgniarce, że moja diagnoza jest słuszna, po to tylko by dostać antybiotyk, za który  mój żołądek mi się odpłaci pięknym bólem – to kombinuję z tym sprajem. I jeszcze za chwilę siądę do maszyny, uszyję sobie lniany worek, napełnię go pszenicą i będę się tak kurowała. Może pomoże, co daj Boże. 
Macie jeszcze jakieś rady na zapalenie zatok ? Inhalacje ? Tylko z czego jak nie mam rumianku ani mięty, a z domu wolałabym nie wychodzić.
I tak to. Za oknem hula wietrzna wiosna. Słońce świeci. Ale nie pójdę nigdzie bo jak mnie zawieje, to znów będę cierpieć jak wczoraj. 
Kurs mi ucieka. A tam takie pyszne zadanko na mnie czeka. Zadanko, które mi pewnie zajmie tydzień albo dwa, zje mi nerwy, sprowadzi moją samoocenę do pozycji pełzaka, znów. Oraz zmusi leniwe szare komórki do podjęcia ciężkiej pracy polegającej na logicznym myśleniu. Ale i tak chcę je zacząć. 
Firma budowlana, dokumenty z całego roku, w zadaniu należy uwzględnić dane z bilansów z lat poprzednich. Zrobić rozliczenia miesięczne, potem całoroczne, łącznie z bilansem. Niammm…

Kurs sprawia, że chce mi się żyć. Moja samoocena powoli wstaje i otrzepuje kolanka. Nieśmiało, ale zaczynam wysyłać podania o pracę związaną z księgowością.
To nie można tak było zacząć dwa lata temu ?
UPDATE
Tak mniej więcej wyglądałam rano:

Uroczo, nieprawdaż.
Teraz znów telepka i odjazd.
A ja jutro chciałam z domu zacząć wychodzić by pojutrze iść na kurs. 

Nastepczyni Tronu

juz jest na swiecie. …

juz jest na swiecie. Dumny Pappa Daniel na zdjeciach pokazuje jak duza jest jego malutka coreczka, druga w kolejce do tronu szwedzkiego ksiezniczka -51 cm i 3280g.
No to witamy na swiecie , Wasza Wyskosc.

Fajne jest to, ze caly kurs jest dzis przejety narodzinami krolewny. Ale jak wiadomo, Wiktoria cieszy sie ogromna sympatia wsrod Szwedow.
Ciekawe czy w tak meskim towarzystwie jakie ma M. w swojej pracy ekscytacja bedzie podobna

Wolne!

To zupełnie inaczej …

To zupełnie inaczej smakuje jak człowiek jest naprawdę zajęty przez cały tydzień i nagle w prezencie dostanie jeden dzień ekstra wolnego.

Zupełnie inaczej. Zresztą – życie smakuje inaczej.
Entuzjazm kursowy jak widać mnie nie opuszcza. Entuzjazm jest podwójny: uczę się tego, czego nie umiałam z zakresu księgowości czyli samej końcówki: obliczanie wyniku, sporządzanie bilansu a kolejce stoją analizy. A drugie to żywy, szwedzki szwedzki. Obiecuję sobie zyskać na tym kursie choć jedną bliską znajomość, która zostanie mi na czas po-kursowy. Szwedzka znajomość.

Ostatnio Zośka mnie zapytała czy się malowałam, bo tak ładnie wyglądam.
Mój makijaż to zwykle puder + odrobina czarnej kredki. Nie używałam pudru od…nie pamiętam kiedy, ale roku co najmniej. Nie czułam potrzeby wyglądania ładniej. Myślałam o sobie, że stara jestem. Mogę być gruba, mogę się ubierać w byle co, nie muszę się malować bo NIC nie zmieni tego, że stara jestem.
Na kursie była taka Anka. Szczupła, zgrabna dziewczyna, pełna werwy, pełna energii, gadatliwa i towarzyska. Trzymały się razem z Zośką. Zośke podejrzewałam o jakieś 30 lat, Ankę o nieco więcej, ale przed czterdziestką.  I nagle z rozmowy wynikło, że Anki syn ma tyle co mój. Ke ??? Z odniesień do dawnych czasów, szczególnie muzycznych , wynikało, że to moja dekada. Kiedy zapytałam – okazało się, że jest zaledwie kilka miesięcy młodsza. 
Patrzyłam odtąd na nią z zazdrością. Kurde! też chcę tak wyglądać. Też chcę, żeby ludzie znów się dziwili, że mam takie dorosłe dzieci. 
Stopniowo wyciągałam z szafy kolorowe ubrania. Jednego ranka mróz tak mnie wyszczypał w policzki, że przypomniałam sobie o pudrze. I oto jestem.
Zośka zapytała czy mam makijaż, bo tak ładnie wyglądam. Miałam, mały ale miałam, do tego kolorową bluzkę i uśmiech na twarzy, bo kurs sprawia, że znów mam ochotę żyć.
Bo przywraca mi wiarę, w to, że jednak jeszcze znajdę pracę i nie musi to być sprzątanie czy pakowanie towarów.
Marzymy o wygraniu miliona i mówimy: mógłbym nie pracować do końca życia. A ja już wiem, że mimo miliona wolałabym pracować. Może nie koniecznie na pełen etat, ale dobrze mieć konkretny powód dla którego wstajesz z łóżka, wychodzisz z domu i spotykasz ludzi. Wychodzi na to, że praca jest mi niezbędna do życia.
To nie wiem. Martwić się, że Szwedzi też chcę wydłużyć wiek emerytalny do 75 roku ? 

Prawdziwe oblicze demokratycznego socjalizmu

Zośka przyszła dziś na …

Zośka przyszła dziś na kurs w nowej kurtce. Sportowa, z kapturem, dłuższa za tyłek.
– O, porządna, fajna – zawyrokowały pozostałe.
– W tej na pewno nie zmarzniesz nawet bez swetra. 
– Trochę mi się nie podobała, że czerwona – dodała Zośka po chwili.
– A właśnie – przypomniałam sobie – Może mi ktoś wyjaśnić dlaczego w Szwecji kurtki zimowe są tylko czarne, białe albo czerwone ?
Kaśka odezwała się nieśmiało
– Ja raz widziałam niebieską.
– W sklepie ? – zaciekawiłam się.
– Nie, na kobiecie.
Ucichły na moment, aż odezwała się Zośka.
– Bo Szwedzi muszą być "w sam raz", nie wyróżniać się. Nie za duzi, nie za mali, nie za weseli i nie za smutni. Kurtki też podlegają temu prawu.

No. Jak w dawnym sklepie Forda, w którym każdy Amerykanin mógł kupić sobie samochód jaki chce. Pod jednym warunkiem: że chciał czarnego forda T.

Zabiję kota!

Miauczy i miauczy.<br …

Miauczy i miauczy.
– Czego tak miauczysz- pytam. Patrzy mi w oczy z ogromnym natężeniem, wyraźnie widzę, że chce mi coś powiedzieć, otwiera pyszczek
– Miau! – krzyczy. 
Jeść dostał, pić ma co, kuweta czysta (a jaka ma być, jak konsekwentnie załatwia się obok). Wsadziłam go na pralkę, na moje ubrania, może sobie kąta do spania znaleźć nie może, o. Właśnie przyszedł. Znaczy pralka niewygodna. Miauczy. Wstałam, sparwdziłam szafę – otwarta. Siadł na dywanie, polizał łapkę, potem drugą. Rozejrzał się. Zbystrzał. Odkrył miejsce do leżenia. Hyc. Zgrabnym susem wskoczył na kanapę. Zakręcił dwa kółka i zaczął się mościć. Zupełnym przypadkiem na świeżo upranym, patchworkowym obrusie. Tylko co skończonym. Zerwałam się, wyszarpnęłam mu spod tyłka.

– Naprawdę nie masz gdzie leżeć ?- oburzyłam się.

Przecież mówiłaś, że taki sobie ci wyszedł – ja to usłyszałam ??
Westchnął. Jeszcze raz westchnął. Z "godnościom" "na bardzo obrażonych łapach" poszedł do sypialni. 
Ja za nim, bo jak mi chłopa wyciem obudzi, to cały ranek szlag trafi. Za późno. Już obudził. 
Kot wskoczył na moje łóżko, zakręcił dwa kółka, polizał łapkę i ułożył się. Westchnął. Zasnął.
Ale wenę szlag trafił. I mąż ma dużo do opowiadania.

Damsko –męskie sprawki i rozprawki

Okazuje się, że w …

Okazuje się, że w Szwecji, jak i w Polsce, panowie parający się księgowością doprowadziliby do cnoty nawet Messalinę. Wnioskuję po kolegach z kursu. Było ich dotąd dwóch. Vicent wzbudzał jeszcze jako takie zainteresowanie, choć bardziej to było zainteresowanie "nieco odmienną koleżanką" niż facetem. Vicent jest dowcipny, podśmiewa się sam z siebie, ze swego upośledzonego języka, z kalectwa w pojmowaniu różnic między winien i ma mimo prawniczego wykształcenia i stażu. Ten drugi, którego imienia nie pamiętam (po trzech tygodniach!) jest po prostu przezroczysty. Póki się nie odezwie żadna go nie zauważa.
W poniedziałek doszedł nowy. Też przezroczysty. Jego imię też jest okryte naszą niewiedzą. Moje koleżanki, kobiety w rozmaitym wieku, z rozmaitym "statusem związku".
No ale mimo wszystko! Znam kobiety i zawsze, ale to absolutnie zawsze znajdzie się choć jedna która się choćby trochę zainteresuje facetem, choćby i był najszkaradniejszy. Nawet nie po to by zaraz romansować, ale ot tak, dla sportu. A tu nic. NIC. Te Szwedki to chyba jakieś zimne, myślałam sobie. No dziwne, żeby tak żadna, ale to absolutnie żadna ?
Tak sobie rozmyślałam poziewując nad kolejnymi fakturami. Ciekawa rzecz, odkąd chodzę na kurs marzę tylko o tym by móc się położyć spać, i zasypiam natychmiast jak tylko sobie na to pozwolę. Było wtorkowe, wczesne popołudnie. Dziewczyny leniwie kończyły lunch, dopijały piątą filiżankę kawy, dwie czy trzy siedziały już na swoich miejscach. I naraz w progu stanęło zjawisko. Brunet, typ urody europejski, okulary, średni wzrost, tusza w sam raz, uśmiech jak z reklamy pasty do zębów.
Zapytał gdzie może usiąść. Wszystkie obecne się zainteresowały. Absolutnie wszystkie, choć normalnie Obcy nie wzbudza żadnego zainteresowania, bo ludzi wciąż się sporo kręci, kto by tam uwagę na wszystkich zwracał. A teraz każda z przejęciem się rozglądała wokół siebie, które biurko wolne. Już, już z dziką niemal satysfakcją proponowałam miejsce koło siebie, gdy przypomniałam sobie, że rano zajęła je nowa kursantka.
Któraś powiedziała, że wolne miejsce tylko w tym drugim, maleńkim pokoju przy ksero. Jej "niestety" brzmiało jak prawdziwe niestety. Nie odezwałam się. Na wszelki wypadek, co się będę wysypywać z zawiedzionymi nadziejami. Ale z ciekawością oczekuję przerwy na śniadanie. Anka-Zośka w ostatnich dniach nie przychodziła, nie wiem czemu. A ona ma diabła za skórą, to widać. Szkoda, że AnnaLi skończyła, bo mogłoby być wesoło.
A ja sobie posiedzę w kąciku. Po-kontempluję zjawisko, z nadzieją, że więcej takich jednak się pęta po tym dziale szwedzkiej gospodarki narodowej.
No bo co.  Podrywać wszak nie będę. I wiek nie ten i uroda.

Acha. Po angielsku zaczynam gadać. I pisać. Wreszcie. Choć często pomaga mi wujek Gugiel. Z kronikarskiego obowiązku donoszę.

-9

i wiatr. No ja tam …

i wiatr. No ja tam dzisiaj z domu nie wychodzę.
Spałabym dłużej, ale Kocio mruczał rozdzierająco od czasu do czasu wzmacniając efekt łapką smyrającą po twarzy lub zimnym nosem wkładanym do ucha. Kocio już nie wzbudza mojej agresji gdy mnie tak bladym świtem dnia wolnego ze snu wyrywa. To raczej spokojna rezygnacja i świadomość, że Kocio się mocno postarzał. Ma swoje dziwactwa, jak starzy ludzie. Na przykład kuweta. Siku może tam zrobić, ale inne sprawy Kocio załatwia tuż za nią. Dlaczego ? Próbowałam tę kuwetę ustawiać na różne sposoby, a kupa zawsze ląduje obok. No ci mam zrobić ?
Albo spanie – ulubione miejsce spania Kocia jest w szafie, na moich ubraniach. Walczyłam, kombinowałam, Kocio wygrał. Na szczęście na najniższej półce leżą majtki i skarpetki, więc ich zakłaczenie nie jest przesadnie widoczne.
No ale jest coś, co mnie wzrusza. Gdy jestem w domu Kocio chodzi za mną cały czas. Ja właściwie to najwięcej czasu spędzam w kuchni , albo gotując, albo siedząc przy stole z komputerem czy maszyną do szycia. Wtedy Kocio układa się na najbliższym krześle, choć nim to zrobi próbuje ułożyć się na stole, pomiędzy moimi rękami.
A kiedy już porobię co miałam do porobienia, albo gdy kręgosłup wyje o litość, bo ma dość twardego krzesła, idę do sypialni, na łóżko. Podparta o poduszkę, podpartą o ścianę czytam albo oglądam albo słucham muzyki klepiąc bezmyślną gierkę typu pasjans czy inny mahjong. Kocio przychodzi chwilę po mnie, łazi, mruczy, pomiaukuje, wreszcie zmusza mnie do przesunięcia i zrobienia mu miejsca. Rozciąga się wtedy jak długi, wzdłuż mojego boku, najlepiej tak by grzbiet przylegał do mojej ręki, a najlepiej układając się na niej całym swoim miękkim ciężarem. Mruczy i mruczy, aż mruczenie staje się cichsze i cichsze. Kocio zasypia. A kiedy i na mnie przychodzi pora kładę się głową w odwrotnym kierunku – pod ścianą brak mi świeżego powietrza i budzę się co chwila. Układam się, układam poduszkę, nakrywam kołdrą co marznie (krzyż), odkrywam kołdrę gdzie za gorąco (stopy). I po chwili czuję lekkie stąpanie. Kocio zatrzymuje się przy mojej głowie,wącha, okrąża ją przydeptując mi włosy (znaczy trzeba iść do fryzjera) i układa się zawsze przy mojej twarzy. Jeśli za szybko zmienię bok – Kocio powtórzy manewr z chodzeniem, wąchaniem i deptaniem włosów.
Taki jest ten mój Kocio. Jego miłość przejawia się w potrzebie posiadania mnie blisko. Kiedy byłam w Polsce Kocio płakał wieczorami podobno. 
No i jak tu takiego nie kochać. 10 dwunastoletnich kilogramów miłości. Złości mnie czasem, ale częściej myślę że to już naprawdę niedługo gdy przestanie. Jeszcze rok, może dwa.
Czemu ten czas tak szybko pędzi ?

…a przecież nie o tym chciałam.