Ludowa medycyna i Szwedzi

Szwedzi jej nie znaja…

Szwedzi jej nie znaja i …nie uznaja. Albo jest na cos tabletka to ja biore, albo tabletki nie ma, to cierpie i czekam az przejdzie.
Tego co robie nigdy nie uwazalam za jakies specjalne zabiegi medyzne. Wiadomo- jak boli brzuch po ciezkim jedzeniu to pijemy szalwie lub rumianek lub miete, jak boli glowa to najpierw probujemy kawy z cytryna (albo bardzo mocnej i bardzo slodkiej herbaty z cytryna- moj osobisty patent). Jak przeziebienie to herbata z suszu malinowego albo jeszcze lepiej z kwiatu lipy, miod i czosnek.
Jak Gulsum coreczka meczyla sie z kolkami to polozne mowily, ze przejdzie, ze pilnowac zeby sie jej odbilo. Wreszcie po trzech miesiacach wypisaly kropelki, ktore tez nie bardzo dzialaly. Mniej wiecej w tym samym czasie Gulsum poskarzyla sie mnie.
– A herbatke z kopru wloskiego probowalas ? Sama pic i malej dawac ?
Gulsum oczy wytrzeszczyla, bo pierwszy raz o czyms takim jak fenkul uslyszala. Problem byl ze znalezieniem takiej herbatki w sklepie. W Szwecji nie ma. Wreszcie w sklepie zielarskim znalazlysmy taka w saszetkach, jak np. rumianek.
Mala sie napila herbatki ze dwa razy i kolki jak reka odjal. Albo czas po prostu juz byl, albo i faktycznie herbatka pomogla.
Polozna sie ucieszyla, ze kropelki dzialaja ale Gulsum przekornie stwierdzila, ze nie jest pewna czy kropelki czy fenkul. Teraz z kolei polozna oczy wytrzeszczyla bo choc szescdziesiatki dobiega o takim sposobie nie slyszala.

Kolezanka z kursu, R. odstawila poltoraroczne dziecko od piersi. Od tygodnia skarzy sie na kamienie w piersiach, bol i rozne inne. Szwedki wysylaja ja do poloznej. Mnie sie przypomnialy oklady z kapusty na co Szwedki wybuchnely smiechem.
R. mnie nie posluchala i sie meczy.

Nie, żebym się chwaliła…

ale znów był błąd w …

ale znów był błąd w zadaniu. Zadanie prócz mnie robiło jeszcze ze 4 osoby, nie licząc tych, którzy dotychczas kurs robili, i nikt nie zgłosił zastrzeżeń do podanej w zadaniu formuły na obliczenie dniówki urlopowej. A mnie jednej się nie spodobało. No i moje wywody może nie były zbyt przekonywające, ale obliczenia na kalkulatorze już mówiły same za siebie. W proponowanym sposobie obliczania pracownik mający 9 dni urlopu i pracownik mający 25 dni urlopu w sumie dostaliby tę samą płacę. Zapanowała ogólna konsternacja, także wśród kadry. Cyfry ich przekonały.
A ta, co miałam poczucie, że mnie ignoruje sama z siebie się do mnie odezwała przy wyjściu. Heh…Nie po raz kolejny spotykam się z poglądem, że jak mówisz niedoskonale to znaczy, że jesteś głupi. Może ja i wariatka jestem, ale nie idiotka.

A jeszcze przez telefon udało mi się aktywować jedną usługę bankową. 
…kurde, żebym jeszcze tak sprawnie codzienne rozmówki łapała.

I anemony przyfrunęły do mnie i stoją teraz na oknie kuchennym i oko cieszą.
Miło się tydzień zaczyna. 

Taki czas…wiosenno-letni

Nie wiem jakim trzeba …

Nie wiem jakim trzeba być zwyrodniałym sadystą, żeby wymyślić przestawianie zegarków. Wielu próbowało, ale żadnemu jeszcze człowiekowi nie udało się wskazać realnych, ekonomicznych korzyści z faktu iż cała znana mi ludzkość chodzi nieprzytomna przez pierwszą część dnia przez kilka tygodni od zmiany czasu.
Dla mnie ta zmiana to koszmar jakiś.
Rano nie wiem jak się nazywam, raczę się kawą, lecę na kurs, na którym NIE ZASYPIAM podczas wykładu tylko dlatego, że przezornie wstaję, a prowadząca znając moją reakcję na pomieszczenie bez okna tonące w półmroku profilaktycznie robi wykład w normalnej sali. Z oknem, dziennym światłem i świeższym powietrzem. Ale i tak ziewam rozdzierająco, aż mi wstyd, ale nie mogę się powstrzymać.
Raczę się po kolei herbatą czarną, herbatą zieloną, wodą, znowu kawą i jakoś docieram do końca. W domu, słaniając się i omijając wzrokiem sypialnię, staram się ogarnąć  bałagan i gary wyłażące ze zlewu. Znów raczę się herbatą albo colą, bo po francy -influency jaka męczyła nas w ubiegłym tygodniu colę mam na tak zwanym podorędziu. Jakież to jednak musi być paskudztwo swoją drogą, skoro pomaga na magsjuka, zarazę na dźwięk imienia której bledną i uciekają z krzykiem nawet najwięksi twardziele. Wyśmiewałam się ze szwedzkiej hipochondrii, w influencę nie wierzyłam. Teraz już wierzę i przysięgam już nigdy z tej ich magsjuka śmiać się nie będę. A podobno mieliśmy dość łagodną odmianę bo męczyło nas tylko jeden dzień. Niektórzy ponoć cierpią i dni trzy, czego sobie nie wyobrażam.
No więc się snuję po domu, za główny cel stawiając sobie "nie zasnąć" i czekam, kiedy pora będzie sprzyjająca by już jednak zasnąć.
Umieszczam się w kuchni, bo gdzieżby indziej ? Okno kuchenne za nim balkon, pod nim stół, wszystko tonie w popołudniowym słońcu. Drzwi balkonowe otwarte na oścież wpuszczają hałas miejski, głosy przechodzących ludzi, krzyk ptaków. To mnie nieco przywraca do przytomności, choć od krzesła bolą plecy, ale nie pójdę do pokoju, ani do sypialni, o nie. Okna są na północ, a teraz na dodatek gustownie przysłonięto je błękitną siatką rozpostartą na rusztowaniach ustawianych od zeszłego tygodnia. Bo elewacja w remoncie. Panowie robotnicy, których o ósmej jeszcze nie ma a o 15,30 już ich nie ma, pracują w tempie, które każe mi podejrzewać, że z balkonem w nadchodzące lato mogę się pożegnać. Więc cieszę się balkonem teraz, na zapas i nie na zapas tylko tu i teraz bo aura taka, że klękajcie narody. Dużo lat na tym świecie żyję, ale czerwca w marcu nie pamiętam. Malkontenci jęczą, że za to pewnie w lipcu będzie październik, ale nie wierzymy w to na wszelki wypadek.
Więc słaniając się siedzę na krzesełku, czekam magicznej godziny siódmej, bo wtedy już słońce się chowa na amen, zmierzch zapada i można wreszcie, uprzednie ubrawszy się w piżamę, zalegnąć na łóżku, w żółtym świetle NIE-ekologicznych lampek, oddać się lekturze jednej z trzech, aktualnie czytanych książek. I żeby samochwalstwu dać zadość powiem, że każda z tych książek jest w innym języku. Tu wrodzona szczerość każe mi dodać, że angielska jest w formie "latt" czyli łatwiejszej, a szwedzką znam po polsku.
Ale póki zalegnę dogorywam na krzesełku, uchem łowię dźwieki telewizora z jednego pokoju, przekleństwa i wykrzykniki z drugiego (Yankie gra z kolegami) oraz kocie pogaduszki zza pleców, z otwartego balkonu. Kocio na balkonie, Rasmus pod balkonem i nawijają do siebie. Kocia głos jest wysoki i piskliwy. Rasmus brzmi niżej, ale jakoś tak bardziej jęcząco.
Czas sobie płynie, senność odpływa wreszcie, za chwilę będę mogła iść do łóżka, tylko…po co ? Żeby wreszcie pozbywszy się senności walczyć o to by zasnąć  do późnych godzin nocnych ? A potem znów o 6.30, wciskając czerwony klawisz żeby wyciszyć telefoniczny budzik, z nienawiścią będę myślała, że nie wiem jakim trzeba być zwyrodniałym sadystą, żeby wymyślić przestawianie zegarków.

Ksiegowa na premiera

Kto w rodzinie …

Kto w rodzinie najsprawniej obsluguje konto bankowe ?
Kto, chcac czy nie, musi obejrzec kazdy nie-osobisty list?
Kto pamieta o terminach?
Kto nigdy sie nie poddaje hurra-optymizmowi?
Kto zawsze musi widziec o jeden krok dalej niz reszta rodziny?
Kto, choc w szachy grac nie potrafi, przewiduje (niestety, najczesciej slusznie) konsekwencja kazdego dzialania?
Kto doklada staran, by skutki tyvh dzialan byly jak najmniej oplakane ?
Kto wreszcie zbiera ciegi za czyjes bledne decyzje, niepewna koninkture, zbyt male przychody i zbyt wysokie koszty ?

Ksiegowa na premiera!!!

I postuluje ustanowienie Swiatowgo Dnia Ksiegowej (moze byc 8 marca, na jedno wychodzi najczesciej).

Ja to wlasciwie nie wiem kiedy to sie stalo, ze z osoby "pracuje jako ksiegowa" przeszlam na "jestem ksiegowa". Pewnie dzialo sie to stopniowo, w miare nabierania doswiadczenia tak zawodowego jak i zyciowego.
Nie, nie byl to wybor. Moge rzec, ze to zawod wybral mnie. Sciezka zyciowa tak mi sie uklada, ze co bym nie robila, jakie plany nie miala, ksiegowosc zawsze mnie odnajdzie i na sciezke wlasna sprowadzi.
Poniewaz po raz kolejny ksiegowosc stanela mi na drodze, gdym juz zaczela podazac inna sciezka, to nie mam innego wyjscia jak sie temu poddac i uwierzyc, ze jednak ta droga jest mi pisana i ze gdzies tam czeka na mnie praca, ktora mnie znajdzie gdy przyjdzie na to czas. Jedyne co moge zrobic to zostawiac slady by przeznaczenie moglo sie wypelnic raczej wczesniej niz pozniej.

A tymczasem…

Pchamy taczki, ja i robotnicy…

Konsumpcyjnie

Zastanawia mnie fenomen …

Zastanawia mnie fenomen "kinder-niespodzianek"
Moim najbliższym otoczeniu  mam kilkoro dzieci i oto co zaobserwowałam.
Dzieci nie jedzą czekoladowego jajka, te początkujące jeszcze czasem nadgryzą, ale po kilku kęsach czekoladową skorupkę zostawiają nawet największe łasuchy.
Zabawki, które są w środku, budzą zaciekawienie tylko przy otwieraniu plastykowej kapsułki. Czasem, ale naprawdę rzadko – jeszcze przy składaniu zabawki, do którego nota bene jest niezbędny dorosły w większości przypadków.
Nie wspomnę o tym, że maleńkie elementy mogą być naprawdę niebezpieczne dla małych dzieci, nawet tych dla których teoretycznie zabawka jest dedykowana.

Zastanawiam się więc dlaczego my, dorośli jeszcze to kupujemy naszym maluchom, zwłaszcza, że nie jest Kinder-Niespodzianka tania.
Macie jakieś teorie ?

Jekyll & Hyde -wersja prowincjonalna

Mam w sobie coś z …

Mam w sobie coś z niedźwiedzia.
…albo innego tego typu zwierzątka.
Gdy zaczynają spadać liście z drzew, otoczenie szarzeje, a dzień staje się wciąż krótszy i krótszy, zapadam w stan hibernacji. Moje funkcje życiowe zwalniają i właściwie służą tylko jednemu – by przetrwać. Zamierają moje kontakty towarzyskie, zamiera moja chęć do życia, zamiera w ogóle moje życie. Nie żyję – egzystuję. 
Ale niech no tylko dzień zacznie się wydłużać, niech no tylko poranki zaczną wstawać jasne, by nie powiedzieć słoneczne. Niech zaczną brzęczeć ptaki a przebiśniegi i krokusy zaczną wystawiać swe ciekawskie nosy spod ziemi…
Zaczynam coraz bardziej niecierpliwie rozglądać się wokół, szukać okazji do wyrwania się z domu, choćby tylko parę kilometrów za miasto, choćby tylko na godzinkę. Spanie do dziesiątej ? Ale gdzie tam! Po nawet niezbyt przespanej nocy podrywa mnie o najpóźniej o ósmej, szarpie, tarmosi, odwraca uwagę od wszystkiego chęć by gdzieś iść, coś robić, zobaczyć coś, czego jeszcze nie widziałam, spotkać ludzi wreszcie. Żyję i mam na to chęć. Żyję i cieszy mnie to. Żyję i chcę taka zostać. 
I właśnie dziś taki dzień, że nie, nie, za żadne skarby świata nie zostanę dłużej w tym samym miejscu.
Że co, że wieje ? Tu zawsze wieje.
Że temperatura niska ? I wilgoć duża, więc będzie przenikliwie ? To będzie.
Że słońca nie ma i zdjęcia będą takie sobie ? To będą.
I nie, nie. Nie chcę słuchać, że w piwnicy nie ma się gdzie ruszyć. I że pranie czeka. I obiad jakiś, no dokończyć wiosenne poduszki by się zdało.
Nie chcę tego słuchać. Nie chcę tego wiedzieć. Chcę na wycieczkę. Wycieczkę. WY-CIECZ-KĘ. CHCĘ.
Niechże ten śpioch, mój mąż już wstanie.

Znamy sie tylko z widzenia

Widuje ja kazdego …

Widuje ja kazdego dnia i nie wiem kim jest.
Zagladam w jej brazowe oczy otoczone siateczka zmarczek. Patrzy dosc bystro, ma w oczach blysk inteligencji pod ktorym, gdzies na dnie, gleboko schowane jest lekkie rozbawienie tym, ze tak sie na nia gapie.
W jej spojrzeniu jest mlodosc i to mnie irytuje. Jaka mlodosc ? Zmarszczki przy oczach i ustach, twarz utracila swoj lagodny owal, a wlosy, krotko obciete nie przypominaja juz kruczego skrzydla. Predzej golebie, zeby nie powiedziec – wronie -szare i polyskliwe, skoro juz sie trzymamy ptasich porownan.
Ubranie nie pasuje mi do jej twarzy.
Ubranie sugeruje, ze jest energiczna i aktywna: sportowe buty, spodnie z miekkiego dzinsu, bluza z kapturem wyrzuconym na sportowa, lekka kurtke odporna na deszcz i wiatr.
I zawsze, no prawie zawsze, plecak. Zawsze czerwony, czasem maly i kobiecy, czasem wiekszy, ale zawsze na lewym ramieniu.
…skad ja to znam ?
Przygladam sie jej co dzien i nie wiem kim jest.
Jest w niej dwoistosc, jakby byla tak naprawde dwiema roznymi osobami.
Rozwazna i postrzelona.
Dojrzala i niepowazna.
Zgorzkniala (ten cien zmarszczki przy kaciku warg) i wesola.
W kazde rano zagladam w jej twarz ciekawa jaka dzis ja zobacze. Podnosze reke na powitanie a ona powtarza moj gest. Na jej rece brazowieja plamki przebarwien. Takie same jak na mojej, powtorzone z lustrzana precyzja.
Kim jestes, nieznajoma ?

Fakt czy zludzenie ?

Co najmniej jedna …

Co najmniej jedna osoba na kursie unika kontaktu ze mna…zeby nie powiedziec – ignoruje mnie.
Czym sie zasluzylam, nie wiem.
Czy moj jezyk jest nieco kulawy ? No jest.
Czy gadam za duzo ? Czasem.
Czy nie rozumiem co do mnie mowia? Tez czasem, a czasem czesciej.
A jednak jakos z innymi mam kontakt. Choc nie taki ja bym chciala.

Przykro mi.
A nie mam w sobie odwagi ( czy bezczelnosci?) by spytac wprost.
Przezyje, to pewne. Tylko to tak podkopuje wiare w siebie.
To, ze jestem w tej chwili jedna z nadluzej uczacych sie, a nikt u mnie zadan nie sprawdza.
To nie urazona ambicja. Nie tylko.
Moze brzmie jak uposledzona i ludzie mylnie zakladaja, ze taka jestem ?
I jak w tej sytuacji odwazyc sie na skladanie podania gdziekolwiek ? A jeszcze bardziej w pracy administracyjnej? 
A jeszcze wpiatek, na konsultacji w sprawie interwiew, CV i listu motywacyjnego gosc mi powiedzial, ze moj jezyk jest jezykiem dwudziestolatka. Niby skad mam wiedziec jak brzmi jezyk osoby dojrzalej, po szwedzku ? To jasne, ze po 3 latach uzywam prostego jezyka. Ale pracodawce to nic nie obchodzi czy 3 czy 30 lat. On chce pracownika, ktory bedzie umial pracowac. Czy znajdzie sie desperat, ktory zatrudni kaleke ?

Ot. Takie sobie rozwazania pomiedzy zakonczeniem ksiag rachunkowych a wprowadzeniem do obliczania plac.

Chłopy są jakieś inne

Jestem Generał Martin …

Jestem Generał Martin Jakiśtamjakiś – zaczepił mnie na skype.
Generał. Po angielsku. Akceptujemy  taki kontakt, naturalnie. 

Szukał uczciwej kobiety, z którą mógłby czasem porozmawiać. Udowodniłam, że jestem uczciwa: powiedziałam, że jestem mężatką. Więc dlaczego natychmiast się pożegnał? 
…te chłopy to naprawdę nie wiedzą czego chcą …