Nakarmić fiorda cz2.

Chwilę później …

Chwilę później stanęliśmy na krótki popas przy informacji turystycznej. I tu stwierdziłam, że chyba Norwegom dobrze robi NIE-bycie członkiem Unii. Wreszcie można było w sklepiku znaleźć coś innego niż kubeczki z łosiem, coś co zdecydowanie pokazywało w jakim kraju jesteśmy – czapki, swetry, skarpety, papucie – wszystko w tradycyjne norweskie wzory, które uwielbiam. Oczywiście badziew w postaci breloczków, kubków, magnesów też. I to, co w Skandynawii lubimy najbardziej – ogromna ilość folderów i mapek różnej maści. No a zaraz potem boczna droga i …to co lubię najbardziej.
Pola, lasy, zarośnięte łąki, pobocza z wysokimi trawami. Nareszcie bardziej naturalnie, nareszcie koniec z równiutkimi opłotkami i tak samo równiutkimi polami jak spod linijki. W oddali, pośród zalesionych pagórów błysnęła woda. Razem z synem zażądaliśmy postoju.
…A potem był Fredrikstad, gdzie GPS, któremu zadaliśmy „centrum miasta” wywiózł nas aż na przedmieścia. Parking zalany słońcem. I żebrząca dziewczyna pod parkometrem. I żebrząca kobieta przy którymś z wielkich sklepów. 
W kolejnej informacji turystycznej kupiłam kartki, sprzedawczyni po angielsku zmartwiła się że nie ma znaczków, po angielsku powiedziała gdzie poczta. Mąż ją poinformował, że może mówić po szwedzku, więc powtórzyła tę samą informację po norwesku, który jest prawie jak szwedzki tylko z dziwnym akcentem…A na poczcie okazało się, że męża obie karty Mastecard nie działają. Na szczęście za drzwiami był bankomat, bo ja w międzyczasie zdążyłam nakleić już znaczki…
Ale zaraz! Poczta! W Szwecji nie ma takiego czegoś. Są punkty pocztowe w sklepach lub na stacjach benzynowych.
Przeszliśmy się deptakiem, zajrzeliśmy do kilku sklepów. Mąż doznał opadu szczęki na widok trzykrotnie wyższej ceny piwa. Upał był obezwładniający i jedyne o czym marzyliśmy to wydostać się z miasta. Może ono i ciekawe, może warto spędzić więcej czasu, może warto odwiedzić starą osadę i stary fort, ale nie w tym upale.
Wróciliśmy do siebie czyli do Szwecji.
Postanowiliśmy pojechać nad Idefjord, który stanowi naturalną granicę między oboma krajami.
Popołudnie już było w pełni, męska część wycieczki głodna tak, że miałam obawy czy nie zaczynają patrzeć na mnie jak na obiekt do zjedzenia. TomTom, niech przeklęte będą mapy jego, tak nas nad ten Idefjord prowadził, że zamiast pięciu zrobiliśmy dwadzieścia pięć kilometrów, znów do tego nieszczęsnego, ponurego zapadłego Skee. Wreszcie znaleźliśmy jakiś zjazd nad fiord, rozpaliliśmy grilla i wreszcie fiord mógł nam jeść z ręki. Okolica była dzika i niegościnna. Kamienny brzeg, szuwary dookoła, w dalszym sąsiedztwie jakieś statki, kilka domów letniskowych. Dookoła lasy, trzęsawiska i głazowiska… Ponuro i odludnie.
Wycieczka była do kitu. Za gorąco, bez widoków na dobre widoki, masa ujechanych kilometrów i żadnych w zasadzie wrażeń.
Wróciliśmy do starego planu – jedziemy do miasteczek na wybrzeżu. Zaczynamy od Grebbestad, przez Fjalbacka i kończymy na Hamburgsund.Tak zrobiliśmy.
I po raz pierwszy w życiu wszędzie miałam chęć uciec szybciej niż przybyłam. Ludzie, samochody, masa łodzi w portach, smród smażonych krewetek i ryb. Nawet panorama ze skały była taka sobie. Zdecydowanie Lysekil i Marstrand wciąż nie mają konkurencji jeśli chodzi o urokliwość a przecież i tam zawsze pełno turystów. Wróciłam do domu zmęczona i rozczarowana… 



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s