Nie jestem gadżeciarą

nie jestem. Komputer,…

nie jestem. Komputer, wg światowych trendów mam nie najnowszy, bo trzyletni a i to tylko dlatego, że wcześniej mnie stać na własny nie było. Dygresja. Moja nowa koleżanka-sąsiadka, Regina odwiedziwszy mnie wczoraj wczesnym popołudniem doznała niejakiego szoku. Bo w kuchni, na stole stał mój lapek-staruszek, a w pokoju TenMój siedział przy swoim…
– o! Bogaci jesteście. Każdy ma własny – powiedziała to bez podtekstów. Tak zwyczajnie stwierdziła fakt. Nabrałam powietrza i wypuściłam. Co jej będę mówić, że Yanki ma swój osobisty, stacjonarny+szkolny Mac. I że Misia też ma, od nas. Bo komputer musi być osobisty. Jak wieczne pióro.   
Ale żebyśmy zaraz rodziną gadżeciarzy byli to nie. A już ja na pewno nie.  Nie pasjonują mnie coraz to nowsze telefony „co_to_tam_nie_mające”. Starą Nokię wymieniłam na nowszą po około pięciu latach użytkowania a i to, tylko dlatego, że mikrofon szwankował i moi rozmówcy często mieli problem.
No więc nie jestem gadżeciarą.
Nie. 
Ale jestem molem książkowym, tylko przez ostatnie lata trochę o tym zapomniałam.
Tymczasem książki przywiezione z Polski już dawno się skończyły. Poszłam do biblioteki, powzdychałam przy polskiej półeczce na której stało pozycji dwanaście z czego w moim guście może ze trzy, wszystkie już dawno przeczytane. Z goryczą w sercu odeszłam. Bo na półce stały co najmniej trzy pozycje dla ludzi o ilorazie inteligencji równym bakłażanowi o ile bakłażan umie czytać. I czemu zamiast tych Chrobaków czy Bełszyńskich  nikt nie sprowadził do biblioteki czegoś innego ? Kowalewskiej, Grocholi, Kalicińskiej czy Szwai – jeśli już miałby to być piszące, współczesne Polki. No, tak dla mnie pożytek z ich powieści nadal byłby żaden, bo tu raczej jestem na bieżąco dzięki mamie i przyjaciółkom.
Wzdech. I jeszcze jeden.
Tymczasem na zaprzyjaźnionym blogu koleżanka zareklamowała irlandzką pisarkę Maeve Binchy. Możliwe, że krytycy literaccy powiedzą, że to jest literatura dla kucharek. Możliwe, że daleko tej pisarce do dramatyzmu Jelinek, Nobla wszak nie dostała i pewnie nikt jej pod uwagę nawet nie brał do tej nagrody, ale… 
No dobra, przyznam się. Znalazłam chomika co miał Tara Road. Po polsku. I UKRADŁAM. Tak, nazywam rzecz po imieniu. Ukradłam dla sprawdzenia czy mi zapasuje na tyle, żeby warto było zamawiać jej książki. 
Najpierw opornie mi szło, bo czytać długie teksty na ekranie monitora jest niewygodnie. Potem mnie tak wciągnęło, że zapomniałam o niewygodzie. Wszystko poszło precz. Obiady robiłam …chyba. Ale to jedyne, co robiłam. Zozola na szczęście nie było, wiec nic mnie nie odciągało i  miałam dylematu „szczęścia i obowiązku”. Przy czym nie wiem czy w tym wypadku Zozol byłby bardziej szczęściem czy obowiązkiem.
Ocknęłam się z amoku chyba po dwóch dniach. Bolesne to było ocknięcie. Głowa jak bania, piekące oczy, ból w oczodołach. Przedawkowałam znaczy. Możliwe, że lepiej byłoby czytać w okularach. Odczekałam stosowny czas ( to znaczy do zadziałania tabletki od bółu), włozyłam na nos okulary i hajda! Na PDFie czytadło liczyło sobie stron 746! To lubię, rzekłam, to lubię.
Kilka godzin później okazało się, że okulary też nie pomagają.
I tak walcząc z własną niemocą dotarłam do dziwnego zakończenia, które tak naprawdę niczego nie zakończyło.
A po drodze zaczęła mi kołatać myśl, która miałam dawno temu a potem porzuciłam jako niedorzeczną i wygórowaną.

A potem koleżanka Ela powiedziała, że myśl nie jest głupia, że sama ją zrealizowała.
Myśl stała się głośniejsza. „Chcę…”
Potem zapytałam inną koleżankę, która twierdzi, że rujnuje rodzinę, ale nałogi każdy musi jakieś posiadać.
Myśl stała się natrętna.
CHCĘ TO.
Poszperałam w necie. Popatrzyłam. I zaczęłam się ślinić jak pies na widok jedzenia. Prawie sobie klawiaturę zalałam… 
CHCĘ TO. JUŻ CHCĘ!  MUSZĘ MIEĆ! 
Obiecywałam sobie i niebu : przez trzy miesiące, za każdym razem jak odmówię sobie ciasteczka czy cukierka wrzucę do skarbonki dychę. Uzbieram sobie. Kupię. Będę mieć.  
TO :  

A teraz TenMój zapytał co chcę na urodziny.
Normalnie to bym chciała do Sztokholmu na trzy dni i do Helsingborga na pięć. Jakbym wybrała Sztokholm to razem z mężem i nie okazałabym się skrajną egoistką. Nie byłabym małą dziewczynką, która chce coraz to innej zabawki. Byłabym dorosłą, odpowiedzialną Katarzyną. Ale nie chcę! Chcę KINDLA! Li i jedynie. Najtańszego, bo po co mi kolejny komputer ? Chcę! Stanę się niezależna od dostaw z Polski. Niech se księgarnie wysyłkowe w buty wsadzą przesyłki za równowartość dwóch książek.  I oczy sobie oszczędzę.
I dlatego proszę samą siebie o usprawiedliwienie… 
 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s