Rollercaster

 

Nie …

 

Nie pamiętasz, kiedy się to zaczęło. Ale wiesz na pewno, że nie wtedy, jak utrzymują wszyscy.
Nie, nie po odejściu ojca. Wcześniej, dużo wcześniej. Pamiętasz różne sytuacje z dzieciństwa. Matkę mówiącą dziwnie, zachowującą się dziwnie, jakby nagle ktoś w jej ciało wsadził zupełnie inną osobę.
Nie, to nie był stan permanentny. Zdarzało się…czasem. Po każdej rodzinnej uroczystości, no bo jak gości przyjąć bez wódki. Po awanturze z ojcem (który też nie unikał), bo trzeba się zrelaksować. Po przyjeździe kuzynki, cioci, wujka…Bo tak przecież trzeba. Po niepowodzeniu w pracy, bo życie takie ciężkie.
 Przez długie lata święcie wierzysz, że zaczęło się wtedy jak ojciec nagle odszedł. Może dlatego, że niewiele pamiętasz z dzieciństwa, że tam gdzie inni mają te wspomnienia ty masz wielką pustkę i kilka migawek. Matki na tych migawkach nie ma.  Ani ojca.  Jest siostra.
Aż któregoś dnia, ktoś z rodziny, rzuca jakieś zdanie i nagle w twoim umyśle coś robi klik. I wszystko zaczyna się zgadzać. Nagle wyskakują jak diabełki z pudełek. Jedno po drugim. Matka chwiejnym krokiem idąca przez pokój. Smród kieliszków i petów. Podniesione głosy. Krew na jej halce. Ojca głos pełen pogardy.
Nie, to nie zaczęło się wtedy, gdy ojciec zmarł. Wtedy to już trwało, tylko jeszcze cichutkie, stłumione, od czasu do czasu wystawiające głowę. Wtedy TO zaczęło rosnąć w siłę. Przejmować władzę. A ty zaczęłaś swoją edukację.
Instynktownie wybierałaś książki w bibliotece, instynktownie czytałaś artykuły w gazetach. Jeszcze wypierałaś, jeszcze mówiłaś „nie, nie, przecież chodzi do pracy, przecież nie przepija wszystkiego, nie znika, nie bije i stara się dbać”. Właśnie wsiadłaś do rollercastera.
Mijają lata i wózek toczący się wolno po równi pochyłej zaczyna nabierać szybkości. Któregoś dnia zaczynasz zaznaczać w kalendarzu. Po jakimś czasie sprawdzasz i wiesz, że to się dzieje regularnie, w każdy weekend. Każdy jeden. Tyle, że czasem w piątek, czasem w sobotę. Teraz już wiesz kiedy unikać zapraszania znajomych. W TE dni unikasz nawet spotykania się z nimi, żeby broń boże nie natknąć się na matkę gdzieś w mieście. A po jakimś czasie po prostu przenosisz swoje życie towarzyskie do innego miasta. Tak jest łatwiej.
Dorastasz. Zaczynasz pracować. Dokładasz się do domowego budżetu. To daje ci iluzoryczne poczucie siły i kiedy matka z kolejną koleżanką od kieliszka świętują i nie dają ci spać, a ty rano idziesz do pracy,  zrywasz się wściekła i zaczynasz wrzeszczeć, żeby się zamknęły, wyniosły, poszły pić gdzie indziej.
W odpowiedzi słyszysz stek wyzwisk gdzie „suka” jest najładniejszym z nich. Dowiadujesz się, jak bardzo się dla ciebie poświęciła, a teraz żałuje, bo mogła wyskrobać. A ty jesteś nikim, bo nawet wyprowadzić się nie umiesz.
To prawda. Nie umiesz. Nie możesz. Nie masz dokąd. Nie masz gdzie mieszkać. Nie masz pieniędzy na wynajęcie. Nie masz…po latach wiesz, że tak naprawdę jedyne, czego nie miałaś to odwagi, bo wiarę w samą siebie skutecznie zabijano w tobie każdego dnia.
Nazajutrz, kiedy opowiadasz co usłyszałaś słyszysz tylko oskarżenia o kłamstwo. Oraz, że sama sobie jesteś winna bo prowokowałaś.
Mija kilka dni spokoju. Przy kolejnej libacji zatykasz uszy, chowasz głowę pod poduszkę, unikasz konfrontacji. I przy kolejnej i przy kolejnej. Potem znów wybuchasz. Potem znów unikasz. I tak w kółko. Tylko, że to już nie wystarcza. Teraz możesz się nie odzywać, ale i tak za każdym razem słyszysz wyzwiska. I obietnice „zabiję cię,tyyyy…”. Zdarza się taki dzień, że już jest ci wszystko jedno co się zdarzy, przy  kolejnej awanturze rzucasz się na matkę z pięściami. Sama obrywasz, ale tłuczesz ją na oślep, gdzie popadnie, myśląc przy tym, że chciałabyś ją zabić. Innego razu, widząc jak pijana przygotowuje sobie jedzenie, a obok tli się ścierka…wyjeżdżasz z domu na cały weekend. Ot tak, nieśmiało pieszcząc myśl o możliwym pożarze czy wybuchu gazu.
Och nie, nie. To przecież nie dzieje się codziennie. Nie. Okresy trzeźwości się wydłużają, za to pijaństwo zaczyna się już w piątki i kończy w niedzielne poranki. W środku tygodnia są obiadki, wspólne czytanie książek, odwiedziny znajomych, którzy się zachwycają, jaką masz wspaniałą mamę, jaka równa kobieta, co za inteligencja, co za poczucie humoru. Nawet najbliższa przyjaciółka nie wierzy, gdy próbujesz opowiadać o tej drugiej twarzy twej matki.
Przestajesz próbować. Wie tylko siostra, bo przecież do pewnego czasu też w tym uczestniczyła ale jest daleko. Uciekła. Ty nie potrafisz. A w każdym razie nie wierzysz, że umiałabyś żyć na własną rękę.
Nadchodzi szczególny czas. Coś w tobie rośnie. Zalążek małego człowieka jest pewnie wielkości fasoli, ale wiesz, że to dziewczynka. Wiesz i czekasz. Nie wiesz na co. Dopiero modlitwa „i żeby mnie kochała”, która wymyka się z ciebie któregoś koszmarnego wieczoru uświadamia ci na co czekasz.
Ale zaraz padają inne słowa. Ty suko, ty szmato, ty…kurwo puszczalska, wypierdalaj ze swoim bękartem bo zabiję i ciebie i tego bachora. Wtedy składasz sobie i jej, tej w twoim brzuchu „Nigdy ci tego nie zrobię” . Słowa dotrzymujesz: nie pijesz alkoholu, gdy sytuacja tego wymaga moczysz w nim jedynie usta. Twoje dzieci nigdy nie zobaczą cię pijanej.  Co nie znaczy, że byłaś dobrą matką…
I tak przez następne miesiące. Lata…
Masz rodzinę, męża, dzieci, pracujesz, zarabiasz, matka pomaga ci opiekować się dziećmi bo właśnie przeszła na emeryturę. Tylko, że rok później jest trzeźwa tylko w niektóre dni. Pijana nie szczędzi wyzwisk ani tobie ani dzieciom. Pomiędzy wyzwiskami i groźbami padają słowa o nienawiści, o wykorzystywaniu jej.
Kiedy trzeźwieje nigdy nie podejmuje rozmów.
Ty się edukujesz. Książki, gazety, radio, telewizja pełne są teraz informacji o alkoholizmie i współuzależnieniu. Ale nadal hamuje cię wstyd i przekonanie, że nie poradzisz sobie bez jej pomocy.
Aż zdarza się cud. Ona się wyprowadza.I spełnia się jej przepowiednia: wszystko się wali.
Wreszcie trafiasz na terapię. To miało być tak naprawdę rozwiązanie zupełnie innego problemu, ale niemal każde spotkanie w ciagu tego roku zahacza o matkę.
Powoli, mozolnie, każdego dnia budujesz siebie, swoją wartość, swoją siłę. Odbudowujesz swoje życie.
Wreszcie masz siłę jej się przeciwstawić. W drobiazgu…ale ona wtedy jest trzeźwa. To pierwszy raz kiedy się z nią nie zgadasz i dajesz temu wyraz. „Jak chcesz” mówi ona ze złością i rozczarowaniem w głosie i odkłada słuchawkę. A tobie rosną skrzydła. Jesteś silna.
Kolejne lata. Ty masz swoje życie, ona swoje. Nie pije, albo pije bardzo rzadko. Dzwonicie do siebie, rozmawiacie. Opowiadasz jej tylko to, co chcesz żeby wiedziała.
Po latach, kiedy wydawało się, że tak już będzie, nagle słyszysz w telefonie ten charakterystyczny ton. Pieszczotliwy, pełen zdrobnień i czułości. Czy to nie zabawne, że zamiast cię cieszyć, ciebie zatrzymuje, przeraża, wzbudza niechęć. Nie, nie zabawne. Straszne.
Kiedy słyszysz ten ton po raz kolejny mówisz:
– Pijesz..?
W odpowiedzi pełne oburzenia zaprzeczenie, gniewne słowa o twojej paranoi…
Wątpisz.
Następnym razem stwierdzasz, że nie, jednak się nie mylisz. I następnym. I kolejnym. Coraz częściej po prostu bełkocze do słuchawki. Odkładasz ją wtedy. Odczekujesz kilka dni i znów dzwonisz. Z ulgą notujesz normalny ton głosu. Tylko, że zdarza się to coraz rzadziej. Wreszcie któregoś dnia dowiadujesz się, że matka dobrowolnie zgłosiła się na odwyk zamknięty. Z odwyku wraca pełna energii i entuzjazmu, przejęta odkryciem, że alkoholicy to tacy cudowni ludzie. I z diagnozą „głęboka depresja” oraz lekami, które zaraz, natychmiast przestaje brać, bo nie działają…
Wraca do waszego mieszkania, ale ty na szczęście jesteś już daleko. Bardzo daleko. Znów masz z nią kontakt tylko telefoniczny, widzicie się sporadycznie kiedy przyjeżdżasz w odwiedziny. Siostra ma z nią więcej kontaktu, nie jesteś zazdrosna. Już nie. Myślisz z ulgą, że ona się matką będzie zajmować do śmierci.
Los bywa przewrotny. Siostra wykręca się rakiem.
Kiedy po raz kolejny słyszysz znajome tony w głosie matki tak właśnie myślisz. Że siostra wykręciła się od opieki nad matką, zostawiła ci ją na głowie po prostu sobie umierając.
Od ludzi, którzy otaczają twoją starą już teraz matkę słyszysz słowa o tym  jaka jest cudowna, inteligentna, wspaniała. Tylko pije. Samotna jest. Ma małą emeryturę a życie drogie.
Wspomagasz matkę finansowo na miarę własnych możliwości. I udajesz, że nie widzisz wyczekujących spojrzeń, które mówią „jesteś córką, zrób coś, żeby przestała pić, żeby przestała zabijać w sobie tego wspaniałego człowieka, jesteś córką, jesteś za nią odpowiedzialna tak, jak ona była odpowiedzialna za ciebie”. Potem już nie patrzą tylko mówią ci to wprost. Powinnaś się zająć matką, ona jest samotna, cierpi po stracie twojej siostry, nie radzi sobie finansowo.
A ty, kiedy przyjeżdżasz odkrywasz nowe koleżanki od kieliszka i nowe problemy finansowe.
Kłamie, oszukuje, chowa dokumenty dotyczące opłat, wysokości zadłużenia.
Pewnego wieczoru odbierasz telefon od nieznajomego numeru. Odbierasz, w słuchawce słyszysz głos sąsiadki- kolejnej koleżanki od kieliszka.
– Twoja mama jest bardzo chora…
Już? Nareszcie? Myślisz z… ulgą, nadzieją?! Ale docierają do ciebie  następne słowa:
– …właśnie w aptece kupiłam jej leki, bardzo drogie, dużo pieniędzy wydałam…
I już wiesz, że nie, jeszcze nie jesteś wolna.
Kilka dni potem przestajesz spać…

Życie z alkoholikiem jest jak rollercaster. Kiedy jest trzeźwy – siedzisz na szczycie. A potem nagle spadasz na łeb na szyję, niczego nie jesteś pewien, niczego nie możesz kontrolować. A kiedy wydaje się, że już niżej spaść nie można, zaczyna się mozolne wspinanie do góry. I znów szaleńcza jazda w dół, zakręty, zwroty, świat do góry nogami. Z rollercastera możesz zrezygnować jak nie lubisz ekstremalnych przeżyć. Z alkoholika w najbliższej rodzinie – nie. Choćbyś nie wiem jak bardzo się starał i jak bardzo próbował się odciąć. No i zawsze znajdzie się ktoś, kto ci przypomni, że masz obowiązek, bo to twoja najbliższa rodzina. Och, nie musi, naprawdę. Wiesz to doskonale, masz wdrukowane normy społeczne. I to jest problem. Bo w tej sytuacji jedyne co możesz zrobić to o tych normach …zapomnieć. Wysiąść z rollercastera.
 Alkoholik nie pije bo ma kłopoty, bo jest samotny, bo mu źle. Pije, bo jest alkoholikiem.To jego sposób na życie. Chory? Napije się. Kłopty w pracy? Też się napije. Jeszcze większe kłopoty w życiu? Tym bardziej się napije. Terapia? Po co? To choroba, to jest nieuleczalne.  I wiem, że to co powiem, jest niepoprawne, ale alkoholizm, to jest choroba na własne życzenie. To coś zupełnie innego, niż żółtaczka, którą wszczepili ci wraz z krwią.
Tylko przychodzi taki moment, że coś się dzieje o jeden raz za dużo. Wysiadasz z rollercastera. Dalej niech jedzie bez ciebie. Na złamanie karku, do własnego piekła.  

 



Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s