5. Nowe czasy

W moim warmińskim miasteczku był sobie taki jeden biznesem. 12 lat temu pracowałam u niego, nazywałam Pryncypałem, i właściwie był on głównym bohaterem wielu moich opowieści.
Pryncypał jest lokalnym przykładem legendy „od pucybuta do milionera”. Jako mały, biedny chłopiec odgrażał się, że kiedyś wykupi całe Miasteczko.
Własną pracą, pomysłowością, brakiem szacunku dla prawa, brakiem lęku przed prawem, brakiem skrupułów, chamstwem i nieustępliwością jest bliski zrealizowania swych pogróżek. A przynajmniej był, gdym osiem lat temu opuszczała Miasteczko.
I teraz ze strachem myślę, że ktoś taki jak Pryncypał dostaje do ręki władzę.

Zatem to już oficjalne: światem rządzi chamstwo i głupota, wybrane w demokratycznych wyborach.
Dokąd mam się teraz udać, skoro od kilka lat coraz głębiej uciekam w wewnętrzną emigrację?

4. Zima zaskakuje drogowców i uliczników

Zaczęło się niewinnie.
Którejś nocy napadało śniegu, który szybko spłynął.
Wiatr się uciszył, wróciła jesień. A następnego dnia znowu wrócił. Już nie z północy, a ze wschodu. Od zawsze wiadomo, że wiatry wschodnie, to nie jest dobra opcja. U mnie w domu mawiało się, że „Ruskie wrota otwarli”.
Wiało, potem sypnęło drobniutką, białą kaszą. A po południu sypało już płatami.
Mimo to, temperatura była plusowa do wieczora. A wieczorem zamarzło. I trzymało.
To co płynęło po chodnikach w sobotni ranek przybrało formę stałą. Ludzie stąpali ostrożnie, powoli, krokiem ślizgowo-tanecznym.
Weekend przecież! Kto by tam ruszył się i zdecydował wykopać z chałupy towarzystwo drogowo-uliczne? Przynajmniej nie w moim mieście. Za miastem drogi tu i ówdzie polano solanką, ale niezbyt obficie. Jechaliśmy do mojej klientki w gości, na ogólną wizytę zapoznawczą i po drodze było naprawdę nie fajnie.
Wieczorem w niedzielę miasto było pokryte lodem lub śniegiem a najczęściej był to lód pod śniegiem. Wyłącznie. A tu rano trzeba do pracy się dostać. Jakieś 3km. Skuter wiadomo odpada. Rower mógłby być, gdyby nie ten wiatr. Przy prędkości 9 km/s nie daję rady pedałować nawet na najniższej przerzutce. Nie pod wiatr.
Uznałam, że to będzie dobry moment by wrócić do kijów.
Buty z kolcami, kije w dłoń, muzyka w słuchawkach i naprzód.
Ruszyłam dziarsko o 5.
Pięć minut później tylko mi zadzwoniło w czerepie. Nie upadłam, nie ma mowy. To oblodzony chodnik walnął mnie w głowę. Zdrowo, z całej siły, jakby wymierzał karę. Kolce? Kije? Buchacha! Trochę pokory!
Nim zdążyłam opanować przerażenie już pochylał się nade mną jakiś człowiek i pytał co ze mną, czy ma wzywać ambulans…Pozbierałam się jakoś, wstałam na nogi, stwierdziłam, że przy upadku kij się sam wypiął. Podziękowałam (chyba) panu. I…ruszyłam w drogę. Późno, koleżanka czeka, klucza nie ma, będzie stać pod drzwiami. Przeszłam jeszcze jakieś pięć kroków gdy dotarło do mnie, że dzwoni mi pod czaszką, że nogi mam miękkie, w głowie zamęt i że co ja robię w ogóle, wszak takie właśnie walnięcie spowodowało śmierć mojego ojca. No, okoliczności były inne, ale był upadek i uderzenie tyłem głowy o asfalt, potem krwiak. I kilka godzin potem było po wszystkim.
Zadzwoniłam do koleżanki i do szefa (nie odebrał).
I dylemat. Teraz trzeba się udać do jakiejś placówki medycznej. Szpital mam blisko, tylko przez park, ale czy dojdę? Oraz: czy mnie przyjmą? Szwedzki system pomocy doraźnej jest co najmniej dziwny. Jak potrzebujesz pomocy poza godzinami pracy twej przychodni dzwonisz na 1177. A tam decydują czy masz prawo udać się na tzw akut czyli coś w rodzaju ostrego dyżuru czy nie. Przez telefon. Tylko na 1177 zwykle trzeba poczekać…poczekać…i jeszcze poczekać wysłuchując komunikatu „Jest wielu dzwoniących masz miejsce 58 w kolejce”. Stwierdziłam, że nie będę tkwiła na ulicy piętnastu minut i czekała na zgłoszenie.
W nagłych wypadkach jest wszak 112.
Zadzwoniłam.
Jeden sygnał…
Drugi…
Trzeci…
Chyba z pięć ich naliczyłam nim się rozłączyłam. Dotarłam na „akut” na piechotę modląc się, żeby jednak ktoś tam był i mnie przyjął. Widać limit pecha wyczerpałam, bo nawet dość szybko otwarły mi drzwi trzy kobiety. Zmierzyły ciśnienie…i tyle. Stały nade mną  miałam wrażenie bezradnie.
Potem wyszły, potem wróciły i powiedziały, że odeślą mnie taksówką do innego szpitala, bo tam jest lekarz a tu będzie dopiero o 7:30.
W sumie mogłam zaczekać. Nim taksówka się zjawiła, nim dowiozła mnie na miejsce była prawie ósma. Na miejscu…pielęgniarz z pielęgniarką popatrzyli mi oczy i tyle.
Fakt, że oszołomienie mi minęło. Byłam przytomna, pamiętałam co się zdarzyło, nie miałam utraty przytomności, mdłości ani nic takiego. Dali mi kartkę z opisem wstrząśnienia mózgu, zaleceń na tę okoliczność, pouczyli, że jakbym poczuła się źle to mam szukać pomocy…I odesłali do domu. Znaczy chcieli bym sobie najlepiej wsiadła w autobus!
W końcu zadzwoniłam do męża. EM przyjechał cały przerażony i wściekły na brak posypki na lodzie oraz ogólną organizację.
W domu byłam o 10.
Z psem poszłam telepiąc się z zimna, bo pies nie rozumie, że Pańcia ma wstrząśnienie mózgu (w które zresztą sama zwątpiłam).
Kilka godzin później stwierdziłam, że chyba jednak…
Teraz literki zaczynają mi wirować.
A wpis ten już raz musiałam przerwać.
Tak że…na razie

3. Nareszcie

-Nareszcie – dodałam do rzuconego w stronę zamykających się drzwi „do widzenia”. I odetchnęłam głęboko. Nie zabiłam nikogo. Troszkę zszarpałam sobie nerwy, ale i komuś te nerwy też poszarpałam. Przyznaję bez wyrzutów sumienia. A nawet z pewną satysfakcją…

Półtorej godziny wcześniej:
J. stoi w połowie korytarza. Wyciąga ociekającego wodą mopa i idzie z nim na sam koniec…Woda leje się ciurkiem za J. i mopem.
Krew mnie zalewa, ciśnienie momentalnie mi skacze.
– Nie rozlewaj tak wody! – ciskam w nią słowami zamiast czymś innym. Wzrusza ramionami:
– Przecież wyschnie – i idzie dalej. Niefrasobliwa Madonna, psia krew. Tyle już przepracowała i nadal nie kojarzy, że woda na korytarzu to woda rozniesiona po całym lokalu na butach kilkunastu pracowników?
Ponieważ moja cierpliwość skończyła się jakieś dwa miesiące temu czyli w pierwszym dniu pracy Madonny, idę do niej i mówię stanowczo:
– Jak tu skończysz to chcę byś wzięła suchego mopa i wytarła to, co rozlałaś.
– Dlaczego?
Mam jej znów tłumaczyć? Nie, k..a, nie tym razem.
– Dlatego, że ja mówię, że masz to zrobić – mówię dobitnie, odwracam się i wychodzę.

Naprawdę. Wyrozumiałość dla cudzej ułomności zwanej głupotą wygasa we mnie w chwili zetknięcia się z arogancją. Zresztą…kto powiedział, że mam być miła? Zawsze miła? I po co?
Byłam permanentnie miła przez jakieś czterdzieści lat mego życia. Teraz już mi się nie chce. Zwyczajnie: szkoda mi czasu na bycie miłą i wyrozumiałą.
Dlatego też ci, których tu nie chcę, dostali odpowiedź „sorry, ale nie”. Jak se znajdą i przyjdą – to przyjdą. Ale zapraszać we własne progi kogoś o kim wiem, że w ubłoconych buciorach wlezie mi tam, gdzie go wcale nie mam chęci wpuszczać…Co ja? Masochistka jestem? Na niebo i tak nie zasłużę bom ostatnio niewierząca się zrobiła.

Minął mi ten tydzień nareszcie, ale niech go licho.
Wszystko było, lub prawie wszystko.
Dużo pracy, mało czasu, pogoda najwredniejsza z wrednych oraz zła atmosfera w pracy.
Weekend zaczęłam od naładowania baterii na basenie wraz z Panną Z.
Dziś wczesnym porankiem pożegnałam Madonnę, mam nadzieję na zawsze.
Wieczorem jest Wieczór Sztuki czyli miejscowi artyści pokazują swe dzieła. Mam zamiar odwiedzić przynajmniej trzy miejsca gdzie wystawiają moi klubowi koledzy.
Może Litwinów namówię? Mieliśmy kiedyś taki pomysł, że zrobimy sobie taką potrójną wystawę. Biżuteria+obrazy+zdjęcia, ale sczezł jakoś. Może by tak wrócić?
Bożżżż…jaką ja kurtkę dziś widziałam! Puchowa. Z porządnego materiału. Z kapturem. TURKUSOWA! Nie czarna, szara, czerwona, biała, granatowa. TURKUSOWA! Pieniądze mogłabym od biedy pożyczyć na poczet przyszłego miesiąca. Ale nie oszukujmy się: ten turkusik za rok będzie mocno przybrudzony i opatrzony. A ja mam w szafie dwie starawe kurtki oraz jedną, bardzo porządną, całkiem nową, ubiegłoroczną. I na co mi ta turkusowa? Zwłaszcza, że rozmiar jej, choć mickiewiczowsko-dziadowską  cyfrą opisany, to na mnie był tak tyciu-tyciu. Czyli skok wagi o 1 kg w górę i mogłabym mieć problem z dopięciem.
Eeee, lepie nie. Lepiej tę niepożyczoną kasę odłożyć i mieć fundusz początkowy na wyjazd wiosną.
I tak chyba zrobię.
Zresztą…Zima była przedwczoraj, więc po co mi taka puchowa kurtka? Na biegun się nie wybieram. Bazując na doświadczeniach lat ubiegłych słuszniejszym wydaje się inwestycja w ocieplane gumowce.
Ale piękna jest…

Żegnaj kotku…

Jesteś miły, zaradny,…

Jesteś miły, zaradny,
Jesteś prawie, że ładny
a jednak uwierz proszę, że
szczęście rozstania
rozsadza mnie

Więc: Żegnaj!
Żegnaj kotku!
(…)
Żegnaj, misiu, niech wycisnę ci na pysiu pożegnalny czuły cmok
O, Boże! Co za radość, gdy się czegoś tak już ma dość,
zrobić wreszcie ten cudowny krok, więc żegnaj!

Żegnaj, pysiu, żegnaj, świnko, żegnaj, misiu, żegnaj, kotku – pa pa pa!! 

No to papa!

1. Poniedziałek, psia mać

Nie znoszę pracować z zastępcami. Naprawdę, wolałabym pracować sama, gdy mój współpracownik bierze wolne. Biegałabym tak samo z wywieszonym jęzorem, ale za podwójne pieniądze bo w podwójnym czasie. Odpadłoby mi rozglądanie się czego królewna jeszcze nie zrobiła oraz użeranie się z durną laską o to, co jest czyim obowiązkiem.
Wytrzymać czy jednak napisać do szefa, żeby mi ją zabrał?

A na lunch: Kaczka w turkusach

Ponieważ mam dość …

Ponieważ mam dość pilną robotę, i to w zasadzie nie jedną a trzy co najmniej, więc robię wszystko inne.
Między innymi testuję elementy photoshopa. Testuję naturalnie na zdjęciach ze Szwajcarii. Jeszcze sporo ich nieopracowanych mi zostało. Potem jest jeszcze Boski Wrocław.
Testuję, bo postanowiłam nabyć wreszcie. Cały Photoshop nie jest mi potrzebny. Ten, zdaje się zawiera to, co potrzebuję, ze szczególnym uwzględnienieniem odczytu plików RAW oraz możliwością ich delikatnej obróbki.
No i właśnie nauczyłam się zmniejszać wielkość zdjęcia. I o:

Co jeszcze jest godnego polecenia w Photoshop Elements? Cena. Przystępna. I uczciwa: płacisz raz i masz program dożywotnio. Programy w abonamencie uważam za złodziejstwo. W rok płacisz to, co zapłaciłbyś za program na płycie, a potem po prostu płacisz haracz. I żeby sie dostać do programu musisz mieć internet. A co jak jesteś tam, gdzie go nie ma? To nie pracujesz, proste, nie? Rozbój w biały dzień! Cytując Luka Danes’a (tego co karmił Gilmorki): kupujesz program w abonamencie? Może po prostu znajdziesz złodzieja i oddasz mu swój portfel?

Różnice kulturowe

Taka sytuacja.

Taka sytuacja.
Szwed za moim pośrednictwem dopina jedną transakcję z firmą, która nas tak ładnie gościła w Gnieznie i Wrocławiu. Dostajemy do podpisania umowę po angielsku, którą Szwed ma podpisać, zeskanować i odesłać. CYWILIZACJA! Przy pierwszej transakcji bałam się, że będzie problem, że jak to zeskanowany dokument i że jak to, że Szwed podpisze bez świadków, a kto będzie pewien, że to jego podpis. No wiadomo – staropolskie klimaciki, ale teraz już jesteśmy starymi przyjaciółmi: Szwed, Polacy i ja.
Zatem dostaję maila z umową, rzucam tylko okiem, przesyłam do Szweda. Za chwilę odpowiedź
„Zła nazwa firmy” oraz prawidłową nazwę.
Faktycznie. Od września Szwed działa jako zupełnie inna firma.
Przesyłam dane, prosząc o zmianę.
Dwie godziny później telefon. To W. mój „polski łącznik”.
-To ja dam panią prawnik – mówi.
Pani prawnik wyjaśnia mi, że na stronie VIES takiej firmy nie ma.
Zabiła mi niezłego ćwieka na jakieś dwie godziny. Po pierwsze o tym VIES w ogóle nie słyszałam. Po drugie jak może nie być  tej firmy w danych? Może jakieś opóźnienia, firma działa od miesiąca, może dlatego? Wszak do unijnego VATu w Szwecji rejestruje się automatycznie. Więc nie może tak być, że firma zarejestrowana w sądzie gospodarczym nie będzie widniała w rejestrze unijnym. MUSI być. Tak myślałam i tak tłumaczyłam.
Obiecałam pani prawnik, że wyjaśnię.
Poszłam po zakupy. (Piątek, dzikie tłumy wszędzie, ludzie będą chcieli jeść, moja rodzina też, zupełenie nie rozumiem dlaczego muszą jeść kilka razy dziennie).
Wróciłam.
Napisałam maila do Szweda.
Zajrzałam na tę VIES.
I rozjaśniło mi się.
Otworzyłam stronę http://www.allabolag.se. Porównałam sobie numery „nip”. Jasne.
Dwójka tam gdzie powinna być piątka. Szwed zrobił błąd. Zdarza się każdemu a dyslektykowi jeszcze bardziej.
Wyjaśniłam pani prawnik i poprosiłam sprawdzenie. Chwilę później dostałam maila z krótkim „jest ok”. No.
Szybciutko zawiadomiłam Szweda, który póki co na razie milczał.
Pojechałam z psem na spacer. Umyłam głowę. Schłodziłam wino a wcześniej zaparzyłam rumianek. I czekając na to, co będzie pierwsze: rumianek czy wino,  zajrzałam na maila.
A tam wiadomości od Szweda. Pierwsza:
„Ja bym się tego prawnika pozbył bardzo szybko”
Druga, z linkiem do szwedzkiego urzędu skarbowego.
„Prawnik mógł tam zadzwonić, oni mówią w wielu językach”. Parsknęłam śmiechem na myśl, że Swzed chciałby dowiedzieć się nipu w jakimś urzędzie skarbowym. Może jeszcze pesel na dodatek? I co jeszcze? Może zysk za rok ubiegły? Albo inne takie drażliwe dane? Ochrona danych osobowych mówi to Szwedowi coś? Nie mówi. I w tym tkwi szkopuł.
I tu mi się nasuwa stara pointa Krzysztofa Daukszewicza
„Czy pan rozumiesz subtelna różnica między ten handel a ten handel?”
Dwa państwa, niby po sąsiedzku,niby w unii, a jak na dwóch krańcach świata.

*www.allabolag.se – strona, której można znaleźć podstawowe informacje o firmach. Nr organizacyjny, adres, dane bilansowe z ostatnich lat.