Pułapki umysłu

Tydzień temu …

Tydzień temu przemknęła mi przez głowę myśl.
Na kuchence pyrkotała przykrywka na garnku z zupą buraczkową. O obok gotowała się woda na kaszę dla Tośki. Albowiem Tośka, arystokracja z urodzenia,  chłopka z upodobań, ponad najdroższe, najbardziej rekomendowane przez hodowców karmy przedkłada…wszystko inne.
Sucha bułka, skrawek niedojedzonego chleba, resztka surówki, rybka, kartofelki…wszystko to jest o niebo lepsze od karmy stojącej w misce. Jakiś czas działało dolewanie oleju rzepakowego, potem trzeba się było przerzucić na olej z łososia, potem zmieniać rodzaj karmy, pilnować bydlaka, żeby nie dostał nic od nikogo, nawet ciasteczka wyliczać jakby były na wagę złota. Po trzech -czterech dniach dyscypliny wygłodniały pies zjadał co-nieco z michy…I znowu kolejne dni mijały na utrzymywaniu terroru jedzeniowego.
Po dwóch miesiącach i trzech torbach różnego jedzenia poddałam się.
Nie będę wywalała grubej kasy w błoto, jednocześnie terroryzując rodzinę i psa regorem żywieniowym.  Trudno. Niech jej będzie: chce, niech ma gotowane.
I w ten sposób, tydzień temu znalazłam się przy kuchence z dwoma wielki garami jednocześnie. I gdy tak przesuwałam te gary przemknęła mi przez głowę myśl „żebym się tylko nie sparzyła, bo ten garnek ma przykrywkę z dziurkami, trzeba uważać”.
Tak sobie pomyślałam…
Chwilę później chwyciłam ów sagan pełen psiej kaszy i…przypiekłam sobie palce. Garnkowe ucho złapało temperaturę od palnika obok. Garnek odstawiłam, założyłam łapkę, postawiłam gdzie trzeba, trochę piekło, ale uznałam, że jak wsadzępod wodę to POTEM będzie jeszcze gorzej. Zresztą troszkę się spieszyłam, a tu mi kasza zaczęła kipieć, więc uniosłam pokrywkę leciutko, znowu napominając samą siebie, że tym garnkiem łatwo się sparzyć. Po czym natychmista siebie uspokoiłam. Wszak już wypełniłam polecenie dane mózgowi „żebym się tylko sparzyła” bo mózg przecież nie zna słowa NIE.
Ucieszyłam się, że w takim razie durne polecenie mam z głowy. I tak ucieszona sięgnęłam do uchylonej przykrywki, spod której buchnęła para prosto na moją dłoń.
I tak to myśląc i przestrzegając samą siebie dwa razy, w ciągu zaledwie pół godziny sparzyłam tę samą dłoń.
Teraz już wsadziłam pod zimną wodę, bo coś mi mówiło, że oparzenie jest głębokie.
Dziś na palcu wskazującym mam oparzeniowego, podskórnego bąbla, oraz ciemniejącą, lekko szczypiącą plamę u nasady kciuka.
Już nie boli, wraz z bólem nauka wyparowała z głowy ewidentnie.
Ponieważ pokazało się słońce, blada, bo blade, ale zawsze. Wiatr przestał urywać głowę. Temperatura z 5stopni wzrosła do 9. Dlatgo postanowiliśmy pojechać na dłuższy spacer z psem. Ścieżka wiodła nas skalistym brzegiem jeziora, poprzez jesienny las. Ścieżka pełna skał, osypanego igliwia, wyłażących korzeni drzew i miękkiego mchu.
Oczwiście wzięłam aparat. Przeszlimy się z godzinkę, zaczęliśmy wracać…Co za licho mnie podkusiło?
Zauważyłam, że bardzo ostrożnie stawiam stopy i generalnie tak staram się iść by broń boże nie poslizgnąć się i nie upaś bo APARAT. Aparat może by przeżył, ale obiektyw na bank nie. Obiektyw! Moje cacuszko, miłość ma największa zaraz po Zuzi i Tośce. Moja pięćdziesiąteczka stałeczka, miłość mego życia!
Ciekwe czy upadając dałabym radę ochronić aparat rękami? -tak rozmyślałam powoli podążając za mężem i Tośką, sycąc dusze promieniami słońca, blskiem jagodowych liści złotem trzcin.
Tak. To był ułamek sekundy. Kostka mi się nagle wygięła i ja poleciałam lotem ślizgowym. Nim grzmotnęłam o ziemię – tu akurat było wszystko na raz: skała, korzenie i piach- zobaczyłam jak mój aprat, który nadal mam na szyi, ląduje na podłożu, odbija się i z głuchym łupnięciem wali po raz drugi o glebę. Potem poczułam ból w rękach i kolanach, zobaczyłam bardziej zdziwioną niż przestraszoną minę męża oraz lecącą do mnie z radością Tośkę.
Przez chwilę była pewna, że połamałam oba kolana. Przez chwilę byłam pewna, że nie wstanę z tej skały. Zrobiło mi się gorąco. I słabo. Nie do końca wiedząc co robię zdjęłam aparat z szyi i dałam mężowi sycząc tylko:
-Sprawdź
po czym zajęłam się zbieraniem siebie z ziemi. Tośka kręciła się koło mnie cała szczęśliwa bo skoro pańcia na ziemi to się będziemy wygłupiać.  
Otumaniona usiadałm wreszcie i jednocześnie usłyszałam trzask migawki i komunikat od męża
-Wszystko w porządku.
Wtedy mogłam oceniać inne szkody. Lewe kolano wyglądało jak stek, prawego wolałam nie oglądać.
Jakimś cudem wstałam, pozbierałam z ziemi ręce i nogi i ruszyłam w drogę.
Po kilku krokach gdy do mnie dotarło, że idę, odbrałam aparat od męża.
-Jesteś pewna?
– No drugi raz raczej się nie wywalę – odrzekłam dziarsko.
I wtedy przypomniałam sobie oparzoną dłoń.
Na wszelki wypadek zabroniłam sobie myśleć o wywracaniu się. Skupiłam się na uważnym stwianiu stóp, tak by cała podeszwa był na podłożu, gdy przenoszę nań ciężar ciała. Tak dotarłam do samochodu. Robiąc po drodze „jeszcze choć jedno zdjęcie”.
31_copy

Na lewym kolanie mam znak Polski Walczącej. Musiałam skleić trzy duże plastry by ową kotwicę zasłonić.
Na prawym…NIC! Zastanawiam się czy skończy się siniakiem czy czymś więcej.
Aparatowi i obiektywowi naprawdę nic.
Pamiętajcie.
MÓZG NIE ZNA SŁOWA NIE.

Mam w dupie małe miasteczka -A. Bursa

…jak ja nie znoszę …

…jak ja nie znoszę tego zapyziałego miasteczka, tej zasmarkanej prowincji-prowincji, tych uliczek równych jak pod sznurek, tych ludzi jednakowych na ciele i umyśle, tego smrodu różnorodnego, ale obecnego zawsze gdy wieje, tej szarości, porządeczku, ładu i niczym nieuzasadnionego przekonania, że system działa. Nie, kurwa, ten system się wali, ale takie małe miasteczka, siedzące w główkach ich mieszkańców, wolą tego nie widzieć, bo jeszcze ktoś im każe coś z tym zrobić…

…do utraty tchu, tyle było chwil…

Miewam takie chwile …

Miewam takie chwile zawieszenia,  kiedy nagle odpływam w inny świat. Ostatnio w takich chwilach widzę turkusowe wody Are a nad nią szare, wznoszące się piętrowo budynki. Berno.
Tęsknię.
Co dziwne, bo samo Berno, nie powaliło mnie na kolana. Te dzikie tłumy…
Ale łażenie po uliczkach i zaułkach, w poczuciu całkowitej anonimowości, w całkowitym oddzieleniu od świata, w którym żyję na co dzień. To było nowe doświadczenie i przyznaję, bardzo mi się podobało. Pierwszy raz od dawna nie czułam żalu, że jestem w tym tłumie sama.
A potem powrót.
I sprawy potoczyły się szybko.
Gazeta wywiesiła mojego łabądka na główną. Ja się tym pochwaliłam. Koleżanka znalazła, poczytała, wciągnęło ja, cofnęła się…i znalazła wpis o sobie.
Wredy był, stwierdzam po niewczasie, wredny, osądzający i bardzo niesprawiedliwy. Jak zawsze gdy pisze się w złości. Usunęłam, przeprosiłam, ale atmosfera jest taka taka sobie. A tu do pracy trzeba było wrócić.
Wróciłam. Popracowałam kilka dni i znowu wzięłam urlop. Tym razem nie wypoczywałam, tym razem pracowałam. Pojechałam jako tłumacz do Polski, na targi rolnicze w Bednarach i nie tylko.
Klient-Szwed i ja byliśmy gośćmi firmy produkującej urządzenia rolnicze. Pięć dni, cztery noce, dwa dni podróż, trzy dni wrażeń.  Pierwsze dwie noce spalismy w Gnieznie, nastepne dwie – we Wrocławiu.
To było …niesamowite. Jako Polka nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Tzn. nie od obcych, ale od rodziny jak najbardziej. Tyle, że od rodziny to się wydaje naturalne.
Już pierwszego wieczoru, po kolacji, z opadniętą szczęką napisałam „Aaaaa, to to jest ta słynna polska gościnność” i w duchu pomyślałam nieco mściwie „no, Szwedzie, teraz spróbuj to przebić”.
A potem było jeszcze ciekawej.
Jak dla mnie największą uprzejmością oraz najlepszym prezentem było, pomimo napiętego naprawdę mocno grafiku, zwiezienie mnie do Katedry w Gnieznie. Mała rzecz niby, krótka chwilka, ale trzeba było zjechać z drogi, pójść tam, gdzie się już było wiele razy i samemu i z gośćmi. Cierpliwie poczekać aż po raz piętnasty sfotografuję fragment drzwi (bo jak to zrobić w ciemnym wnętrzu, ale bez lampy, w dodatku nie moją kochaną pięćdziesiątką, stałeczką).
Drugim szczytem – dwugodzinny spacer po nocnym Wrocławiu z przewodnikiem opowiadającym między innymi o tym, że obecny Kościół  Garnizonowy kiedyś tam został przegrany w karty przez katolickiego proboszcza. Cudna dykteryjka.
Natłukłam masę zdjęć, większość jest nieostra, bo stałeczka znowu została w hotelu, ale co tam. JA WIEM co tam mam!  
Mój klient Szwed zbierał szczękę na każdym kroku. Rozśmieszył mnie w hotelu, we Wrocławiu, bo zobaczywszy hotelowy hall przestraszył się ceny. Rozśmieszył później, bowiem jego przestrach był tak sugestywny, że ledwie przekroczyłam próg pokoju, rzuciłam się sprawdzić ile kosztuje pobyt. Cena okazała się być taka sama, jak w hotelu, w którym spałam w Warszawie, czyli normalna, nie wygórowana. W przeliczeniu na korony, było nawet tanio.
Te trzy w sumie dni spędzone w Polsce, dały mi …Nie wiem jak to napisać.
Trzy dni intensywnego rozmawiania o rzeczach z którymi dotąd nie miałam w ogóle do czynienia. Trzy dni wgłębiania się w szczegóły techniczne, w zasady działania, nauka całkiem nowych nazw. Nazw najpierw polskich potem szwedzkich. Lub odwrotnie. Trzy dni przeskakiwania z języka na język: szwedzki-polski-szwedzki. Oraz, szczególnie na początku, śledzenia co mówią po angielsku, by w razie czego, móc służyć pomocą.
To było wyzwanie, któremu dałam radę.
Jednocześnie było coś zupełenie innego.
Była przyjemność obcowania …z rodakami. Ponieważ spotkanie było biznesowe jak ognia unikaliśmy drażliwych tematów. A różniliśmy się w poglądach jak mniemam, oj i to bardzo, bardzo. Zatem odłożywszy na bok politykę i religię, gwarzyliśmy na rozmaite tematy. Przyjemnie, dowcipnie, po polsku, z polskimi subtelnościami, niuansami i aluzyjkami. Czułam się jak człowiek, który przeszedł pustynię i dostał szklankę wody.
Powrót był bolesny.
Zła na cały świat, który w tej konkretnej chwili uosabiany był moim Klientem, odwórciłam się plecami, wcisnęłam słuchawki w uszy, włączyłam muzykę na cały regulator i pod pretekstem zmęczenia i złego samopoczucia w czasie lotu, po prostu się odłączyłam.
Chyba to było niegrzeczne, ale nie chcąc go obrazić, zrazić, musiałam.
Na szczęście sam był zmęczony, więc nie zgłaszał protestów i nie żądał zabawiania się rozmową.

Wróciłam do codzienności z bolesną pewnością, że kolejne wakacje nie szybko.
Miałam masę spraw do przemyślenia i uporządkowania.
I nic nie wymyśliłam.
Nie wiem co zrobię z blogiem, bo okazuje się, że jednak albo piszę co chcę, albo nie piszę wcale, a tu zbyt wielu znajomych ma ten adres.
Nie wiem co zrobić z wiedzą, że daję radę na różnych frontach i właściwie to niegłupia ze mnie babka.
Nie wiem co zrobić z przekonaniem, że fajna ze mnie „pięćdziesiątka”, całkiem do rzeczy, wcale nie taki maszkaron jak pokazują mi zdjęcia.
W ogóle nie wiem co dalej z moim życiem. Za ciasno mi w nim. Chciałabym czegoś…wyzwań intelektualnych? żeby się coś działo? spotkań z ludźmi?
Marazm szwedzki wpędza mnie w depresję.
Tak więc nie wiem, kiedy znowu tu zajrzę. Może jutro, może za kilka tygodni?

 

 

Ale o co chodzi?

Z oddalenia (jak …

Z oddalenia (jak zwykle ostatnio-wzdycham) śledziłam narastające wrzenie przybierające powoli oblicze czarnego protestu. Gorączkowałam się, irytowałam, pukałam w głowę…Ale któregoś dnia przyszło mi do głowy, że jakby ktoś chciał odwrócić uwage społeczną to temat aborcji jest pewniakiem. I pomyślałam, że ciekawe nad czym teraz pracuje rząd. Następnego dnia, wczesnym rankiem to odpowiedź znalazła mnie.
TTIP  oraz CETA.
O co chodzi?
Nie umiem tak jasno i analitycznie jak moja stara przyjaciółka, więc pozwólcie, że tym razem oddam głos Marzenie.

Na tę chwilę żyjemy czarnym protestem. I dobrze. Śledźmy dalej losy ustawy antyaborcyjnej, bądźmy czujni, ale przed nami kolejna wielka walka. Chodzi mi o TTIP i CETA.
Większość obywateli UE bardzo radykalnie sprzeciwia się tym porozumieniom. Natomiast tylko 41% Polaków jest im przeciwnych. Dlaczego, skoro skutki tych porozumień dotkną każdego z nas? Ponieważ mało o nich wiemy. Oto moje obawy w sprawie TTIP. Kiedy indziej opiszę skutki CETA, chowu przemysłowego zwierząt i wpływ żywności GMO na ludzi i gospodarkę.
Może ktoś, kto nie wie, o co chodzi, skorzysta z tej wiedzy.

TTIP – Transatlantic Trade and Investment Partnership – Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji, czyli umowa, negocjowana pomiędzy Unią Europejską a USA (znane także, jako Transatlantyckie Porozumienie o Strefie Wolnego Handlu – TAFTA).

1. Obawiam się, że umowa ta w konsekwencji spowoduje rezygnację UE z regulacji praw oraz norm żywnościowych, co w efekcie spowoduje, że na półkach sklepowych zagoszczą produkty z chowu przemysłowego i produkty GMO.

2. Najbardziej kontrowersyjny dla mnie jest fakt, że obrady mają charakter tajny dla obywateli, ale treść negocjacji znają za to lobbyści pracujący na rzecz korporacji. Na razie prawo UE chroni nas w dużym stopniu przed gigantycznymi koncernami rolnymi, rybnymi i żywnością GMO. Po podpisaniu tego porozumienia, koncerny, które już są w Europie, ale mają ograniczone pole manewru, zyskają znacznie szersze uprawnienia handlowe.

3. UE ma wprowadzone oddzielne normy sanitarne czy zakaz używania niektórych hormonów w mięsie i składników chemicznych w budownictwie oraz nakaz informowania producentów o stosowaniu GMO. TTIP może te regulacje znieść i tym samym ograniczyć UE, czyli i Polsce promowanie zrównoważonego ekologicznie rolnictwa oraz ochronę tradycyjnego rolnictwa rodzinnego.

4. Bardzo kontrowersyjnym dla mnie jest mechanizm ISDS, czyli nacisk na wprowadzenie zapisów o ochronie inwestycji – czytaj mechanizmach rozstrzygania sporów między inwestorami i państwami. Zapisy te mają dawać zagranicznym inwestorom prawo do skarżenia państwa, gdyby uznali, że jego decyzje mogą mieć negatywny wpływ na spodziewane zyski inwestora. Mówiąc prościej bogaty gigant miałby istotne narzędzia nacisku na prawodawstwo oddzielnych krajów wchodzących w skład UE w tym Polski.

5. Porozumienie TTIP oznacza dla mnie rezygnację z demokratycznych standardów na rzecz porozumienia globalnego – mieszkańcy poszczególnych państw nie będą mieli wpływu na żywność i handel, a zatem i na ochronę praw konsumenckich, ekologię czy zrównoważone praktyki rolnicze, oznaczanie produktów i informowanie o ich składzie. Ale TTIP ma regulować również takie kwestie jak rynki finansowe dane osobowe, ochrona zdrowia czy kultura.

5. Mam zatem obawy, że traktat ten może mieć wpływ na transparentność zamówień publicznych, zasady zrównoważonego rozwoju i przeczyć interesowi publicznemu, poprzez ograniczanie lokalnych gospodarek i możliwości korzystania z lokalnych zasobów oraz eliminowanie lokalnej przedsiębiorczości.

Jak widać skutki tego porozumienia będą bardzo poważne. Warto protestować przeciwko nim, dopóki nie będą jawne i transparentne. Ja wyjdę na ulicę.

Warto też śledzić portale tych, którzy walczą w naszym imieniu:
• Akcja Demokracja
• Attac Polska
• Beskidzkie Stowarzyszenie Produkcji Ekologicznej i Turystyki
• Centrum Cyfrowe Projekt: Polska
• CIWF Polska
• Demokracja Bezpośrednia
• Drużyna LiquidDemocracy.pl
• Fundacja 2B Fair
• Fundacja Artykuł 25
• Fundacja Bęc Zmiana
• Fundacja CentrumCSR.PL
• Fundacja Dobrych Inicjatyw
• Fundacja EkoRozwoju
• Fundacja ePaństwo
• Fundacja Greenpeace Polska
• Fundacja ICRA
• Fundacja Kultury Akademickiej
• Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie
• Fundacja Kuźnia Kampanierów
• Fundacja Nowoczesna Polska
• Fundacja „Ogrody Permakultury”
• Fundacja Otwarty Plan
• Fundacja Panoptykon
• Fundacja Piękny Dom
• Fundacja Przebudzenie
• Fundacja Rodzice Przyszłości
• Fundacja Rolniczej Różnorodności Biologicznej AgriNatura
• Fundacja Strefa Zieleni
• Fundacja Terra Brasilis
• Fundacja Wolnego i Otwartego Oprogramowania
• Instytut Globalnej Odpowiedzialności
• Instytut Spraw Obywatelskich
• ISOC Polska
• Koalicja KARAT
• Koalicja Klimatyczna
• Koalicja POLSKA WOLNA OD GMO
• Koalicja Sprawiedliwego Handlu
• Kooperatywa Spożywcza „Dobrze”
• Kujawsko-Pomorskie Stowarzyszenie Producentów Ekologicznych EKOŁAN
• Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi – ICPPC
• Młodzieżowa Sieć Klimatyczna
• NOMADA. Stowarzyszenie na Rzecz Integracji Społeczeństwa Wielokulturowego
• Ogólnopolski Związek Zawodowy „Inicjatywa Pracownicza”
• Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”
• Partia Razem
• Partia Zieloni
• Pierwsza Warszawska Agenda 21
• Polska Partia Piratów
• Polska Zielona Sieć
• Polski Instytut Praw Człowieka i Biznesu
• Polskie Stowarzyszenie Sprawiedliwego Handlu
• Pospolite Ruszenie
• Przymierze dla Polski
• Recykling Idei. Pismo społecznie zaangażowane
• Społeczny Instytut Ekologiczny
• Stowarzyszenie Dla Dawnych Odmian i Ras
• Stowarzyszenie „Eko-Inicjatywa”
• Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA
• Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne „Wspólna Ziemia”
• Stowarzyszenie Ekologiczny Ursynów
• Stowarzyszenie Eko-Spol
• Stowarzyszenie Fabryka Demokracji
• Stowarzyszenie „Jeden Świat”
• Stowarzyszenie Klub Inteligencji Polskiej
• Stowarzyszenie Kultura i Demokracja CIVIS
• Stowarzyszenie na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Społecznego – „Społeczeństwo FAIR”
• Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” i kwartalnik „Nowy Obywatel”
• Stowarzyszenie „Ostoja Brodnicka”
• Stowarzyszenie Polska Wolna od GMO
• Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
• Stowarzyszenie Praw Człowieka
• Stowarzyszenie RACJONALNA POLSKA
• Stowarzyszenie Sieć Obywatelska – Watchdog Polska
• Stowarzyszenie Ulepsz Poznań
• Stowarzyszenie Zielony Żurawlów
• Think Tank Feministyczny
• Toruńska Inicjatywa Obywatelska
• Warszawska Kooperatywa Spożywcza
• Wawelska Kooperatywa Spożywcza
• Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna PANATO
• Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna Biz:on
• Zachodniopomorski Oddział Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND
• Zielone Wiadomości

Dzień 6 Metafizyki ciąg dalszy. W drodze do Oberhofen

Rano 10:04.

Rano 10:04.
Odjeżdżam z Berno do Thun, a stamtąd do Oberhofen.
Na peronie wkładam słuchawki i włączam odtwarzacz. Ustawiam Five Miles Out, po którym idzie cała lista Mike Oldfielda. Gdy owe Five Miles się kończy, w słuchawkach słyszę Tåg song Kari Bermnes. Dziwne, ale nie mam czasu sprawdzać dlaczego,  bo na tor, z wizgiem i świstem, wjeżdża mój pociąg.
Wsiadam i pociąg rusza. Mija szare Berno, zostawia za sobą ogromny wiadukt.  
A w słuchawkach Kent mi śpiewa, że „to z twojego powodu znowu ruszam w drogę”.
Za oknem pola, pagórki i pagóry.
We mnie radosne pulsowanie w rtym muzyki. Roznosi mnie radość. Taka czysta, dziecinna uciecha, bez obaw i bez wątpliwości. Taka, jakiej nie czułam od lat. Jadę pociągiem w nieznane i się nie boję. Jest spokojna pewność siebie oraz przekonanie, że będzie pięknie. Uśmiecham się sama do siebie, do własnych myśli, do małej Kasi wewnątrz tej starzejącej się kobiety jaką widzę na odbicu w szybie.
Czuję satysfakcję, że to zrobiłam, robię właśnie teraz. Dałam sobie wakacje w nieznanym, wakacje o jakich zawsze marzyłam. Czuję się wolna i świat się przede mną otwiera.
Kent mi śpiewa „czuć, że miłość już czeka”. Uśmiecham się. Wiem co to za miłość na mnie czeka i ja spokojnie czekam na nią.
Za oknem alpejskie, zamglone szczyty.

W Oberhofen nad szafirowym jeziorem Thun

 

 

 



Dzień 5 Berno przed południem

Upał panuje …

Upał panuje nieziemski od rana do zmierzchu a po zmierzchu aż do rana. Unikam słońca jak mogę, dużo piję, chowam się w cień, w po południu funduję sobie sjestę. Unikam bólu głowy dzięki temu i wieczorami mam siłę integrować się z kuzynką.
Wczoraj im zwiałam…
Bo Kasia chyba nie wierzyła, że dam sobie radę sama, w obcym państwie, nie znając języka, nie znając miasta.
Nie doceniła mnie. Poszłam i wróciłam. Po kilku godzinach, akurat gdy zaniepokojona Kasia zaczęła do mnie dzwonić.
Mało tego – poszłam i wróciłam. Kupiłam małe co nie co dla rodzinki, znalazłam toaletę. Uwierzcie mi: w Szwajcarii nie ma toalet dla kobiet na każdym kroku. Są publiczne, bezpłatne pisuary. A toalet nie ma! Wreszcie dotarłam do dworca, znalazłam toaletę. I tu zonk bo płatna! Ale jak to? Płatna?? Toaleta??! Na dworcu??! No ale co zrobisz jak nic nie zrobisz. Trza płakać i płacić jak się chce… ten tego…
Znowu zonk. Nie ma płacenia kartą. Zgłupieli? W mieście pełnym turystów mam używać gotówki?! I skąd ja im te dwa franki wyciągnę? Bankomat mi wszak ich nie da. Bankomat na moją sugestię, że może jednak da się przekonać zabił mnie śmiechem i zaproponował 50franków. 50fr to jest blisko 500koron! Jak w Szwecji żyję to chyba nigdy takiej kasy nie miałam w portfelu, no ale zawsze może być ten pierwszy raz. Wzięłam owe pińcet.I znów dylemat: jak z papierka wydusić 2 korony?
Poszłam do informacji i…niefrasobliwie zgłosiłam mój problem po angielsku. Po angielsku. Ja. JA! Ja przecież nie znam angielskiego! Pan w okienku uznał, że znam i bo nieuprzejmie odburknął (ani chybi Francuz), że on nie ma pieniędzy. Westchnęłam ciężko i poinformowałam go, że tyle to ja wiem. I ja od niego to chcę informację GDZIE ja ten papierek mogę wymienić na owe dwa franki. Przysięgam, sprawa robiła się pilna i naraz przelicznik franka na franka przestawał mieć znaczenie. Pan wzruszył ramionami, rzucił niechętnie „mejbi in butik”. Grrrr…Oparłam się pokusie rzucenia mu w twarz mojego nowego, włoskiego słówka, którego nauczył mnie Davide, Włoch z Genui, narzeczony Kasi.
W sklepie kupiłam chusteczki higieniczne oraz batonika. Pani mi wydawała…a ja zażądałam dwóch franków. Miała mord w oczach. Albo tak mi się zdaje, bo Szwecja mnie jedna rozbestwiła. Mnie nie wystarczy, że ktoś jest grzeczny. Ja jestem przyzwyczajona do serdecznej obsługi.
Znalazłam toaletę po raz drugi. A czas to był już najwyższy. Czego tam nie było…Przede wszystkim nie było podziału na męski i żeńskie. Brudu nie było, dziwne, ale prawdziwe, widać w Szwajcarii bywają czyste, porządne toalety. Nie było podgrzewanej deski i szumy wody jak w Japonii. Ale pachniało! Perfumami! Acha. Wody ciepłej nie było, papieru ręcznikowego też. Była suszarka, których nie znoszę.
I o.
Wróciłam do domu, zjadłam gnocchi z pomidorami w sosie szpinakowym z młodym groszkiem. Dobre to było. I zasnęłam.
Kasia poszła do pracy.
Mieliśmy z Davide jeść pizzę na kolację, ale…Się zagadaliśmy. Po angielsku. O. Trochę wujek gogiel, ale większąć sama i nawet nie”tymi ręcyma”.
Jestem pod wrażeniem jakie wywarłam na samej sobie.

Zdjęć robię masę, nie nadążam obrabiać, więc tylko kilka, przypadkowo wybranych.

Oto zaułki Berno.

A tu boja w Aare, rzece, która otacza miasto.
Jest…Niesamowita. Zakochałam się w jej szmaragdowym kolorze i przejrzystości.

 

 

 

 

Dzień 4 Na Jungfrau

Kto był w Tatrach …

Kto był w Tatrach ręka w górę!
Ja byłam kilka razy. Piękne, dzikie, ogromne. Tak. A teraz proszę to zwielokrotnić…I rozmiar i dzikość i urodę.
Wybrałyśmy się z Kasią trochę za późno, opierając się na przeświadczeniu, że skoro cała Szwajcaria ma wielkość województwa warińsko-mazurskiego i wszędzie jedzie się niecałą godzinę to wyjazd o 13 jest okej.
Niestety – nasz niefrasobliwość odniosła skutek.
Już na dworcu niespodzianka – nasz pociąg jest odwołany bo jakiś wypadek po drodze. Trzeba było wsiąść w inny.
No to wsiadłyśmy.
Ledwie wyjechał z Berno natychmiast obie przylepiłyśmy nosy do szyby i tylko jęczałyśmy z zachwytu. Głowy omal nam się nie poukręcały od spoglądania raz w jedną, raz w druga szybę. Kompletnie pochłonięte widokami za oknem zapomniałyśmy chyba o kulturze – pokazywałyśmy palcem i krzyczały „patrz tu, tu patrz”.
Po mniej więcej godzinie nieco okrzepłyśmy w naszych zachwytach i wtedy zobaczyłam, że tubylcy popatrują na nas, ale raczej z sympatią niż naganą. Kasia, gadająca po niemiecku z prędkością karabinu maszynowego (uuuups! w tym kontekście to chyba złe porównanie), zawarła krótkoterminową znajomość ze starszą panią siedzącą obok. I tu pani nas zaniepokoiła, bo stwierdziła z pewnym wahaniem, że „na Jungfrau jedzie się długo, ale powinnyśmy zdążyć”. Aaaale jak to długo? 
Kolejne stacje i stacyjki, kolejne pociągi, kupowanie biletów u konduktora, wreszcie, dotarłyśmy do Grindelwald. Stamtąd już droga tylko w górę i pod górę. Upał był nieziemski, więc w wagoniku z drewnianymi siedzeniami okna otwarte na przestrzał, ciuchcia mozolnie pełzła pod górkę, a my tkwiłyśmy w tych otwartych oknach jak przymurowane w nabożnym milczeniu. Zachwyty, okrzyki przestrachu i zadziwienia skończyły się nam jakieś pół kilometra niżej. Teraz można było tylko milczeć i…utwierdzać się w wierze w Boga (Kasia) i wątpić w zwątpienie (ja).
Tak dotarłyśmy do Kleine Scheidegg, gdzie czekała nas ostatnia przesiadka. Zrobiło się zimno i jakoś tak…mniej słodko, bardziej surowo. Wyciągnęłyśmy kurtki.
Jeszcze jedna ciuchcia, niemal pusta. Prócz nas i obsługi był tam jedynie jakiś pan. O nie, on nie jechał tą ciuchcią żeby sobie tylko popatrzeć co stwierdziłam widząc jego znoszone buty i wytarty plecak z przytroczonym czekanem. Na bank nie był zwykły turysta-cepr jak my. Zastanawiałam się czy rękę stracił w górach czy też może w jakichś innych okolicznościach. Tak, nie miał ręki. Jego wygląd i zachowanie sugerowały, że ta jego część mogła być okupem za całą resztę…
A potem ciuchcia wjechała w tunel i…tyle było widoków.

Na kolejnych przystankach można było wysiąść i popatrzeć przez wykute w skale, oszklone okna.

 

Tam też mijaliśmy pociągi jadące z góry, w których pełno było…śpiących ludzi ( głównie Azjatów). Zastanowiło mnie zjawisko. Cóż oni tam, na tej górze wyczyniają, że śpią takim kamiennym snem, że nawet zatrzymanie pociągu ich nie wybudza?
Wreszcie ostatnia stacja na wysokości 3454mnp.
Wysoko jesteśmy, stwierdziłam i leciutko wskoczyłam na kilka stopni schodków prowadzących w górę do pełnego komercji kompleksu handlowo-rozrywkowego.
to znaczy miałam zamiast zrobić to lekko, bo stopnie niewysokie i niewiele ich…I nagle odkryłam, że ważę tonę! Przenieść moje 70kilo z małym okładem z nogi na nogę okazało się wysiłkiem granicznym. Serce łupało w piersi, w głowie dzwoniło, przed oczami mroczki a pod stopami wyczuwalny ruch ziemi.
Wiedziałam, że 3,5 kilometra to wysoko, ale nie wiedziałam, że TAK wysoko. I zrozumiałam tę śpiącą pokotem masę ludzką w pociągach jadących w dół.
Przyjechałyśmy tuż przed zamknięciem. Obejrzałyśmy sklep Lindta, kupiłyśmy trochę czekoladek, wysłałam kartkę do wujków, wypiłyśmy kubek kakao szumnie zwanego czekoladą, wyszłyśmy na zewnątrz, na wydeptany placyk z masztem i szwajcarską flagą. Dookoła był śnieg, skały i niebieskie niebo. Pod nami – chmury.


Został nam do pokonania ostatni odcinek, na sam szczyt, na taras widokowy…Niestety -to była najokrutniejsza zemsta za nasze guzdralstwo. Czasu nie wystarczyło, trzeba było zjechać.
Kasia była rozczarowana głęboko. Ja…z powodu dolegliwości wysokościowych przyjęłam to ze stoickim spokojem.
Wracałyśmy w zachodzącym słońcu, patrząc jak lśniące szczyty nikną w mgle, obserwując długie cienie zasnuwające doliny rodem z reklam Milki.
Boleśnie odczuwałam fakt, iż być może oglądam to po raz ostatni w życiu.

Dzień 3 Do Berno Magii ciąg dalszy

Jak to jest z tymi …

Jak to jest z tymi więzami rodzinnymi? Dlaczego ktoś, kto w dzieciństwie i wczesnej młodości był zmorą twojego życia jest nadal ci bliski, choć gdyby to była tylko koleżanka z podwórka to nawet byś spojrzeć w jej stronę nie chciała?
Matko święta!
Ja miałam 12,13,14, 20 lat. Ona zawsze o dziesięć mniej. Ja miałam swoje tajemnice i ogromną potrzebę własnej przestrzeni co nie było łatwe w czteroosobowej rodzinie na 38m kwadratowych. A ona ledwie przekroczyła próg naszego mieszkania lazła jak po sznurku do moich i tylko moich rzeczy. Czemu nie do Baśki? Czemu nie do mojej matki? A może do ich też? Szperała w moich rzeczach, wyciągała wszystko z mojej szkolnej torby, ale najgorsze, najgorsze, że zawsze, ale to zawsze wyciągała łapy do moich pamiętników. Najpierw je tylko wyciągała. Potem się gówniara nauczyła czytać! I czytała! I paplała o tym co przeczytała.
Ostatni raz chciałam ją zabić jak miała 15 lat. Potem ja i moje pamiętniki znikłyśmy z zasięgu jej łap. A potem powoli przestałam pisać. A potem nadeszła era bloga i…sama dałam jej linka.
Dziś się z tego śmiejemy.
Patrzę na tę dorosłą kobietę i widzę tamtą dziewczynkę. Wiecie…takie wcielenie Pippi. Wszędzie jej pełno, cały czas gadająca, cały czas pełna dobrego nastawienia do świata. Wcale się nie zmieniła!
Nie widziałyśmy się ze 20 lat.
Przecież gdyby to była dziewczynka z podwórka, wyjątkowo upierdliwa dodajmy, to nawet bym pewnie nie pamiętała.
Jedna z niewielu osób z rodziny matki, która zawsze jakoś była mi bliska. Nawet wtedy jak chciałam ją zabić.
A teraz siedzę w jej salonie,  w jej mieszkaniu. I jestem w szoku. Skąd w osobie wywodzącej w prostej linii od Babci Józefy tyle serdeczności, ciepła, takiego pozytywnego nastawienia do ludzi? Jakim cudem w ciągu tych wszystkich lat, kiedy ciężko pracowała a życie dawało jej po tyłku co i raz, jakim cudem nie zgorzkniała, nie straciła optymizmu, zapału?
Uśmiecham się.
Za oknem szwajcarski ranek. Pod balkonem hałasują auta. Słyszałam krzyki dzieci, rozmowy.
Czekam kiedy Kaśka (ona zawsze była Kaśka, nawet jak miała 5 lat, ja byłam Kazina, bo Katarzyna dla smarkacza było za trudne, i tak zostało) i Davide wstaną. Pojedziemy w góry? Świeci słońce! Pojedziemy w góry!
Wczoraj tylko rzuciłam okiem na Berno. Był wieczór. Tylko rzuciłam okiem…I już się cieszę, że jutro Kasia pójdzie do pracy a ja polazę w te zaułki i uliczki.
21_copy
27_copy
29_copy1
47_copy1