Płatki wspomnień – że się tak pretensjonalnie wyrażę

Właśnie …

Właśnie wstawiłam do pieca ciasto bananowe. 

Wysypując foremkę przypomniałam sobie zabawną, choć trochę może żenującą  historyjkę…
Lata osiemdziesiąte to były, tak bardziej druga połowa, bo zdaje się, że pracowałam.
Mieszkałam wtedy jeszcze z moją mamą.
W każde piątkowe popołudnie rodzicielka biegała do takiej starej zakonnicy mieszkającej koło kościoła. Zakonnica, z pochodzenia Niemka, niegdyś była właścicielką sporej kamienicy w Miasteczku, którą wniosła klasztorowi w posagu, a która weszła w skład prowadzonego przez siostry szpitala. Po wojnie władza ludowa przejęła szpital, ale cudem jakimś siostrom przydzielono dwupokojowe mieszkanie w nowo wybudowanych blokach. Prócz owej siostry w mieszkanku mieszkała jeszcze jedna, jeszcze starsza zakonnica. Obie wiekowe, obie prawie nie mówiące po polsku. Moja matka tam biegała w każdy piątek, sprzątała, prała, wysłuchiwała plotek które dobrzy mieszczanie i naturalnie katolicy znosili siostrom szczodrze. Siostry matce płaciły, przynajmniej założenie takie było, że płacą ale z czasem okazało się, że częściej zapłatę matka odbierała w naturze – czyli w różnych dobrodziejstwach z paczek, które otrzymywały z Niemiec.  Czasem były ciuchy, czasem jakieś frykasy. Różnie z tym bywało, bo paczki przychodziły regularnie, siostry na bieżąco nie nadążały zużywać wszystkiego i czasem to i owo miało dość dawno przekroczony termin przydatności do spożycia. Mać moja wychowana na wsi miała, przez tyłek i nie tylko, głęboko wklepany szacunek dla czarnej sukienki. Ponad to tradycja rodzinna Jasińskich nakazywała każdej potomkini rodu urabiać sobie ręce do łokci, ale tak, żeby broń boże z tej pracy korzyści widocznych nie odnieść. Matka, nieodrodne dziecię Jasińskich, oczywiście musiała się poddać tradycji i nigdy jej do głowy nie przyszło, żeby Szwester – jak o zakonnicy mówiła – zrugać, za to że jej śmieciami płaci za uczciwą robotę. Znosiła do domu różne tałatajstwo, z każdym rokiem coraz gorsze, w nadziei, że może coś z tego da się wykorzystać.
Przyglądałam się temu z ciekawością, konsumpcji przeterminowanych przysmaków odmawiałam, ale na ciuchy, nawet ewidentnie z lat siedemdziesiątych popatrywałam ciekawie, bo do szmat zawsze mnie ciągnęło, ale w owych czasach maszyna do szycia stanowiła mój niedosięgły szczyt marzeń.
Któregoś dnia wśród różnego badziewia matka znalazła szarą torebkę. Zawartość nie przypominała niczego nam znanego. Jakieś białe płatki to były. Znalazło się toto wśród innych artykułów spożywczych, więc ni chybi do jedzenia. Ale co to mogło być ?
Zapachu nie miało. Ciekawość wzięła górę nad ostrożnością, możliwe że i głupota, bo zdecydowałam się to coś ugryźć. Smaku żadnego.
– Płatki mydlane pewnie, tylko jakieś stare i bez zapachu – orzekłam autorytatywnie. Matce, święcie wierzącej, że skoro zdałam maturę i pracuję w biurze to taka całkiem głupia być nie mogę, nie przyszło do głowy, że przecież płatków mydlanych na oczy w życiu widziałam.
Przy najbliższym praniu, a prałyśmy we Frani a nie w żadnym automacie, zamiast proszku wsypałyśmy owych płatków. Pranie się wyprało, a jakże, tylko z pralki po wypuszczeniu wody wybrałyśmy garść wsypanych płatków a potem jeszcze jakiś czas z  rogów ubrań pieczołowicie wydłubywałam zagubiony płatek.
Chyba nas to zniechęciło, bo dalszych prób nie pamiętam tak jak nie pamiętam czyśmy te tajemnicze płatki wyrzuciły od razu czy dopiero za jakiś czas.
Minęły lata.
Przyszła demokracja, półki zapełniły się dobrem. Jedna z sióstr zmarła, Szwester zniedołężniała i przeniosła się do klasztoru. Porodziły mi się dzieci… No jak to w życiu.
Matka, nadal hołdując tradycji narób się a nie dorób się, poszła opiekować się starym księdzem na podbiałostockiej wsi.
I za którymś razem, z okazji jakiegoś tam święta, ktoś tam piekł jakieś ciasto, uprzednio przywiózłszy ze sobą potrzebne ingrediencje. Pomiędzy rodzynkami, cukrem wanilinowym, proszkiem do pieczenia wypatrzyłam torebkę z białymi, owalnymi płatkami. Dokładnie takimi samymi jak tamte nasze.
– Mamo, patrz – podniosłam torebkę, tak żeby i ona mogła przeczytać napis: „płatki migdałowe”.

Właśnie wyłączyłam piecyk, uchyliłam drzwiczki i dom pachnie ciastem bananowym z odrobiną imbiru i cynamonu, posypanym migdałowymi płatkami.

 

Ciasto bananowe
Składniki:
150 g miękkiego masła
100 ml cukru kryształ
200 ml cukru pudru
3-4 dojrzałe banany
2 ekologiczne jaja
300 ml mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki mielonego cynamonu
½ łyżeczki mielonego imbiru
szczypta soli
100 g orzechów włoskich/pekanów/ miogdałów

1. Rozgrzej piecyk do 175 stopni.
2. Utrzyj masło z cukrem na biały krem
3. Zmiksuj banany na pure i dodaj do masła z cukrem, dodaj jaja
4.Wymieszaj pozostałe suche ingrediencje i dokłądnie wymieszaj z ciastem. Kilka orzechów zostaw żeby posypać po wierzchu.
5. Wyłóż ciasto na natłuszczoną i wysypaną foremkę. Piecz 30-40 minut.

Ciasto będzie szarawe, wilgotne i jakby zakalcowate. Ale pyszne. Polecam. 

 

PS. Macie jakieś osobiste historyjki związane z jakąś potrawą albo jej składnikiem ? Coś takiego, co wam się zawsze przypomina właśnie wtedy gdy po to sięgacie. Może mi opiszecie a ja to wkleję na bloga ?  Koniecznie z przepisem. Co wy na to ?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s