Znieść świat bez pastelowego sweterka

Są takie dni w życiu …

Są takie dni w życiu kobiety…

Mąż miał badania. Po badaniach przyszła lekarka i zreferowała wyniki. …nic nie zrozumiałam, albo bardzo mało. (Znowu ta sama historia – jak już się dogadam ze sto pięćdziesiąt razy w najrozmaitszych sytuacjach i nabiorę pewności, że już nie mam kłopotów to trafiam na sto pięćdziesiątą pierwszą osobę, której zrozumieć nie umiem.  Czy akcent, czy dialekt czy żargon zawodowy?) Na zamawianie tłumacza czasu nie było…Lekarka zaordynowała leki, powiedziała jak je stosować, ale konia z rzędem temu, kto mając problem ze zrozumieniem zapamięta obce, nic nie mówiące nazwy leków by zapamiętać jak je stosować. Na szczęście w aptece zawsze się drukuje naklejka z nazwiskiem pacjenta i zastosowaniem, więc uznałam, że sobie poczytam na spokojnie.
Skąd mogłam wiedzieć …?? Dobrze, powiem dosadnie, bo mnie jeszcze trzącha. Skąd mogłam wiedzieć, że w aptece trafię na idiotkę??
Do apteki pojechaliśmy z Zozolem. A tam kolejka do recept – 10 osób przed nami. Zozol zwiedził cały sklep, namawiał nas usilnie do opuszczenia przybytku, szczególnie ciągnąc w stronę rzeźby z koniem, uparcie myląc konia z krową i mucząc jednoznacznie.
Wreszcie tabliczka zamigotała naszym numerkiem i w kolejkę przed nami wcisnął się jakiś starszy pan. Bo on przegapił swój numerek. Aptekarka – jak się później okazało -kretynka poprosiła nas o chwilę cierpliwości. Ja rozumiem, że przegapił, ja jestem życzliwa ludziom, ale nie wtedy gdy mi dwulatka rozkłada się na podłodze, zaczyna coraz głośniej protestować przeciw ograniczeniu jej prawa do wolnych spacerów a jeszcze głośniej prezentuje oburzenie, że ktoś odmawia jej prawa głosu. Apteka to wszak nie spożywczak, tu różnica między kalcypiryną a strychniną jest większa niż złoty pięćdziesiąt.
Wreszcie nasza kolej, numerek na tablicy zamigotał innym wprawdzie numerkiem, kretynka zrobiła głupią minę, bo jednocześnie przy jej stanowisku stanął jeszcze jeden człowiek, kretynka poprosiła koleżankę by szybciutka obsłużyła tego drugiego, w tym samym czasie do koleżanki, gdzie zamigotał jeszcze inny numerek zgłosił się człowiek z właściwym numerkiem…I w ten sposób jedna kretynka, jednym posunięciem zdezorganizowała pracę całej apteki. Teraz wszystkie po kolei zaczęły przepraszać i przesuwać pacjentów między sobą. 
Przestałam śledzić zjawisko, bo kretynka z uporem maniaka usiłowała wcisnąć nam lek ze starej recepty. Włożyłam wiele wysiłku i jeszcze więcej cierpliwości, żeby jej nie zamordować jak mnie zapytała po raz chyba piąty, czy to o te krople mi chodzi.  Jeszcze więcej wysiłku kosztowało mnie wytłumaczenie, że recepta jest z dzisiaj i nie, nie wiem jak się te leki nazywają. Naiwnie sądziłam jednak, że przynajmniej jak już tę receptę znajdzie to będzie umiała mi powiedzieć, który lek teraz a który za dwa tygodnie. Automacik wypluł naklejki. Idiotka zajęła się ich studiowaniem i…zwróciła mi uwagę, że tu jest jakiś błąd. Bo jak to „po położeniu się do łóżka” powinno być „przed”. Zozol w tym czasie miotał się na dziadkowych rękach, pokazywał palcem na wszystko, machał łapami w prawo i lewo od czasu do czasu zwalając coś z półeczki i gadulił tak głośno jak radośnie. No bo taaakie audytorium to się szybko znów nie zdarzy, przecież. (Wyjaśniam dlaczego nie byłam dostatecznie skoncentrowana i nie zajarzyłam, że mam do czynienia z osobą kompletnie niekompetentną: te leki bowiem stosuje się właśnie w leżąc w łóżku, bo aplikuje się je hm…od drugiej strony.)
Zniecierpliwiona przerwałam wydziwianie nad nieszczęsnym „efter” zapytałam który pierwszy. Nie była zdecydowana. Ten ? zapytałam . Zgodziła się, ale jakoś tak, że nie byłam pewna czy wie co mówi. A może tamten- zapytałam. Tak, tak tamten – zgodziła się. To ten czy tamten?
Wymieniałam się pytaniami z nia tak kilka razy. Wreszcie machnęłam ręką. Przeczytam z naklejki w domu, bo już widziałam, że coś tam jest tylko bez okularów i w napięciu miałam problem ze zrozumieniem.
Nie wiedziałam, że kretynką można być do kwadratu. Dopiero wieczorem okazało się, że na naklejkach nie ma nazw leków. Oraz, że te same leki dostały różne naklejki, a niektóre kartoniki na przykład dostały sam dalszy ciąg naklejki.
Kiedy wieczorem, zmęczona trzydniową bezsennością, walczyłam z naklejkami, szukałam informacji w internecie na temat leków, myślałam sobie, że gdybym miała jeszcze raz spotkać aptekarkę-kretynkę to jakie to szczęście, że w Szwecji broń palna nie jest tak łatwo dostępna….
A dziś rano oko mi zabłysło na widok zapomnianego, wiszącego w garderobie, zielonego, pastelowego sweterka.
Ciekawe czy piwnica ma grubą warstwę betonu w piwnicy… 

Tak, tak. Są takie dni w życiu kobiety, że gotuje zupę w pięciu garnkach i zabija za niewinne pytanie „ale dlaczego?”.  

Ojojoj!

To spada jak grom z …

To spada jak grom z jasnego nieba. Nie ma żadnych poprzedzających sygnałów, nic co by ostrzegało : Uwaga, dziś możesz doznać udaru słonecznego. Pierwszy sygnał pojawia się gdy i tak już jest za późno. Takie dźgnięcie w mózg, krótkie jak błyskawica przy schylaniu się po po zabawkę leżącą na piasku. Ale już jest za późno – już głowa, przykryta kapeluszem! była wystawiona na działanie promieni słonecznych przez co najmniej godzinę. Ale jeszcze to pierwsze dźgnięcie nie sygnalizuje, że jest źle.
W samochodzie ból narasta.
W domu jeszcze zjedzona kanapka i połknięta tabletka świadczą o bzdurnej nadziei, że to nie to.
Godzinę później już wiadomo. To TO. Cholera, znowu się załatwiłam. Jak ? Kiedy ? Dlaczego ? Nie ma odpowiedzi. Ból głowy, nudności i uczucie niesamowitego gorąca. Chłodny okład na głowę…CZASEM pomaga. A potem zimne dreszcze, mdłości i ból „całego człowieka”
Już znam moją głowę, mój organizm. Już wiem, że nie lubi nadmiaru słońca ani zbyt  wysokiej temperatury. I że w takie dni lubi mieć wodę  dostarczaną sukcesywnie. Najlepiej niegazowaną. I że głowa lubi być przykryta a ciało lubi chłodek wody. Wiem to, stosuję. Nie wychodzę na plażę w godzinach kiedy słońce smaży najbardziej. Nawet siedząc w wodzie po szyję mam na głowie kapelusz.  Piję. Chowam się w cień.
Nigdy nie wiem kiedy mnie znów zaraz dopadnie. Mimo środków ostrożności w każde lato przytrafia mi się taka historia. Raz, dwa razy.
A potem wstaje ranek na kacu.
Drżenie dłoni, ogólne rozbicie, ból głowy, ale już taki normalny codzienny, co nie znaczy – przyjemny. Niesmak w ustach. Brak apetytu i spowolnione funkcje życiowe.
I jak tu w takich warunkach jechać dziś do Norwegii ? A to raczej ostatnia chwila…

 

A wy ? Miewacie udary cieplne/słoneczne ? Jak sobie radzicie? Jak zapobiegacie ?  

A wczoraj było lato

Jak w tytule. <br …

Jak w tytule. 
Przyszło lato wczoraj. Rankiem zimny, północny wiatr wyczyścił niebo z chmur i na błękicie rozpanoszyło się słońce. Po południu, gdy Zozol wstał i zjadł pojechaliśmy na plażę.
Mamy taką plażę, około 15 km od domu, gdzie można się poczuć jak nad morzem. W zakolu, przy wrzynającym się cyplu szeroki pias piaszczystego brzegu. Piach jest tam nieco czerwieńszy niż ten nad Bałtykiem, ale równie miękki i skłonny do nagrzewania się. Za piachem z jednej strony las przeważnie iglasty, gęsto porośnięty jagodnikiem, rozsiewający zapach żywicy. Z drugiej strony nie zmierzony bezmiar wody i piaszczystego dna. Płycizna ciągnie się prawie po horyzont. Można iść i iść i iść i wciąż ma się wodę po kolana. Najczęściej po Zozolkowe kolana.
Przestrzeń tam jest taka, że nawet w najbardziej upalne lato nie ma ciała przy ciele. 
Cypel ochronił wczoraj od północnego wiatru. Woda na płyciźnie nagrzewa się natychmiast.  I po co mi tropiki …? Tu nie ma jadowitych pająków, dziwnych chorób i terrorystów. Jedynie poczciwe kleszcze.
Z zalet szwedzkiego lata mogę wymienić jeszcze dwie.
Po pierwsze temperatura.
Jakoś wcześniej nie zauważyłam, dopiero Krakowiacy mi uświadomili. Tu temperatura odczuwalna jest jakby wyższa. W Polsce, przy 17-19 stopniach Celsjusza chodzi się w swetrach. Tu się nie marznie w krótkim rękawku i z bosymi stopami.
Po drugie słońce.
W Polsce, nawet spędzając szereg dni na podwórku, na plaży nigdy nie byłam opalona. Moja skóra była co najwyżej lekko brązowa. Tu słońce łapie szybciej. Chwila na słońcu wczoraj i już czułam, że opaliłam sobie kark. Nogi i ręce mam w paski, po codziennych wyjściach „do miasta”. A przecież niby pada i pada. I słońca jak na lekarstwo.

Dziś w planach znów plaża. Ale spacer po cyplu, spotkanie z komarami, zdjęcia i spojrzenie na jezioro z innej perspektywy.

 
 

Rankiem w porcie

Port to jest poezja …

Port to jest poezja rumu i koniaku
Port to jest poezja westchnień czułych żon
Wyobraźnia chodzi z ręką na temblaku
Dla obieżyświatów port to dobry dom.

Hej Johnny Walker!
mały jest świat 

 

 

Port to są zaklęcia starych kapitanów
którzy chcą wyruszyć w jeszcze jeden rejs
Tu żaglowce stare giną na wygnaniu
wystrzępione wiatrem, aż po drzewce rej.

Hej Jonny Walker!
Mały jest świat! 

Związki międzyludzkie

Na każdy temat wie …

Na każdy temat wie wszystko najlepiej. Wie także wszystko na twój temat. Wie co czujesz i co sobie myślisz. A jeszcze lepiej co powinnaś czuć i myśleć.
Nie wie tylko jednego: dlaczego masz mu coraz mniej do powiedzenia.

Ale i tak jest przekonany, że także to wie lepiej od ciebie. 

Wieczorne zapiski

<span …

Po pierwsze to blox coś zrobił z edytorem i mam dostępne tylko te jakieś tam zaawansowane, a starego nie ma. Jest jakiś prosty „nic nie mający” a co zrobię jak w trakcie pisania przypomni mi się, że chciałabym coś pokazać ? Hę? 
Nie cierpię zmian. I nie cierpię wychodzić na czepialską. No ale się czepiam.
Z oknami wyszłam na czepialską, roszczeniową pieniaczkę. Bo administracja problemu nie widziała. Krople ? To mogły być stare. Że się jeszcze kleją…No, troszeczkę grubo tej farby, ale inaczej to by ta niebieska wychodziła. Podłoga ? Oj tam..dywaniek dobra rzecz, podłoga się tak nie ściera…
O łazience już mi się nie chciało gadać. 
Nigdy więcej!  powiedziałam potem mężowi. Nigdy więcej, jak coś ci się nie podoba to sam sobie reklamuj.
Kilka dni potem telefon z administracji. Że u nich urlopy. I nie ma kto tej podłogi, a ja mówiłam, że mój mąż umie i mógłby. To oni by materiał dali, i jak chce to niech zrobi.
Zrobi, zrobi, niech no tylko wydobrzeje po zabiegu. Niby pierdoła to była, w dodatku laparoskopowo, ale jednak gmeranie pod skórą tak ulgowo nie przechodzi. Leży, kuruje się, a ja dziękuję Bogu, żeśmy jednak ten zabieg przenieśli, bo pierwotnie miał być w czasie pobytu Krakowiaków. A chorowanie z gośćmi w domu nie jest zbyt komfortowe.
I tak spędzamy urlop zamiast latać  po plaży z Zozolem. Pogoda jest jednak nie bardzo plażowa. Przez cztery lata przyzwyczaiłam się, że co dzień jest inaczej, ale w tym roku to już przesada. Co dzień ? Co godzina jest inaczej! Noce zimne, bo zaledwie 9-11 stopni. Ranki chłodne, południa takie sobie, popołudnia upalne jak wyjdzie słońce z zimnym wiatrem jak się schowa za chmury. A chmur dostatek bo w nocy pada.
Dziwaczne lato.
Kultywuję znajomość z Litwinką. Zobaczymy co z tego wyniknie. Jakaś bliższa znajomość? Czy nienawistne sąsiedztwo zmuszające do zmiany miejsca zamieszkania? Bo i tak przecież bywa. 

W głowie pustka. Nic się nie roi, nic się nie pisze. Zawsze miałam głowę pełną słów i zdań, ale chyba już je wypisałam. Wszystkie co do jednego. Szukam w głowie i nie mogę znaleźć. Wywiał wiatr ? A może brak ludzi, którzy inspirują? 
Zamykam się w wygodnym, światku. W dzień lekturka, wieczorem film.
W moim sercu cisza trwa…jak śpiewa Wilk. 

Prawdziwe litewskie cepeliny

jadłam wczoraj. Były …

jadłam wczoraj. Były szare, napełnione mięsnym farszem, polane tłuszczykiem z cebulką i skwareczkami a do tego była jeszcze kwaśna śmietana. PYSZ-NOŚ-CI! Nie żebym nie znała pyzów, bo znam i nawet czasem sama robię, ale te były robione jakoś inaczej, ciasto było delikatniejsze bo nie było w nim gotowanych kartofli.
Za oknem deszcz lał srebrzystą strugą, a my suchą nogą, w kapciach ale z kwiatkami i nieco odświętniej ubrani przeszliśmy przez piwnicę do drugiej klatki by zawrzeć bliższą znajomość z nowymi sąsiadami z Litwy. Ją spotkałam w szkole pewnego dnia (pisałam o tym?). Przesiadując na balkonie widywałam jej męża, który szybko zaczął mówić mi "cześć: Jak się wczoraj okazało, to jedno z niewielu słów jakie umie po polsku, choć rozumie prawie wszystko. No ale równie dobrze jak po litewsku umie po rosyjsku. Jakoś się dogadywaliśmy.
Szliśmy z nastawieniem "jak to dobrze, że mamy Zozola ze sobą, w razie czego powiemy, że musimy do domu szybko".
Ich kuchnia jest tak samo ustawiona jak moja. Drzwi na balkon były otwarte szeroko, deszcz "przyszywał niebo do ziemi", Zozol myszkował po zakamarkach mieszkania, psocił, śmiał, jadł, gadał, a czas sobie płynął i płynął.Jedliśmy i gadaliśmy, gadali i gadali.
To był taki…przytulny wieczór.
Muszę przygotować rewanż, ale czymże ja zaskoczę Litwinów? Pierogami ? Babką ziemniaczaną?  Ale może nie znają ryżu z pomarańczami ? Ale czego z polskiej kuchni mogą nie znać Litwini?  POMOCY!

Krakowiacy odjechali kilka dni temu zabierając ze sobą słońce. Od ich wyjazdu leje. Niebo szwedzkie, nie rycz, wrócą za rok, bo im się podobało. 
A my tymczasem wracamy do szarej i deszczowej rzeczywistości
I tylko dziwna rzecz mnie spotkała
Młoda Rosjanka, gdy opowiadałam pewnej Szwedce historię początków II wojny, mówiąc o 1 i 17 września, zatem ta Rosjanka stwierdziła bardziej niż zapytała
– Ale Polacy współpracowali z Hitlerem…
Wytrzeszcz.
Jakieś zmiany w historii i powinnam się douczyć?

Cholera, cholera, cholera!

Pada. Pada ? Nie, nie …

Pada. Pada ? Nie, nie pada. Leje! Regina przyjechała i nie zamierza odjechać.* Ładnie, poetycko można powiedzieć "deszcz niebo przyszywa do ziemi tysiącem ściegów i dreszczów". Niestety – do tego wieje i dość mocno. Jak dziewczyny dojdą dziś do przedszkola ? A jeszcze bardziej się zastanawiam – co będzie jak będzie tak lać cały tydzień ? Krakowianka Jedna przyjeżdża, przecież jak tak będzie lało to do kitu. Co oglądać w takiej powodzi?
A w dodatku wypadła mi plomba. To JEST problem, bo szwedzkiej stomatologii boi się nasz portfel. A ja się boję bólu. A polecieć do Polski to wyjedzie drożej niż tu (chyba). Tak mnie to zdenerwowało, że nie mogłam zasnąć. Możliwe, że już byłam z lekka napięta planowaną wizytą Krakowiaków a film "Dziwne przypadki Benjamina Buttona" jeszcze mnie rozstroił. No niech tam sobie mówi co kto chce, ale oglądanie śmierci dziecka, nawet na ekranie, to jest trudne przeżycie jak się ma maleńką wnuczkę i w każdym dziecku widzi się ją. No i jeszcze zamysł filozoficzny polegający na odwróceniu ludzkiego życia
-jeszcze tego nie przegryzłam, jeszcze to we mnie siedzi. A dzień wcześniej obejrzałam ostatni odcinek Borgiów. I też się dobrze nie skończyło, choć może bez filozoficznego smutku i chaosu. 
To wszystko sprawiło, że miotałam się po łóżku jak…jak nie wiem kto. Wreszcie wzięłam książkę, poleconą mi przez Tajemnicę Poliszynela – "Czterdzieści zasad miłości" autorstwa Elif Safak – i po godzinie wreszcie mogłam zasnąć. Wciąż robię ten sam błąd: gapię się w ekran po 21 a potem się dziwię, że zasnąć nie mogę. Czytanie godzinę przed snem zazwyczaj mnie wycisza i pozwala spać spokojnie. Stara i gupia!- ganię się.
Paplam. A w tle pytanie: i co my zrobimy z tym zębem, he? Bo łyk ciepłej kawy unaocznił bardzo dobrze, co będzie się działa w dniach najbliższych. Ano. Pójdziemy do miasta na rekonesans. Popytamy w miejskiej przychodni "kiedy, za ile i dlaczego tak późno", oraz w pomniejszych gabinetach. Coś zrobić trzeba. Żeby nie bolało. 

*Deszcz po szwedzku regn. 

Midsommar czyli lato idzie

Wiecie, że u mnie …

Wiecie, że u mnie dzisiaj dzień trwa ponad 18 godzin ? Słonce wzeszło tuż przed 4 a zajdzie o 22.19.
A w międzyczasie świeci, grzeje, jaśnieje, praży. Fajnie mam, nie ? Normalnie – sama sobie zazdroszczę tak mi fajnie z tym łagodnym ciepełkiem i długimi dniami.
Dziś w mieście pospolite ruszenie. Szturm na sklepy, oblężenie przy kasach, kolejka w System Bolaget przeszła granice rozsądku. Midsommar za pasem bo pojutrze czyli jutro trzeba się zabawić. Potańczyć, alkoholu napić, pogrillować na świeżym powietrzu.
W Polsce w taką noc się szuka kwiatu paproci. W Szwecji dziewczyna szuka siedmiu różnych kwiatków, zerwawszy je, kładzie sobie pod poduszkę i zasypia. Ma we śnie zobaczyć swego męża. 
A dlaczego polskie dziewczyny puszczają wianki z zapalonymi świecami, ktoś umie mi powiedzieć ?
Niebo czyste, bez chmurek, lekki wiatr zawiewa, trochę kołysze koronami drzew. Oby tylko deszczu nie nawiało. 
Póki co wracam na balkon, do kocia, do podglądania śmigających po niebie jaskółek.
Mmmmm…Ciepło. Miło.