A więc to już ?!

Taki był malutki, …

Taki był malutki, pulchny, uśmiechnięty i zgodny. Wołaliśmy  go: Kaj, Kajtuś! A on odpowiadał swoim grubym głosem  „ko ?” bo długo nie wymawiał „c”. Gdzieś po drodze zdarzył nam się zabawny dialog
– Kuje! – on
– Co cię kłuje? Tu nie ma nic, żeby kłuło – ja zniecierpliwiona, bo rano, bo trzeba szybko do przedszkola
– Ale ja kuje!
– Ty kłujesz ? –
– Nie, ja kuje ze kuje!- wykrzyczał mi z rozpaczą, bo dialog wiedliśmy od dłużej chwili i nijak nie mógł mi wytłumaczyć, że on czuje coś co go kłuje. 

Przebrnęliśmy przez diagnoze ADHD, przez diagnozę i leczenie epilepsji. Przebrnęliśmy przez dorastanie, gdy na wakacje do babci wyjeżdżał mały chłopiec a wrócił długaśny drągal. Przez nastoletnie głupoty – późne powroty i eksperymenty z alkoholem, też przeszliśmy.
Z perspektywy lat stwierdzam, że chłopcy-synowie są łatwiejsi w obsłudze. Mimo tych wszystkich lat udało nam się zostać w dobrej komitywie. Rozumiemy się nawzajem, podzielamy niektóre pasje, słuchamy podobnej muzyki i nieustająco rywalizujemy kto zrobi lepsze zdjęcie. Czasem się kłócimy. 
Przez kolejne szkoły: podstawówkę, gimnazjum, szwedzką szkołę językową, szwedzkie liceum też udało nam się przejść. I oto dziś już jest koniec. 
Kiedy to się stało? Kiedy minęło te dwadzieścia jeden lat? Kiedy z mojego małego Kajtusia stał się Oskarem?
„Jesteśmy w pół drogi.
 Droga pędzi z nami bez wytchnienia”

 

Studenten tak się nazywa szwedzkie zakończenie szkoły średniej. I to jest własnie dziś.
Przyszedł do mnie rano poirytowany, bo guzik w koszuli nie chciał go słuchać, kieszenie marynarki były zaszyte, poły też. Nieważne jak bardzo dorosły, wciąż mój syn, którego dumną matką jestem.


ale jakby nie skakała?

Noga niestety …

Noga niestety boli. 
Do sprzątania się nie nadaje, nawet nie ma mowy. Utykam, po dłuższej chwili stania lub chodzenia ból robi się nie do zniesienia. Jednak wczoraj wróciłam do mojego Klubu.
Refleksja: jak to szczęście mieć swój kawałek życia, swój kawałek świata do którego się przynależy. Kolegów z pracy, którzy wyrażą mniej lub bardziej szczerze radość z twojego powrotu, dalszych współpracowników, którzy cię rozpoznają i mając jakąś sprawę zwracają się już bezpośrednio do ciebie, swój choćby najmniejszy pęczek kluczy i stojaczek w pieczątkami.
I uświadamiam sobie, że prócz zarabiana pieniędzy to jest właśnie to, czego mi trzeba, i to dlatego tak źle czułam się bez pracy, bez TAKIEJ pracy. Bo sprzątanie to tylko zarabianie pieniędzy.  Więc dobrze zrobiłam, że uparcie dążyłam do swojego, bo sytuacja, jak to napisała koleżanka: „mieszkam za granicą, strugam krowie ogony ale stać mnie na samochód” jest absolutnie nie dla mnie.

Z powodu bolącej nogi o jeździe skuterem muszę zapomnieć: w razie potrzeby nie podeprę się tą prawą nogą skutecznie, a odruch nie pozwoli mi użyć lewej. To raz.
Dwa. I tu los/ złośliwość rzeczy martwych/czy co tam jeszcze leży i kwiczy ze śmiechu radośnie machając kopytami w górze. 
Mąż pojechał skuterem do pracy. I gdy go po pracy ruszył, odkrył plamę oleju. Badanie wykazało dziurę w bloku silnika (cokolwiek to jest ten blok silnika i czym się różni od samego silnika).
Napisałam maila do sprzedawcy wczoraj po południu i czekam pełna złych przeczuć. Nim kupiłam szukałam informacji na temat Viarelli w Szwecji. Znalazłam, że to włoska firma kupiona przez Szwedów.  A tymczasem wraz ze skuterem przyszedł jakiś idiotycznie skserowany certyfikat podpisany zygzaczkiem z imieniem w stylu „czing cziang zong”… Natomiast nie przyszła faktura tylko dowody dostawy. Firma zapytana o fakturę orzekła, że wystawi ją ich bank. To jest logiczne, bo tu Banki świadczą takie usługi. Jednak bank na mojego maila nie odpowiada…
Zrozumiałe się jest więc, że się nieco stresuję.

Yanki finiszuje ze szkołą. Dwa lata później niż jego rówieśnicy, kończy edukację na poziomie średnim. Przed nim najcięższe dni. Jeśli ktoś myśli, że z powodu końcowych egzaminów to się grubo myli. Zaliczył już chyba wszystko co było do zaliczenia. Szwedzki system oceniania to cztery noty:
MVG – najwyższa”bardzo, bardzo dobrze” powiedzmy 4
VG  – „bardzo dobrze”powiedzmy 3
G- „zaliczone” powiedzmy 2
IG – „nie zaliczone” 1

Angielskiego Janki miał kilka kursów z połowy ma 4, z drugiej połowy 3. Szwedzki na 2. Jak znam życie reszta też jest na 2.  Złożył aplikacje do kilku szkół wyższych, wszędzie na anglistykę. Wiem, że najbardziej chciałby do Brighton w Anglii gdzie jest filia Uniwersytetu w Goeteborgu. Do Goeteborga też złożył, to jego drugie miejsce. I jeszcze do dwóch w innych miastach.
Od jutra dzieci kończące liceum zaczyna celebrację tego faktu.
Najpierw objazd autobusem po wszystkich wsiach okolicy po domach kolegów. Startują jutro wczesnym popołudniem, kończą w niedzielny ranek w charakterze zwłok.
A potem napięcie już tylko rośnie aż do 15 czerwca, kiedy to wybiegają wszyscy ze szkoły i wyrzucają w górę białe czapki. Chłopcy obowiązkowo w garniturach, dziewczyny w białych sukienkach. Rodzina karnie czeka na placu z tablicą z powiększonym zdjęciem z dzieciństwa, podpisanym imieniem. Yanki zagroził linczem więc my zdjęcia nie mamy. Schodzi się cała rodzina i wszyscy znajomi królika i każdy ma prezenty, które wiesza absolwentowi na szyi na dwubarwnej żółto-niebieskiej wstążce. Prezenty są drobne, ale ma ich być dużo i fajnie jakby były uciążliwe. Np. nadmuchane kółko do pływania. 
Potem młodzież swoimi klasami wsiada na wynajętą przyczepę ciągnietą przez traktor udekorowaną balonikami, brzozą i ciekawymi napisami (w zeszłym roku na jakiejś typowo męskiej przyczepie przeczytałam: Nie śmiej się, twoja córka leży na podłodze”.)Dzieci zapuszczają muzykę, tańczą i piją naturalnie.  Aż do dnia następnego.
A rodzina oddala się do domu w którym główne wejście udekorowane jest takim samym zdjęciem, gałęziami brzozy, balonikami i wstążkami żółto-niebieskimi i się goszczą.

Dzięki bogu za sprawą indywidualisty Yankiego, mnie częśc tych atrakcji ominie. Ani w teraz ani za dwa tygodnie najazd hunów mi nie grozi. Fajnie, choć jednocześnie trochę szkoda.

Pomiędzy jednym piciem a drugim młodzi jeszcze urządzają paradę przez miasto. Kto chce się przebiera, a stroje są dowolne, ale wśórd chłopców najpopularniejszy jak dotąd jest strój Gorata.

Sami rozumiecie, że dla introwertycznego Yankiego (oraz jego aspołecznej matki) dni nadchodzące mogą być męczące. Zwłaszcza, że matka z racji podobnych zapatrywań musi bronić stanowiska dziecka przed zakusami ojca i siostry, którzy uparcie nie chcą zrozumieć, że każdy ma prawo celebrować swoje święto na swój sposób.

Tymczasem przyjechała moja mama.
Do kuchni staram się nie wchodzić.
Odkurzacz chyba jej schowam.
I zastanawiam się czy umiem zepsuć żelazko. Poprasowała Yankiemu T-shirty! 

I co to będzie z tym moim skuterem?
 

Aspołeczność

Moja objawia się …

Moja objawia się brakiem zainteresowania wydarzeniami w najbliższym otoczeniu dotyczącymi tak zwanego społeczeństwa. Mecz miejscowej drużyny o miejsce w lidze? Nuuuuudaaa
Miejscowa parada słoni ? Zieeewwww

Jako jednostka aspołeczna przeżywam katusze związane z tak zwanym życiem towarzyskim. No bo z ludźmi żyć trzeba. I fajnie jest się czasem spotkać i pogadać, ale na boga! Jestem kiepską gospodynią przyjęć. 
Nie dla mnie siedzenie do późnych godzin nocnych a już na pewno nie – do wczesnych porannych.
Choćby to było nie wiem jak interesujące towarzystwo o 22 zaczynam spoglądać na zegarek, o 23 staję się milkliwa i nieobecna, o 24 mniej lub bardziej rozmyślnie przestaję proponować napitki i jedzenie, a o 1 na sugestię „chyba jesteś zmęczona” odpowiadam twierdząco.
Możliwe, że wpływ na moje zachowanie mają fakty, że po pierwsze jestem skowronkiem więc moja aktywność zamiera wraz zachodem słońca, po drugie: alkoholu prawie nie używam i a ludzi po nadużyciu tegoż nie trawię.

Wczorajsza nasiadówka z sąsiadami zakończyła się o pierwszej w nocy. Przy czym już o jedenastej miałam szczerą chęć pożegnać towarzystwo „przepraszam, ale muszę się położyć”. Nie mogłam bo byłam gospodynią, ale jak sąsiad wymknął się do siebie i wrócił z pełną butelką miałam chyba mord w oczach. Sąsiad nie zauważył, ale Regina chyba tak, bo szybciutko umknęli z Gintasem. I zostawili mnie na samą na pastwę gadatliwego sąsiada

Wypiłam kieliszek wina, kieliszek amaretto, zakończyłam porcją kurczaka i sałaty oraz szklanką picia, a i tak o 6,30 obudził mnie mój wewnętrzny budzik a ból głowy nie dał zasnąć na powrót.
Wiał wiatr, świeciło słońce.
Poszłam ćwiczyć jazdę skuterem.
Wróciłam półgodziny później, zmęczona jakbym kamienie pod górę toczyła. A teraz tkwię z bólem głowy w stanie „ani żyć ani spać”.
Nie znoszę dnia następnego! I może to jest powód dla którego nie przepadam za goszczeniem się przy stole.  No mówię, że apołeczna jestem

Winowajcy

Po 1. zafajdana firma…

Po 1. zafajdana firma sprzątająca, w której pracuję, która od co najmniej trzech miesięcy źle nalicza mi płacę, ale za to po każdej wizycie szefowej dowiaduję, że tu źle a tam niedobrze. Ostatnio jak był szef szefowej to dostałam mailem całą listę zarzutów z których połowa co najmniej była wyssana z palca. Mail przyszedł miesiąc po wizycie pana szefa wielkiego. Odpowiedziałam również mailem, wyraziłam swoje oburzenie i oraz nadzieję, że w przyszłości może zamiast krytyki dostaniemy od nich nieco wsparcia. Maila wysłałam w poniedziałek, do dziś nie mam odpowiedzi. 
Regina dostała robotę na pełny etat jako sprzedawca w sklepie jubilerskim, więc na fali wkurwu plasnęła maila, że odchodzi.  A ja mam teraz dodatkowy stres bo przyjdzie mi z kimś nowym pracować…Jak nie znajdę nic innego to muszę się trzymać tego zajęcia, bo lepiej mieć 4 tysiące niż nie mieć

Po2. Pełnia.

Ty, patrz co jest grane, otwiera się kokon.
To DJ Moon i jego srebrny gramofon,
schodzą się z kapelą, co przybyła tu z Marsa,
Robi się gorąco, kończy się farsa.
Pankujący kosmici jadą na całego.
Daleko od starego przyciągania ziemskiego.
Koleżanka nie gotowa na taką jechankę?
W pełni rozumiem koleżankę.

Dziś jest pełnia. Dziś jest pełnia.
Każde życzenie się spełnia. Każde życzenie się spełnia. Cho.
Dziś jest pełnia, chaa. Dziś jest pełnia…

Po3. Jutro, a właściwie dziś przyjeżdża mój skuter i już się boję. Nauczyć się jeździć na skuterze. nauczyć się jeździć skuterem po jezdni. Nauczyć się nie bać tego obok. Uwierzyć, że nie każdy za kierownica to psychopatyczny socjopata, ze szczególnym uwzględnieniem kierowców ciężarówek.

Po4. Kocio. Jak dziecko
Miau. Miau.Spać.
Albo nie spać. Miau. Daj cukierka.  Miau. A co jesz? Miau. Też chcę. Miau. Albo nie, to nie dobre daj cukiereczka. Miau. Miau. Otwórz mi kibelek. Miau. Otwarty, a nie zauważyłem. Miau. Zrobiłem, miau, chcesz powąchać ? Miau. Chcę na balkon. Miau. Z balkonu. Miau. Na balkon. Maiu.Miau. Miau. Jeść! Miau! Jeść! Konam z głodu, miski puste. Miau. Miau. Miau! jak to nie puste. TO?! TO ?! To mam jeść ?! Miau! sama sobie jedz. Mówię, że nie mam co jeść. Miau. Chrupek nie chcę! Miau. Mokrego ..Miau…poliżę…Nie jednak też nie chcę. Miau! Z głodu konam a ciebie to nic nie obchodzi, tak ? Miau, Miau, Miau, miau, miau, miauuuuuuuuuuuuu!

Po5. KTO ??? Kto namówił mnie na mocna herbatę o 18 ?!

Po 6,7,8,25…
Mam przechlapane, jak zasnę za trzy minuty. 

Padam na pysk

bo choć Szwecja …

bo choć Szwecja obchodziła długi weekend to ja się na tę przyjemność nie załapałam. Tak to jest jak się ma dwie prace, z czego jedna stoi otworem siedem dni w tygodniu, druga również ale ze szczególnym upodobaniem do weekendów..W sumie to obie tak mają.
We czwartek zaliczyliśmy jednak wycieczkę na dziwny półwysep na Vener. Od lata prowadzę z mężem kłótnię czy wiatraki widoczne z plaży Svalnas to wiatraki z owego półwyspu czy z przeciwległego brzegu leżącego już w Dalslandii.
Spór pozostał nierozstrzygnięty. Wyjdzie na to, że trzeba nam będzie kupić łódź, żeby sprawdzić gdzie wylądujemy płynąc w ślad za wiatrakami.
W piątek, w Klubie, czekał na mnie stos papierów, bo zajęta ostatnio sponsorami, wszystko inne po prostu składałam na kupkę. I byłabym tę kupkę rozładowała, ale wkurzył mnie mulący komputer.
Sprawdziłam – parametry ma takie, że powinien śmigać jak pszczółka. a porusza się tak, że nawet te żółwie panie, to tylko myk, myk.
Poszukałam CC Cleanera, ściągnęłam, zainstalowałam i nakazałam czyszczenie…
Wiadomo: jak LeonCzyściciel działa to nikt inny nie powinien.
Zajęłam się więc odsłanianiem okna w moim pokoju. Okno jest duże i wychodzi na piękną brzezinkę. Nie widziałam powodu dla którego nie miałabym się tym widokiem rozkoszować zamiast widokiem jakichś pudełek, szufladek, przegródek, sterty papierów, koszuli flanelowej i spodenek sportowych w barwach klubu w rozmiarze dziecięcym.
Ogarnęłam nieco. Leon ogarnął komputer, zachciało mi się jeszcze coś wyczyścić…i okazało się, że mam przez sobą co najmniej 40 min bezczynności. Więc zaczęłam przeglądać wydruki zalegające na rynienkach. 2011,2010, 2008! Kurz wyglądał na stuletni, więc bez zastanowienia wywaliłam wszystko do kosza. Skoro nikt tego nie ruszał od co najmniej roku,  to i dalej się będzie musiał bez tego obyć. Rozpędem pozgarniałam rozmaite foldery reklamowe leżące na każdej płaskiej powierzchni. 
Przy okazji odkryłam trzy paczki kubeczków jednorazowych z nadrukiem klubowym, pół ryzy papieru firmowego, rolkę wielkich worków na śmieci oraz obrazkową instrukcję obsługi do defibrylatora, który wisi na ścianie w przedsionku. 

I byłabym dumna z siebie, gdyby nie jakieś świństwo, które razem z  LeonemCzyścicielem zainstalowało mi się na firefoxie. Poczytałam, jakiś „babylon” i nie wiem jak łajzę usunąć, bo mimo usunięcia tego z programów i usunięcia mozilli i zainstalowaniu na nowo dalej mi otwiera jakąś dziwną wyszukiwarkę. 

A w sobotę, kiedy kto żyw przewracał się na trzeci bok z radością odnotowując, że jeszcze dwa dni leniuchowania , ja znowu sprzątałam Kupa.
Już we czwartek odkryłam, że nie irytuje mnie brud na sklepie, nie irytuje mnie ciasne ustawienie koszyczków, koszyków, kontenerów i palet z towarem …irytuje mnie ogólny bałagan i kompletny brak porządku. 
Na stoisku z chlebem ktoś zostawił wózek wypełniony paczkami makaronu i innymi towarami…ze dwa tygodnie temu.  Podnóżek na napojach stoi już chyba od miesiąca. 
Paleta do połowy rozpakowanego towaru stoi od tygodnia przy proszkach.
Wózek widłowy stojący w poprzek POZASTAWIANEGO przejścia na magazynie to norma.
Mniejszy wózek niefrasobliwie pozostawiony przy drzwiach męskiej szatni to już naprawdę drobnostka. 
Szłam sobie z wózkiem wypełnionym śmieciami tym wąskim korytarzem, mamrocząc pod nosem inwektywy na Bucka-Johana szefa sklepu. Tu odkopałam z drogi walający się plecak z zimowej oferty, tam przesunęłam stojaki na pieczywo…
Przede mną do, zepsutego od tygodnia, kontenera na śmieci, zmierzał pan, dostawca chleba.
Obejrzał się, uśmiechnął się widząc moje zmagania z wózkiem ( jedną ręką trzymasz worki, żeby żaden nie spadł i się nie rozsypał, druga sterujesz wózkiem, którego przednie kółka są zwrotne), pewnie poruszyła go moja mina pod tytułem „jak się odezwiesz przegryzę ci tętnicę”.
– Ten, co jest odpowiedzialny za porządek tutaj jest chyba chory…- zagadnął mnie przyjacielsko.
– Tak, od zawsze – rozchmurzyłam się, bo nie ma to jak znaleźć sobie sprzymierzeńca.
I tak sprzątając już tylko kątem umysłu zanotowałam, że w dwóch toaletach światło nadal nie działa (od dwóch tygodni) a umywalka na pantrum ( miejsce, gdzie stoją automaty do wyrzucania puszek i butelek PET) nie działa już chyba od miesiąca.
 
Zaprawdę… Powiadam wam: gdybym światem rządziły kobiety problem śmieci najpierw by wzrósł dramatycznie, a potem zmalał o połowę.
I pytanie dodatkowe: czy naprawdę każda pierdołę trzeba pakować w foliowe „kondoniki” ? Folię, której nie da się zmieść, nie da się zassać maszyną ani odkurzaczem, trzeba się schylić i podnieść własnoręcznie. Jak się zauważy.
A potem te świństwa płyną do rzek i mórz.

Sobota i niedziela z Zuzią.
I ze wszystkich zajęć na świecie – to to jedyne ma naprawdę sens. Naprawdę.
Dziecko traktuje babcię i dziadka jak nierozdzielną całość i pilnuje, żeby w każdej chwili jej stadko było w komplecie. Jak jedno zniknie na chwilę jest natychmiast przywoływane.

Zuzia ma alergię, ewidentną. Bez konsultacji ze szwedzkimi lekarzami, którzy wierzą jedynie w moc smarowania przesuszonej ich zdaniem skóry ciężkim, bardzo tłustym kremem, zaaplikowałam dzieciakowi clemastin. I przynajmniej czerwone liszaje wokół oczu zbladły. Choć wciąż jeszcze kręci ją w nosie, oraz chrypi i pokasłuje. Niestety – czerwone place w zgięciach rąk i nóg, z fałdkach szyi, na przegubach dłoni oraz na przedramionach nadal się utrzymują. Tak jak tarka na brzuszku. 
Odstawiliśmy mleko i jajka.
Mnie się zdaje, że trzeba też odstawić gluten. 
Problem w tym, że Zuzia prócz u nas przebywa jeszcze u mamy, taty i przedszkolu. I w każdym z tych miejsc przestrzeganie diety nie jest zbyt rygorystyczne, niestety…
Nie wiem jak długo mogę podawać dzieciakowi klemastin.
I nie wiem jak przekonać resztę do odstawienia chlebka, makaronu, płatków – tym bardziej, że to jedyne co Zuzia jada. 
A co z sierścią kocią ?

 

—–

Za tydzień kupuję skuter. O!
 

Zapałki z łebkiem z drugiej strony

 <span …

 W latach osiemdziesiątych zdarzyło mi i się  słyszeć taki skecz autorstwa Krzysztofa Daukszewicza. Opowiem w skrócie. I z dygresją. 


Otóż Polacy ubolewali, że handel tak nam słabo idzie i poprosili o konsultację uczone z Ameryki. Uczony z Ameryki zabrał polskiego specjalistę do Nowego Jorku. Wysiedli z samolotu, wyszli z lotniska, poszli do pierwszego z brzegu sklepu.
– Witam, dawno państwa u nas nie było – przywitał ich sprzedawca – Czym mogę służyć
– Proszę pana – powiedział amerykański uczony – Ja bym chciał pudełko zapałek
– Proszę bardzo, należy się jeden dolar
– Wie pan, ale bym chciał takie samo pudełko zapałek, tylko żeby łebki były z drugiej strony – powiedział uczony amerykański.
– Chwileczkę, sprawdzę czy mam. – sprzedawca poszedł na zaplecze. Wrócił po chwili, z pudełkiem zapałek i słowami:
– Pas jesteś trzy dziecki szczęścia a każden w czepek na głowie. Ja dla pana znalazłem ostatnie, takie samo pudełko z łebkami z drugiej strony. Należy się dwa dolary pięćdziesiąt.
Zapłacili, wyszli. Wsiedli w samolot, przylecieli do Warszawy., wyszli z lotniska, poszli do sklepu Jana Kowalskiego.
– Pudełko zapałek poproszę – powiedział Amerykanin, a gdy je otrzymał rzekł:
– Proszę pana, czy ja mógłbym dostać takie samo pudełko zapałek, tylko żeby łebki były z innej strony?
Sprzedawca wyrzucił ich za drzwi.
cdn…

 

Moja mać się wybiera do mnie. A ponieważ mać swoje lata ma, a do tego grzechy młodości wciąż popełnia więc uznałam, że rozsądnym byłoby zadbanie o Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego.  Więc zaczęłam drążyć.

Bo mać, choć nie jest niedołężna, do Wojewódzkiego Miasta raczej sama nie pojedzie. Więc jakoś trzeba jej tę kartę dostarczyć. Wpisałam co należy w wyszukiwarkę iTADAM! Uzyskanie karty jest dziecinnie proste. Trzeba złożyć wniosek i poprosić o przesłanie karty do domu. Blankiet wniosku można pobrać na stosownej stronie. Można też wniosek wysłać elektronicznie! Szał ciał i uprzęży! (że zacytuję klasyka).Ale w środku coś mi nieufnie szeptało, że to za prosto. No bo jak to? Bez załącznika, bez udowodnienia, że to ta osoba się stara która jest napisana na wniosku, bo przecie każden jeden się może połaszczyć na taką kartę EKUZA…
Zjechałam w dół. I HA! Mam was! Trzeba załącznik. I tu sklęsłam.
Mać emerytką jest. Więc do elektronicznego wniosku powinna dołączyć legitymację emeryta – do okazania. Co to znaczy do okazania ? Ma wysłać wniosek pocztą lub elektronicznie a potem wsiąść w busika i zawieźć tę legitymację, żeby sobie urzędnicy pooglądali ? A może ma wysłać tylko kserokopię? Ale jak do elektronicznego pliku dołączyć kopię ksero ?  No dobrze, ostatecznie może wysłać pocztą – ktoś, gdzieś jej ten wniosek chyba wydrukuje w mieście, może w punkcie ksero, gdzie skseruje sobie ową legitymację…
Pytań  sto, a najgłówniejsze jedno: Po co w ogóle ta legitymacja skoro jest EWUŚ ? Przecież system podobno działa sprawnie od początku roku? Skoro przychodnia może sprawdzić czy pacjent jest ubezpieczony to pani w NFZ nie może ?

I tak się motałam, gdy nadszedł mąż, który wybiera się do Polski za jakiś czas. A ponieważ mąż swoje lata ma, a do tego grzechy młodości zbierają swoje pokłosie, więc uznał, że rozsądnym byłoby zadbanie o Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego. Więc zaczęłam drążyć. Znów.
Poszłam na stronę szwedzkiego odpowiednika polskiego ZUSu, internetowej Hannie zadałam pytanie „Jak mam potwierdzić moje prawo do ubezpieczenie zdrowotnego za granicą?” Na co Hanna opisała mi czym jest EU-kort i podała link do strony, gdzie znajdę więcej informacji.
Na stronie był przycisk „ złóż wniosek teraz” to przecisnęłam, tak na próbę. Kazało podać personnumer, to podałam, ciekawa co będzie dalej. Kazało mi potwierdzić, że numer się zgadza. Potwierdziłam. Dostałam komunikat: „Dziękujemy. Karta przyjdzie na twój adres zamieszkania w ciągu kilku dni”. Szczęka mi nie opadła. Przywykłam.

I tu, zamiast komentarza, znów odwołam się do klasyka:
”- Czy pan rozumiesz ta subtelna różnica między ten handel a ten handel?- zapytał amerykański specjalista polskiego specjalistę.
– Wie pan… Ja absolutnie nie chciałbym usprawiedliwiać pana Kowalskiego.- odparł tamten- Ale może on rzeczywiście nie miał tych zapałek z łebkami z drugiej strony”*

 

 

Szewski poniedziałek

W poniedziałek miałam…

W poniedziałek miałam wątpliwą przyjemność pracować pod okiem Kristiny – mojej bezpośredniej zwierzchniczki w sprzątaniu.
No naprawdę! Gorzej niż wojna.
Regina miała wolne, szefowa przywiozła mi pomocnika.
Pomocnik miał być „duktig” czyli bardzo dobry w prowadzeniu maszyny. 
Lecz nim na nią siadł posłałam go w miejsce,od którego zawsze zaczynamy: najbliżej wejścia i najwcześniej tam zaczynają wywozić towar. 
Kolega miał już wózek gotowy, więc poleciał nim spostrzegłam. Ja miałam wziąć maszynę i dojechać. 
– Tylko wyniosę śmieci – wskazałam Kristinie ogromne, pełne śmieci, worki.
– To na koniec – pouczyła mnie. Popatrzyłam na nią jak na wariatkę. Bo na koniec jest druga taka porcja.
Weszłam, żeby odwiesić kurtkę i okazało się, że kolega nie zabrał drugiego kija, worka na brudne mopy ani czystych mopów na zapas.  Szefowa, Kristina szła w tamtym kierunku więc wręczyłam jej brakujące fanty, bo jadąc maszyną nie da rady niczego trzymać. Odmówiła zabrania mopów, bo Fabian już ma… Trochę się zdziwiłam, bo cały kosz mopów wypranych stał przy pralce, ale wcześniej coś powiedziała o nowych, więc uznałam, że dała mu te nowe.
Wyniosłam śmieci, siadłam na maszynę. Ujechałam kawałek. Zatrzymała mnie.
-Za szybko jedziesz
-Ja ??? Powinnaś zobaczyć Reginę…- zapomniałam, że ona nie reaguje na żarty. 
-Za szybko. Dyski nie zdążą dobrze zetrzeć
– Wolniej nie zdążę zrobić wszystkiego – uświadomiłam ją
– To nie prawda – odpowiedziała odwróciła się do pucowanej lodówki dając mi do zrozumienia, że to koniec dyskusji. 
Kolega z mopem ruszał się jak mucha w smole. A brudno było tak jakby ktoś sobie urządzał bitwę na jedzenie ze szczególnym uwzględnieniem pomidorów i winogron. Przy okazji okazało się, że kolega mopów miał za mało, nie wziął worków na śmieci na zapas, ani ściereczek do wycierania umywalek. W efekcie straciłam kilka minut na bieganie w poprzek sklepu, żeby przynieść to, co potrzebne. 
Taki był początek dnia. Posadziłam kolegę na maszynę uprzedziwszy, że jest bardzo ciasno, żeby uważał. Powiedział, że wie i …dwie minuty potem zbierał rozbity słoik z czymś oleistym.
Pot mi ciekł po tyłku. Zamknęłam oczy, żeby nie widzieć wszystkich miejsc ogarniętych klęską, skupiłam się tylko na tych najbardziej newralgicznych – kasy, kawiarenka, sklepik, ale i tak ze sklepu zeszłam o 7.10. A jeszcze całe zaplecze: dwie szatnie, toaleta, stołówka.
Kolega wolniutko jechał między rzędami półek. Na zwierzętach się zakleszczył, musiał wycofać, więc naturalnie rozlał brudną wodę i zostawiwszy kałużę pojechał dalej. Wodę w maszynie miał ustawioną chyba na jakiś niebotyczny poziom bo na każdym zakręcie zostawiał okręg z wody – co się dzieje szczególnie wtedy, gdy zakręca się wolno.
Nim odkurzyłam, kolega skończył. Porzucił maszynę między półkami i poszedł na zaplecze.
Poszłam do stołówki. Przybiegła do mnie Kristina i zaczęła pouczać, że tu trzeba lepiej, mocniej,bardziej…Gdy skończyłam stołówkę była  7.25.
Kolega przepadł. Kristina przepadła.
Wstawiłam wózek, założyłam kurtkę i nie troszcząc się o resztę po prostu wyszłam.
Czekałam, że może zadzwoni z pytaniem czemu poszłam, skoro nie wszystko zrobione. 
Nie zadzwoniła.
I dobrze.
Nie lubię jej. Nie znoszę.
Kiedy przyjeżdża – na szczęście rzadko- zawsze dezorganizuje nam pracę.  Tak własnie organizuje: tego nie bierz, nie trzeba, tamto lepsze,  to zrobiłaś źle, a tam w ogóle niedobrze., maszyną jedź wolnej, jedź bliżej, jedź dalej, jedź szybciej…Nalatasz się jak osioł bo okazuje się, że ona tego zapomniała, a tamto inne jednak nie jest tym czego ci trzeba, to co robisz w pół godziny zajmuje ci wtedy dwa razy tyle czasu. I nigdy, przenigdy nie usłyszysz, że robisz dobrze. Noooo, chyba, że ktoś potrzebuje wolnego i trzeba znaleźć zastępstwo. Wtedy  jesteś pracownikiem miesiąca, z cudowną enegią i fantastyczną pracę wykonujesz.

Kiedy zmagając się wiatrem jechałam rowerem do domu z ulgą pomyślałam, że za kilka godzin pojadę do mojego Klubu, do „moich” chłopaków. Chłopaków, którzy nie mogą wyjść z podziwu, że tyle umiem zrobić na komputerze i w dodatku tak szybko. Że potrafię zrozumieć i zrobić takie trudne, administracyjne sprawy, w dodatku w innym niż ojczysty języku.
Czy zeszwedziałam już zupełnie, że krytyki oczekuję  konstruktywnej i na równi z pochwałami ?

 

Dobra robota!

Odwodnik mnie zawsze …

Odwodnik mnie zawsze ochrzania, że samej siebie nie doceniam. Poniekąd ma rację, bo we mnie tkwi przekonanie, że to co umiem jest łatwe, każdy głupi to potrafi i funta kłaków to niewarte.
Kilka dni temu Roland-Dobroczyńca zapytał mojego męża czy mogłabym im pomóc w rozmowie z jedną polską firmą. Z mieszanymi uczuciami powiedziałam, że spróbuję.
I dziś był ten dzień.
Pośredniczyłam w rozmowie pomiędzy dwoma panami.  
Dwa razy tylko poprosiłam Szweda o wyjaśnienie co ma na myśli. Nie miałam większych kłopotów z przetłumaczeniem z polskiego! 
Tak, na pewno były w moich wypowiedziach błędy gramatyczne: niewłaściwy szyk zdania, używanie zaimka den do rzeczownika rodzaju et…
Rozmawiałam w dwóch językach, a tylko ten kto na co dzień to robi, wie, że to bywa trudne  tak błyskawicznie przechodzić z języka na język.
Więc jestem z siebie bardzo zadowolona. 
Nie wiem jak Panowie…
Ale nie będę się nad tym zastanawiać. Wiem, że dostali informacje o jakie im chodziło, więc nie mają powodu do niezadowolenia, nawet jeśli forma było niedoskonała.

Więc pękam z dumy. I mówię „Dobra robota, Kat”.
I nie dam sobie popsuć tego wrażenia faktem, że Bucek – szef sklepu, w którym sprzątam palcem mi dziś pokazał, gdzie mam poprawić.  Nie, nie, nie.

O pracy, wyzwaniach każdego dnia będzie kiedy indziej. Mam nadzieję, że równie optymistycznie.

 

Wszystkie Zuzie są nasze

Śledzę losy pewnej …

Śledzę losy pewnej maleńkiej Zuzi, która niedawno miała przeszczep szpiku. Koleżanka mamy donosi, że może już wkrótce maleńka Zuzia pójdzie do domu, tylko musi zwalczyć jednego wrednego wirusa, który się jej przytrafił.
Więc ściskam kciuki z całej siły i wymyślam kolorową podusię, jaką uszyję.
Bo wiadomo, że choroba czy inna niedola każdego dziecka porusza, ale jak to dziecko ma na imię Zuzia, to porusza bardziej.
Nasza osobista Zuzia chora od tygodnia więc tęsknię za nią. Żeby potańczyła do piosenki o słoniach albo tej głupiej koreańskiej, co rekordy bije na youtube.
Żeby na rowerek wreszcie iść, na Torget, gdzie dużo miejsca i słońca.
I na ślizgawkę pod domem, które stoi od jesieni, więc nie było dotąd okazji, żeby przetestować.
I na plac zabaw w parku, gdzie tyle atrakcji, z piaskownicą, huśtawkami a może nawet i wodą w kranie.
To tylko tydzień jak nasza Zuzia chora, a wydaje się wieczność. Co czuje mama tamtej maleńkiej Zuzi, kiedy niemal całe jej dotychczasowe życie (mniej więcej roczne) to szpital ? 
Poproszę o dobre myśli dla obu Zuź. Niech już będą zdrowe.