To juz oficjalne

JESTEM PRZYGLUCHA! Na…

JESTEM PRZYGLUCHA! Na lewe ucho.  Dzis bylam na badaniu.

Nie ma dramatu, slysze, ale gorzej iz na prawe. No i generalnie moj sluch nie jest w gornej strefie stanow gornych. Raczej w dolnej strefie stanow srednich.
 
Co dalej ?
Czekam w kolejce na wyprobowanie aparatu sluchowego. Kolejka na jakies dwa miesiace.
Poki co jakies spotkania mnie czekaja, ktore maja mi pomoc zdecydowac sie na rodzaj aparatu, na jedno czy dwoje uszu.

Mysle sobie. Okej. Dwa miesiace! Tylko dwa miesiace, zyje z tym juz jakis czas, nie wiem jaki ale dosc dlugi. Dwa miesiace dadza mi czas na wyhodowanie fryzury zaslaniajacej uszy 😛

Tak…
A potem bedzie jak sobie kiedys zartowalismy:
przed pojsciem do lozka okulary kalde na stoliku, sztuczna szczeke do szklanki, aparat sluchowy do szuflady, proteze nogi stawiam przy lozku i wreszcie moge odkrecic proteze reki 😛

Mnie to smieszy!

No i teraz nareszcie moge zadac od ludzi od ludzi, zeby mowili glosniej i wyrazniej.
Jak zniecierpliwieni zapytaja:
” Co ty? Glucha jestes?!”
Moge odpowiedac twierdzaco.  

 

By starzec sie nie doroslejac

Ola trzymal mnie dzis…

Ola trzymal mnie dzis znow za raczke. A potem trzeba bylo wrocic na ziemie. Zaplacic.  Wpisac zaplate do zoltej ksiazeczki, zeby nie zplacic w roku wiecej niz 1100kr za pomoc medyczna.
– Jaki to dzis dzien mamy? -zapytal Ola i zerknal w kalendarz.
-27 – oswiadczyl i jeszcze napisal.
-27 ? -zdziwilam sie.
Ze wtorek to wiadomo. Bo Zuzia miala wczoraj przyjechac, a dzis do Oli mialam, a zawsze do niego we wtorkowe poranki. Ale, ze 27, to nie-e…

Z tej okazji zycze sobie zapominac coraz czesciej o tej dacie. Zapominac o wieku, o tym, ze pora bylaby wydoroslec i spowazniec, ze matka dzieciom doroslym jestem i babcia wnuczce, ze cos tam mi nie przystoi a na cos jestem za stara.
Zycze sobie teraz, jutro i na zawsze nie wydoroslec, nie spowazniec, nie byc nigdy za stara na to na co mam ochote i nigdy nie uwierzyc w to, ze z racji wieku czegos mi nie wypada robic.

Oraz wytrwac w aktualnym systemie odzywiania i ruszania sie, zeby na przyszly rok o tej porze miec choc kilka kilogramow mniej. 

 

 

Prawie jak bohater filmowy

<span …

Wychodząc dziś od ślicznego Oli ( nie, to nie literówka, Ola to w Szwecji imię męskie) który mię znów był za rączkę trzymał, natknęłam się na Alego. Palec do budki kto pamięta Alego ? 

Nikt ?
Ali jest z Iraku. Niewysoki, z wąsikiem. W Iraku podobno był dziennikarzem. Jego rodzina – to wykładowcy szkół wyższych i lekarze – inteligencja znaczy. W tej chwili niemal całą rodzina rozsypana po Europie i Ameryce. Czy już ktoś go sobie przypomina ? Ali był ze mną i Gulsum w komunalnej szkole językowej. Patrzył we mnie jak w obraz bo mu mówiłam, że wykształconego, inteligentnego człowieka szkoda do pracy fizycznej. I namawiałam, żeby doskonalił szwedzki i broń boże się nie poddawał tylko uparcie dążył do pracy głową i nie rękami.
Od tego czasu minęło ze dwa lata…A może i trzy. I oto spotykam Alego pod budynkiem szkoły.
– Co słychać – pytam – uczysz się ?
Niepewny uśmiech
– Tak…
– Co studiujesz ?
– SFI (Svenska för invandrare – szwedzki dla imigrantów) – mówi.
Chyba mam wytrzeszcz, bo natychmiast się tłumaczy
– Wyjechałem ze Szwecji, teraz wróciłem i …
Kiwam głową ze zrozumieniem. Szkoda Ali, myślę sobie, ale nic nie mówię.
– A ty ? Uczysz się ? – no tak, widzimy się pod szkołą, więc naturalna jest tak myśl.
– Nie, pracuję. – staram się, z całej siły się staram żeby nie brzmiało to chełpliwie.
– O! – Ali jest zaskoczony a w jego oczach znów ten sam wyraz co kiedyś. Ja to odczytuję jak podziw, ale kto go tam wie. Arabska kultura jest tak różna od europejskiej. Ich myśli, prawdziwe uczucia są zawsze zachowane za jakimś uśmieszkiem, grzecznościową formułką, która nie wiadomo dlaczego brzmi mało przekonywająco. Może to uprzedzenia a może bariera językowo-kulturowa?
W następnej chwili zwyczajne pytanie o to gdzie pracuję, więc jak zawsze nie umiem skwitować jednym zdaniem.
– Sprzątanie…- mówi Ali z namysłem – Trzeba mieć jakieś wykształcenie? Nie? To chyba ja też mógłbym..?
Tłumaczę co i jak, proponuję, że jakbym się coś dowiedziała to dam znać, wymieniamy się telefonami.
Odjeżdżam rowerem a za plecami mam uczucie, że ktoś patrzy na bohatera.
Bohatera ? Miałam szczęście, trafiłam na dwoje ludzi, którzy chcieli i mogli pomóc. No tak moje nastawienie miało tu swoją rolę.
Polka, imienniczka, powiedziała, że Biurze Pracy podają mnie za przykład. Tak samo jak i w tym Folkuniversitet. Że czasem dobrze jest zejść niżej ze swoimi oczekiwaniami, przyjąć to, co nie do końca się chce a jednocześnie nie rezygnować z celu. Oraz, że wbrew obiegowej opinii Biuro Pracy jednak komuś pomogło znaleźć pracę. Jestem legendą!!!
Myślę tak trochę prześmiewczo. Ale i trochę refleksyjnie, że kurczę, jednak tak właśnie było ze mną. Bo to, że przyjęłam sprzątanie a jednocześnie latałam na ten Folkuniversitet nastawiło Rikarda pozytywnie do mnie…
Ze wszystkich nie anglojęzycznych znajomych ze szkoły jedynie Vicent i ja pracujemy i to w pobliżu zawodów wyuczonych we własnym kraju.
No to na to wygląda, że jestem legendą, chodzącym przykładem, że jednak czasem coś się komuś udaje.

Sobotni misz-masz

Ktoś mnie dzisiaj …

Ktoś mnie dzisiaj bardzo nie lubi.

…albo uwierzę w złośliwość rzeczy martwych. 
Najpierw trzy razy zgubiłam taki zaczep, który utrzymuje mopa w stanie w jakim powinien być. Trzy razy! Zdarzało mi się to zgubić, bo to jest małe, plastykowe ustrojstwo na płaskiej części mopa, tej, która leży na podłodze. Czasem, jak się mopa wsunie głębiej pod jakąś półkę to się zaczepia i spada. Tylko, że ja już się na to uczuliłam i pilnuję, więc utknięcie mopa bym na bank zarejestrowała.  
A mimo to  badziew spadł mi trzy razy. Za pierwszym razem nie znalazłam…A to niby takie małe nic, a bez tego nie da się używać mopa. Zapasowych nie ma albo jak na lekarstwo. Walczyłam z tymi mopami dziś rano, czas leciał jak głupi, spociłam i się narobiłam jak jak mysz w kołowrotku a efekt taki sobie. Na koniec roboty mop mnie zaatakował i zrobił mi piękne limo na policzku. Będę wyglądać jak ofiara przemocy domowej.
Chwilę potem odkryłam, że moja niespełna póltoraroczna Nokia staje się coraz bardziej nie do użytku. Od kilku tygodni bateria wytrzymuje jeden, góra półtora dnia. Dziś, po zderzeniu z mopem, gdy włożyłam rękę do kieszeni, odkryłam że jeden z klawiszy dziwnie odstaje. 

Komputer też nie chce współpracować.  Co chwila coś mi przeskakuje, przewija tekst do góry albo do dołu, przestawia litery i wyrzuca słowa….

Miałam chęć popisać więcej, ale w tej sytuacji idę spać.
 

 

z piosenką Jaskra za uszami

Zrobiło się …

Zrobiło się jesiennie. 
W Polsce lato w pełni, upały, tematy urlopowe. Tu jutro albo za tydzień dzieci wracają do szkoły. Temperatury w granicach 20 stopni w dzień. Deszcze i coraz mocniej żółknące brzozy i lipy.
W Klubie treningowa rutyna. A na drodze, gdy wracam z pracy o 16 zwykły ruch.
Szczęście, że przez te urlopowe tygodnie przywykłam do jazdy Komarkiem i teraz już nie umieram ze strachu gdy w lusterku zobaczę, że ktoś mi siedzi na ogonie. Inna rzecz -wielki ciężarówki – wciąż budzą moją grozę. Ale budzą ją nawet gdy idę chodnikiem, więc to pewnie jakaś fobia.

Przy ostatniej wizycie z „nóżką bardziej” u lekarza postanowiłam pójść na całość i solidnie ponarzekać. Na bolący łokieć, na łaskotanie w uchu i częsty problem ze zrozumieniem tego co do mnie mówią, nie tylko w szwedzkim języku. Noga dostała kolejne 4 fotki. czekam co doktor zdecyduje dalej. W sprawie uszu doktor poszła informacja do poradni słuchu* i w stosownym czasie zapewne mnie wezwą. Z bolącym łokciem zostałam odesłana do sjukgymnastik czyli chyba fizjoterapeuty.  I tu się zaczyna inna bajka…

Ja sobie mogę być pięćdziesięcioletnia babka, mogę już woli bożej nie czuć, ale to nie znaczy, że nie widzę urody mężczyzn. A w Szwecji mężczyźni jak na mój gust są raczej przystojni, choć może są zbyt blond…Wolałam brunetów, szczególnie błękitnookich. Tu tacy to nieczęsty widok.
I siedzę sobie w poczekalni. Wychodzi do mnie szczupły, wysoki brunet, w okularach. Piękny jak marzenie. Rękę mi podaje- suchą, ciepłą o mocnym, ale nie za mocnym uścisku. W oczy mi patrzy, prowadzi do osobnego pokoju, drzwi zamyka i za rączkę bierze. I co ? I NIC! Normalnie to bym się choć zaczerwieniła, zwłaszcza jak w procesie oględzin położył sobie mą dłoń na kolanie. A tu nic! Nawet mu w oczy nie zajrzałam czy błękitne. Starość mnie dopadła, czy co ?
Obmacał mi rączkę i orzekł:
– To nie jest „łokieć tenisisty”
Konsternacja.
-aaale możesz mi na to pomóc?
– Tak, oczywiście- zapewnił mnie.
– To nie ważne jak to się nazywa

Potem Olle (Ulle się wymawia) wyciągnął urządzonko. Najpierw długo tłumaczył, że to może trochę boleć, może potem być trochę gorzej zanim będzie lepiej. Nie słuchałam za bardzo, bo po co ? Może to błąd był, bo może by mnie lepiej przygotowało na młotek walący precyzyjnie w to miejsce, w które gdy się uderzysz to prąd idzie po całym ramieniu. I nawet piękny chłopak trzymający mnie za rękę nie był w stanie tego znieczulić. W końcu dałam werbalny wyraz swej dezaprobacie do owych zabiegów (czytaj: wrzasnęłam „ałaaa!!!!” po trzech sekundach) i Olle z westchnieniem uznał, że trzeba w takim razie zmienić narzędzie tortur urządzenie.
Elektroda lekko łaskotała mi ramię, od urządzonka po łokciu szło przyjemne ciepełko…
-Nie przestawaj – wymruczałam nie wiedząc co czynię.
Ciepełko, ciepło, coraz cieplej, goręcej…Jak z tą małpą w kąpieli „ale ciepła coś aż nadto, ba! gorąco!”

Ponieważ skarżyłam się nie tylko na łokieć ale i na nadgarstek to trzymanie za rączkę nieco się przeciągało.
Oczywiście kłamię jak z nut, bo w czasie zabiegu Olle wcale mnie za rączkę nie trzymał. Nawet na kolanie sobie sobie nie położył, tylko na takim gąbkowym słupku obitym dermą. Nie zapytał mnie czy wolę słupek czy jego kolano w zielonych spodniach, niestety. Mogłabym przejąć inicjatywę i wyrazić własne zdanie, że jednak słupek. 

 Cóż Olle obiecywał, że może być gorzej i słowa dotrzymał. Jest gorzej. Z tego wniosek: nie należy pozwalać pięknym, młodszym od siebie chłopcom trzymać się za rękę bo potem ręka boli.

Naprawdę pachnie już chyba jesienią, nie tylko w sensie pory roku…Podśmiewam się z siebie, ale trochę mi smutno. Coś we mnie wygasło…
I chyba zimą przyjdzie się przeprosić z niebieskim tabletkami. Bo zmęczenie. Bo niechęć do wszystkiego tego co dotąd sprawiało radość. Bo kłopoty ze spaniem. Bo ucieczka w bezmyślność  jak strzelanie do kulek. Bo nieuzasadniona złość na najbliższych (może i uzasadniona, ale oni tacy jak zawsze, a złość jest nie od zawsze). Bo niechęć do spotkań z ludźmi.

Jesień idzie, nie ma na to rady.
 

 *staram się wszystkie instytucje nazywać polskimi odpowiednikami, czasem je sobie po prstu wymyślam,  bo naprawdę nie chciałabym, żeby za 25 lat mój język brzmiał jak sławetne „looknij przez window czy car stoi na streetcie”. 

Syndrom kolonisty

Nie było mnie i nie …

Nie było mnie i nie odzywałam, bo pochłonięta byłam przeżywaniem w realu na żywo. 
Krakowiacy i mąż wracający z pierwszej części urlopu przywieźli ze sobą atmosferę kolonii letnich.
Trochę tę atmosferę psuło moje ranne wstawanie na sprzątanie w sklepie i w związku z tym dość wczesne chodzenie spać, więc nocne Polaków rozmowy się nie odbywały, ale dni były i tak wypełnione śmiechem i wrażeniami.
W skrócie, bo nie dam rady opisać każdego dnia po kronikarsku.
Zaliczyliśmy kilka rolkowo – rowerowych wieczorów. Ja, ze względu na tę nóżkę co wciąż jest bardziej, nawet nie próbowałam rolek. Dla mnie był rower, ale apetytu nabrałam, nie powiem.
Zaliczone zostało oglądanie starego, katedralnego miasta Skara, chyba jednego ze starszych miast w Szwecji, z przepiękną katedrą.
Zaliczyliśmy też Ryds Grottor- niesamowite miejsce ze skalistym wąwozem, dla mnie i męża także całkiem nowe. Musimy tam wrócić na dłużej, w dobrych butach i bez „nóżki”.
Zaliczyliśmy wyprawę na łososia w zalewisku na Kamieniołomie/Stenbrottet. Przy okazji zaliczyliśmy dawkę głupawki w zalanym deszczem samochodzie z jednym huknięciem burzy w tle.
Prócz tego zwizytowaliśmy Jönköping żeby się spotkać z pewnymi w połowie znanymi Gdańszczaninami. Jeszcze bym połaziła, zwizytowała jeszcze kilka sklepów z ciuchami. Utwierdziłam się w przekonaniu, że duże miasta to nie dla mnie.
No i w końcu były ŁyseKile czyli Lysekil. I tu się nie szczypałam – wzięłam coś na ból żeby spokojnie po te skały poplądrować, nacieszyć się, napatrzeć, nasycić światłem i przestrzenią.
W ostatni wieczór podziwialiśmy zachód słońca w Naven. 

A teraz dom opustoszał i zrobił się ogromny. I cichy, choć Krakowiacy naprawdę są gośćmi kompletnie nieuciążliwymi, a nawet , nie bójmy się tego słowa, całkiem użytecznymi. (Magda, możesz spytać męża, gdzie wstawił taki mały, biały dzbanuszek z dzióbkiem, którego używam do chłodnej przegotowanej wody do kawy?)
Mam syndrom pokolonijny. Tak się jeszcze nie chce wracać do normalności…
Mam nadzieję, że następne kolonie już za rok.

 

A lato mamy piękne tego roku. 

 

O kiecce ciag dalszy

Malinowa kiecka. Na …

Malinowa kiecka. Na wierzch biala, lekka koszula. Bo kiecka bez rekawow, a ja nie lubie. Koszuli tez nie za bardzo, bo ma takie chomato do wiazania pod szyja, nie ma zaszewek i sprawia, ze wygladam nie jak sama szafa trzydrzwiowa ale jak szafa trzydrzwiowa z lustrem i nadstawka. Wiec tylko rozpieta. Rozwiane chomato odwraca wzrok od figury.
Zimno jest rano, wiec pod kiecke biale legginsy oraz trampki converse w kwiatki w kolorze niebieskim – i mam szwedzka wersje ubioru letniego.  Powstrzymalam sie przed nawleczeniem malinowych sznurowadel, ktore dostalam w komplecie z butami.
Na wierzch ciepla, zimowa, CZARNA kurtka, bo na Komarku rano, gdy temperatura 13 stopni jest chlodno.

Musialam wygladac zjawisko.
Wszyscy kierowcy sie za mna ogladali.
Jeden omal nie wjechal w kraweznik, tak sie patrzyl. 
A nie mowilam, ze swietna ze mnie babka ?

 

 

A Zuzia skonczyla dzis trzy lata. O! 

 

 

Kobietą być ?

Kupiłam sobie wczoraj…

Kupiłam sobie wczoraj malinową sukienkę.

 

To pierwsza kiecka od nie wiem ilu lat.
Szłam niby tak bez celu poszwędać się sobotnio po sklepach, po rynku. Zajrzeć do tego gościa na rynku co cały dzień wykrzykuje „Alla växterer tjugo”*. Albo inne podobne komunikaty. Na rynku był tłum – jak zawsze w sobotę. Z rowerem zamiast laski, szłam sobie kuśtyk, kuśtyk. Bo noga nadal jest bardziej.
Stragany jak stragany. Takie same jak w Polsce. Ciuchy rodem nie wiadomo skąd w cenie takiej samej jak w sieciówkach, portfele, zegarki, doniczki, rośliny, stroiki, miód. Tak samo w jak w Polsce – ścisk, hałas, ludzie się spotykają, przystają na pogawędkę, tarasują przejścia, dzieci wrzeszczą, bo matki nie dają im w tej tłuszczy pobiegać, tylko trzymają za ręce albo wsadzają do wózków, psy merdają ogonami, pobudzone takim natłokiem wrażeniem, węszą i rozglądają się nerwowo w około.

Wsio normalna, jakby rzekła Regina. Czego brak to swojskich babć z przydomowymi pomidorami, jabłkami ze starych jabłonek, z daliami i mieczykami w poobtłukiwanych wiaderkach. Za to są Tajowie z wyzbieranymi w lasach kurkami, jagodami i malinami. Nie ma tłoku przy ich stoliczku. Jeszcze jedno pokolenie i szwedzkie dzieci pytane skąd się bierze jagody będą mówić, że z ICA.

Przy rynku, przycupnięty z boku, przysadzisty, drewniany budynek. Pałacyk myśliwski rodziny de La Gardie, przeniesiony z wyspy, służył niegdyś jako ratusz miejski. Teraz  z jednej strony ma informację turystyczną, w której mapy, foldery o ciekawostkach okolicznych można dostać za darmo. Z drugiej strony  jest urokliwa kawiarenka, serwująca miedzy innymi Prinssestårta – biszkoptowo-śmietanowy tort pokryty zielonym marcepanem z koroną z cukru pudru. Latem, jak teraz, kawiarenka wystawia stoliczki do ogrodu. Ludzie siedzą  schronieni od słońca pod ogromnymi, czarnymi parasolami, piją kawę, jedzą ciastko, czyli celebrują tak zwaną fika. Albo, jeśli na ratuszowej wieżyczce zegar, wskazówki są w pobliżu godziny dwunastej, to jedzą typową szwedzką piętrową kanapkę: cienki chleb, surówka, jakaś wędlina, majonez a na wierzchu krewetki. tego się nie da jeść jak kanapkę! To się je nożem i widelcem. Wszędobylskie wróble, sroki i mewy przysiadają na płotku i łakomie popatrują czy nie da się zwędzić jakiegoś okruszka a może nawet i całej kanapki.

Obeszłam rynek dookoła. Kupiłam świeże truskawki, świeży szczypior, ziemniaki i koperek. Zapakowałam do rowerowego koszyczka.  I deptakiem podążyłam w stronę domu. 
Na deptaku jest przedłużenie rynku: tu też tłum, ogródki przykawiarniane. Tylko zamiast straganów sklepiki i sklepy: sklep ze starociami i rękodziełem, taka szwedzka wersja Cepelii, sklepik z porcelaną i szkłem, sklepik z kosmetykami oraz sklepy i sklepiki z ubraniami w tym H&m i Lindex. Latem deptak jest zacieniony przez większą cześć dnia bo leży na osi wschód- zachód i o tej porze roku słońce wpada w światło ulicy tylko wcześnie rano albo późnym popołudniem. Na środku ogromne ukwiecone donice, przy wlocie znak informujący, że to deptak, więc rowerzyści nie są tu mile widziani. Zresztą – to nie jest łatwo lawirować rowerem w tym tłumie. 
Od deptaku, pod kątem prostym co i rusz odbiegają uliczki. To zadziwiające jak senne i ciche są małe zaułki pochowane tuż za rogiem. Maleńkie podwórka toną w zieleni i kolorowych kwiatach kontrastującymi z pastelowymi kolorami drewnianych ścian. Okna, okienka, balkony, wykusze…A każde w swoim rodzaju, jak wystawa dla magazynu o urządzaniu domu.

W takim tłumie szłam wczoraj. Szłam, chłonęłam atmosferę mojej mieściny, gdzie o 18 w weekend wszystko jest zamknięte i miasto wygląda jak wymarłe, gdzie dyskoteka jest tylko jedna i ani jednego pubu. Szłam i myślałam, że wcale mi to już nie przeszkadza. Że po prawie pięciu latach nie czuję się tu jak u siebie. Jestem u siebie.   
A potem weszłam i zobaczyłam tę malinową sukienkę.
W przymierzalni spędziłam o wiele więcej czasu niż zwykle. Bo rozsądek szeptał „przecież nie chodzisz w sukienkach. Nie masz w szafie ani jednej od co najmniej pięciu lat” a dusza mi się wyrywała do malinowej tkaniny.

 

W domu włożyłam ją na siebie. Potem przymierzyłam do niej białą koszulę. A potem jeszcze biały kapelusz od słońca. 
Stałam przed lustrem patrząc na fajną babkę. W bieli i czerwieni z niebiesko-żółtą wstążką u kapelusza.

Tak to ja.
Po pięciu latach znowu zaczynam żyć.

 
* wszystkie rośliny po dwadzieścia!
 

No i stało się

Zamknięte.
<br …

Zamknięte.

Oczywiście narobiłam sieczki, cześć z was ma uprawnienia użytkownika, bo durny blox automatycznie takie wysyła i nim spojrzałam kilka zaproszeń poszło. Cofnąć się tego nie da. Jak już odbierzecie, to Wam zabiorę 😀 i przydzielę nowe.

I to jest to miejsce w którym chce przeprosić za zamieszanie. 

Niektórych z Was prawie nie znam: nie komentujecie, cichutko czytacie, ale widzę Was w statystykach i staram się rewizytować choćby od czasu do czasu. 
Wysłałam klucze do tych, których znam ze statystyk albo komentarzy. Oraz do tych co wpisali się w komentarzach pod ostatnim wpisem. Ale nie wszystkim.
Nie mogę wysłać tym, którzy mają  loginy poza gazetowe. 
Celowo nie wysłałam tym, których imiona zobaczyłam po raz pierwszy pod ostatnim wpisem. Nie wiem, kto się za tym kryje? Może własnie moja wsza ?

Wiem, że zamknięcie bloga, to w zasadzie śmierć. Blog nie będzie zamknięty na zawsze – tak zakładam. Za jakiś czas znów ekshibicjonistycznie wystawię się na widok publiczny.

Musze jeszcze skontaktować się z tymi, którzy czytali z innych portali – może mają loginy gazetowe, bo tylko na takie można wysyłać dostęp. 

 

 Jeszcze raz Was serdecznie przepraszam za zamieszanie i utrudnienia. 
No i oczywiście ci, co dostali klucz a nie chcą mogę spokojnie go odrzucić. Nie obrażę się 🙂

A potem będzie tu już jak zawsze. 

Gdy do przodu zegar dmie, ty ustaw się na NIE

Ja nie wiem kto to …

Ja nie wiem kto to robi, ale czas biegnie zdecydowania za szybko. Ktoś te wskazówki popycha, żeby leciały prędzej czy co ? 
Ledwie się tydzień zacznie, a już mam weekend. W piątek po południu myślę „ooo jutro się pobyczę” a potem przychodzi niedziela wieczór, ja jestem zmęczona i myślę smętnie, że znowu nie miałam czasu na..trwonienie go przy komputerze, że o książce nie wspomnę.
Nie pytajcie mnie co mi tak czas zajmuje, bo nie wiem.

Pierwsze i zdecydowanie najgorsze to to, że moja noga, po zbiciu przed trzema tygodniami wciąż funkcjonuje fatalnie. Boli! Kuśtykam wciąż. Staram się pilnować i nie chronić bolącej części, obciążać stopę równomiernie przy chodzeniu, inaczej po chwili bolą również te części, których dotąd nie czułam i na pewno nie zbiłam. Między innymi udo i pośladek. Od tego czasu jest ociupinkę lepiej, ale wciąż nie ma mowy o normalnym chodzeniu. 
Wróciłam na tydzień do sprzątania, jeździłam tylko maszyną. Akurat moja Regina zakończyła obiecującą karierę sprzątaczki na rzecz pracy w sklepie jubilerskim, zamiast Reginy dostałam Monikę (też Polka) która pracuje od niedawna i maszyną nie jeździ. Więc dobrze się złożyło, bo mogłam z czystym sumieniem siedzieć jak królowa na tronie. Ale kiedy się tak jedzie maszyną to czasem się widzi śmieć pod lodówką, którego maszyna nie wygarnie. Trzeba zsiąść z maszyny, podnieść, wsiąść. I tak kilka razy. Trzeba też Monice pomóc tu i tam mopem, bo maszyna nie wszędzie wjedzie. 
Pięć dni zaciskałam zęby i pracowałam aż puknęłam się w głowę bo dla idei to ja już raz pracowałam i niczego, poza stresem, się nie dorobiłam. Zwizytowany tego samego dnia doktor zaciekawił się ile mniej więcej zdjęć rentgenowskich zrobiono mojej nóżce. Usłyszawszy, że 4 albo 5 orzekł, że to w takim razie mało prawdopodobne aby ktoś przegapił złamanie. Hm…Ja na miejscu doktora na wszelki wypadek poprosiłabym kogoś znającego się na rzeczy na rzucenie okiem na owe zdjęcia raz jeszcze. Tak dla pewności.  
Doktor orzekł, że zbicia to potrzebują czasu nawet 6 -8 tygodni. I bez dyskusji zwolnił mnie z pracy sprzątaczki na najbliższe dwa tygodnie.
Po czym południu zadzwonił do mnie wyższy rangą szef i usiłował mnie nakłonić bym jednak na tę maszynę wróciła. Kiedy odmówiłam…powiedział okej, ale jak wrócisz będziemy musieli porozmawiać o waszej pracy, bo dziś byłem i nie jest dobrze. Wytłumaczyłam, że owszem nie może być dobrze, kiedy tak naprawdę robotę dwóch wykonuje jedna a po za tym, w skleie jest bałagan brak dobrej organizacji oraz woli współpracy.
W tym momencie mój szef zakończył rozmowę.
W tym momencie ja się zdenerwowałam ( eufemizm).
Dwie godziny później wysmarowałam maila w którym oskarżyłam go o mobbing, stawianie nierealnych żądań bez brania pod uwagę naszych sugestii dotyczących organizacji pracy w sklepie.
Maila wysłałam do obojga-do bezpośredniej szefowej również.

Piorunem dostałam odpowiedzi! Choć na poprzedniego maila z podobnymi uwagami, ale bez słowa MOBBING odpowiedzi nie dostałam do dziś.

Prawdę mówiąc nie wiem czy wrócę do tego sprzątania.

Mam tymczasem u siebie mamę. Usiłuję jej mimo wszystko pokazać co nieco najbliższym otoczeniu, ale i tak najbardziej podobają jej się dęby, których tu sporo. Choć kościół w Husaby uznała, za tyz pikny.

Mimo zapędzenia, nogi, pracy, mamy i nie wiem czego jeszcze staramy się dość regularnie widywać Zuzię. Wczoraj, ponieważ wiało, padało i było zimno pojechaliśmy na całe popołudnie do „Małpiego gaju”. Jak mnie muliło w samochodzie! Do małpiego gaju mamy wedle szwedzkich standardów blisko bo tylko 60 km. Byłby czas na małą drzemkę gdyby nie to, że Zuzia co pięć minut protestowała:
– Babi! Nie pać! – „Babi, nie śpij”. Ciężkie jest czasem życie z trzylatkiem.
Przed wyjazdem wydzwoniłam Zuzankowego kolegę z miasta nad drugim ogromnym jeziorem Vetter.  Kolegę, urokliwego blondynka z dołeczkami w policzkach i włosami w lokach poznaliśmy zimą właśnie w tym małpim gaju. Kolega ma na imię Sergiusz i był naturalnie w towarzystwie taty.
Tata usłyszawszy, że Zuzia to nie córka a wnuczka miał opory z mówieniem nam po imieniu!
Spotkaliśmy się tam jeszcze kilka razy. Zawsze tylko z Sergiuszem i jego tatą.  Wczoraj spotkaliśmy wreszcie mityczną mamę. Od razu polubiłam tę ładną babeczkę z biustem. Nie ma to jak wspólny wróg…Zmusiłam ją żeby mi mówiła po imieniu. Spojrzała na mnie i stwierdziła, że na babcię to ja zdecydowanie nie wyglądam. Wiem, że ludzi często biorą nas za rodziców Zuzi.
Zuzka i Sergiusz latali trzy bite godziny. Sergiusz jest bardzo żywy i dobrze wpływa na naszą troszkę wycofaną, spokojną Zuzię. W drodze powrotnej do domu już nawet nie miała siły trzymać swojego telewizorka w rączce tylko kazała go zawiesić. 

Tymczasem Zuzia zakończyła pierwszy etap edukacji. Poszła do starszej grupy. Ech. Nie będzie już mądrej Anny-Karin. A tak ją lubiłam.

Czas płynie..? Nie, leci jak szalony. Trzeba wstać, zjeść i ruszyć do moich piłkarzy. Gdzie mi dobrze jak na razie choć upłynęły już dwa i pół miesiące jak tam jestem. Okres ochronny dobiega końca, bo wiem z doświadczenia, że po trzech miesiącach zaczyna się normalne życie pracowe. Zobaczymy jak to będzie dalej.

Moped w reklamacji. Nie wiem kiedy wróci.
A tu łubiny kwitną!!! I rzepak! I kampaniule!
A rowerem to za daleko.