Nie czytac przy jedzeniu!

Rano wyslalam do meza…

Rano wyslalam do meza smsa o ekscytujacej trsci „Kocio zrobil kupe! Co prawda wielkosci groszku…”
Sensacja! Do pracy sie niemal spoznilam, bo czekalam na rezultat jego ciezkiej pracy w kuwecie wczesnym rankiem.

Bo Kocio 4 dni na tabletkach przeciwymiotnych. Prawie nie jadl, do miski trzeba bylo go wolac, a i to potrafil powachac i nawet nie polizac jedzenia a jak sie zdecydowal jesc to i tak zostawial polowe choc nakaladalm mu porcje wielkosci lyzeczki od herbaty. Nie wymiotowal ale i nie zalatwial sie. Siakal tylko. 
Od dwoch dni Kocio sie ozywil, mowilam: zaczal sie interesowac jedzeniem, probowal nawet sobie cos upolowac, choc to nie oznaczalo checi do konsumpcji. Ale wczoraj juz wyraznie sie domagal jedzenia, miska wylizana do czysta, Kocio w pozie wyczekujacej przy misce albo na srodku kuchni (wiadomo, nie tylko pies im wiekszy tym bardziej w przejsciu). 
Poglaskany po brzuszku rozkladal sie na grzbiecie, wystawial brzuszek, co wyraznie swiadczylo, ze jeszcze calkiem zdrow nie jest. Normalnie gotow byl odgryzc reke siegajaca do jego brzuszka.

Wiec obserwowalismy Kocia z niepokojem, dopytawali wzajemnie czy moze cos…?
Zamiast Whiskasa Kocio dostawal te maluskie Sheba puszeczki, jadl, choc bez entuzjamu, dietetyczne jedzonko majac w pogardzie.

A dzis! Eureka! Wieczorem zezarl cala, 100g Sheba puszke, a rano warowal przy misce. Zjadl lyzke Whiskasa, chcial jeszcze dalam dietetyczne…i pozarl!
To moze juz mozna odtrabic larum i uznac, ze Kocio bedzie zdrowy ?

 

Pan Kotek i inne sprawy

W piatek po poludniu,…

W piatek po poludniu, po kolejnych przeswietleniach, kolejnym badaniu Kocio dostal tabletki przeciwwtmiotne. Od soboty jedziemy na tychze. Kocio nie wymiotuje. Pije umiarkowanie. Ja malutko i wybrednie. Dietetyczne jedzonko od pani doktor moge se jesc sama. Kocio nie zamierza. Za to malutka , chyba 50g, puszeczka tunczyka od Sheba to moze byc. Kocio pochlonal lyzeczke jedzenia, wylizal miske…i bez awantury sie oddalil. Ze dwie godziny potem zawolalam go na karmienia, ale cwanie zmieszalam tunczyka z jedzonkiem dietetycznym. Bo jednak powinien, bo to dobre dla brzuszka i jelit powiedziala pani doktor.
…Ta pogarda! Ten wyraz pelnego wyzszosci politowania na pyszczku! Ogon w gorze, i odwlok zwrocony w strone miski wyraznie mi powiedzial co moge zrobic z taka mieszanka. Na wszelki wypadek Kocio przez kilka godzin do miski nie zagladal.
Jak juz w koncu zajrzal to poddalam sie. Niech je nie-dietetyczne, byle jadl.
Minela niedziela, minal poniedzialek. Kocio w ciagu calego dnia zjada maksymalnie 100 g jedzenia. Dzielac to na kilka czesci.
Nie wymiotuje. Ale tez i nie zalatwia sie. I to mnie martwi. Dzis ostatni dzien tabletka. I zobaczymy co dalej. Ale niepokoje sie. 
Kocio normalnie, jak dotad posypia przez caly dzien. Inne jest to, ze nie miauczy bez przerwy i nie leci do kuchni na kazdy dzwiek dobiegajacy stamtad. Choc od wczoraj zaczal sie interesowac tym co je kto inny, a nawet probowal mi odebrac beza z reki. Ale jak mu dalam okruszek to powachal i nie zjadl, a zwykle musialam sie prawie o bic o te ciastka.

A poza tym…leje. Codziennie, po kilka godzin. Nocami sie wypogadza, pokazuja sie gwiazdy. Temperatury glupieja. Raz +7 raz -3. No i wieje. Nawiewa chmur i znow leje. Mimo to nadal Komarek wozi mnie do prac. Tyle, ze kilka razy zastrajkowal i nie odpalil, wiec stawiam go do garazu. 

W niedziele poszlismy z na lyzwy. Maz i ja. Maz stwierdzil, zeokolo 30 lat nie jezdzil, ale to przeciez chyba tak samo jak na rolkach. Ledwie wyskoczyl na lod stwierdzil, ze to jednak NIE TO SAMO.
Ja tez nie jezdzilam 30 lat. Tylko, ze ja nigdy nie jezdzilam perfekcyjnie: lyzwy mialam przez dwa  krotkie sezony, potem wyroslam i sie skonczylo. Przy czym i ja i Baska bylyusmy wybitne antytalnety do wszelkiego sportu. To co inny zalapywali w minute nam zajmowalo kilka dni. Niektorych dzien nie opanowalysmy nigdy, mimo bardzo sprzyjajacych warunkow. Takie plywanie na przyklad. Az dziwne, bo ojciec byl sportowiec: siatkarz, pilkarz, wioslarz, plywak. A jego obie corki kaleki. Nie wiem co sprawia, ze tak jest. Strach przed upadkiem? Przed uszkodzeniem sie? Czort wie…
teraz wyszlam na lod i…masakra. Nie puscilam barierki ani na chwile. Nie umialam wprawic sie w ruch. Choc po 30 minutach odnioslam pierwszy sukces: umialam stanac na lodzie. Po nastepnych dwudzestu udalo mi sie za dwa razy odepchnac prawa noga i pojechac kilka centymetrow. Nadal trzymajac sie barierki, ale juz nie odpychajac od niej. W takim tempie to zima sie skonczy nim ja od tej barierki odjade. 
Dobra: kupie sobie lyzwiarski kask, tu wszyscy nosza kaski na lyzwach. Wezme meza ochranicze rolkowe, moze to sprawi, ze mniej sie bede usztywniala?
Ale naprawde…To takie deprymujace widziec smigajacego na lyzwach najdalej trzylatka a samej trzymac sie kurczowo barierki. Na szczescie w Szwecji nauczylam sie NIE MYSLEC, ze jak ktos na mnie patrzy to tylko po to by sie w duchu ponabijac, ze jestem taka kaleka oraz usmiechy sa wyrazem zyczliwosci a nie wyzszosci. To pomaga. 
Niestety lodowisko mam dostpne tylko w niedzle, moze czasem w soboty. Tak to jest tutaj urzadzone.

A po cichu, w glebi duszy mysle, ze jeszcze bym chciala zobaczyc jak bym sie poczula na nartach biegowkach. Ale to kiedys, kiedys jak…

W pracy, u pilkarzy zastoj. Nie ma treningow, nie ma za bardzo co robic. Troche pomoglam wczoraj Johnny’emu, ale dzis gdy przyjechalam zameldowal mi, ze skonczyl bez mnie.
Johnny jest mily. I cierpliwy. Cierpliwie slucha jak sie rozgadam, cierpliwie podpowida mi slowa gdy mi braknie. Wysoki, bardzo szczuply, z bialymi wlosami i ladnym smiechem. Zauwazylam, ze wielu Szwedow ladnie sie smieje. Tak normalnie „ha, ha” a nie jakims zduszonym chichotem. 

Zuzi nie widzialam tydzien. I tesknie. 
Zuzia ma lyzwy. Musimy kupic jej kask i bedziemy mieli alternatywe dla basenu.

 

Kocio cd

Badanie ręczne nie …

Badanie ręczne nie wykazało niczego niepokojącego. Podwyższona temperatura. czekamy na wynik z krwi, jak będzie infekcja dostanie antybiotyk. Dostał kroplówkę podskórną – w 10 min pół worka płynu podskórnie na karku. Płyn się wchłonie stopniowo w ciągu najbliższej doby, Kocio nie będzie się odwadniał mimo, że nie będzie pił, bo picie może nasilić wymioty.

Największy stres to było zapakowanie Kocia do kontenera – jeden gustowny sznyt na ręce to nic w porównaniu z szyciem głowy, nie ?
Potem, na miejscu zastrzyk usypiający a reszta to już lekko…

 

Ze spraw humorystycznych.
Pielęgniarka-rejestratorka na widok naszego kontenerka zrobiła oczy. A potem doń zajrzała…Jej mina – bezcenna.

Lekarz weterynarz wchodząc przedstawiła się:
– Katarina
– Ja też …

Lekarz na widok Kocia w kontenerku
– Oj, ale duży!

Lekarz na widok uśpionego już kota, w lecznicowej klateczce, na wadze pokazującej 11kg.
-Takiego dużego kota jeszcze nie widziałam. (Ja tam widziałam, w śmietniku koło mojego domu w miasteczku mieszkały tylko takie)

Nadmieniam, że lekarz ma co najmniej 40lat …praktyki.

Wierzę, że będzie dobrze.
Koty żyją do 18lat, a czasem nawet i 25.
Wizyta kosztowała mnie 2 tysiące koron i teraz Kocio MUSI dożyć do późnego wieku, bo inaczej będę mu wypominała, że tyle na niego wydałam!

Wróciłam

Wróciłam.<br …

Wróciłam.
Nieziemsko zmęczona, z rozhisteryzowanym żołądkiem, nieokreślonym uciskiem w skroniach co oczywiście mogło być skutkiem nadciągającego orkanu ale i dość skomplikowanej diety w Polsce.
Ugadana jestem po ból języka, zaopatrzona w świeżą lekturę na najbliższe dwa miesiące, a może i na nieco dłużej, bo pierwszy tom Gry o tron jest opasły, a w Polsce czekają kolejne jakby co.
Tematów do przemyślenia też mi na kilka tygodni wystarczy.
Pogodowe pragnienia spełniły mi się właściwie w nadmiarze, bo jak było słońce to od razu letnie (w sense pory roku) temperatury a ja pojechałam w zimowej kurtce i późnojesiennych butach, zamiast w trampkach. Było też trochę deszczu…Trochę jest eufemizmem, bo jak już padało to też na całego i wtedy kurtka narciarska i mocne buty trekkingowe się przydawały.
Zdjęć zrobiłam niewiele, bo jednak clou programu były spotkania z ludźmi …Ale coś tam zrobiłam.
Zdjęcia są do obejrzenia na www.prowincjuszka.blox.pl

Także tu www.prowincjuszka.blox.pl

Także tu www.prowincjuszka.blox.pl

Oraz tu www.prowincjuszka.blox.pl

 

 

Panika!

Nie pamiętam, żebym …

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej była tak napięta przed podróżą.
Strach przed lotem, to jedno, ale żeby takie napięcie, że nie jestem pewna co spakowałam i czy na pewno wzięłam to co konieczne?
Wszak konieczne są tak naprawdę dokumenty i karty bankowe -są w portfelu, okulary i telefon, odprawa oraz aparat.
Aparat w plecaku, tamże portfel, paszport na wszelki wypadek też, oraz okulary. Telefon koło mnie.

To o co te nerwy ?
I po co te myśli o słowach ostatnich ( w razie czego)..?
Łyknęłam zieloną!  Przynajmniej napięcie przyprawiające o ból głowy odpuściło.

Opanuj się kobieto! 

O piatku, sklepach i prezentach

Piatek.
Jeszcze …

Piatek.
Jeszcze jutro rano pobiegne do Kupy  Coopa, sprzatne…i mam urlop.
W poniedzialek lece do Polski. Na tydzien. To bedzie aktywny tydzien, tak sadze. Jak to w Polsce. Spokania z dawno niewidzianymi kolezankami -czyli to co mnie cieszy.
Kilka dni z mamusia i zmaganie sie z przyziemna rzeczywistoscia. To juz nie jest taka przyjemna perspektywa, ale mus jest, wiec trzeba.

Tymczasem dzis, teraz jeszcze, w pracy. Pokonczylam to, co mialam pozaczynane. Trojka mi gra piatkowo. Popatruje przez okno, na znow niebieskie niebo i widze jak brzozowy zagajnik oddala sie od mych okien. To nie zludzenie. Zagajnik pada po pilami dwoch robotnikow bo wlasnie zaczela sie budowa boiska ze sztuczna murawa. Koniec prac przewidziany na czerwiec 2014. Czy jeszcze tu bede? pytam sama siebie i wszechswiata. Byloby dobrze. Bo jakos mi tu coraz bardziej domowe i swojsko. 

Na szczescie tylko czesc zagajnika idzie pod pily. Spory kawalek jeszcze zostanie, bedzie boisko chronil przed wiatrami z rowniny, bedzie dostarczal tlenu dla miasta, ndala beda sie tu gniezdzily ptaki i zwierzeta. Bo okolica jest spokojna i dosc cicha. 

Kiepski moment sobie wybrali na rozpoczecie. Chcialam te poczatki dokumentowac jak najdokladniej, bo teraz bedzie sie zmienialo najwiecej, a to sie zbieglo z moim wyjazdem. I z pierwszym od dawna deszczowym dniem, heh. Gdym sie wczoraj obudzila i zobaczyla deszcz od razu pomyslalam, ze to powinien byc dzien wejscia pilarzy. Chwile przed moim wyruszeniem w droge do pracy zadzwonil Pelle i poprosil zebym wziela aparat bo sie zaczelo.

Gdy przybylam wygladalo to tak:
 

Czy ja sie chwalilam, ze nadal jezdze skuterem?
Bo jest dosc cieplo, zakladam zimowe, narciarskie spodnie i kurtke, cienka czapke pod kask i jezdze. Tylko wczoraj zmarzlam w dlonie. Mam rekawczki motocyklowe: z wierzchu grubsze od spodu ciensze. Jak dotad wystarczaly. Sprawdzam czy da sie kierowac w dwoch parach rekawiczek – jedne cienkie, welniane i na to wieksze ( rabniete mezowi) motocyklowe.  Bo do Pilkarzy to ja mam jak dotrzec i bez skutera: mam autobus spod domu, moge rowerem, moge nawet i pieszo – bylby to taki polgodzinny, moze czterdziestominutowy spacer. Ale rano, o 5, do Coopa naprawde nie czuje sie na silach ani spacerowac, ani pedalowac, wiec staram sie unikac tego tak dlugo jak sie da. A to prawie ta sama odleglosc.

No to jezdze.
Na liczniki mam prawie 1030km. Zrobionych tylko w tym sezonie, od czerwca, wlasciwie wylacznie do i z prac. Imponujaca ilosc kilometrow.
Ale juz po powrocie chyba bede musia sie pozegnac z Komarkiem. Obawiam sie, ze moze byc za zimno i wraz z 1 listopada grozba opadow snieznych staje sie coraz bardziej realna z kazdym dniem.
Czy uwierzycie ze niektore sklepy juz wystawily ozdoby swiateczne ?! Siedza na polkach obok dekoracji Halloweenowych. Ja bym proponowala isc na calosc i postawic obok kurczaczki i zajaczki, a co sie bedziemy szczypac, prawda? Przy czym System Bolaget zrobil mi brzydka niespodzianke i nie ma jeszcze w ofercie glögga. I co ja teraz zawioze kolezance? Mrozone köttbullary? Nie sadze by byl to dobry pomysl…

Jutro mnie czeka wiec wedrowka po sklepach w poszukiwaniu jakiego drobiazgu. Sila rzeczy nie bedzie to nic typowo szwedzkiego. No chyba, ze znajde ladny kubeczek z motywem szwedzkim.
Gdzie widzialam taki napis, ze w tej chwili wlasciwie kazdy sobie z kazdej wycieczki przywozi pamietke z Chin. I to niestety smutna prawda.

 

Przydługi wpis o Interpolu, Zuzi i firewallu

W piątek, zupełnie …

W piątek, zupełnie niespodziewanie w pracy zmaterializował się Christer i skutecznie zorganizował mi całe 4 godziny.  Gdzieś w środku zamieszania pojawił się mój mąż z dziwnym wyrazem twarzy.
Od razu wiedziałam, że coś się stało.
Christer coś mi tłumaczył, coś pokazywał, razem przygotowywaliśmy opis zdjęcia drużyny dziewcząt dyskutując przy tym o pisowni niemal każdego nazwiska.
Szwedzki odpowiednik polskiego Malinowskiego to Gustavsson. Ale czasem może być Gustafsson. Może też być Gustafson lub Gustavson. I tak około dwudziestu nazwisk. Najlepsze było to, że jedna z dziewczyn jest mężatką. Matka nazywa się Gustavsson. Mąż nazywa się Gustafsson. Nie wiemy czy dziewczyna używa nazwiska rodowego czy po mężu. 
Sami rozumiecie, że mogło to być nieco skomplikowane i zajmujące.
Kiedy wreszcie udało mi się skłonić Christera by zajął się na chwilę czymś innym, mogłam na moment skupić uwagę na mężu.
– Policja zablokowała mi komputer – wypalił. Usiłował mi opowiedzieć co i jak, ale nie bardzo go rozumiałam. Zrozumiałam tylko, że musi zapłacić jakiś mandat.
Chwilę tylko pogadaliśmy, bo jednak byłam w pracy i nie wypadało zajmować się czymś innym niż tym, za co mi tam płacą.
Mąż oddalił się do domu, ja do Christera. Problemy odłożyłam na bok, a przynajmniej starałam się. Skupiłam uwagę na pracy, mój osobisty firewall zadziałał jak należy, odciął mnie od uczuć, co nie znaczy, że je wyłączył. Około czwartej Christer zajął się czymś innym dzięki czemu całkiem spokojnie łyknęłam iprenu podwójną dawkę, bo napięcie zawsze gromadzi mi się w głowie i jeszcze sposobu na to nie znalazłam.
W perspektywie miałam wieczór i noc z Zuzią. Plus naturalnie rozrywkę z komputerem męża.
Tu będzie dygresja.
Mój mąż ma niesamowity zmysł techniczny – to wiedzą chyba wszyscy. Nie darmo swego czasu tytułowaliśmy go McGyver. Rozebrać i zmontować  na powrót silnik samochodu? Proszę bardzo! Naprawić czajnik? Zrobić na potrzeby pracy urządzenie ułatwiające transport ciężkiego materiału żeby nie trzeba było tego ciągnąć siłą własnych mięśni ? Nie ma sprawy, jest zabawa.
I w tym nagle zagadka: jakim cudem tak uzdolniony człowiek nie jest w stanie pojąć zasad funkcjonowania komputera ? Mimo wielokrotnego tłumaczenia pewnych spraw wciąż potrafi mnie zadziwić. Jak np. wtedy gdy dziwił się, że w jego poczcie e-mail nie ma pewnej wiadomości. A była…Wzięty na spytki powiedział, że no tak, usunął, ale  tylko w telefonie!
Mimo to używa komputera systematycznie. Ogląda wiadomości i…nie tylko.
No dobra, przyznajcie się. Kto z was nigdy ale to nigdy nie wchodził na strony dla dorosłych, albo nigdy nie ściągnął filmu/muzyki/programu z nielegalnego źródła ? Ten może rzucić we mnie kamieniem. No więc mój mąż też nie jest święty*.
I oto wieczorem, po dokonanym wykroczeniu ekran jego komputera został zasłonięty planszą.
W tle napis INTERPOL. Zdjęcia szwedzkiego króla, szwedzkiego policjanta w mundurze. I Złowrogi tekst po szwedzku. Nasze IP i imię męża 
Że w związku z tym, że dokonał czynu niedozwolonego, wg paragrafu jakiegoś tam, za cyberprzestepstwo polegające na przeglądaniu lub rozprzestrzenianiu treści niedozwolonych został obłożony karą w wysokości 1000koron szwedzkich. Karę ma wpłacić w ciągu 48 godzin poprzez wykupienie specjalnego vouchera i przepisanie kodu. Wtedy komputer zostanie odblokowany. Jeśli nie zrobi tego w ciągu 48 godz zostanie postawiony w stan oskarżenia, a karą sądową za takie przestępstwo jest ileś tam lat więzienia oraz grzywna nawet do 2,5 mln koron…
Czytałam to i ogłuszało mnie coraz bardziej. Strach…Przerażenie…Więc to aż tak?
…a po domu kręciła się Zuzia. Chciała uwagi, obiecaliśmy jej wyjazd do Małpiego Gaju,  trzeba było wziąć coś do zjedzenia, do picia, skarpetki na zmianę, coś tam jeszcze, odpowiedzieć na sto i jeden pytań „cio to? Ty nie masz? Cio to było?”.

Jedyne co mogłam to z konta, na którym trzymałam zaskórniaki na wyjazd do Polski przelałam ów tysiąc i po drodze do małpiego gaju zamieniłam na papierek przypominający zwykły paragon lub doładowanie telefoniczne.
W małpim gaju normalnie: wspinaczka, zjeżdżanie, wspinaczka, strzelanie, wspinaczka, skakanie, wspinaczka, picie…Znów ani chwili czasu.
Ale w samochodzie, gdy nieco zmęczony maluch przycichł na chwilę pomyślałam…nie samo mi się pomyślało. Że kurczę, to łatwy sposób wyłudzenia pieniędzy byłby, gdyby tak np. jakiś wirus się zainstalował i zamiast skasować dane, bo prostu by je zablokował.
Myśl mignęła i została odgoniona jako niedorzeczna…
– Trzeba wpisać ten kod – stresował się mąż. – Wpiszesz ? Bo żebym nic nie pokręcił, a to nie wolno się pomylić więcej niż 3 razy…
– Może to oszustwo jakieś – bąknęłam do męża gdzieś pomiędzy Zuzinym  ”cie do kota„ a  „babi oś tes” 
Ale jeszcze Zuzi dać kolację, umyć, ułożyć do snu, ukołysać, bajki opowiedzieć, poprzytulać, pokulać się z nią razem na łóżku…A z tyłu głowy coraz nachalniejsza myśl : sprawdź w internecie czy  to jednak nie jakiś podstęp, sprawdź, sprawdź, sprawdź…
Dusza księgowej znaczy: kiedy trzeba wydać pieniądze na coś na co się nie ma ochoty, dusza się odzywa i nakazuje sprawdzenie kilkukrotne czy na pewno nie da się tego uniknąć.
Wreszcie dziecko zasnęło.
– Daj ten kwit, najpierw poczytam o co chodzi z tym Paysafecard, bo pierwszy raz o czymś takim słyszę. Z tym Uksh też nie zetknęłam się nigdy. – rzekłam. Przysiadłam na kanapie. Wzięłam wart tysiąc koron świstek.  Rzuciłam okiem raz. Potem drugi. A tam, na samym dole jak wół „ Jeśli masz zablokowany komputer i zostałeś poproszony o dokonanie wpłaty za naszym pośrednictwem to zadzwoń pod numer xxxxxx bo to jest wirus”
Niedowierzając, we własnym komputerze wpisałam hasło „blokada komputera przez Interpol” . Wyskoczyły mi linki. Wirus. Wirus. Bardzo złośliwy wirus. Opisy jak sobie z tym poradzić, wszystkie brzmiące jak chińszczyzna.
Zadzwoniłam pod numer z kwitka. Odezwała się kobieta. Po angielsku. Wydukałam pytanie czy mogłabym mówić z kimś po szwedzku. Albo po polsku. Jutro czyli w sobotę.
Dobra, zgłoszę zawiadomienie o próbie przestępstwa, po to zapewne mam dzwonić. Komputer jakoś tam odblokujemy. Ale kurde tysiąca koron szkoda! Choć i tak satysfakcja, że nie dałam naciągaczom. Szukałam na co można zużyć środki z paysafecard. Na nic! To znaczy na nic czego ja bym używała. Nie gram, nie wypożyczam filmów, nie używam pudełek na dane, nie dzwonię ze skype, nie randkuję…
Ciśnienie odpuściło czego efektem był znów ból głowy oraz kłopot z zaśnięciem i wybudzanie się z drgawkami co kilkanaście minut.
Poranna Zuzia jest najsłodszym dzieciakiem na świecie. Mimo zmęczenia i napięcia. Mąż poszedł do pracy a ja miałam ją do południa tylko dla siebie. Wspólne śniadanie, potem spacer w jesiennym słońcu, wspólne kupowanie rękawiczek i walka przy wieszaku z obrzydliwymi cekinowo-tiulowo-różowymi balerinkami.  Na szczęście zadzwonił Zuzi ojciec, że już jest.
Gdy po południu zadzwoniłam raz jeszcze połączono mnie z panem mówiącym po polsku. Poprosił o adres mailowy i wysłał informację co zrobić, żeby całą kwotę otrzymać z powrotem. Co skrupulatnie wypełniłam.
Pieniądze mają do mnie wrócić za jakieś 2-3 tygodnie. Czyli już po powrocie z Polski, niestety. Trudno, będę uboższa albo się zapożyczę u syna.
Wieczór z Litwinami na Festiwalu Światła.
Potem niedziela znowu z Zuzią.
Wreszcie wieczorem w niedzielę udało nam się uruchomić tryb awaryjny w komputerze męża i zrobić przywracanie systemu, niestety bez kopii zapasowej, więc to co było tam zgromadzone poszło w cyberprzestrzeń. Na szczęście większość filmów z Zuzią jest już zarchiwizowana. Przepadły filmy tegoroczne z moją mamą i Krakowiakami, ale mamy zdjęcia, bo te są u mnie.

Za najbliższe pieniądze kupuję porządnego antywirusa. To 1.
2. Kupuję twardy dysk do starego komputera Yankiego. Komputer będzie służył tylko do archwizacji oraz do obsługi kont bankowych – będzie podłączany tylko na czas zrobienia opłat.

3. Zuzia jest już bardzo duża!

4. Jak zamienić osobistego firewalla na normalne odczuwanie emocji, może nie skutkowałoby to bólem głowy?

 

 

 

 

*ja też nie



Miejsce pracy – moje miejsce ?

Oswoiłam je trochę w …

Oswoiłam je trochę w każdym razie.

Taki  mniej więcej widok z okna miałam przed kilkoma dniami… Urządzenie w dolnym prawym rogu to łaźnia zewnętrzna wypożyczona na imprezę z okazji zakończenia sezonu przez drużynę żeńską. 
Ten lasek na wprost leży na dość podmokłym terenie. Całą niemal wiosnę stała tam wodą. Ale wkrótce niestety te drzewa i bagno znikną. Powstanie tu boisko ze sztuczną murawą oraz dodatkowe szatnie. Szkoda mi tych drzew ale to nowe boisko to szansa dla mnie i dla Jonny’ego na stałe zatrudnienie. Bo ktoś o te szatnie oraz boisko będzie musiał dbać…

 

Tzw Główne Wejście, tak naprawdę to stare wejście, użytkowane zanim zbudowano ten parking widoczny powyżej i prowadzącą doń drogę. Teraz jest to już raczej symboliczna brama główna. Za bramą jest droga, za drogą, na wznoszącym się dość stromo terenie trochę żwirowni i las. Taki prawdziwy las, a nie skromny paseczek.

Budynek naszego klubu na wprost głównego wejścia Po prawej stronie drzwi do jednej z szatni,  taras przylegający do klubowego kiosku oraz drzwi do klubu. Wiosną, latem i jesienią, w dobrą pogodę to tu jadamy posiłki.  Okna mojego biura nie widać – jest po przeciwnej, wschodniej stronie. Szkoda, bo w tę stronę widok jest nieporównywalnie ładniejszy.

 

A w  następnym  odcinku Festiwal Światła na Nossanie.
I moje pierwsze, naprawdę udane zdjęcia nocne.

Ojej

Joanna Chmielewska …

Joanna Chmielewska nie żyje…

Niby mnie drażniły jej nowe książki, bo wyglądały na nieudolne naśladownictwo.
Niby normalna kolej rzeczy, 81 lat, to już, już…tak normalnie, należało się spodziewać.

A szkoda jakoś…

A zima bedzie ostra tego roku.

Taka chyba moja dola,…

Taka chyba moja dola, ze w pracy mam zazwyczaj niedogodne temperaturowo warunki. Albo daleko i nie ma innego sposobu dotarcia jak na wlasnych nogach…

Staz. PGR za miastem. Do przejscia jakies 3km. Zaczelam latem, ale potem byla zima, mrozna, bardzo mrozna o ile pamietam.
Pierwsza praca. Zaczelam w listopadzie. PGR oddalony od miasta jakies 20km. Najpierw 10 minut jazdy autobusem potem wysiadka na przystanku w lesie i spacerek przez ten las. Dobrze, ze nie sama tylko w towarzystwie szefowej. Jak dyrektor mial dobry humor wysylal po nas traktor i jechlysmy niemal na zderzaku…W pracy zimno. Idac do toalety prosilysmy wzorem szefowej „jak nie wroce za 10 minut przyjdz kopnac w sopel”…
Kolejny PGR. Zaczelam w maju. W miescie, blisko, ale w drewnianym baraku, z ktorego cieplo uciekalo kazda szczelina, a najbardziej otwartymi drzwiami, bo zaden z robotnikow nie uwazal za stosowne zamykac drzwi, niech „biurwy” marzna albo sie wezma do prawdziwej pracy zamiast pierdziec w stolki.
Fabryka cukierkow. Zaczelam jesienia. Niby blisko, niby cieplo, ale za plecami wciaz otwarte wrota na rampe zaladunkowa.
Firma budowlano-instalacyjna. Zaczelam w czerwcu. W mysl zasady o bosym szewcu robili instalacje wentylacyjne i grzewcze, ale we wlasnym obiekcie zainstalowali taki piec, ze czesciej nie grzal niz grzal. Czy mam dodawac, ze zima owego roku przyszla w listopdadzie i byla mrozna?
Biuro Rachunkowe 1, kultowe, „u Baski”. Zaczelam w grudniu. W Olsztynie, wiec dojazdy, ale zima byla jakas normalna, z dworca blisko, w biurze naprawde cieplo. Bardzo cieplo. Jak cieplo okzalo sie wiosna gdy slonce zaczelo przygrzewac przez wielkie, poludniowe okna. Lato bylo gorace, biuro bylo na ostatnim pietrze. Jedyna praca, gdzie zamiast marznac zima, umieralam z goraca latem. Mimo wszystko to bylo jedyne miejsce gdzie udalo mi sie przepracowac prawie 5 lat.
Potem po kolei kiosk z kurczakami. Kolejne Biuro Rachunkowe  cieple, lecz na koncu Olsztyna. Jeszcze jedno biuro, znow kolo dworca, zimne bo ogrzewane nowoczesna technologia grawitacyjna. Cieplo z pieca rozprowadzane bylo kanalami pod sufietm… 
I kolejne miejsca, spichlerz, piwnica, dziupla nad piekarnia, szkola na koncu miasta…
I w Szwecji. Szkola daleko za maistem, przewiewna bo pelna okien i drzwi z kazdej strony.
No i teraz tu.
Budynek drewniany, nie ocieplony, ogrzewany elektrycznymi panelami, ktore niby gorace, ale pol metra dalej juz ich nie czuc. Od podlogi ciagnie chlodem…Zima bedzie mrozna tego roku, powiadam wam! I dluga!
Takie mam pieskie szczescie…