Tvångsyndrom czyli kompulsja

chyba mnie dotyka …

chyba mnie dotyka osobiscie jesli chodzi o uzytkowanie kolorow.
Naprawde nie wiem jak to wychodzi, ze nagle cale grupy rzeczy mam JEDNYM kolorze. Byla faza zielona (kuchnia)  potem faza czerwona (przedmioty osobistego uzytku co nastepnie przenioslo sie na pokoj dzienny) byla faza fioletowa (ubrania) i niebieska (tez ubrania). Teraz faza rozowa. Bo kurtka w rozowe kwiaty ma do kompletu rozowe spodnie. Kask na lyzwy (tak naprawde narciarski bo lyzwiarskie byly tylko czarne i biale) kupilam rozowy. Rekawiczki (narciarskie, ale dla mnie na Komarka)  byly jeszcze czarne i drogie oraz niebieskie. No proszszsz… wole byc cala na rozowo niz polaczyc oczojebny blekit ( sliczny nawiasem mowiac) z rozowosciami!

Czy to sie jakos leczy?
Bo na razie w poszukiwaniu innego koloru wpadam w szpony innego.
Ostatnio podoba mi sie zolty. Ale nie taki jak cytryna. Taki bardziej z domieszka brazu, ciemno zolty. W sklepach juz nic nie ma w tym kolorze bo nie jesien. Na szczescie. Moze nie ulegne.
 

O Szwedach słów kilka

Annette od piłkarzy …

Annette od piłkarzy poinformowała mnie, że Doroczna Impreza zwana także Zakończeniem Roku jest także dla pracowników z osobami towarzyszącymi. I żebym poszła. Będzie dobre jedzenie i będzie wesoło.
Wykręciłam się mówiąc, że mam urodziny sąsiadki-koleżanki. Nie skłamałam! Daty mi się pomieszały. Reginy urodziny świętowaliśmy wczoraj a Impreza jest za tydzień.
Ale nie szkodzi. Nie mam chęci iść. Pelle nie idzie, bo pracuje, Johnny też nie. Poza nimi prawie nikogo nie znam. A dobre jedzenie…Szwedzkie dobre jedzenie brzmi dla mnie jak oksymoron. Bo albo szwedzkie albo dobre. Oni tylko mięso, mięso, mięso, a po mięsie łosoś i śledź. Jedyne co mogłoby mnie skusić to sałatka ziemniaczana oraz ryż z pomarańczami. Ale te mogę zrobić sobie w domu. 
Wesoło będzie, mówiła Annette. Na szwedzkiej imprezie? Znów oksymoron. Albo szwedzka albo wesoła.
Wesoło to w innym gronie musiałoby być.
Wczoraj, u Reginy i Gintasa czyli Litwinów, spotkaliśmy się w gronie braci nadbałtyckiej. Litwini, dwie pary Łotyszy z dziećmi oraz my, Polacy. Istna Wieża Babel. Litewski, łotewski, polski, rosyjski, szwedzki, a w porywach nawet angielski.
Trunki nie lały się tak, jak to brać nadbałtycka ma w zwyczaju, bo dzieci, bo samochody. 
Od pierwszej chwili atmosfera normalna, rozmowy od polityki po dupę maryni. Bardzo, sympatycznie, bardzo spontanicznie.
Na uwagę zasługuje Łotyszka Kristina ( Boże, jaka piękna dziewczyna gdyby jej zdjąć okulary albo dać jakieś inne). Na początku nie wiedziałam co chodzi. Bo gadałam z Reginą po polsku a ta z promiennym uśmiechem wpatrzona w nas, coś tam cicho komentowała do męża, którego nazwisko nota bene kończy się na SKI. Ja zażartowałam, ci co zrozumieli się zaśmieli, Kristina też, choć deklarowała, że nie rozumie.
Regina wyjaśniła, że Kristina uczyła się trochę polskiego.
– Dlaczego ? – zdziwiłam się. Podejrzewałam polskie korzenie, jakąś rodzinę…Nic z tych rzeczy. Kristina uważa, że polski to piękny język. Że brzmi pięknie. Ja ją rozumiem. Wszak dla mnie melodia języka francuskiego jest czymś najpiękniejszym na świecie. No i Kristina nie jada mięsa. Ani ryb. Nie, że wegetarianka, ideologia itd. Nie lubi. Zwyczajnie. No swoja dusza, naprawdę!
Pozostali równie sympatyczni: otwarci, szczerzy, sympatyczni. Bracia Bałtowie po prostu, więc nic dziwnego a wspólny wróg w postaci Wielkiego Czerwonego Brata, choć przebrzmiały to wciąż jednoczy.
A kilka dnie wcześniej kolega miał 40 urodziny i jego żona w tajemnicy zwołała znajomych na przyjęcie niespodziankę.
Wielu nas nie było, ale znów kilka języków się plątało. Polski w większości, angielski reprezentowany przez Australijczyka i naturalnie szwedzki reprezentowany przez Szweda.
Australijczyk zaczął do mnie coś po angielsku, poprosiłam o zmianę na szwedzki, co nie bardzo mu wychodziło. W efekcie ja do niego po szwedzku, on do mnie po angielsku i tak sobie gawędziliśmy przez cały czas. Ze sobą i z innymi. Impreza była tym razem bezalkoholowa, więc to nie alkohol nam te języki rozwiązał. Po prostu australijczyk okazał się całkiem bratnią duszą, mimo że całkiem przeciwległego krańca Ziemi. Tymczasem ze Szweda jedyne co udało mi się wydusić to to, że chce herbatę. Musiał jakiś nietypowy być, bo Szwedzi tylko kawę, i tym tłumaczę jego obecność na imprezie. Bo po co iść na imprezę i siedzieć w kącie nie integrując się z nikim? No chyba, że masochista jakiś…
Brzmi jakbym  Szwedów nie lubiła. Ale to nie tak. Nie mogę powiedzieć, że ich, jako całość, nie lubię. Ale też że lubię, jakoś nie bardzo. Inni są.
Mili, uprzejmi, łatwo się z nimi rozmawia na pierwszym spotkaniu. Zadają pytania, interesują się tobą, twoja historią, z zainteresowaniem słuchają tego co masz do powiedzenia. To samo jest przy drugim i kolejnym spotkaniu. Po kilku miesiącach budzisz się i uświadamiasz sobie, że kurde, opowiedziałeś Szwedowi historię życia swojego, swoich przodków, swojego psa, plany twoje, twoich dzieci i wnuków, przerobiłeś system polityczny w Polsce i Szwecji, porównałeś ekonomie,  religie oraz omówiłeś rybołówstwo śródlądowe. Powiedziałeś już chyba wszystko co miałeś do powiedzenia, a o tej drugiej osobie wiesz tylko jak się nazywa. Nie wiesz nawet gdzie pracuje ani czy ma  dzieci. Więc przy następnej okazji postanawiasz to zmienić, zadajesz pytania, słuchasz z zainteresowaniem odpowiedzi… a po spotkaniu odkrywasz, że Szwed ci nadal nic o sobie nie powiedział. Nie wiesz co myśli, co jest dla niego ważne, co go porusza. Znasz kilka faktów w postaci dzieci i współmałżonka, ale to wszystko!  Jak oni to robią? Mistrzowie szklanej ściany, stawiają mur ale tak, że ty go nie widzisz, nie czujesz go. Chowają swoje prawdziwe ja za uprzejmym zainteresowaniem, i miłymi uśmiechami. Ile im czasu trzeba by się otworzyć? Czy w ogóle kiedykolwiek się otwierają? Nie wiadomo.

Ku pamieci

– To moj dziadziu, …

– To moj dziadziu, nie fuj! – awanturuje sie Zuzia gdy jakies dziecko popatrzy. 
– To moj babi! – jak wyzej.

Na basenie szalala z dziadkiem. Ale w pewnej chwili cos poszlo nie tak.
– Nie jubie cie, to moj woda – powiedziala do dziadka. I dziadek sobie poszedl.
Zuzia cieszyla sie tylko przez chwile.
– Dzie dziadziu ?
– Nie ma – odpowiedziala Babi.
– Mi ma..? A dzie?
– Nie wiem. Poszedl. Powiedzilas, ze go nie lubisz?
– Nie jubie! To moj woda!
– No to dziadziu sobie poszedl…
Dziecko sie nie przejelo. Ale posterowalo w strone murku odgradzajacego zjzad dla wozkow. Moze dziadziu schowany za murkiem peka ze smiechu i zaraz wyskoczy, zeby nastraszyc. Albo wyplynie spod wody. Ale dziadziu sie nie pojawial.
Zuzia wziela babi zaq reke.
– Os. Mozie tu je ?- Poprowadzila do brodzika, ale dziadka tam nie bylo.
– O, tu je, tu je! – ucieszyla sie na widok duzego „doroslego” basenu. Ale tam tez dziadziu nie bylo.
Pociagnela Babi za reke do sali z goracym basenem.
– Dziadziu! – wolala. Dziadziu nie bylo. Weszla do wody nadal trzymajac Babi za reke. Sprawdzila, ze nie ma tego dziadziu. 
-No widzisz, nie ma – powiedziala zmartwiona Babi. – Chyba bylo mu smutno, ze go nie lubisz i sobie poszedl.
Dziecko nie tracilo fasonu. Wyszlo z goracej wody, poszlo z powrotem, zagladajac w kazde miejsce.
– Mozie tu..Mi ma…A mozie tu…Te mi ma…
Tak doszlo do basenu z ktorego wyszla. Mina nietega.
– Mi ma dziadziu…- oj, jeszcze chwila zrobi sie podkowka.
Babcia nerwowo rozglada sie dookola i mysli „no zglupial, gdzie on lazi!”
Nareszcie widzi na schodkach prowadzacych do wody znajoma sylwetke.
Zuzia rozglada sie w kolo i jest tak zmartwiona, ze nie rozpoznaje albo nie zauwaza dziadka.
– Mi ma…Posied…
Babcia nachyla sie i mowi cichutko
– A zobacz kto tam ?
Buzia Zuzi sie rozjasnia, ale nie biegnie do dziadziu patrzy na babcie wyczekujaco
– To moze idz i powiedz dzidziadu, ze go lubisz, co ? Bo na pewno bylo mu bardzo smutno.
Dziadziu odwraca glowe i usmiecha sie. (No laska boska ze sie naprawde nie pogniewal, mysli babcia)
Zuzia pakuje sie dziadkowi na kolanka. Obejmuje za szyje i szepce
– Psiepjasiam 

Siedzimy w samochodzie, pora jechac do mamus, do domku.
– Nie cie omku, nie cie mamus – protestuje Zuzia. 
– Ale mamus sie za toba stesknila i na pewno bardzo sie ucieszy jak cie zobaczy – tlumacza na przemian babcia z dziadkiem.
Ale oto niesforny promien listopadowego slonca wpada przez szybe samochodu…
– Fieci f oko! –  krzyczy Zuzia. 
– Laly daj! Ty tes – nakazuje chowajac oczy za szklami okularow przeciwslonecznych.
– Dziadziu tes.
Bo nie ma, ze sie nie chce. Wszyscy musza miec te same akcesoria. Inaczej Zuzia jest gleboko zdegustowana brakiem rownowagi w przyrodzie 

 

 

 

Nie czytac przy jedzeniu!

Rano wyslalam do meza…

Rano wyslalam do meza smsa o ekscytujacej trsci „Kocio zrobil kupe! Co prawda wielkosci groszku…”
Sensacja! Do pracy sie niemal spoznilam, bo czekalam na rezultat jego ciezkiej pracy w kuwecie wczesnym rankiem.

Bo Kocio 4 dni na tabletkach przeciwymiotnych. Prawie nie jadl, do miski trzeba bylo go wolac, a i to potrafil powachac i nawet nie polizac jedzenia a jak sie zdecydowal jesc to i tak zostawial polowe choc nakaladalm mu porcje wielkosci lyzeczki od herbaty. Nie wymiotowal ale i nie zalatwial sie. Siakal tylko. 
Od dwoch dni Kocio sie ozywil, mowilam: zaczal sie interesowac jedzeniem, probowal nawet sobie cos upolowac, choc to nie oznaczalo checi do konsumpcji. Ale wczoraj juz wyraznie sie domagal jedzenia, miska wylizana do czysta, Kocio w pozie wyczekujacej przy misce albo na srodku kuchni (wiadomo, nie tylko pies im wiekszy tym bardziej w przejsciu). 
Poglaskany po brzuszku rozkladal sie na grzbiecie, wystawial brzuszek, co wyraznie swiadczylo, ze jeszcze calkiem zdrow nie jest. Normalnie gotow byl odgryzc reke siegajaca do jego brzuszka.

Wiec obserwowalismy Kocia z niepokojem, dopytawali wzajemnie czy moze cos…?
Zamiast Whiskasa Kocio dostawal te maluskie Sheba puszeczki, jadl, choc bez entuzjamu, dietetyczne jedzonko majac w pogardzie.

A dzis! Eureka! Wieczorem zezarl cala, 100g Sheba puszke, a rano warowal przy misce. Zjadl lyzke Whiskasa, chcial jeszcze dalam dietetyczne…i pozarl!
To moze juz mozna odtrabic larum i uznac, ze Kocio bedzie zdrowy ?

 

Pan Kotek i inne sprawy

W piatek po poludniu,…

W piatek po poludniu, po kolejnych przeswietleniach, kolejnym badaniu Kocio dostal tabletki przeciwwtmiotne. Od soboty jedziemy na tychze. Kocio nie wymiotuje. Pije umiarkowanie. Ja malutko i wybrednie. Dietetyczne jedzonko od pani doktor moge se jesc sama. Kocio nie zamierza. Za to malutka , chyba 50g, puszeczka tunczyka od Sheba to moze byc. Kocio pochlonal lyzeczke jedzenia, wylizal miske…i bez awantury sie oddalil. Ze dwie godziny potem zawolalam go na karmienia, ale cwanie zmieszalam tunczyka z jedzonkiem dietetycznym. Bo jednak powinien, bo to dobre dla brzuszka i jelit powiedziala pani doktor.
…Ta pogarda! Ten wyraz pelnego wyzszosci politowania na pyszczku! Ogon w gorze, i odwlok zwrocony w strone miski wyraznie mi powiedzial co moge zrobic z taka mieszanka. Na wszelki wypadek Kocio przez kilka godzin do miski nie zagladal.
Jak juz w koncu zajrzal to poddalam sie. Niech je nie-dietetyczne, byle jadl.
Minela niedziela, minal poniedzialek. Kocio w ciagu calego dnia zjada maksymalnie 100 g jedzenia. Dzielac to na kilka czesci.
Nie wymiotuje. Ale tez i nie zalatwia sie. I to mnie martwi. Dzis ostatni dzien tabletka. I zobaczymy co dalej. Ale niepokoje sie. 
Kocio normalnie, jak dotad posypia przez caly dzien. Inne jest to, ze nie miauczy bez przerwy i nie leci do kuchni na kazdy dzwiek dobiegajacy stamtad. Choc od wczoraj zaczal sie interesowac tym co je kto inny, a nawet probowal mi odebrac beza z reki. Ale jak mu dalam okruszek to powachal i nie zjadl, a zwykle musialam sie prawie o bic o te ciastka.

A poza tym…leje. Codziennie, po kilka godzin. Nocami sie wypogadza, pokazuja sie gwiazdy. Temperatury glupieja. Raz +7 raz -3. No i wieje. Nawiewa chmur i znow leje. Mimo to nadal Komarek wozi mnie do prac. Tyle, ze kilka razy zastrajkowal i nie odpalil, wiec stawiam go do garazu. 

W niedziele poszlismy z na lyzwy. Maz i ja. Maz stwierdzil, zeokolo 30 lat nie jezdzil, ale to przeciez chyba tak samo jak na rolkach. Ledwie wyskoczyl na lod stwierdzil, ze to jednak NIE TO SAMO.
Ja tez nie jezdzilam 30 lat. Tylko, ze ja nigdy nie jezdzilam perfekcyjnie: lyzwy mialam przez dwa  krotkie sezony, potem wyroslam i sie skonczylo. Przy czym i ja i Baska bylyusmy wybitne antytalnety do wszelkiego sportu. To co inny zalapywali w minute nam zajmowalo kilka dni. Niektorych dzien nie opanowalysmy nigdy, mimo bardzo sprzyjajacych warunkow. Takie plywanie na przyklad. Az dziwne, bo ojciec byl sportowiec: siatkarz, pilkarz, wioslarz, plywak. A jego obie corki kaleki. Nie wiem co sprawia, ze tak jest. Strach przed upadkiem? Przed uszkodzeniem sie? Czort wie…
teraz wyszlam na lod i…masakra. Nie puscilam barierki ani na chwile. Nie umialam wprawic sie w ruch. Choc po 30 minutach odnioslam pierwszy sukces: umialam stanac na lodzie. Po nastepnych dwudzestu udalo mi sie za dwa razy odepchnac prawa noga i pojechac kilka centymetrow. Nadal trzymajac sie barierki, ale juz nie odpychajac od niej. W takim tempie to zima sie skonczy nim ja od tej barierki odjade. 
Dobra: kupie sobie lyzwiarski kask, tu wszyscy nosza kaski na lyzwach. Wezme meza ochranicze rolkowe, moze to sprawi, ze mniej sie bede usztywniala?
Ale naprawde…To takie deprymujace widziec smigajacego na lyzwach najdalej trzylatka a samej trzymac sie kurczowo barierki. Na szczescie w Szwecji nauczylam sie NIE MYSLEC, ze jak ktos na mnie patrzy to tylko po to by sie w duchu ponabijac, ze jestem taka kaleka oraz usmiechy sa wyrazem zyczliwosci a nie wyzszosci. To pomaga. 
Niestety lodowisko mam dostpne tylko w niedzle, moze czasem w soboty. Tak to jest tutaj urzadzone.

A po cichu, w glebi duszy mysle, ze jeszcze bym chciala zobaczyc jak bym sie poczula na nartach biegowkach. Ale to kiedys, kiedys jak…

W pracy, u pilkarzy zastoj. Nie ma treningow, nie ma za bardzo co robic. Troche pomoglam wczoraj Johnny’emu, ale dzis gdy przyjechalam zameldowal mi, ze skonczyl bez mnie.
Johnny jest mily. I cierpliwy. Cierpliwie slucha jak sie rozgadam, cierpliwie podpowida mi slowa gdy mi braknie. Wysoki, bardzo szczuply, z bialymi wlosami i ladnym smiechem. Zauwazylam, ze wielu Szwedow ladnie sie smieje. Tak normalnie „ha, ha” a nie jakims zduszonym chichotem. 

Zuzi nie widzialam tydzien. I tesknie. 
Zuzia ma lyzwy. Musimy kupic jej kask i bedziemy mieli alternatywe dla basenu.

 

Pytanie do Polonusa rodaka

Cechą żywego języka …

Cechą żywego języka jest to, że zmienia. To, co kiedyś było błędem teraz staje się przyjętą normą. Napływają nowe wyrazy, a czasem stare wyrazy albo całe zwroty nabierają innego znaczenia, inne zaś odchodzą w „przestrzeń niepamięci”.
I tak, nie wiadomo kiedy, stało się dopuszczalne cieszenie radiem lub kakaem. Tak w zapomnienie odeszły słowa „samowtór” „samotrzeć”. Tak, ni z gruszki ni z pietruszki, wzięło się określenie „coś jest na rzeczy”. I tak dalej.
Kiedyś, w czasach przedinternetowych ci, którzy wyprowadzali się z Polski na stałe, mogli po jakimś czasie mieć problem ze zrozumieniem co mówią do nich ich rodacy, szczególnie ci młodsi.
Teraz już chyba nie ma z tym większego problemu, zdawałoby się. Siedząc sobie za morzem doskonale wiem co dzieje się w moim kraju bowiem czytam, oglądam, rozmawiam ze znajomymi.
A jednak ze zdumieniem odkryłam zwrot, którego nie rozumiem!  Zetknęłam się z nim w ostatnim czasie kilka razy, więc chyba stał się dość popularny. A mnie to umknęło.

Na przykład: Odwodnik pisze, że jak trafia gdzieś na włączony telewizor to się „ZAFIKSOWUJE”.
Co znaczy to określenie? Skąd się wzięło?  Znam określenie „sfiksować”, „sfiksowany” czyli wariować, być zwariowanym. W dawnej młodości spotykałam się też z określeniem, że coś trzeba „zafiksować” i chyba miało to znaczenie „zamówić, schować pod ladę, zabukować”. Teraz, jak widać, słowo to zmienia znaczenie.
Nie obiecuję, że będę używać, ale chciałabym rozumieć co inni mówią lub piszą.

I od razu ostrzegam: jestem konserwatywna. Nadal nie odmieniam kakao, choć radio pewnie mi się czasem zdarza. Ale nigdy, przenigdy nie zgodzę się, żeby chłopiec mówił „poszłem”. I nie zgadzam się na pisanie „puźno” i „nazajutż”. O nie, co to, to nie!

 

Chory Kotek cd

<span style="color: …

Jak ktos ma pecha to mu sie nawet marzenia spelniaja…
Kiedys wyrazilam chec posiadania na wlasnosc tygrysa o wdziecznym imieniu Mruczus.
Kilkanascie lat pozniej, kiedy marzylam o milusim koteczku, dostalam bestie wielkosci zbika i uleglosci pietnastolatki…

Zaprawde powiadam Wam : uwazajcie o czym marzycie, bo moze sie spelnic!

Oraz musialam podac wczoraj Kociowi kontrast. Opowiesc „Jak zaaplikowac kotu tabletke” juz mnie nie smieszy.
Lize rany. Ja lize. Nie Kocio. Kocio jest niewzruszony i zaparty w chorobe. Rzyga konskewentnie po wszystkim przyjetym doustnie.
Przede mna kolejne wyzwania… 

 

 

… kilka godzin później

Za nami kilkukrotne prześwietlenia rentgenem, bo było podejrzenie zaczopowania jelit czymś. Kocio nie jada zabawek i innych takich rzeczy, ale czy ja wiem…? Może suche jedzenie się zablokowało, może jelito się skręciło…Dlatego konieczne było podanie kontrastu a po nim kilkrotne prześwietlenie brzuszka. Które nic dało, poza nabraniem wprawy. Ja się wprawiłem we wrzusaniu kota do kontenerka, kot się wprawił w zapieraniu łapami. Ja mam kilka razów więcej, mąż też, Kocio w kontenerku lądował za każdym razem. Więc remis.
Na szczęście doktor stwierdziła, że kontrast się przesunął ku części wydalniczej, więc jelita są drożne.
Czekamy na wyniki dodatkowych badań, które mają być później.
Tymczasem Kocio znów dostał znieczulenie by można było zrobić kolejny pomiar temperatury ( normalna), oraz podać kroplówkę i lekarstwo.

Od jutro trenuję „Jak podać kotu tabletkę” bo widać kontrast to było za mało.

Chyba naprawdę muszę uważać co mówię.
Zaprzyjaźniłam się z personelem lecznicy. Doktor Katarinę doprowadziłam do szczerego śmiechu, bo widząc jej starania ( nauczyła się wymawiać KOCIO!) zapytałam czy w razie choroby, żeby zostać jej pacjentem mam się postarać o ogon?

Po za tym jestem nieludzko zmęczona…

Zuzia i my – ku pamieci



<p …



          Ja nie widam – mowi Zuzia
– Co takiego ? Co powiedzialas ? – dopytuje sie Babi
– Nie widam tata – powtarza Zuzia
-Aaaa, nie widzisz taty ? – domysla sie Babi
– Nie widam – zgadza sie Zozolek.

          Ciem sioko…! – krzyczy Zuzia do Dziadziu
– Tylko nie na lampe! – zastrzega Babi.
Wiec Zuzia natychmiast chce na lampe. A Dziadziu zawsze spelnia jej zachcianki ( chyba  ze babi przeszkodzi) wiec  podnosi wnusie wysoko, wysoko, az ta siega glowa lampy na suficie.
– Ojej wysoko jestes! – boi sie Babi. Zuzia smieje sie do rozpuku.
– Duzi etem! O! Duzi! Sioko!

Zuzia bawi sie literkami w komputerze. Kazda literka to jedna osoba.
– Zuzia
– Mamus
-Dziadziu
-Babi
-Kota
– …
Zabraklo pomyslow
Babi podwiada, a Zuzia powtarza i przyciska kolejna literke
– Tata, Okal, Bitel…
Znow brakuje pomyslu.
-Pan w przedszkolu..? – podpowiada Babi, bo Zuzia w nowej grupie ma pana, ale Babi go nie zna.
– Fledik
-Pani w przedszkolu ..?
– Ulika
-Ulrika ?
– Tak!
– A moze Erika ?
-Tak! – Zuzia jest zgodna.
– A ten chlopczyk w przedszkolu co tak ciebie lubi ?
-Nio…
– Ale jak on ma na imie ?
-Niooooo
( Potem mama wyjasnia, z ekolega ma na imie Neo, wymawiane wlasnie Nijo)
Znow zabraklo pomslu.
– Moze Kota ? – podsuwa Babi.
-Nieee, Kota jest, o tu – puka Zuzia w literke. Potem rozglada sie.
-Nie ma Kota. Choji. Ojojoj…- martwi sie.

Po wyjsciu z basenu Zuzia sie domaga

          – Tleta!
Ostatnim razem zamiast Babi byla mama i nie mogla zgadnac co Zuzia chce. A Zuzia po basenie zawsze jest glodna, wiec Babi ma dla niej domowej roboty köttbullar – czyli malutkie kuleczki z mielonego miesa.

Inaczej Zuzia jest kaprysna i przekorna.
Wczoraj mimo kotleta tez nie chciala sie ubierac. Zalozyla legginsy i koszulke, a dalej ani myslala. Po kilku minutach perswazji Babi lojalnie ostrzegla dzieciaka
-Zaraz bede na ciebie zla
Dzieciak z mina niezalezna nadal przekrecal zamki w szafkach i tylko lypal okiem czy Babi juz jest zla. Babi wreszcie przybrala mine ”teraz juz jestem zla”. Zozol przekrecil jeszcze jeden zamek…A potem przetransformowal w Malego Kotecka. Kotecek miauknal z daleka. Babi usmiechnela sie serdecznie.
-O, jest moj maly kotek. Choc kotku dom nie, to cie poglaszcze.
I kotek przyszedl. Babi poglaskala kolo ucha i pod broda, bo kotki to lubia.
– Ale kotek powinien mruczec przy glaskaniu – upomniala sie Babi. I Kotek zaczal mruczec.
I tak mruczac dal sobie zalozyc bluze, i kurtke i czapke, i szalik…Potem na czworaka wyszedl z szatni do hallu. A tam Maly Kotek przetransformowal sie w dziewczynke.
-Nima dziadziu ? – zmartwila sie.
– Dziadziuuuuu! –zawolala.- Ooooo, jeeeee!

 (Kot nadal chory)

 


Kocio cd

Badanie ręczne nie …

Badanie ręczne nie wykazało niczego niepokojącego. Podwyższona temperatura. czekamy na wynik z krwi, jak będzie infekcja dostanie antybiotyk. Dostał kroplówkę podskórną – w 10 min pół worka płynu podskórnie na karku. Płyn się wchłonie stopniowo w ciągu najbliższej doby, Kocio nie będzie się odwadniał mimo, że nie będzie pił, bo picie może nasilić wymioty.

Największy stres to było zapakowanie Kocia do kontenera – jeden gustowny sznyt na ręce to nic w porównaniu z szyciem głowy, nie ?
Potem, na miejscu zastrzyk usypiający a reszta to już lekko…

 

Ze spraw humorystycznych.
Pielęgniarka-rejestratorka na widok naszego kontenerka zrobiła oczy. A potem doń zajrzała…Jej mina – bezcenna.

Lekarz weterynarz wchodząc przedstawiła się:
– Katarina
– Ja też …

Lekarz na widok Kocia w kontenerku
– Oj, ale duży!

Lekarz na widok uśpionego już kota, w lecznicowej klateczce, na wadze pokazującej 11kg.
-Takiego dużego kota jeszcze nie widziałam. (Ja tam widziałam, w śmietniku koło mojego domu w miasteczku mieszkały tylko takie)

Nadmieniam, że lekarz ma co najmniej 40lat …praktyki.

Wierzę, że będzie dobrze.
Koty żyją do 18lat, a czasem nawet i 25.
Wizyta kosztowała mnie 2 tysiące koron i teraz Kocio MUSI dożyć do późnego wieku, bo inaczej będę mu wypominała, że tyle na niego wydałam!