O, tak pomagam Pańci

O, tak pomagam Pańci

Jest wesoła, chce się bawić, przytulać, witać z tymi co się do niej uśmiechną. Je normalnie, pije normalnie, kupsko wali jak trzeba. Daje się czochrać, po tej guli też, czyli jej nie boli.
To może naprawdę nic strasznego.
Nieśmiało nabieram oddechu
eM odkrył gulę na szyi Tosi. Gula musi być świeża, bo przecież Tośka jest tak często przez nas głaskana, przytulana, tarmoszona, że nie możliwe, by był tam długo.
W poniedziałek mamy wizytę u lek… weterynarza.
Trzymajcie kciuki.
…To nie będzie wesoły weekend…
Mam dziś łeb jak sklep.
Wczoraj cały dzień spędziłam z dwiema mocno nieogarniętymi osobami.
Ja przepraszam, zabrzmię teraz zarozumiale, żeby nie rzec: pysznie, ale naprawdę. Mówię wam.
Obcowanie z ludźmi mniej inteligentnymi jest bardziej męczące od obcowania z kimś, kto przerasta nas intelektem.
Nie wiem czy wy tak macie. Ja mam tak, że spotkanie z kimś kto w moim mniemaniu bije mnie na głowę erudycją i intelektem sprawia, że z jednej strony owszem bywam zmęczona, z drugiej mnie to uskrzydla. To taki przyjemny wysiłek, od którego mózg pęcznieje od endorfin.
W drugim przypadku czuję się zwykle jak wół na ugorze. Ciągnę ten pług, oram (czy orzę?) i oram, naszarpię się, zmęczę, a dwa dni później ona lub on zadaje mi pytania na które odpowiadałam już sto razy.
I pół biedy kiedy mam do czynienia, excuse moi, z fryzjerką.
Ale jak mam do czynienia z osobą, która macha sztandarem Wyższego Wykształcenia, to do zmęczenia dochodzi jeszcze głęboka gorycz wynikająca z rozczarowania.
Mówię wam. Polska zrobiła wielką krzywdę wielu ludziom, bo dała możliwość ukończenia studiów i zdobycia magistra zbyt wielu osobom. Osobom, które zamiast wyuczyć się porządnie fachu rzemieślniczego, zostać szewcem, spawaczem czy stolarzem, poszły na płatne studia, skończyły wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie w Pcimiu i teraz mówią o sobie ” jestem prawnikiem”. I cała wioska mówi o takim delikwencie „on jest prawnikiem”. Z podziwem i czcią niemal nabożną oraz głęboką wiarą w mądrość tego osobnika. „Magistra skończył” to jest mądry, nie?
Że pan prawnik w życiu żadnej książki nie przeczytał, bo zwyczajnie ma problem w czytaniu i rozumieniu tekstu to już tego nikt pod uwagę nie bierze. Gawiedź widzi w nich bohatera rodem z MagdyM.
Taki „Gieniusz” zasiada potem w na coraz wyższych stołkach. Najpierw w sołectwie, potem w gminie, w radzie miasta, wreszcie dochrapuje się urzędu burmistrza albo starosty powiatowego. I wpada na genialny pomysł typu ” Przekopmy Mierzeję!”. Albo zróbmy jezioro w środku miasta, wszak tam i tak bagno stoi cały rok…
A gdyby taki Gieniuś skończył porządną zawodówkę, nauczył się zawodu to i buty byłoby komu naprawiać i społeczeństwo może by lepiej wiedziało, że z krowy orła nie będzie. Po prostu nie i już. I że nie ma w tym nic złego. Przeciwnie. Społeczne zapotrzebowanie jest mniejsze na dyrektorów niż na szewców.
Czasem mam wrażenie, że los o mnie zapomina. I żeby cokolwiek mieć to muszę się naszarpać, nawalczyć, żeby choć strzępek powodzenia mieć dla siebie.
Ale raz na jakiś czas ten los sobie o mnie przypomina, jak matka o tym mniej lubianym dziecku, czuje się winny i stara mi się wynagrodzić. I wtedy zsypuje się na mnie tyle wszystkiego, że nie wiadomo pod co ręce podstawiać. Kumulacja. Może w takie dni powinnam jeszcze w lotto zagrać?
A niby takie drobiazgi…
Helena, sąsiadka ze starego bloku zadzwoniła…ot, tak pogadać.
Klientka nowa zadzwoniła…i przychodzi do mnie ze swoją firmą. A firma to osoba prawna, takie coś jak polska spółka z o.o. Jeszcze takiej nie mam, nie robiłam, będzie trudno…
Ale zadzwoniłam do Iriny -Rosjanki. Ona właśnie to robi, ją nauczyła jej szefowa, której się zmarło kilka lat temu. Irina dostała po niej firmy i pracuje na własny rachunek. Zapytałam ją czy mi tę księgę zamknie. Zgodziła się i cenę podała niewygórowaną.
I się na kawę chcemy umówić.
I zdecydowałam się, że zaproszę rodziców Mela na śniadanie w niedzielę wielkanocną. Napisałam do Misi a tu się okazuje, że plany są inne. Jedziemy wszyscy do ich domku nad jeziorem. I PannaS będzie. I nawet eM nie sarkał, tylko się tak jakby lekko ucieszył.
PannęS to chyba rozniesie ze szczęścia, bo będzie wkoło niej rodzina, a ona to uwielbia.
…Tylko Tosia nie pojedzie chyba, bo jedzie jakieś Kociszcze. A co za frajda trzymac 40kila przez dwa dni na smyczy. Ani dla niej ani dla mnie.
Dobra Kwietniu. Ładnie zaczynasz, kontynuuj.
Po ponad dziesięciu latach mieszkania w Szwecji dojrzałam do tego by wreszcie gdzieś się ruszyć. Sama. Środkami komunikacji publicznej, bo wstyd się przyznać, zwłaszcza jak człek ma duszę obieżyświata, że jak dotąd poruszałam się po Szwecji wyłącznie autem zaprzęgniętym w męża.
Inna rzecz, że korzystanie z środków komunikacji publicznej to w Szwecji luksus taki, jak lot samolotem w Polsce. Połączenia są słabe a bilety kosztują fortunę.
Teraz wybieram się w okolice Helsinborga. Od mojej Mieściny jest to dystans około 400km. W Polsce znalazłabym bez problemu połączenie między jednym miastem a drugim. Zwłaszcza, że gotowa jestem dojechać te 60km do pobliskiego Skövde czy Trollhattan. Ale nie, nie. Nie ma bezpośredniego połączenia tych miast z Helsinborgiem. Muszę z Mieściny dojechać do Göteborga i dopiero stamtąd mogę jechać bez przesiadek.
Z Mieściny nie wyjadę busem, muszę pociągiem. A szwedzkie pociągi mają opinię mało punktualnych.
No, ale bilet na autobus Göteborg-Helsinborg i z powrotem kupiłam.
Jadę za dwa tygodnie, dokładnie w niedzielę palmową.
Mam dwa tygodnie by zamknąć miesiąc luty2019 i rok 2018 u wszystkich klientów, wtedy pojadę spokojnie.
A poza tym zmienili czas i strasznie mnie wkurza bo znowu nie wiem która jest godzina. Nie mówiąc już o tym, że boję się iż znowu będę miała problemy ze spaniem. Bo od prawie dwóch tygodni sypiam lepiej – widać mój zegar biologiczne wreszcie się przestawił…i masz. Szczególny rodzaj sadyzmu.
Znacie kogoś kto lubi zmiany czasu? Albo są przynajmniej obojętne?
A może znacie kogoś, kto umiałby wytłumaczyć dlaczego, w jakim celu jesteśmy zmuszani do tej tortury?
Dwa tygodnie temu Tosia skończyła 4 lata. Dla niej to już półmetek…lub prawie. Robi mi się smutno jak widzę znaki czasu. Jeszcze nie tak dawno pierwsza była do wyjścia niezależnie od tego kto i o której wychodził. Na spacerach szła biegła szybko od drzewka do słupka, do fontanny, do człowieka, do pieska. Widząc kogoś znajomego brykała, próbowała dać buzi i rzucić się na szyję, kręciła się tak, że istniała obawa iż zawiąże się na supełek, a ogon wywijał dziarskiego młynka. Za miastem w lesie to już było zupełna szaleństwo. My do przodu po ścieżce- ona w poprzek. No i każde podwyższenie: kamień, ławka, murek była dla niej zabawą. Wskakiwała na to z rozpędu, cała szczęśliwa.

Dziś…
Kiedy eM rano szykuje się do pracy Tosia najczęściej śpi i nawet głowy nie podniesie. Czasem, jeśli ja nie śpię, Tosia idzie się przywitać z Pańciem, ale na widok smyczy wycofuje się rakiem.
Na spacerach ze mną idzie jak stateczna dama, owszem też węszy, ale smycz mam prawie zawsze luźną. Nie rzuca się wszystkim na szyję, na zaczepia każdego kto na nią spojrzy, na widok znajomego dostojnie kiwa ogonem i tylko na Misię nieco bardziej zamaszyście.
Za miastem bywa pobudzona, węszy, znika w chaszczach, ale co chwila przybiega by sprawdzić czy stado w całości. A gdy zawracamy idzie między nami, spoglądając nam co chwila w oczy. I to co najsmutniejsze: na ławki, niższe murki czy kamienie po prostu się wspina. Jeśli są wyższe – po prostu omija. Coraz częściej też zamiast iść kładzie się na ziemi i po prostu oglądu świat.
I tylko jej oczy z roku na rok robią coraz mądrzejsze. Mam wrażenie, że Tosia rozumie znacznie więcej niż nam się wydaje.
A ja przy niej gubię całą moją niecierpliwość. Mam świadomość, że jej czas przecieka jak woda przez sito, szybko, nieubłaganie. Dlatego daję jej czas na poleżenie na ziemi. Na obwąchanie. Pozwalam by to ona wybierała kierunek spaceru, a Tosia zawsze bardzo dobrze wie dokąd chce iść. Daję jej tyle miłości i uwagi ile tylko jestem w stanie. Nie irytuje mnie, że znowu ukradła skarpetkę z kosza na pranie, że jeden z moich kapci zawsze jest gdzieś indziej niż drugi, że rozszarpała zapomnianą torbę na zakupy.
Inna rzecz, że Tosia nigdy nie robiła szkód, nawet jako młody piesek jedyne co nam zniszczyła to listwę przy podłodze.

Jest mądra, stateczna i strasznie przytulaśna. Już wiem, że gdybym miała jeszcze siłę na kolejnego psa to wezmę tylko berneńczyka.
…Fajnie byłoby mieć taką kuleczkę w domu…

Mam zostać wegetarianką?
I co ja będę jeść? Chleb z serem na okrągło? Oraz placki i zupy?
eM w piątek przypomniał
– Mówiłaś o gołąbkach….
Gołąbki. Lubię gołąbki, najbardziej tę kapustę…Mam się tego wyrzec?
Ale mięso? Jeść mięso? Tak jakbym sobie sama ucięła kawałek uda ( jest z czego!) zmieliła w maszynce, dodała przypraw…Świnka to nie to samo?
Któregoś wieczoru zagadnęłam Siwą, która jest pierwszą poznaną przeze mnie wegetarianką. Ha! Siwa nie jadła mięsa długooooo nim stało się cool, fit i co tam jeszcze. Nie dam głowy, ale było to zdaje się w czasach późnej komuny. Czyli jakieś 30lat. I żyje. Na zagłodzoną nie wygląda.
– Siwo, co jeść jak się nie je mięsa?
Dostałam odpowiedź, którą już znałam, ale co ekspert to ekspert. Kasze, ryże (LUBIEM!) warzywa gotowane, najlepiej na parze i nie na miękko (też nie lubię miękkich, papkowatych). Strączki! Strączki w postaci past i pasztetów.
-Hummus już mi się przejadł – ostrzegłam. – Oliwek nie lubię, ani cukinii, ani bakłażana, bo są fu.
Siwej syn też jest z gatunku tych, co wiele rzeczy jest fu, więc Siwa się nie przejęła. Sprzedała mi za to złote myśli swego kolegi.
Zasada 1: suma składników jadalnych zawsze jest jadalna;
zasada 2: suma składników niejadalnych i jadalnych może być jadalna; oraz zasada 3: suma składników niejadalnych często jest jadalna.
No dobra. Znalazłam pomysł na gołąbki z kaszą gryczaną i zieloną soczewicą. Zieloną soczewicę raz robiłam, smakowała jak farsz mięsny jeszcze zanim ją doprawiłam aczkolwiek wyglądała lekko obrzydliwie. Ale po przełamaniu oporu smakowała wybornie.
No to teraz wyzwanie: kupić soczewicę zieloną, sypką. Bo taka w kartonikach to nie-e…chyba?
No dobrze, ale mięso to nie wszystko.
Mam ukochany plecak ze skóry. Oraz dwie pary butów. Oraz portfel. Czy jako wegetarianka powinnam się tego pozbyć?
I co? Zastąpić plastikiem?
Plecak i portfel służą mi od lat pięciu czy sześciu, nie widać na nich śladów zużycia podczas gdy w czasach gdym używała skajowych (teraz się ekoskóra nazywa) musiałam portfel wymieniać co najmniej raz w roku. Oraz buty, mało chodzone, ale porządne o klasycznym kształcie.
Dobra nie dajmy się zwariować. Nie będę wyrzucać dobrych rzeczy, żeby je zastąpić plastikiem.
Oraz ustalmy: nie jestem wegetarianką. Ja po prostu nie jem mięsa. Na razie. Póki co.