Niech was kołysze i wzrusza.
Mark K. A któżby?
Ciekawe czy Martuucha polubi tak, jak Basila…
https://youtu.be/GFnLXbcgmVw
15.2020 Eksperymenta z melatoniną. Nudne. Można sobie darować.
Wreszcie dostałam receptę na melatoninę. Wreszcie ją wykupiłam.
I tu od razu szok i niedowierzanie. Szwedzka melatonina to powinna jako środek pobudzający być sprzedawana bo za 100tabletek zapłaciłam 750kr!
W Polsce kupiłabym bez recepty i zapłaciłabym 125kr. Przy czym Polska melatonina nie jest wzbogacana o magnez. I to też może mieć znaczenie. Bo.
Melatonina dzień 1.
Poprzednią noc spałam od 22 do 7. Potem jeszcze, jak pojechał klient, zasnęłam na co najmniej godzinę. (Tak miewam, albo nie śpię wcale albo śpię i śpię i śpię i ciągle chce mi się spać, ale to rzadziej, i tylko od czasu do czasu.)
O 18 byłam nieprzytomna, bo tak senna.
Ale dotrwałam do 21. Łyknęłam tabletkę z melatoniną 2g.
Wykonałam wieczorne ablucje, a potem do 22 kończyłam książkę
Kate Morton Zapomniany ogród.
Czułam, że zaczyna mnie ćmić w głowie, ale uznałam, że sen to zwalczy.
Zasnęłam. I spałam prawienieprzerwanie do 3:30. Prawie, bo pamiętam, że obudziłam się raz -picie, siku i spałam dalej. Obudził mnie ból lewej strony głowy. Oraz szarpiący ból w stawach prawej (uszkodzonej) nogi. Na głowę wzięłam sumatripan pół tabletki. Na nogę i wspomagająco na głowę dwa paracetamole, ale to po pół godzinie, gdy stało się jasne, że ból ani jeden, ani drugi nie miną.
Po kolejnych trzydziestu minutach ból ustał. Zasnęłam i spałam do 8.
Sny miałam bogate i treściwe.
Chcę sprawdzić czy ta melatonina działa na spanie czy to po prostu tak się zrobiło, że zmęczony organizm nadgania brak snu a za dzień -dwa znowu będę zasypiać o północy, wstawać w nocy co godzinę i z trudem rozklejać oczy o ósmej.
Jedno co mi się nie podoba to ten ból głowy.
Magnez?
W czekoladzie jest magnez, czekolada wywołuje migreny…Czy to to?
14/2020
Czy ja chcę należeć do klubu foto? Coraz rzadziej tam chodzę. Zdjęć swoich już zupełnie tam nie pokazuję bo nikomu się nie podobają. Ostatnio zrobiłam eksperyment.
Na fejsa klubowego wrzuciłam zdjęcie.
I wrzuciłam to samo zdjęcie na inną grupę, też zdjęciową.
Na grupie klubowej zdjęcie dostało może z 5 lajków. Ale była informacja, że wyświetliło je kilkanaście osób.
Na innej grupie – ponad 70 lajków + serduszka i inne WOW.
No dobra, na grupie foto jest mniej członków, a na tej drugiej to pewnie wiele osób kompletnie się nie zna na fotografii.
Ale mimo wszystko – kilkanaście osób, które wyświetliło zdjęcie…i nic? Żeby choć uwaga „byłoby lepsze gdybyś tu przycięła a tam rozjaśniła”
Albo „chciałbym je zobaczyć na żywo, bo u mnie na ekranie wygląda kiepsko, ziarniste i nieostre”.
Albo „nie podoba mi się bo jest banalne – wszyscy fotografują to miejsce w ten sam sposób”.
A tu nic. Beton. Cisza.
Czasem mam ochotę napisać im na fejsie taką epistołę…Ale potem sobie uświadamiam, że reakcja będzie znowu taka sama: cisza. A ja się poczuję jak idiotka.
Więc może pora powiedzieć im „hej då”?.
Zabezpieczony: .
13/2020 Wspominkowy
Kto mnie zna ociupinkę dłużej wie, że miałam kiedyś kotka. Miałam też innego pieska. Kocio i P_Sunia były parą wyjątkową. Tak wyjątkową, że pisywałam o nich opowiadania. Gdy przenosiliśmy się do Szwecji było dla mnie i mojej rodziny oczywiste, że zwierzęta jadą z nami. Nie dało się ich zabrać od razu, ale pół roku po moim wyjeździe zabrałam Futrzate Towarzystwo do Szwecji.
P_Sunia była mieszańcem, czarno-brązową, długowłosą, radosną sunią z krzywymi łapkami, klapniętym uszkiem i puchatym ogonkiem zwiniętym w precelek.
Kocio…Kocio był kotem niezwykłym. Półdzikim, tolerującym jedynie najbliższą rodzinę. Był biały w czarne łaty …i wielki. Naprawdę wielki. W swych najlepszych czasach ważył nawet do 12 kilo, ale nie był spasionym kocurem jak Garfield. O ile dobrze pamiętam w kłębie miał około 45cm wysokości. Razem z ogonem był długi na ponad metr.
No i miał charakter. Jaki? Poczytajcie niżej.
– Dzień dobry, tu Trolla . Umawialiśmy się na dzisiaj – zameldowałam się przez telefon.
– Acha, to przyjdzie pani ?
– Wie pan…- zawahałam się – wolałabym, żeby to pan do mnie przyszedł. Bo klatki nie mam.
Westchnął. Sapnął.
– To o 15 ?
Ucieszyłam się.
– o 15. – przytaknęłam.
Miłe złego początki…
O 15 stukanie do drzwi. P-Sunia oczywiście pierwsza, ze szczekaniem, bo wiadomo – ludzie to naiwni jak dzieci są i trzeba ich pilnować. Kocio zza winkla łypie „ kogo znowu diabli niosą, skaranie z tymi ludźmi, łażą, jakby własnych domów nie mieli „ .
Pan doktor wszedł dzierżąc klatkę , spojrzał …
– O! – utknął w progu wyraźnie skonsternowany spoglądając to na kota, to na klatkę, to na mnie.
– Co tam ? – zainteresowałam się nagłym stuporem przybysza
– A, Kocio ? Mój pieszczoszek malutki ? – ucieszyłam się, że piękno mojego pupila ma własności powalające. Lekarz weterynarii , niepozorny blondynek z zaokrąglonym brzuszkiem, wpatrywał się w kota z mieszaniną zgrozy i podziwu na twarzy.
– No przecież mówiłam, że jest spory – rzekłam obronnie.
– Tak. Mówiła pani. – przytaknął z goryczą.
Ocknął się, ustawił tobołki, otworzył klatkę.
– Muszę go uśpić, potem zabiorę do lecznicy i tam zaczipuję. – wyjaśnił.
– Proszę go złapać i przytrzymać – polecił.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Westchnęłam. Bez przekonania złapałam Kocia za kark. Suka doskoczyła z radością .Warknęłam na nią :
– Poszła…!
Doktor podszedł z wystawioną igłą. Kocio się szarpnął. Potem prychnął. Potem zawył. Potem zasyczał. Potem się wyrwał i zwiał. Usiadł w przedpokoju i z godnością polizał prawą tylną łapę.
– Kocio – przybrałam słowicze tony – Kocio, chodź. Kici Kici.
Nawet na mnie nie spojrzał, drań jeden. Podeszłam. Na co on się zerwał i posterował w stronę michy. Ja za nim. Za nami P-Sunia. A za nią Doktor. Kocio wskoczywszy na lodówkę, wypalił mi baranka, zignorował P-Sunię, nasyczał na Doktora, nad którym tym razem wyraźnie górował.
Wycofaliśmy się. Doktor ze swoich tobołków wyjął rękawice skórzane. Na dźwięk otwieranych toreb Kocio natychmiast zjawił się w pokoju. Założyłam rękawice i znów napadłam na niego. Złapałam za kark. Suka doskoczyła z radością .Warknęłam na nią :
– Poszła…!
Doktor podszedł z wystawioną igłą. Kocio się szarpnął. Potem prychnął. Potem zawył. Potem zasyczał . Potem się wyrwał i zwiał. Usiadł w przedpokoju. Z godnością polizał drugą łapę. Doktor zbliżył się do niego. Kocio miauknął przeciągle i groźnie, zasyczał, odskoczył pod ścianę.
– A może go pani na ręce weźmie po prostu?- zaproponował Doktor.
Spojrzałam. Przełknęłam cisnące się na usta pytanie czy zgłupiał.
– Nie ma mowy. Już raz miałam szytą głowę- wyjaśniłam. Zamknęłam Sukę w łazience, bo jej entuzjazm w zaganianiu kota wydał mi się co najmniej niestosowny.
– Może go czymś owinąć ? – zasugerował Doktor. Wyciągnęłam ręcznik, zarzuciłam na Kocia, zacisnęłam ramionami. Doktor podszedł z wystawioną igłą. Kocio się szarpnął. Potem prychnął. Potem zawył. Potem zasyczał . Potem się wyrwał i zwiał. My za nim. Doktor ze strzykawką, ja z ręcznikiem.
I tak jeszcze ze dwa razy. Kocio był coraz bardziej wściekły. Doktor coraz bardziej zniecierpliwiony. Ja- coraz bardziej bezradna.
– Skąd go pani wytrzasnęła?- zapytał gdyśmy po kolejnym pościgu odpoczywali.
– Dziecko przyniosło …- wskazałam palcem na Miśkę, nieporuszenie tkwiącą przed komputerem.
Doktor popatrzył na moją córkę z wyraźnym obrzydzeniem, choć niebrzydka z niej panna.
Kot na środku pokoju obwąchiwał klatkę.
– Może sam wejdzie – wyraziłam nadzieję.
– To na nic: muszę znaleźć mięsień żeby się wkłuć –
Kocio wszedł do klatki do połowy i natychmiast wycofał się rakiem. Popatrzył wyraźnie zdegustowany :”ledwie głowę wsadziłem i już miejsca nie ma?”. Podniosłam się. Doktor też.
Kocio prychnął. Potem miauknął. Potem zawył. Potem zasyczał . Doktor znieruchomiał. Kot wpatrywał się w jego oczy nieruchomym, żółtym, groźnym spojrzeniem i wył. Poszłam do kuchni po stary wypróbowany uspokajacz- szynkę. Usiadłam na dywanie, Kot prawie odgryzł mi rękę. Doktor zaszedł od tyłu, ukłuł Kocia i odskoczył. Kot leniwie obejrzał się do tyłu i znów skupił na szynce. Doktor udawał, że patrzy w sufit.
Po 15 minutach Kot uciekł do kuchni. Tylko mu się łapki plątały. Poszliśmy za nim z rękawicami i ręcznikiem. Potrząsał łbem. Gdy poczuł Doktora znów zaczął wyć. Tylko uciekać nie miał siły. Owinęłam go ręcznikiem i włożyłam do klatki z której zdjęliśmy górę. Szarpnął się. Prychnął. Zawył. Zasyczał. Wyskoczył i uciekł pod ścianę. Znów go owinęłam, włożyłam na spód od klatki, doktor górę zatrzasnął natychmiast. Kocio wył, prychał, ale uciec już nie mógł. Było po 16. Ja byłam cała mokra. Doktor też.
W lecznicy, gdyśmy otworzyli klatkę, Asystentka zamarła z oczami jak stare piątki z rybakiem.
– O matko…- jęknęła – To już rozumiem czemu pani nie mogła z nim przyjść. To jakaś rasa ?
– Taaaa…Warmińska śmietnikowa – wyjaśniłam.
Asystentka zaczęła wypisywać dokumenty.
– Jakie imię wpisać temu hm….kotkowi? – zapytała
Zacukałam się.
– Zjeżdżajstądtydraniu? Ale to chyba za długie? – popatrzyłam. Z wrażenia przypomniałam sobie, że siedem lat temu, będąc małą koteczką*, Kocio otrzymał imię Piątek.
Kocio tymczasem wydał z siebie złowrogi pomruk. Na szczęście ruszać się nie mógł. Dostał kolejny zastrzyk uspokajający. Potem czip. Potem szczepionkę od wścieklizny.
Ja wieczorem dostałam gorączki. Za dużo empatii ?
*Tak, Kocio przyszedł do nas jako malutka koteczka, skrzywdzona przez PSA. Weterynarz potwierdził, że to kotka!
12/2020
Dziś znowu było słońce. Zapraszam więc do galerii z chabaziami i Tośką zapierająca przed powrotem do domu.














eM głaszcze Tośkę choć wygląda jakby ją łapał za kark. Zwracam uwagę na psie łapy w pozycji: nie dam się zawlec do auta!!!i 
Postawiła na swoim 😀
11/2020
Dziś sobota więc po psim spacerku tradycyjnie poszłam na przechadzkę po sklepach. W sumie docelowym punktem jest zawsze mieszczący się nieopodal Torget second hand należący i prowadzany przez zielonoświątkowców.
Zaszłam do Lindexu – sieciówki ubraniowej. Obok jest Cubus, ale ich omijam zawsze wielkim łukiem, bo już H&M i rozmiarowo i jakościowo jest od Cubusa o całe niebo lepsze.
Zwykle w Szwecji 26 grudnia zaczynały się wielkie wyprzedaże. Całe sklepy były obwieszone czerwonymi szyldami -SALE albo REA(po szwedzku). No i oczywiście UPP TILL 50%! UPP TILL 70%! Czyli do 50 albo do 70 procent obniżka ceny. I to nie tylko sklepy ubraniowe. W zasadzie wszystkie sklepy, poza spożywczymi, miały takie szyldy.
W tym roku zauważyłam, że owszem: 26 grudnia sklepy otwarto, ale ilość towarów na wyprzedaży nie różniła się od znacząco od zwykłych wyprzedaży. W tych nielicznych pozasieciowych butikach, które jeszcze się oparły konkurencji, wyprzedaży właściwie w ogóle nie było.
Było też bardzo mało ludzi.
Pamiętam taki czas, dziesięć, dziewięć lat temu jak Miśka chciała sobie coś kupić to w kolejce do przymierzalni stałyśmy dobre kilkadziesiąt minut. A sklepy wyglądały jakby przeszedł przez nie huragan mimo przedpołudniowej pory.
Nie zauważyłam kiedy się to zmieniło, bo od jakiegoś czasu nie daję się nabierać na wyprzedaże. Owszem chadzam, zaglądam, ale tylko wtedy gdy szukam czegoś konkretnego – np. teraz szukam tshirtów z długim rękawem. Bo w krótkim od jakiegoś czasu marznę.
Dziś zaszłam więc do Lindexu. Jakoś przybyło towaru z czerwonymi metkami, ale nie znalazłam niczego dla siebie, więc poszłam. Byłam też w sklepie z torebkami. Szukam torbo-plecaka. Ale – SKÓRZANEGO. Takiego by bez problemu zmieścił się tam mój Nikon+dodatkowy obiektyw + portfel+etui na okulary. I zanim mnie zlinczujecie za ową skórę to posłuchajcie co wymyśliłam.
Skóra – prawdziwa, z zabitego zwierzęcia jest lepsza od wszelkiej maści „ekoskór” Po pierwsze: jest trwalsza oraz organiczna. I to w zasadzie mogłoby być wszystko, ale mam jeszcze dwa argumenty.
Po 2: uznaję tylko skórę niebarwioną – więc odpadają chemiczne farby.
Po 3: skoro zwierzę i tak zostało zabite to niech każda jego część czemuś służy.
Gdyby społeczeństwo przestało zabijać zwierzęta na jedzenie to ja chętnie przerzucę się na torby z tkanin. Ale „ekoskórom” mówię NIE. Ani to ładne, ani to trwałe, a już na pewno nie jest to EKO.
Myślicie, że jestem hipokrytka, bo nie jem mięsa ponieważ nie chcę przykładać ręki do ich zabijania, ale torby skórzane chcę? Może i tak…
Ale po to między innymi biegam do second handu: a może znajdę coś takiego, czego potrzebuję, tylko używanego?
W ogóle second hand działa na mnie stopująco. Jeśli napalę się na jakiś zakup – zwykle nie chodzi o ciuchy, bo ciuchy już od dawna mnie nie „napalają” (no, może czasem, jak ten szal do kiecki na ślub). Zatem jak się napalę na kupno czegoś tam to dobrze mi robi przejście się do second handu. I popatrzenie. Zazwyczaj okazuje się, że mogę tę lub bardzo rzecz kupić za ułamkową wartość właśnie w „szmateksie”.
Ileż tam jest rzeczy! A najwięcej jest chyba tego wszystkiego co mieści się w szeroko pojętym określeniu HOBBY. Sprzęt sportowy, narzędzia, obrazy, książki, płyty, kolekcje znaczków, kolekcje kufli, krosna, druty i szydełka…”A tych wagonów jest ze czterdzieści, sam nie wiem co się w nich jeszcze mieści”.
I gdy tak chodzę, dopada mnie smutna nieco myśl, że przyjdzie taki moment gdy i moje książki, i moje włóczki, i szmatki, i zdjęcia – wszystko to znajdzie się właśnie tam. To sprawia, że potem, w ciągu tygodnia ilekroć ręka się sama po coś wyciąga, mózg mi mówi: po co masz wydawać tyle kasy na coś co i tak trafi do second handu. Zamiast płacić 120kr za 100g czystej wełny w sklepie online, kupię w second handzie wełnę za 20kr-30kr za 200g.
I mam wrażenie, że coraz więcej ludzi tak myśli. W sobotnie przedpołudnia najwięcej ludzi jest zawsze w „szmateksach” podczas gdy w zwykłych sklepach panuje tylko trochę większy ruch.
A wy?
Lubicie second handy?
10/2020

Tosia ma się coraz lepiej. Przewdczoraj na spacerze wlazła na kamień. Dobra – umówmy się: niezbyt wysoki i płaski oraz suchy. Na inny bym jej nie dała. Ale mimo wszystko…
Wczoraj zastałam moje łóżko z lekko rozkopane co oznacza jedno: Tosia tu była. I znowu to, co normalnie mogłoby irytować – teraz cieszy. Bo skoro włazi na łóżko i na miękkim podłożu rozwala poduszki i ściąga narzutę to znaczy, że ma siłę i że jej nie boli.
Od 5 lat sobie powtarzałam, że nie ma co się z takich powodów irytować, bo przyjdzie czas, gdy będę chciała by to się stało. Podkradanie kapci, części garderoby, rozkopywanie łóżka oraz kłaki, kłaki i raz jeszcze kłaki.
Mówię wam, nie masz większego szczęścia niż kłaki i zgubione kapcie.
Pogoda tej zimy jest naprawdę wyjątkowa. Jak mieszkam tu 11 lat to nie było jeszcze takiej pogody. Wietrznie to tu zawsze jest, ale nie było takiej zimy, żeby wiało tak mocno cały czas. Wiatr zatrzymuje się na kilka godzin a potem wraca ze zdwojoną siłą. O ile kiedyś patrzyłam na wskaźnik prędkości wiatru i mówiłam:
5m/s -oj, wieje.
Przy 10m/s mówiłam – o kurde, ale huragan
O tyle teraz jak widzę owe 5m/s to myślę: o prawie bezwietrznie. A dopiero przy 8-9m/s mówię: o wieje.
No i pada. Pada. I pada.
Rzeka ma poziom taki, jakiego nie pamiętam. Jezioro wróciło tam gdzie było wcześniej, zabrało plaże, zalało wyrosłe drzewa. Nad Skandynawią utkwiły chyba całe ziemskie zapasy deszczu. To dlatego Australia płonie.
U mnie po zapaści emocjonalnej znowu nieco lepiej. Podjęłam jakąś tam decyzję. Teraz czekam na drugą stronę.
Yankie poszedł do pracy. Nie ekscytuję się, bo to nie jest praca w zawodzie tylko zwykła robota na produkcji gotowych dań. Cały dzień stania na nogach, praca fizyczna, kiepsko płatna. Ale wreszcie coś. Cokolwiek. Może da mu to chwilę oddechu, zdejmie presję, że musi, koniecznie musi zacząć pracować i zarabiać.
Rzadko widuję Zozo. Ciągle coś. A ona rośnie i rośnie. I jest już taką poważną panienką. Za pół roku kończy 10lat! Ten czas to jednak…
Tęsknię…
9/2020
Zniechęciłam się do pracy.
Zniechęciłam do życia w tym systemie. Naprawdę najchętniej uciekłabym gdzieś…Tylko gdzie?
Może to dlatego, że kilka dni temu na aplikacji earth oglądałam Ustkę. I natknęłam się na mały, szaro otynkowany domek. Taki zwykły domek. Płotek z zielonej siatki. Za nim kawałek ziemi. A potem ten mały, parterowy domek. W oknach jakieś firanki i kwiatki. Przed płotkiem zwykły chodnik.
I coś mnie ścisnęło.
Bo ten domek przypomniał mi inny, też niepozorny domek, stojący na rzeką.
To nie był mój domek, nigdy w nim nie mieszkałam, nigdy nie spotkałam jego mieszkańców. Ale jakoś tak wraz z wizją przyszło uczucie…
Zatęskniłam. Zatęskniłam do uczucia bycia na swoim miejscu. U siebie.
Nie umiem tego wyjaśnić. Szukam od kilku dni odpowiednich słów, ale jedyne co znajduję to słowa: dryfuję jak kępa trawy na wodzie. Nie umiem zapuścić korzeni. Nie czuję, że Szwecja to mój dom. Oczywiście są rzeczy, które lubię, ale…No właśnie chodzi o ten zwrot „są rzeczy, które lubię”. Mieszkając w Polsce nigdy nie zastanawiałam się czemu tam mieszkam i nigdy nie przyszło mi do głowy mówić „oczywiście są rzeczy, które lubię i takie których nie lubię” . Nie musiałam szukać uzasadnień. Mówiłam „wkurza mnie, że…” „cieszę się, że…” ale to było komentowanie a nie uzasadnianie. Mówicie „semantyka”?
Mówicie „to wróć”? Rzecz w tym, że jak już wyciągnęłam swoje nędzne korzonki otrzepałam starą ziemię to nie umiem ich na powrót wsadzić.
Pomijam logistyczne aspekty: mieszkanie, praca, rozłąka z rodziną.
Ja po prostu mentalnie się oderwałam od podłoża. I nie umiem do niego wrócić. Gdybym umiała – zapuściłabym korzonki tutaj. A tak…jestem tu bo tak mną rzucił prąd. Więc dryfuję.
8/2020
Pies mi się naprawił!
Znowu szaleje na spacerze, domaga się rzucania czegokolwiek, bryka tak, że nie wiadomo czy ona macha ogonem czy ogon nią. W domu, z radości potrafi stawać na tylnych łapkach tylko (ale jej nie pozawalamy). Wskakuje na najniższą kanapę.
Leczenia działa!
Yupi!


Unika kontaktu wzrokowego, stoi kilka metrów ode mnie, ogon między nogami, a cała sylwetka odchylona od narzucanego kierunku.
Sztorm wczorajszy przyniósł słońce. Nasze małe morze jeszcze rozhuśtane, plaża zalana i zasypana wyrzuconymi śmieciami. Na szczęście w większości to śmieci organiczne: korzenie, pęki trwa i wodorostów, gałęzie choć trafiła się i jedna czapka z daszkiem.
Pięknie. I ludzi prawie wcale to piesku mógł poszaleć.






