24/2020

Dzieci były grzeczne aczkolwiek chłopiec (lat6) przejawiał ogromne zaciekawienie wszystkim dookoła a najbardziej tym czym nie powinien. Np. moim aparatem, który leżał zdawałoby się wysoko…Złapałam nim ściągnął.
Mam nauczkę, że czasem ciekawość jesy silniejsza od dobrego wychowania. Bo Gulsum swoje dzieci wychowuje. Np. nim do mnie przyszli obejrzeli zdjęcia Tosi, Gulsum wytłumaczyła, że pies to nie zabawka, że jak nie chce być głaskany to trzeba przestać itd, a to, że jest duży nie znaczy, że zje i trzeba się bać.
Bihter się tylko śmiała, poklepała psa, ale nie wzbudzał w niej żywszego zainteresowania.
Za to Berk-Rafet* był tak równie mocno zafascynowany jak i przerażony psem.
Tośka oczywiście ucieszyła się z gości, bo jak wiadomo dzieci to znaczy dodatkowa porcja miłości i głaskania. Ale jak się okazało, że jednak nie, to się pieseczek maleńki uwalił Gulsum na kolanach.
Muszę przyznać, że dzieci były kompletnie nieuciążliwe. Po upływie dwóch godzin Berk zaczął się chyba lekko nudzić, bo wtedy zaczął przejawiać zainteresowanie otoczeniem. Musze pamiętać by powiedzieć Gulsum, że ma dobrze wychowane dzieci. W dodatku są kontaktowe. Całkiem fajne dzieciaki. Z takimi to ja mogę czas spędzać…nie ciągle, bez przesady, ale od czasu do czasu…

*Gulsum miała problem z nazywaniem swoich dzieci. Bihter miała już nadane imię a potem zmienione na Bihter. To samo z chłopcem.

A potem goście poszli, Yankie wrócił z wyprawy na roznoszenie CV w sąsiednim Mieście. I pojechaliśmy na spacer z Tośką.
Było słonecznie i wiatru prawie zero, ale w cieniu jakieś minusowe temperatury.

Kinnekulle na zdjęciu nr 1500 100 900 😉
oraz Tosia tez na zdjęciu tysiącpięćsetstodziewięćsetnym.
i jeszcze raz Kinnekulle…

23/2020

Czwartek, 13 lutego. Słonecznie, wiatr słaby i umiarkowany…choć accuweather mówi, że silny i porywisty …hm…
Rano był słaby teraz mogło się zmienić.
Zielone wyłazi z ziemi. Dziś widziałam zielone z żółtą główka, wczoraj niebieskie na zielonym oraz zielone pąki na takich krzaczorach co zawsze pierwsze wypuszczają liście.
Czy Zielone wie, że będzie już ciepło czy Zielone zglupiało i MYŚLI, że wie?
Nie chce odpowiedzieć.
Posprzątałam w domu, ale tak porządnie, włącznie z męską toaletą, zmianą narzuty na kanapie firmowej i omieceniem kurzu oraz wytarciem podłogi. Pies zmienia sierść, więc i tak mus był. Poza tym Gulsum przychodzi :D, ale z dziećmi 😦
No nie przepadam za dziećmi. Trzeba się skupiać na nich zamiast na czymś innym. Przeżyję…chyba.

Obejrzałam Boże Ciało.
I chciałabym odobejrzeć. Albo dostać amnezji na ten temat.
Ja wiem, że złe rzeczy się dzieją. Ale żeby je zaraz pokazywać tak…realistycznie? Sztuką jest pokazać złe rzeczy tak by zrobiły wrażenie bez nadmiernego epatowania realizmem. Ale co ja tam wiem…
Powinnam była przeczytać jakieś strszczenia, jakieś recenzje, ale zazwyczaj, w przypadku głośnych filmów lub książek unikam tego by móc samodzielnie wydać osąd. No i teraz się zemściło. Sceny gwałtu w poprawczaku śniły mi się całą noc. Brrrr

W ramach odtrucia oglądam Downton Abbey.
Do poniedziałku pracuję w programie minimum czyli jak ktoś zadzwoni/napisze i coś zachce to mu to zrobię. Oraz oczywiście tłumaczę maile Szweda ale to co innego.

A może by tak zabrać dziecięco-kudłate towarzystwo w plener i zrobić im sesję foto? Jeśli nie wieje za mocno mogłoby być fajnie, ale jeśli wieje to nie jest dobry pomysł. A czy wieje nie sprawdzą inaczej jak wychodząc z domu bo tak to nie mam żadnego odnośnika by ocenić siłę wiatru.

22/2020

A dziś się lenię. Zrobiłam co miałam zrobić, na resztę po prostu czekam…lub nie mam natchnienia…
Może to ta pełnia? Nie wzięłam melatoniny i zasnęłam około2 w nocy.
Za oknem wiatr…
Poobijam się jeszcze chwilkę…

21/2020

Wieje okropnie, ale przynajmniej już nie leje. I wyszło słońce.
Po raz kolejny stwierdzam, że źle ustawiłam biurko – okno mam od południa, a biurko stoi na ścianie od zachodu. Ale gdy słońce wschodzi i jest nisko zwłaszcza teraz, zimą, wpada ze wschodu i oświetla mnie i monitor. W efekcie ja się gotuję, a na monitorze nic nie widać.
Opuszczam żaluzje, ale nie po to mam słoneczny pokój by tego słońca nie widzieć, zwłaszcza zimą. Powinna była postawić biurko przy ścianie wschodniej – wtedy plac byłby oświetlony po południami, a ja wtedy nie pracuję.Problemy Pierwszego świata…No, wiem, wiem.
Pootwierałam lufciki bo w domu ciepło od słońca. Ale w lufcikach i szparach pod drzwiami świszcze wiatr i Tosia się boi. Właśnie wcisnęła mi się pod biurko.
Mam spiętrzenie robót: we środę termin raportu a klienci jakby się zmówili: nie dość, że przysłali dokumenty w zeszłym tygodniu to jeszcze każdy jeden o czymś zapomniał. Jedna pani zapomniała wysłać swoje faktury i wczoraj mi napisała rozkosznie, że mi dośle, że w poniedziałek wrzuci do skrzynki.
Nie mówiąc już o takich co w ogóle jeszcze nic nie przysłali. Na co liczą? Pojęcia nie mam.
Wyłączyłam telefon. Tzn: zablokowałam połączenia przychodzące i teraz telefon wysyła dzwoniącym komunikat że do środy włącznie jestem niedostępna. Jak coś pilne to na maila. Czemu tak? Bo na maila to muszą napisać – a ja zobaczę czy priorytet klienta pokrywa się z moim.
Łby pourywać, naprawdę…
Coraz częściej mam pomysł by wprowadzić schemat – czyli kiedy każdy klient ma dosłać dokumenty. Dośle w terminie dostanie rezultat w ciągu 3-5 dni. Nie dośle – spada na koniec kolejki i rezultat dostaje w ostatniej chwili + extra dopłatę do faktury za express.
Tak pracuje wiele szwedzkich biur. A ja się waham…
W ogóle to chyba jakaś taka mało w siebie wierząca, albo mająca za wiele skrupułów jestem czy co? Moje nowe klientki miały w dokumentach faktury od innego biura za pomoc w otwarciu firmy. Sama rejestracja kosztowała 3tys kr! 3000!! Nie, żadna spółka z o.o… Zwykła firma na imię i nazwisko, obie klientki zasiedziałe w Szwecji – pesele szwedzkie, konta bankowe, stałe adresy posiadają. Rejestracja takiego podmiotu nie trwa nawet pół godziny. No tak…ale trzeba wiedzieć, gdzie te haczyki postawić i dlaczego tak a nie inaczej. Ja biorę 1/6 tego.A tamto biuro do rejestracji dopisało jeszcze doradztwo za kolejny tysiąc. Oraz jeszcze coś tam związanego z umową kupna wyposażenia. Dziewczyny przyszły do mnie i nie miały pojęcia jak napisać fakturę, jak się rozliczyć ze wspólnych kosztów, jak się oblicza vat itd itd… Nie wiem już sama: czy jestem ciężka frajerka czy jestem uczciwa?
A tymczasem na koncie firmowym przeciąg. Mam wrażenie, że zarabiam na podatki i moją część opłat. Dla mnie nie zostaje prawie nic. Miałam pomysł by iść do pracy na 1-2 dni w tygodniu. Ale jestem w takim położeniu, że na pracę mnie nie stać bo nie wyrobię się ze swoją robotą. No i pytanie: GDZIE?
I tak się to turla, ych…Może naprawdę trzeba się przerzucić na robotę na czarno?

20/2020

O, jak ładnie w nagłówku, prawda?
Melatonina działa, ale boli po niej głowa. I ci robić? Spać i mieć ból głowy czy nie spać i mieć ból głowy ze zmęczona, wot zagwozdka. Szfak.
Wczoraj przyszła zima.
Przyszła, ale już poszła.
Lubię szwedzką zimę tak samo jak lubię szwedzkie lato. To są dwa najfajniesze dni w roku – tak się teraz będzie mówić.
Oraz zagadka: co to jest? Jest białe i sypkie. Tosia wciąga to nosem a potem jest bardzo żywa i radosna? Ćpunka jedna…

Z polecenia ikroopki oglądam serial Tjockare än vatten – Krew nie woda (Gęstsza niż woda).
Jeszcze chyba żaden szwedzki film mnie tak nie wkręcił. Dobry jest. Może dlatego, że szwedzkość jest tam tylko w języku? A ja oglądam z napisami polskimi. A może Szwedzi z pogranicza z Finlandią tacy są? Pełni uczuć, których nie tłumią? Nawet muzyka w czołówce nie brzmi jak szwedzka.
Cieszę, że ten serial mnie wciągnął bo jest to kolejna okazja do słuchania języka. Szczególnie melodia tak fajnie sama wchodzi.
Do gramatyki powinnam czytać po szwedzku. No i czytam – przepisy. A powinnam literaturę piękną.
Zaczęłam też oglądać angielski serial o ludziach, którzy wybrali alternatywny sposób na mieszkanie by uniknąć kredytu na długie lata.
W jednym odcinku dziewczyna zamieszkała na barce. W drugim – chłopak zbudował przepiękny dom na przyczepie traktorowej, w trzecim – dziewczyna przerobiła garaż rodziców. Wszyscy mieli ten sam problem co my: ceny wynajmu są takie, że nie daje się zebrać kasy na pierwszą wpłatę.
A spotkana ostatnio Litwinka pochwaliła się, że wszystkie opłaty za dom na wsi wynoszą miesięcznie mniej niż czynsz w KOMUNALNYM dwupokojowym mieszkaniu.
Oczywiście cieszę się, że w ogóle mamy możliwość mieszkać w mieszkaniu z tzw pierwszej ręki. Bo w większych miastach normalne jest, że wynajmuje się z drugiej ręki i jest to legalne. Ale czynsze wtedy lecą w kosmos. Szwecja ma koszmarny brak mieszkań. I dziwną politykę budownictwa komunalnego.
Owszem, stawiają bloki w mieście. Już pomijam fakt, że wpychają te bloki pomiędzy już istniejące zabierając światło i przestrzeń. Ale te nowe mieszkania są luksusowe: łazienki w kafelkach, kabiny natryskowe, pralki, suszarki, zmywarki, drewniane podłogi, windy. W efekcie czynsz za dwupokojowe mieszkanie, o powierzchni mniej więcej 65metrów wynosi około 8tys. (My płacimy trochę ponad 7tys za 84m + piwnicę + ciepły garaż w podziemiu). I nie ma tam ani piwnicy, ani garażu, ani miejsc parkingowych. Koszmar jakiś! Kogo na to stać? Na pewno tylko takich co we dwoje pracują na pełny etat i nie mają dzieci. Lub tych co im socjal płaci czynsz: imigrantów bez pracy, emerytów lub ludzi z różnymi uzależnieniami.
Znowu wychodzi na to, że teraz najlepiej być uzależnionym od czegoś bezrobotnym wtedy jest system pomocy nieograniczonej. Tylko ludzie, którzy pracują mają z tej pracy coraz mniej.


19/2020

Zatem mamy luty.
Za oknem słońce, na termometrze -2, wiatru zero. Miło. Mogłoby się tak utrzymać. Przez miesiąc a potem niechby już były jakieś plusowe temperatury, ale na litość boską: niechże już nie pada!
Jezioro, które przez ostatnich kilka lat oddawało ziemię teraz wróciło na swoje miejsce i zaczyna się wylewać. Rzeka już przekroczyła najwyższy, widziany przeze mnie poziom. Oczywiście nie jest to jej najwyższy poziom, o nie. Bywały lata, że Torget było zalane, ale to było jeszcze przed regulacją Goty. Teraz Gota odprowadza nadmiar wody z Wener a przy okazji i z Lidanu.
Aczkolwiek w dolnym biegu Goty są podobno lokalne podtopienia.
Nie ma się czemu dziwić jak od początku listopada pada w zasadzie bez przerwy. Normalnie to ja lubię deszcz i lubię jak nie ma mrozu, ale.
Skoro w listopadzie był listopad. I w grudniu był listopad. I styczniu był listopad to żywię pewną obawę, żeby w lutym nie było grudnia, w marcu-stycznia, a w kwietniu -lutego. Bo wtedy w maju będzie marzec, a w czerwcu kwiecień. Nadmieniam, że w kwietniu to jeszcze całkiem normalne jest, że na jeziorze lezy lód a nocne temperatury spadają poniżej zera. Więc – nie-e. Jednak nie.
Pojechaliśmy wczoraj na Stenbrott. Było słonecznie i wiało jak cholera. Ludzi- tłum. Choć tam zapewne i tak mniej niż gdziekolwiek indziej.
Zrobiłam kilka zdjęć. Ot tak, żeby nie zardzewieć. Tosia śliczna jak zawsze. Reszta – taka tam…Co można odkrywczego znaleźć w miejscu fotografowanym od ponad dziesięciu lat? W dodatku zimą?
Ot, takie tam…

Leszczyny (chyba) kwitną.
Chabazie nadal chabaziowieją
Stenbrott tapla się w błocie
Księżyc idzie do pełni bo Dużeje.
Woda płynie nawet jak stoi.
Tosia jest nadal najpiękniejszym psem świata
A takie ma zdanie na temat „wracamy do domu”
Oraz wytęż wzrok i znajdź na obrazku psa…

Poza tym zaproponowano mi robienie zdjęć na komunii. Mam się zaprezentować za jakieś 2-3 tygodnie na spotkaniu mam.
Cóż. Mogę choć nie muszę. Fajnie byłoby sprostać kolejnemu wyzwaniu, kilka groszy ekstra też by się przydało na wakacje.
Posmatrim uwidzim.

Yankie nadal pracuje. Co nie było takie pewne jakiś czas temu.

Toruński, co mi znikł kilka tygodni temu się odezwał smsem. Że nareszcie zna swój ZIP code(?!!! po co mi ta informacja?). I na razie nie ma internetu. Ale żyje, piernik jeden.

17/2020

Melatonina – działa? A może to placebo?
W każdym razie drugi dzień z rzędu wstaję o normalnej dla mnie porze czyli po szóstej rano. I dwa wieczory z rzędu zasnęłam o dziesiątej wieczór.
Tylko znowu w nocy obudził mnie ból głowy. Choć mam podejrzenia, że bóle głowy mogą wywoływać któreś cukierki…
Tak, znowu jem słodycze. Bo łaknienie na słodycze idzie w parze z bezsennością u mnie. Cukier uspokaja, zamula. Dlatego śmieszą mnie te pseudonaukowe rozprawy o tym jaki to cukier jest szkodliwy, że to narkotyk a dzieci po nim zmieniają się w monstra.
Otóż powiadam wam: nie prawda! Ktoś wam w głowach muli i chce znowu wcisnąć coś o wiele droższego zamiast.
Tak było z masłem, mlekiem czy olejem rzepakowym.
Teraz mamy cukier.
Powtarzam do znudzenia: wszystko w nadmiarze jest szkodliwe. Cukier też. I tak, zgadzam się od słodyczy można się uzależnić, a to już tylko krok od otyłości.
Zozo była. Pojechaliśmy na basen do sąsiedniego miasteczka V. Z okolicznych basenów ten lubię najbardziej. Bo woda w basenie do zabawy jest cieplejsza niż w basenie do pływania. Bo w jacuzzi jest naprawdę gorąca. No i ludzi jest zawsze zdecydowanie mniej. I, teraz będzie rasistowsko, mało jest tam ludzi z Bliskiego Wschodu co oznacza, że:
1. jacuzzi nie jest permanentnie okupowane przez grupę śniadych mężczyzn, gadających w swoim języku, śmiejących się głośno i gapiących się na ludzi – tak, że człowiek nie wie czy śmieją się z niego czy z czego innego, czy gadają o nim czy o tej zgrabnej kobiecie obok
2. nie ma latających jak opętane śniadych dzieci, wrzeszczących, zachowujących się tak jakby obok nich nie było nikogo, w związku z tym można np. skakać do basenu na bombę nie patrząc czy się skacze na kogoś innego, czy się ochlapuje kogoś innego
3. w szatni nie ma kilkuletnich chłopców gapiących się na nagie kobiety, nie ma też kłębów długich, czarnych włosów, nie ma też krzyków w niezrozumiałym języku.
Jest spokojnie i dość cicho, można naprawdę odpocząć.
Choć oczywiście zdarzają się i takie sytuacje.
Mamusia się przebiera w szatni, która ma drzwi do części męskiej. Drzwi są zamknięte na klucz, ale głosy przez nie dochodzą. Mamusia słyszy dobiegający zza drzwi głos synka…I się zaczyna coś w ten deseń:
– Hej, Maks tu mama!
Na co dzieciak po drugiej stronie drzwi leci do tychże, szarpie za nie, wrzeszczy, kopie.
– Maks, Maks! – wrzeszczy mama.
Odpowiada jej krzyk dzieciaka i oraz kopanie i szarpanie drzwiami.
A mamusia całą szczęśliwa raportuje dziecku każdą czynność. Dzieciak wrzeszczy, ojciec wyraźnie ma wywalone, jazgot w obu szatniach taki, że można ogłuchnąć. Wreszcie mamusia się ubrała, a tu się okazuje, że rzeczony Maks wcale. Więc teraz zachęcanie Maksa do tego by się ubrał i cyrk przez następne kilka minut.
Rozszarpałabym mamusię na strzępy. I wyjątkowo ta mamusia nie miała śniadej karnacji.
No, ale ja o czym innym chciałam.
Wzięłam sobie kawę. Oraz cukier. Zozo zobaczyła cukier w kostkach i jej oczy zogromniały. A że jedna kostka mi została, to dzieciakowi prawie ślina kapała na ten widok.
– Mogę? -zapytała zachłannie.
– Pewnie, że tak – zgodziłam się, bo Zozo u nas może wszystko, ale i tak zawsze pyta. (Nie mam pojęcia jakim cudem to dziecko jest takie dobrze wychowane). Zozo pożarła kostkę cukru i dalej miała łakomstwo w oczach więc jej powiedziałam, że na stoliczku ze sztućcami i serwetkami leży cała miska kostek cukru i niech sobie idzie i weźmie.
Poszła i wzięła jedno opakowanie – czyli 2 kosteczki. Dziadek nie słodzi, więc umówmy się, że wzięła dziadkową porcję. Pożarła mrużąc oczy z zachwytu. Wtedy sobie przypomniałam, że w domu mam całą paczkę cukru w kostkach. Cały kilogram. Bo to cukier szwedzki, a ja…dostaję od niego zgagi. (I od białego i od brązowego! Sprawdziłam w Polsce, potem w Szwecji, i tak – dostaję zgagi. Nie mam pojęcia dlaczego.) Dlatego używam cukru z Lidla. A ten szwedzki stoi.
Po powrocie do domu, gdy już zjadła swoje dwa gołąbki postawiłam przed nią cały kartonik owego cukru.
Kombinowałam tak:
Zozo nie jest łakomczuchem, ale lubi słodkie jak każde dziecko. Zje trochę, nie przesadzi, bo ona nigdy nie przesadza z niczym.
W cukrze w kostkach jest tylko i wyłącznie cukier. Nie ma chemii, cukru owocowego i czort wie czego jeszcze – więc w sumie może jest mniejszym świństwem niż wszelkiej maści cukierki czy batoniki.
Zjadła kilka kostek i odstawiła. Ale jaka była szczęśliwa!
I wiecie co? Nie dostała szału, nie stała się nagle nadaktywna, nie zeżarła całego kilograma z obłędem w oczach, nie latała potem po chałupie w poszukiwaniu czegoś „by doćpać”.
Pogapiła się w komputer przez chwilę, przeciągnęła się potem i zapytała
– Porobimy coś?
Pograłyśmy w karty, w chińczyka, w szukanie myszy. Potem się tylko walałyśmy po łóżku opowiadając sobie różne historie.
A wczoraj do południa dziecko gniło w łóżku z komputerem, telefonem i kabanosami (inny rodzaj cukierka). Nie chciało jej się wstawać, ubierać, nie chciało jej się gadać. Robiła sobie reset. A u babci jak wiadomo – wszystko wolno. Wolno być nawet małym dzidziusiem, którego dziadek na rączkach niesie do łóżeczka, a którego babcia rano ubiera.
Bywa u nas coraz rzadziej. Już nie co drugi weekned ale raz w miesiącu albo i to nie … To chyba nie jest to taka straszna zbrodnia, że ma kompletny brak nakazów i zakazów.
Na wszelki wypadek, odprowadzając do mamy powiedziałam na ucho:
– Co się robi u babci, zostaje u babci, dobra?
Bo mama by pewnie histerii dostała na wieść o podarowanym kilogramie cukru. Zozo tylko się uśmiechnęła.
Wiem, że sama z siebie nie powie. Ale jakby ją mama zapytała:
– Jadłaś cukierki u babci?
To powie prawdę. Bo taka jest Zozo. Nie papla ale i nie kłamczucha.
Naprawdę – cud, nie dziecko.