13/2020 Wspominkowy

Kto mnie zna ociupinkę dłużej wie, że miałam kiedyś kotka. Miałam też innego pieska. Kocio i P_Sunia były parą wyjątkową. Tak wyjątkową, że pisywałam o nich opowiadania. Gdy przenosiliśmy się do Szwecji było dla mnie i mojej rodziny oczywiste, że zwierzęta jadą z nami. Nie dało się ich zabrać od razu, ale pół roku po moim wyjeździe zabrałam Futrzate Towarzystwo do Szwecji.
P_Sunia była mieszańcem, czarno-brązową, długowłosą, radosną sunią z krzywymi łapkami, klapniętym uszkiem i puchatym ogonkiem zwiniętym w precelek.
Kocio…Kocio był kotem niezwykłym. Półdzikim, tolerującym jedynie najbliższą rodzinę. Był biały w czarne łaty …i wielki. Naprawdę wielki. W swych najlepszych czasach ważył nawet do 12 kilo, ale nie był spasionym kocurem jak Garfield. O ile dobrze pamiętam w kłębie miał około 45cm wysokości. Razem z ogonem był długi na ponad metr.
No i miał charakter. Jaki? Poczytajcie niżej.

– Dzień dobry, tu Trolla . Umawialiśmy się na dzisiaj – zameldowałam się przez telefon.
– Acha, to przyjdzie pani ?
– Wie pan…- zawahałam się – wolałabym, żeby to pan do mnie przyszedł. Bo klatki nie mam.
Westchnął. Sapnął.
– To o 15 ?
Ucieszyłam się.
– o 15. – przytaknęłam.
Miłe złego początki…
O 15 stukanie do drzwi. P-Sunia oczywiście pierwsza, ze szczekaniem, bo wiadomo – ludzie to naiwni jak dzieci są i trzeba ich pilnować. Kocio zza winkla łypie „ kogo znowu diabli niosą, skaranie  z tymi ludźmi, łażą, jakby własnych domów nie mieli „ .
Pan doktor wszedł dzierżąc klatkę , spojrzał …
– O! – utknął w progu wyraźnie skonsternowany spoglądając to na kota, to na klatkę, to na mnie.
– Co tam ? – zainteresowałam się nagłym stuporem przybysza
– A, Kocio ? Mój pieszczoszek malutki ? – ucieszyłam się, że piękno mojego pupila ma własności powalające. Lekarz weterynarii , niepozorny blondynek z zaokrąglonym brzuszkiem, wpatrywał się w kota z mieszaniną zgrozy i podziwu na twarzy.
– No przecież mówiłam, że jest spory – rzekłam obronnie.
– Tak. Mówiła pani. – przytaknął z goryczą.
Ocknął się, ustawił tobołki, otworzył klatkę.
– Muszę go uśpić, potem zabiorę do lecznicy i tam zaczipuję. – wyjaśnił.
– Proszę go złapać i przytrzymać – polecił.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Westchnęłam. Bez przekonania złapałam Kocia za kark. Suka doskoczyła z radością .Warknęłam na nią :
– Poszła…!
 Doktor podszedł z wystawioną igłą. Kocio się szarpnął. Potem prychnął. Potem zawył. Potem zasyczał. Potem się wyrwał i zwiał.  Usiadł w przedpokoju i z godnością polizał prawą tylną łapę.
– Kocio – przybrałam słowicze tony – Kocio, chodź. Kici Kici.
Nawet na mnie nie spojrzał,  drań jeden. Podeszłam. Na co on się zerwał i posterował w stronę michy. Ja za nim. Za nami P-Sunia. A za nią Doktor. Kocio wskoczywszy na lodówkę, wypalił mi baranka, zignorował P-Sunię, nasyczał na Doktora, nad którym tym razem wyraźnie górował.
Wycofaliśmy się. Doktor ze swoich tobołków wyjął rękawice skórzane. Na dźwięk otwieranych toreb Kocio natychmiast zjawił się w pokoju. Założyłam rękawice i znów napadłam na niego. Złapałam za kark. Suka doskoczyła z radością .Warknęłam na nią :
– Poszła…!
 Doktor podszedł z wystawioną igłą. Kocio się szarpnął. Potem prychnął. Potem zawył. Potem zasyczał . Potem się wyrwał i zwiał. Usiadł w przedpokoju. Z godnością polizał drugą łapę. Doktor zbliżył się do niego. Kocio miauknął przeciągle i groźnie, zasyczał, odskoczył pod ścianę.
– A może go pani na ręce weźmie po prostu?- zaproponował Doktor.
Spojrzałam. Przełknęłam cisnące się na usta pytanie czy zgłupiał.
– Nie ma mowy. Już raz miałam szytą głowę- wyjaśniłam. Zamknęłam Sukę w łazience, bo jej entuzjazm w zaganianiu kota wydał mi się co najmniej niestosowny.
– Może go czymś owinąć ? – zasugerował Doktor. Wyciągnęłam ręcznik, zarzuciłam na Kocia, zacisnęłam ramionami. Doktor podszedł z wystawioną igłą. Kocio się szarpnął. Potem prychnął. Potem zawył. Potem zasyczał . Potem się wyrwał i zwiał. My za nim. Doktor ze strzykawką, ja z ręcznikiem.
I tak jeszcze ze dwa razy. Kocio był coraz bardziej wściekły. Doktor coraz bardziej zniecierpliwiony. Ja- coraz bardziej bezradna.

Skąd go pani wytrzasnęła?- zapytał gdyśmy po kolejnym pościgu odpoczywali.
– Dziecko przyniosło …- wskazałam palcem na Miśkę, nieporuszenie tkwiącą przed komputerem.
Doktor popatrzył na moją córkę z wyraźnym obrzydzeniem, choć niebrzydka z niej panna.
Kot na środku pokoju obwąchiwał klatkę.
– Może sam wejdzie – wyraziłam nadzieję.
– To na nic: muszę znaleźć mięsień żeby się wkłuć –
Kocio wszedł do klatki do połowy i natychmiast wycofał się rakiem. Popatrzył wyraźnie zdegustowany :”ledwie głowę wsadziłem i już miejsca nie ma?”. Podniosłam się. Doktor też.
Kocio prychnął. Potem miauknął. Potem zawył. Potem zasyczał . Doktor znieruchomiał. Kot wpatrywał się w jego oczy nieruchomym, żółtym, groźnym spojrzeniem i wył. Poszłam do kuchni po stary wypróbowany uspokajacz- szynkę. Usiadłam na dywanie, Kot prawie odgryzł mi rękę. Doktor zaszedł od tyłu, ukłuł Kocia i odskoczył. Kot leniwie obejrzał się do tyłu i znów skupił na szynce. Doktor udawał, że patrzy w sufit.
Po 15 minutach Kot uciekł do kuchni. Tylko mu się łapki plątały. Poszliśmy za nim z rękawicami i ręcznikiem. Potrząsał łbem. Gdy poczuł Doktora znów zaczął wyć. Tylko uciekać nie miał siły. Owinęłam go ręcznikiem i włożyłam do  klatki z której zdjęliśmy górę. Szarpnął się. Prychnął. Zawył. Zasyczał. Wyskoczył i uciekł pod ścianę. Znów go owinęłam, włożyłam na spód od klatki, doktor górę zatrzasnął natychmiast. Kocio wył, prychał, ale uciec już nie mógł. Było po 16. Ja byłam cała mokra. Doktor też.
W lecznicy, gdyśmy otworzyli klatkę, Asystentka zamarła z oczami jak stare piątki z rybakiem.
– O matko…- jęknęła – To już rozumiem czemu pani nie mogła z nim przyjść. To jakaś rasa ?
– Taaaa…Warmińska śmietnikowa – wyjaśniłam.
Asystentka zaczęła wypisywać dokumenty.
– Jakie imię wpisać temu hm….kotkowi? – zapytała
Zacukałam się.
– Zjeżdżajstądtydraniu? Ale to chyba za długie? – popatrzyłam. Z wrażenia przypomniałam sobie, że siedem lat temu, będąc małą koteczką*, Kocio otrzymał imię Piątek.
 Kocio tymczasem wydał z siebie złowrogi pomruk. Na szczęście ruszać się nie mógł. Dostał kolejny zastrzyk uspokajający. Potem czip. Potem szczepionkę od wścieklizny.

Ja wieczorem dostałam gorączki. Za dużo empatii ?


*Tak, Kocio przyszedł do nas jako malutka koteczka, skrzywdzona przez PSA. Weterynarz potwierdził, że to kotka!

9 myśli w temacie “13/2020 Wspominkowy

    1. Kocio charakternik był. Ale był też moim ukochanym kotem. Szczerze…chyba byłabym gotowa to wszystko jeszcze raz znieść byle tylko znowu mieć takiego łobuza w domu. Wiadomo: łobuz kocha najmocniej 😉

      Polubienie

  1. Pamiętam, oj, pamiętam Kocia! Historię z weterynarzem też. Moje 10 kilo kota po Twoim zwierzu dostało Kocio. Z mutacją Kiciek. Wredne, złośliwe, stare kocisko… No,ale moje… 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s