Trzynastego maja, w piątek

jesteście pewni, że to …

jesteście pewni, że to dobra data na testowanie mojej osoby pod kątem przydatności w wodniactwie ?
Jakbym się długo nie odzywała – znaczy jakiś szwedzki Wodnik mnie porwał i więzi.
Przypominam, że …hm…pływam "na siekierę".
Tak wiem – popełniam wagary ze szwedzkiego. Świadomie i z premedytacją. O.

Głód

Zupełnie niespodziewanie…

Zupełnie niespodziewanie odkryłam jeszcze jedną przyczynę mojego "nie-pisania". I nie chodzi tu tylko o bloga, ale też o tworzenie innych rzeczy. Choćby nawet miały pozostać niedokończone bo przyjdzie moment gdy pomysł wydaje się głupi i banalny.
Przestałam czytać. Od jakiegoś czasu prawie nie czytam. Nie czytam bo nie mam co. Biblioteka oferuje skąpy wybór książek polskojęzycznych, a w tym skąpym wyborze – jeszcze trzeba wybrać coś co będzie odpowiadało temu co lubię. Problem w tym, że nie wiem co lubię. Lubię, żeby mnie książka wciągnęła, żeby dzieje bohaterów zaciekawiły, żeby podobał mi się język, żebym opisywane miejsca mogła zobaczyć w wyobraźni. Żeby książka miała klimat, który odróżni ją od innych. Może być zabawna i lekka ale może być dramatyczna i trudna, że niemal po każdej stronie człowiek musi odłożyć i zaczerpnąć powietrza. Ale musi, jak pociągający facet, mieć to "coś"  co sprawi, że odłożona na stół będzie nęcić i wabić.

Jeden z MaliczikówKołchozników poprosił mnie o pomoc. Bo ma do niego przyjechać pisarka, która wykorzystała jego wiersze w swojej ostatniej powieści. Że on niezłe te wiersze pisze, to wiedziałam, choć czasem z niego żartuję, że pewnie sam tych swoich wierszy nie rozumie.
Nazwisko pisarki nic mi nie mówiło. A jak mam znajomą Polonię namawiać na spotkanie to muszę wiedzieć z kim. I muszę wierzyć, że osoba jest interesująca. Ale pisarka z Mrągowa a nawet spod. Znaczy -prowincja zapachniała. Malczik miał książkę- pożyczył mi.
No i właśnie przy niej odkryłam, czego mi brak.
Nazwiska nie zdradzę, póki ta wizyta pewna nie będzie.

PS. Nasza sobotnia eskapada w plener przyniosła między innymi taki plon >>klik -klik<<
No i niech mi kto powie, że świat piękny nie jest.

Gulsum

Gülsüm to imię …

Gülsüm to imię pochodzące od róży (Gül – róża) czyli polska Rozalia. Albo Róża.

Czasem mnie złości, że wybitnie inteligentna i bardzo zdolna niczym szczególnym się nie interesuje i wciąż nie ma pomysłu co ze sobą zrobić i jaką ścieżkę zawodową wybrać. Uzdolniona matematycznie mogłaby bez kłopotu zostać inżynierem, bo język ma opanowany o wiele lepiej niż ja. Co zresztą bywa kolejną przyczyną mojej ansy. Różni nas wiele – wiek, wyznanie, pochodzenie, wychowanie, zainteresowania. Wspólne mamy tylko przekonanie, że Bóg jest zawsze ten sam choć go inaczej nazywamy i wiara, że On chce dla nas jak najlepiej.
Ale. Jak nikogo innego tutaj – jestem jej pewna. Pewna jej życzliwości, lojalności i oddania.
Znalazłyśmy się tutaj jak dwie zbłąkane owieczki, opiekujemy się sobą i troszczymy o siebie. Rozmawiamy po szwedzku, ale czasem po polsku , a czasem wystarczy kilka słów byśmy wiedziały o czym myśli ta druga. 
Myślę o niej "moja Gulsum". Chciałam napisać, że zastępuje mi i siostrę i przyjaciółkę, ale tak nie jest bo ona jest i siostrą i przyjaciółką.
Wczoraj przyjechała do niej mama z dalekiej Bułgarii, bo Gulsum już za kilka- kilkanaście dni ma zostać mamą.
A ja nie mogę się tego doczekać.

Ostatnie dni kwietnia

Czy pisałam, że …

Czy pisałam, że Szwedzkie szkoły mają czterostopniową skalę ocen ?
To system nieco podobny do starego polskiego systemu :5,4,3,2.
Zatem z pisemnego dostałam 4-. Wypełniłam wszystkie zalecenia, napisałam ciekawie i jak zawsze kreatywnie, jednak mój język wciąż jest niepewny, wciąż jeszcze popełniam błędy w składni oraz w formach nieokreślonych i określonych.
Moja ambicja jest zaspokojona, bo to jedna z lepszych ocen w grupie, a byli tacy co nie zaliczyli. I o.
Wczoraj był ustny. Załapałam się na tylko na trójkę. Prezentacja ciekawa, oryginalna. Trochę za krótko, założyłam, że każdy zna tekst o którym mówię, więc go nie streściłam. I znów te końcówki w liczbie mnogiej rzeczownika. Tu już nie jestem taka zadowolona, ale co tam – egzamin za mną, jeden stres mniej.
Prawda, że do prezentacji przygotowywałam się dopiero wczoraj – chory Zozol odciągał moją uwagę od wszystkiego innego.
W czwartek to już była tragedia. Lało się z oczu, z nosa, z buzi. Posypiała na krótko, budziła się marudna, jeść za bardzo nie chciała, na szczęście piła, więc nie bacząc na nic dawałam jej ten słodki jak ulepek soczek – cukier wszak  krzepi. Najlepsza pozycja jaka była to pionowo na rękach, z głową na ramieniu, i najlepiej, żeby to było babcine ramię. A dzidziuś wagę ma słuszną bo około 9 kilo. A ja się dziwiłam w nocy: czemu do licha tak mnie bolą plecy i prawy nadgarstek?
A wczoraj rano, ledwie otworzyłam oczy, usłyszałam najcudowniejszy dźwięk : Zozol odśpiewywał poranne "godzinki". Oczom nie wierzyłam jak weszłam: jeszcze zasmarkana, jeszcze z czerwonymi oczami, ale szczerząc cztery zęby, stała chwiejnie na nóżkach.
Mówiłam, że nie ma to jak polska służba zdrowia ? Doktor tylko swoje oko i ucho przyłożył i od razu lepiej ;)).
Miśka wróciwszy ze szkoły mogła się więc skupić na wydarzeniu z wielkiego świata. No bo przecież ślub księcia Williama! Julia, Miśki angielska koleżanka z klasy, wyszła ze szkoły wcześniej by ani chwili nie uronić. Ale nim wyszła, zdążyła powiedzieć, że jej szwedzka teściowa z okazji tego ślubu czeka na nią z tortem i szampanem. I że to jeszcze nic, bo jak w zeszłym roku ślub brała księżniczka Wiktoria to ta teściowa, na tę okoliczność, ubrała się w swoją suknię ślubną. I podobno wiele pań tak zrobiło…Prawda, że ciekawy zwyczaj ? Ciekawe co na to socjolodzy i psycholodzy ? (Socjo- i psychologowie?).

…A dziś za oknem jak co dzień – słońce od rana. Przyroda dostaje zadyszki. Kwitnie wszystko w oczach. I przekwita, niestety. Po wodzie śmigają kacze pary, oj. Trzeba się przygotować, bo za chwilę kacze kolejki będą pływać. Wiecie : duża kaczka i rządek małych z tyłu.
A jak włączyłam radio, pierwsze co usłyszałam to: "ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy" .
Prawda jakie piękne motto na Dzień Walpurgii oraz beatyfikacji Jana Pawła II?

 

22 kwietnia

Ależ się ta wiosna …

Ależ się ta wiosna rozpanoszyła!
Kwitną magnolie w centrum miasta i forsycje pod blokiem, krokusy na trawnikach i przylaszczki w lesie. Jest zielono. Rano, zza otwartego okna napływa ptasi zgiełk. I słońce w oczy.
Jest ciepło, bardzo ciepło. Nosimy krótkie rękawki a Zuzia kapelusz w kwiatki.
W tym roku wiosna jest o dwa albo i trzy tygodnie wcześniej niż zwykle. To pewnie rekompensata za zimę, co zaczęła się już w październiku.
Święta idą. Zbuntowałam się – nie gotuję bóg wie czego. Robię pierogi, barszcz i sernik. A. I rybę "po grecku". Marcepanek piecze szynkę. Miśka kroi sałatkę. Przy lepieniu pierogów ma mi pomóc POSynek. Zoozol też nam będzie "pomagał" zapewne, bo jej ulubione zajęcie to kręcić się pod nogami tam, gdzie najwięcej się dzieje.
Zatem dziś kulinarnie.
Jutro malowanie jaj. I spacer po mieście z Zoozolem przebranym za czarownicę – będzie miała piegi, i rumieńce i chustkę. I święcenie jaj wieczorem w naszym kościółku.
A w niedzielę…
W niedzielę to ho, ho, ho…
Jedziemy na wycieczkę zaraz po śniadaniu. Całą rodziną i nie tylko. We dwa samochody. I będziemy patrzeć na wodę, dużo wody. Jeszcze więcej wody – bo jedziemy do Dalslandii, popatrzeć na dalslandzki akwedukt po którym pływają statki. I ta perspektywa sprawia, że tak mnie cieszą najbliższe dni.

Dzwoniłam do siostry. I dodzwoniłam się. Ucięłyśmy sobie pogawędkę nie tylko na tematy rodzinne.
A wczoraj zadzwoniła mama ze szpitala. To już postanowione – wraca na stare śmieci – czyli do Miasteczka. Jak to dobrze, że utrzymaliśmy mieszkanie.

Idzie lepsze ?

Plaster na rzeczywistość

Gdy życie przerasta, gdy…

Gdy życie przerasta, gdy rzeczywistość staje się nie do wytrzymania, gdy na piersi leży kamień…
…jedni piją, inni grają, jeszcze inni idą spać…
Ja zakładam słuchawki na uszy, biorę aparat, psa…nie, psa już przecież nie…Zatem biorę aparat, zakładam wygodne buty i idę tam, gdzie pod nogami jest piach zamiast bruku a nad głową korony drzew. Gdy myśli spłoszone głośną muzyką wreszcie ulecą ( a ulatują zawsze) wtedy zdejmuję słuchawki i słucham "jak bije olbrzymie, zielone serce przyrody".
Po dwóch godzinach włóczęgi, najlepiej po wąskich, wyboistych ścieżynach jestem zmęczona fizycznie i gotowa na powrót.  Znów mam siłę być Atlasem.
Tak było w niedzielę.
Odkryłam szlak, który być może będzie mi tu ratował zdrowie psychiczne. Nie jest idealnie – zbyt blisko jest ruchliwa droga- ale dość odludnie i dość pięknie.
Nie jest to wijąca się Łyna, Lidan jest prosty jak struna, ale odbija niebo.
Zdjęcia są tu

16 kwietnia

Ponieważ Młody w Polsce …

Ponieważ Młody w Polsce – mam własny pokój. Niestety – dziś kończy się to dobre – Młody wraca. 
Zdecydowanie powinnam mieć własną sypialnię. No co ? Z wieku i urzędu mi się ten zaszczyt należy…

Odespałam w końcu stresy egzaminowe. I te rodzinne. Okazało się, że za wcześnie się ucieszyłam kocią rejteradą z placu boju. Przedwczoraj po południu siadłam sobie na podłodze przy łóżku. Kocio natychmiast się zmaterializował za moimi plecami, a Mały Potwór przy moich nogach. Pech chciał, że Mały Potwór koniecznie chciał się pochwalić staniem a może chciał wreszcie zajrzeć w kocie oczy ? Usłyszałam za plecami syk, złapałam Potwora i odciągnęłam, ale było za późno. Kocio bowiem najpierw wystawił pazury a dopiero potem syknął. Chyba. Potwór ma gustowny sznyt na czole. Miśka patrzyła na mnie z wyrzutem tym większym, że rano, zaaferowana egzaminem omal nie rozbiłam lampy o Zozolową główkę. Czy już zasługujemy na miano rodziny patologicznej ? A jeśli powiem, że ze trzy tygodnie temu Zozol spadł z łóżka, rozbił nos i wylądowaliśmy na pogotowiu ?
…wygląda na to, że moje dzieci powinny czuć wdzięczność do losu, że matka ich nie pozabija w niemowlęctwie…
Zatem odespałam stresy.
I jak …? Pytacie.
A bo ja wiem ?
Napisałam 5 stron na temat wampirzej mody. Nie żeby temat był mi jakoś szczególnie bliski, ale uznałam, że tu przynajmniej mam coś do powiedzenia. No bo o czym ?
Motywem przewodnim całego egzaminy były znaki i sygnały. Ubranie, tatuaże, frazesy, internet i wampiry z wilkołakami. Takie były tematy tekstów. Można było wybrać temat i napisać zalecony doń tekst. Artykuł prasowy, debatę, rozprawkę. Niestety żadnego eseju.
Pisząc tekst należało się trzymać zaleceń (w przypadku wampirów i wilkołaków – napisać artykuł, porównać co najmniej dwie wampirze postaci z czego jedna musiała pochodzić z broszury egzaminacyjnej, podyskutować dlaczego wampiry są inspiracją no i powiązać to jakoś z tematem przewodnim czyli znakami lub sygnałami). Oczywiście po szwedzku.
Przeleciałam przez przerażającego Draculę, potem wspomniałam Thriller Jacksona, potem wampira z Sapkowskiego Sagi o Wiedźminie, potem Zoey z Wybrańca(fragment był w broszurze) a na koniec Edwarda Cullena ze Zmierzchu. Podsumowałam, że z jednej strony jest to być może tęsknota za oderwaniem się od rzeczywistości, z drugiej być może moda, wykreowana przez media i psychologów by pokazać młodzieży model miłości romantycznej i czystej – podparłam to cytatem psychoterapeuty z broszury. I podsumowałam, że być może cała współczesna fascynacja wampirami jest znakiem, że ludzie tęsknią do magii i cudów, które kiedyś otrzymywali za sprawą wiary w Boga (Bogów).  
Nie ma, jak widać, tego złego co by na dobre nie wyszło. Wyśmiewam Zmierzch gdzie popadnie, ale te pół przeczytanej książki na coś się przydało. Największy problem miałam jak przetłumaczyć słowo "wiedźmin". Na szczęście Dziecko w Polsce wiedziało, bo czytało szwedzkie tłumaczenie Ostatniego
Życzenia.
Co będzie to będzie.
Mam ferie świąteczne, okna wołają o ścierkę, szafki w kuchni też.
Szwedzki WOS leży odłogiem, zaległe sprawdziany śnią mi się po nocach.
Wiosennie. Ptasi rejwach zagłusza samochody. Trawa rośnie, drzewa pączkują. Kwiaty kwitną na trawnikach ale magnolie jeszcze nie. Po długiej zimie, wiosna w tym roku jest o jakieś dwa tygodnie do przodu w porównaniu do lat ubiegłych.
Ciekawe czy na Warmii drzewa jeszcze mają tę zieloną mgiełkę czy już liście. Może Młody przywiezie zdjęcia…

14 kwietnia – Wielki Test

Połączenia komunikacyjne…

Połączenia komunikacyjne między uczuciami a mną wciąż szwankują.
Dziś Wielki Test ze szwedzkiego, coś w rodzaju polskiej matury. Tyle, że ocena z tegoż jest częścią składową oceny z całego kursu a nie oddzielną oceną, jak to się ma przy maturze. No i do dyspozycji mam czas od 9 do 15. Oraz dwa tygodnie temu dostałam do domu skoroszyt z tekstami.
Ale ja się wcale nie denerwuję. Nie-e! No bo czym ? Teksty znam, bezbłędnie nie napiszę, ale Maja zapewniała, że nawet Szwedzi robią błędy a najważniejsze jest napisać na temat. To chyba potrafię. Chyba.
Zatem nie ma się czym przejmować, bo nawet jak dostanę IG – szwedzki niedostateczny- to najwyżej wpłynie to na moją ocenę końcową, ale nie wydłuży czasu nauki.
No to się nie ma czym denerwować.
Zatem nie rozumiem, dlaczego zasnęłam dopiero o 2. I spałam jak zając na miedzy. I teraz mam telepkę z niewyspania, a za kilka godzin zapewne będę miała ból głowy jak stąd do Warszawy.
Bóle głowy to ostatnio nie nowina. Boli co dzień. Za dużo stresu czy cukru?
TenMój rzucił palenie jakiś czas temu. Tak zupełnie nie chcący, po spotkaniu z rodakiem w ramach zespołu dnia następnego wytrzymał jeden dzień. Potem stwierdził, że zobaczy czy przeżyje jeszcze jeden. I jeszcze jeden. I jakoś tak już chyba ze dwa-trzy miesiące.
Widać taki czas był sprzyjający bo mnie odstawiło od słodyczy. I w ogóle od objadania się. Waga uprzejmie wyświetlała coraz to niższe cyferki, co prawda powoli, ale sukcesywnie.
I naraz się zaczęło.
Zachowuję się jak nałogowiec. Ciastka, babeczki, muffinki, żelki mam zakopane w szafkach kuchennych. Specjalnie tam, żeby nie pod ręką, bo wtedy podjadałam nie wiedząc kiedy. Teraz podjadam w nocy. Waga się pogniewała i zaczyna mi robić na złość.
Za dużo tego stresu.
Zasłodzona jestem okropnie, w ustach mam ten lepki smak, błe, mam wrażenie, że się lepię. Niech mi nikt nie mówi, że słodycze nie uzależniają.
Ale ja się przecież nie denerwuję. No bo czym?

Zozol od kilku dni staje na nogach oraz raczkuje jak na wzorcowego dzidziusia przystało. Kot zrezygnował z walki. W razie konfrontacji udaje się na wewnętrzną emigrację pod łóżko. Mały Potwór jeszcze nie odkrył, że pod TO łóżko też da się wejść.
No dobra.
Czas.