18 marca

Ok. Aluzju poniał i …

Ok. Aluzju poniał i przepraszam bardzo. Przepraszam!!!

Żeby mi uświadomić na co czekam, naprawdę nie trzeba było od razu tych 5 cm śniegu. Wystarczyło parę płatków. Albo odrobina cierpliwości i szansa bym sama zrozumiała.

Przepraszam! Wracaj!

PS. Biała w połączeniu z niebieską wywołuje migrenę. Co robić, panie doktorze ?

17 marca

Że idzie wiosna, poznaję…

Że idzie wiosna, poznaję po unoszącym się w powietrzu "zapachu" gnojówki napływającym z otaczających miasto pól.
Oraz po warkocie motoru stojącego przed garażem pod moimi oknami.

Zupełnie nie rozumiem, na co ja w takim razie tak czekałam…

Pobudka 3:20 – Byle do rana

A jednak się poddałam. …

A jednak się poddałam. To dziwne jak czasem poddanie się oznacza, że się na powrót staje na placu boju.
3:20 znów mnie wyrwała ze snu. Myślę o tych wszystkich złych i smutnych rzeczach, które mi się ostatnio przytrafiają i zbieram siły by dotrwać do rana. Muszę przetrwać, wytrzymać jeszcze tylko trochę, na szczęście mam tę nadzieję. I Zuzię.
Anita z Johnem w słuchawkach. To dobra pora na pierwsze słuchanie płyty której nigdy wcześniej nie słuchałam. Lubię głos Anity. I bluesowy styl gitary Johna, w którym pobrzmiewają tony jeszcze z Helicopterów. Czy gra na gitarze jest jak odręczny podpis ? Ma swoje charakterystyczne brzmienie, tak trudne do ukrycia i do naśladowania.

Już 4. Może sen przyjdzie.
Może mnie odwiedzisz ?

21 lutego – Wielkie powroty…

Wysypka.
W sobotę …

Wysypka.
W sobotę byłam na basenie. Balsam mam bezzapachowy, a wysypka jest w miejscach balsamem nie tykanych. Więc to chemia basenowa…chyba.

Hydrokortyzon nie pomaga na swędzenie i pieczenie.
Jutro wizyta kontrolna.
Ciekawe czy mi znów zalecą alvedon ?
A może to reakcja na alvedon ? Cały tydzień bolała mnie głowa, łykałam po 2 tabletki, bo polski ibuprom dopiero miał nadjechać. Trochę pomagało.

Zima.
Się zbiesiła i mrozi.
Kuriozum z wczoraj:
-18 za oknem, +18 w środku.
Anioł rozkłada bezradnie ręce. Dziwne, że nie zaleca alvedonu.

16 lutego – Subtelne różnice

Młody jest w Polsce. …

Młody jest w Polsce. Wczoraj poszedł złożyć wniosek na paszport. Porę wybrał nie najlepszą – bo w okolicy godziny 15.
O 15:10 zadzwonił.
– Nie gadaj nic, bo nie mam czasu – ostrzegł – Powiedz mi nasz kod pocztowy.
– Szwedzki ? –zapytałam, a gdy przytaknął przez głowę mi przeleciało pytanie „Po kiego mu szwedzki kod pocztowy?” ale Młody miał zdenerwowany głos, więc nie drążywszy tematu podałam stosowne cyferki.
W tym momencie usłyszałam jak w telefonie coś trzaska.
– Pięćset…co ? – powtórzył Młody
Powtórzyłam.
– Kurwa…Jeszcze raz…- zripostowało dziecko. Zaczęłam mówić a wraz ze mną jakaś kobieta po tamtej stronie Bałtyku :
– Ale musi się pan pospieszyć, bo my zaraz musimy wyjść i system się zablokuje…
Młody jeszcze raz odwołał się do damy podejrzanej konduity i się rozłączył.

Tymczasem dwie godziny wcześniej byłam z Miśką w banku. W  Szwecji. Bo następnego dnia po otwarciu konta dostała pocztą odręcznie pisany liścik o treści mniej więcej takiej:
Hej, zapomniałam skopiować twoją legitymację. Mogłabyś przyjść do mnie któregoś dnia żebym mogła to zrobić? Nie musisz się spieszyć. Dziękuję.
No to poszłyśmy. Urzędniczka była starsza, chyba nas pamiętała, bo pomagała wtedy swojej koleżance.
– Ona nie ma wciąż swoje go pinu do karty – powiedziałam jeszcze. Zdziwiła się nieco.
– Nie ma pinu ? Jak to…?
– No nie ma. Miał przyjść pocztą ..?
– A skąd ona dostała kartę ?
– Tu dostała
Pani popatrzyła na nas z namysłem.
– Poczekaj. Zrobię tę kopię i zaraz to wyjaśnimy, dobrze ?
Zniknęła z Miśki dowodem a mnie piknęło.
– Córcia, dostałaś wtedy dwie koperty. W jednej był kod do internetu a w drugiej ?
– Noooo…chyba login do internetu…?
– Nie otworzyłaś jej ? To był pewnie pin do karty.
–  A nie login ? – dziecko zrobiło „oczy”.
Wyjaśniłam co jest loginem. Pani wróciła a mnie się zrobiło głupio.
– Już wiem…Dostała wtedy dwie koperty…- podzieliłam się wiedzą. Misi też było chyba głupio.
– Tam masz taki listek i pod nim masz pin – wyjaśniła pani. Misia powiedziała, że to to wie.
– Ona po prostu nie otworzyła tej koperty – uściśliłam. Pani roześmiała się serdecznie, wychyliła się z okienka i poklepała zarumienioną i zakłopotaną Misię po dłoni.
– Nie martw się, człowiek się uczy całe życie. O. Dam wam świnkę – sięgnęła do pojemniczka z kolorowymi breloczkami.
Misia dostała różową, ja czerwoną. A Zuzia nie dostała, bo na metce był zakaz dawania dzieciom poniżej 3 roku życia.

A teraz zacytuję klasyka czyli Krzysztofa Daukszewicza „Czy pan rozumiesz ta subtelna różnica między ten handel a ten handel ?”
Ja rozumiem. I podejrzewam, że wcale nie chodzi o to, że w banku nie byłyśmy tuż przed zamknięciem.

14 lutego- zdrapka

Gwoli kronikarskiej …

Gwoli kronikarskiej poprawności notuję.
Wysypało mnie. Ale jak! Ręce i nogi zamieniły się w piekąco-swędzące nakrapiane czerwono odnóża. Naturalnie zaogniło się to wszystko w piątek po południu.
Postanowiłam poczekać kilka dni, zwiększyć dawkę cetyryzyny, odstawić podejrzane substancje…W sobotę rano już nie byłam pewna decyzji, już tęsknie spoglądałam na szpital, ale perturbacje z niedomagającą poważnie P_Sunią pomysł ten odsunęły. Wieczorem, gdy nie wiedziałam czy drapać czy okładać lodem pomysł wrócił, ale wizja kilkugodzinnej wizyty w Akutmotagning sprawiła, że znów  pomysł odsunęłam.
Niedziela miała scenariusz nieco podobny.
Dziś wreszcie Vardcentral otwarło swe podwoje, więc natychmiast po otwarciu martwej niemal powieki powędrowałam po pomoc. Standardowo najpierw przyjęła mnie pielęgniarka, obejrzała, wypytała i opisała.
 I westchnęła. Bo distriktsjukskotrska ( jakaś wyższa rangą pielęgniarka) niestety dziś już mnie nie zdoła przyjąć. Jutro najwcześniej o 10:40.
Jęknęło we mnie: muszę przeżyć jeszcze jedną dobę. No ale jak nie ma innego wyjścia, to muszę, ale to tak swędzi i pieczeeee…
– Skóra jest bardzo sucha, może posmaruj czymś ? – zaproponowała.
Pokręciłam głową
– Nie wiem co mnie uczula, boję się, że po balsamie zrobi się gorzej a już teraz jest mi trudno…
– No to weź alvedon i przyjdź jutro.
Hyhyhy…
Z kronikarskiego zatem obowiązku notuję : Alvedon ma pomagać także na wysypkę.

PS. Ibuprom max nie pomógł – w niedzielę rano wstałam jak po porządnej imprezie, miałam ostatnią tabletę z Polski, chowaną na czarną godzinę. Pomogła, ale tylko na głowę. Na swędzenie i pieczenie już nie chciała. Może nieinteligentna.
Drap
No to byle…
Drap
…do jutra…
Drap, drap, drap,drap, drap,drap, drap,drap, drap,drap, drap…
 

9 lutego

Każdy ma zapewne …

Każdy ma zapewne czynność, której nie znosi, a którą musi wykonywać. Bo posiadanie rodziny czy wykonywanie zawodu z tą czynnością jest nierozerwalnie związane. Bo nikt inny tego nie zrobi, a wpojone przez matkę i ojca poczucie odpowiedzialności nie pozwoli na zaniechanie. Bo lubi się gdy TO jest zrobione, niezależnie od tego jak bardzo nie lubi się tego robić. Tylko myśl o tym, że TO będzie się wykonywać przez jeszcze ileś lat, czasem sprawia, że się dochodzi do wniosków granicznych.
Moją piętą achillesową, moim memento i syzyfową pracą jest gotowanie. Gotowanie codzienne, obiadowe, dla sporej (moim, oczywiście zdaniem) rodziny. Obieranie ziemniaków jest paskudne, ale krojenie mięsa jest obrzydliwe. A już obrabianie kurczaka – to walka z falami mdłości. A ludzie się dziwią, że mięso jadam najchętniej w postaci plasterkowej wędliny a propozycja kupna ćwiartki świniaka powoduje gwałtowną pracę ślinianek, która zwykle poprzedza u mnie wymioty.
Niestety – tak się składa, że nikt nie może mnie zastąpić w codziennym obowiązku gotowania obiadów. A to z racji chadzania do pracy (Mąż i POSynek)  albo z racji braku wpojonych umiejętności (Synek i Córeczka) albo – nieodpowiedniego wieku(Zuzia).
Kiedy człek wykonuje pracę, której nie lubi ma przynajmniej marzenia o zasłużonej emeryturze. Ja niestety takiej perspektywy nie mam. Stara i mocno zniedołężniała – będę musiała co dzień sterczeć w kuchni by przygotować posiłek choćby dla starego i zniedołężniałego męża. No i dla siebie.
Czasem myślę, że jak po śmierci pójdę do piekła, to to piekło będzie w kuchni, w której czas zatrzymał się na porze obiadowej…
I zastanawiam się czasem : czy moja nienawiść do kuchni wynika z braku umiejętności (nigdy nie wiem czego brak danej potrawie – soli, kwasu, pieprzu, choć wiem, jaki smak ma osiągnąć) czy też brak umiejętności wynika z niechęci.
To może brzmi śmiesznie, ale czasem bywa dramatycznie – gdy gotując kolejny obiad nachodzą mnie myśli typu "rzucę, wyjadę, zaszyję się tak, by mnie nikt nie znalazł i wtedy będę gotować tylko jak będę miała na to chęć".
Na szczęście – udało mi się nauczyć rodzinę, że obiad owszem, mogę zrobić, ale li i jedynie. Nie wolno oczekiwać ode mnie przygotowywania śniadań, kolacji i podwieczorków. Zadanie pytania "zrobisz mi kanapkę?" może być niebezpieczne dla życia lub zdrowia. Jedyne co mogę zrobić by dołożyć swą rękę do cudzego nie-obiedniego posiłku to pstryknięcie czajnika gdy jestem w pobliżu, lub włożenie do garnuszka kilku jajek więcej.
Nauczyłam też rodzinę, że jak pracuję o obiad muszą zatroszczyć się wszyscy. Czyli nie ma tak, że wracam z roboty i rzucam się do garów a reszta siedzi i czeka. Ale też i obiady wtedy polegają na usmażeniu ryby w panierce, tudzież ugotowania makaronu i rozrobieniu sosu z torebki.
I zaczynam podejrzewać, że moja marzenie o pracy to chęć uwolnienia się od jarzma a nie ambicje zawodowe czy chęć zarobienia na godną emeryturę.
A tak.
Owszem. Piekę sławetny jabłecznik. Li i jedynie. I tylko dlatego, że sama lubię. I nigdy na czyjeś żądanie.

A wy ? Jakich codziennych czynności nie lubicie i co gotowi jesteście zrobić by się od nich uwolnić ?

3 lutego

Wczoraj było Matki …

Wczoraj było Matki Boskiej Gromnicznej a przepowiednia mówi, że jeśli tego dnia kapie z dachu to zima nam jeszcze da popalić.
Wczoraj nie kapało bo nie miało co.
Od kilku dni temperatury dodatnie. I wiatr do tego. A wczoraj wyszło jeszcze słońce. To wstrętne białe już niemal znikło, zostały tylko hałdy po odśnieżaniu. Alejki z asfaltowych zrobiły się żwirowe i stwierdzam, że to fajna odmiana.
Wiatr niestety był z tych porywistych, ostrych jakiego nie znoszą moje oczy. Szłam i zalewałam się łzami.
Za to Zuzia bawiła się w "a kuku" ze słoneczkiem, które usiłowało jej zajrzeć w oczy. Od kilku dni Zuzia siedzi w wózku gdy idziemy do szkoły na zmianę warty. Rozgląda się wokół, oczy ma ogromne jakby jej niebo do nich wpadło. Wczoraj zaczęła nawet trochę gadać w czasie drogi tak ją zaciekawiło echo pod wiaduktem.
To słońce i błękit, brak śniegu i lodu pod stopami owocuje u mnie większą chęcią do życia. Tendencja zwyżkowa przyszła wraz z kwiecistymi zasłonkami. Wciąż mam chęć na umycie okien, więc siedzę i czekam aż mi minie. O. I właśnie mi się przypomniało, że muszę rozsadzić pelargonie. Potrzebuję do tego worek ziemi i chwilę czasu.
Durnota programu z angielskiego powala mnie w każdy poniedziałek i czwartek. Pogodziłam się z tym, że Karolina nie robi ani pół kroku po za tyn program. Uczę się na znalezionym w internecie, czytam o gramatyce i ćwiczę słówka. Jakoś idzie. Tymczasem wg programu (i książki) w II semestrze nauki mamy naukę " jak się nazywasz". Oczywiście – nauka jest międzyczasie- pomiędzy opowieścią o tym, że parasol należy nosić przy każdej pogodzie a opowieścią o atrakcjach Londynu. W tym też międzyczasie, w części gramatycznej pojawiają się słówka "moje, twoje, ich" czyli my, you, his, her czyli "possessive adjectives". No wszystko byłoby dobrze, gdyby się nie okazało, że nagle pojawia się w czytance słówko "hers". Ki grzyb ?
Wyjaśnienie jest w następnej lekcji, w której to delikwent dowiaduje się, że istnieje jeszcze coś takiego jak "possessive pronomus".
…ale może ja się czepiam.

2 lutego – twarożek-look -dla Sąsiada

U mnie stoi w lodówce …

U mnie stoi w lodówce koło śmietan i jogurtów ale nie w towarzystwie Keso.
Tak wygląda z góry:

A tak z boku:

Ma konsystencję kremu, ale jest gęstszy niż lidlowski twarożek z Milbony. No i nie jest słony. Moim zdaniem ma smak normalnego twarożku.
Polecam.
Acha – jest jeszcze wersja light, dla tych co preferują zdrowe odżywianie. Moje zdanie na temat żywności light pewnie nie spodoba się lekarzowi ;). Co to za jedzenie "bez" ? To już wolę "zamiast".