To spada jak grom z jasnego nieba. Nie ma żadnych poprzedzających sygnałów, nic co by ostrzegało : Uwaga, dziś możesz doznać udaru słonecznego. Pierwszy sygnał pojawia się gdy i tak już jest za późno. Takie dźgnięcie w mózg, krótkie jak błyskawica przy schylaniu się po po zabawkę leżącą na piasku. Ale już jest za późno – już głowa, przykryta kapeluszem! była wystawiona na działanie promieni słonecznych przez co najmniej godzinę. Ale jeszcze to pierwsze dźgnięcie nie sygnalizuje, że jest źle.
W samochodzie ból narasta.
W domu jeszcze zjedzona kanapka i połknięta tabletka świadczą o bzdurnej nadziei, że to nie to.
Godzinę później już wiadomo. To TO. Cholera, znowu się załatwiłam. Jak ? Kiedy ? Dlaczego ? Nie ma odpowiedzi. Ból głowy, nudności i uczucie niesamowitego gorąca. Chłodny okład na głowę…CZASEM pomaga. A potem zimne dreszcze, mdłości i ból „całego człowieka”
Już znam moją głowę, mój organizm. Już wiem, że nie lubi nadmiaru słońca ani zbyt wysokiej temperatury. I że w takie dni lubi mieć wodę dostarczaną sukcesywnie. Najlepiej niegazowaną. I że głowa lubi być przykryta a ciało lubi chłodek wody. Wiem to, stosuję. Nie wychodzę na plażę w godzinach kiedy słońce smaży najbardziej. Nawet siedząc w wodzie po szyję mam na głowie kapelusz. Piję. Chowam się w cień.
Nigdy nie wiem kiedy mnie znów zaraz dopadnie. Mimo środków ostrożności w każde lato przytrafia mi się taka historia. Raz, dwa razy.
A potem wstaje ranek na kacu.
Drżenie dłoni, ogólne rozbicie, ból głowy, ale już taki normalny codzienny, co nie znaczy – przyjemny. Niesmak w ustach. Brak apetytu i spowolnione funkcje życiowe.
I jak tu w takich warunkach jechać dziś do Norwegii ? A to raczej ostatnia chwila…
A wy ? Miewacie udary cieplne/słoneczne ? Jak sobie radzicie? Jak zapobiegacie ?