Zgadnij, co…

Kiedy zasiadam do …

Kiedy zasiadam do pierwszej porannej kawy to znaczy, że wstałam już dobre 10minut wcześniej, pies jest wysikany, łóżko zasłane, a na nogach tkwią skarpety (jeśli to zima). I jeśli wtedy nadal nie czuję bólu, to wnioski są dwa: Przestało padać! oraz Mróz! Co w sumie mogłabym stwierdzić będąc na psim porannym sikaniu, ale raczej nie stwierdzam gdyż jakaś część mego mózgu nadal śpi.
Powinnam się chyba przenieść bardziej na północ, skoro południe Europy oraz Wyspy Kanaryjskie są dla mnie nieprzystępne cenowo i językowo.
Tylko wtedy jest „dylemat szczęścia i obowiązku” jak mawiał mój kolega.
Wybrać co wolę ból bez depresji czy depresję bez bólu? Gdyż na północy jak wiadomo słońca zimą nie za wiele a ja światłolubna jestem. Oraz na północy nie ma co liczyć na uprawiane miejscowo pomidory, paprykę i inne takie, które są w zasadzie, obok pszenicy, podstawą mojego żywienia. Jasne, że są importowane z Holandii, jak w całej Europie, ale ich smak w niczym nie przypomina smaku tych, z babcinego ogródka. Ech…
No mówię, dylemat szczęścia i obowiązku. Choć trudno tu ustalić cy brak bólu jest szczęściem czy obowiązkiem.

Zafundowałam sobie wolną sobotę z okazji wczorajszego Julbord, którą to imprezę zafundował nam pracodawca eMa. W H&M na dziale „MAMA” wynalazłam bluzkę czarną w białe i niebieskie gwiazdki, która pomieściła nie tylko mnie ale i mój biust, jednocześnie zachowując rękaw tam, gdzie się znajdować powinien czyli pod pachą a nie w pasie. Wow!
W czarnych butach, spodniach, bluzce, włosach wyglądałam jak ciężkiej żałobie. Dorzuciłam do tego zatem własnoręcznie uszyty komin z czerwonej koronki. Było lepiej. Już nie wyglądałam jak wdowa. Bardziej jak Arabka. Trudno uha-ha. Komin miał tę zaletę, ze grzał mi zmasakrowany odcinek C7, który choć uspokaja się przy mrozie, ale zimna nie lubi, oj nie. Kopie wtedy ze zdwojoną siłą w nerw, który rezonuje do wszystkich stawów, a te przekazują bodźce dalej, aż do czubków palców.
Ale ja nie o tym przecież.
Zatem ubrałam się, umalowałam, przygotowałam mentalnie na zderzenie z tłumem oraz, jako zadość uczynienie za wysiłek, obiecałam sobie wyżerkę.
Bo jakby nie było to na każdej imprezie w Szwecji musi być sałatka ziemniaczana. Oraz ziemniaczki zapiekane w kwaśnej śmietanie z serem. I ryż z pomarańczami, jeśli to zima.
I co?
Zawiodłam się setnie. Sałatka była bez smaku, ziemniaczków zapiekanych wcale, ryż też bez smaku, i nawet sos owocowy tego nie poprawił. Za to wszelkiej maści kremy i ciasta były tak słodkie, że poza cukrem nie było czuć nic innego.
Jak to dobrze, że przyjechaliśmy własnym samochodem- mogliśmy się zebrać do domu jak tylko się nam zachciało. A zachciało o 21 już. O 21.30 byliśmy w domu. Dałam wytchnąć plecom na moim fotelu.
Czy pisałam, że kupiłam sobie fotel? Taki prawdziwy, babciny. Przepastny, z podnóżkiem, który mi służy za stoliczek i z zagłówkiem.

Niestety, jak widać,  fotel dzieli los ławki kuchennej, którą też kupiłam dla siebie a potem o jej skrawek musiałam walczyć najpierw w Kociem a teraz z Psicą.
A Psica jak też widać słusznych rozmiarów jest. Na rączki się jej nie weźmie i nie przeniesie w inne miejsce. A miejsca na drugi fotel brak.
Jak nauczyć Zwierza, że gdy mówię: wynocha, to nie jest twoje miejsce, to radosne merdanie ogonem, lizanie po twarzy, fundowanie łapy oraz przybijanie piątki nie jest tą reakcją, jakiej oczekuję? Psica, która normalnie jest inteligentna i uczy się błyskawicznie w tym wypadku kompletnie nie rozumie ani subtelnego gestu ręką, ani nie subtelnego spychania. Patrzy na mnie niewinnie i pyta wzrokiem: Ale co ci chodzi? Przecież siedzę. Grzecznie siedzę. Nie gryzę niczego. Nie jem tego, czego nie lubisz. Masz jakiś problem? Chyba ze sobą KOBIETO?

A jak przyszła Zuzia co się działo!
Zuzia na rączki, Psica też na rączki. Na kolanka? Psica też. Przytulić się? Naturalnie, że tak. I okazało się, że nie wiadomo jakim cudem mam tylko jedną stronę. Jedną. Tą, z której jest Zuzia. I Pies koniecznie, ale to koniecznie musiał…
…Kocio przynajmniej był mniejszy…

 

 

Naprawdę nie wiem jaki tytuł…

Tola leży na moim …

Tola leży na moim łóżku i obgryza butelkę po napoju. eM początkowo protestował przed dawaniem jej butelek do zabawy bo chyba jeszcze nie wyrósł z dziecięcego etapu sprzedawania butelek (sprzedawaliście? ja tak. za dziesięć butelek dostawało się 10zeta, a tyle kosztowała czekolada, poza tym za butelki kupiłam sobie swoją pierwszą i jedyną lalkę z długimi, prawdziwymi włosami). Zatem eM nie wyrósł z tego etapu i kiedy specjalnie, niby przypadkiem, zostawiałam butelke w zasięgu zębów Psicy mąż natychmiast reagował:
-To dwie korony! – i odbierał dziecku cukierka. Bo Tola butelki kocha. Bardziej od butelek kocha tylko smoczki dziecięce. Pewnie dlatego, że te rekwirujemy natychmiast i bezwzględnie – są małe, a Toli paszcza wielka i łatwo o nieszczęście.
Wreszcie udało mi się eMa przekonać, że co prawda skarb w postaci butelki to 2 korony, ale kolejna zabawka dla Psicy to co najmniej 50.
Prócz smoczków i butelek Tola kocha plastikowe kapcie. Takie zwykłe, moja, kupione w Polsce za 15zł. Ale i Pańciowymi Crocksami nie pogardzi. Przy czym ich nie niszczy za bardzo, jedynie żuje.
Prócz smoczków, butelek i kapci Tola uwielbia jeszcze papier, ze szczególnym uwzględnieniem chusteczek higienicznych. Zostawiona nieopatrznie chusteczka zmienia się natychmiast w strzępki. W podkradaniu tego Tola jest mistrzem szybkości i przebiegłości.
Najmniej fajne zabawki to te, przeznaczone dla niej. Węzełek? Piłka? Szmaciana obręcz? Nie rozśmieszaj psa.
Jak dziecko.Jak dziecko.
My też jesteśmy jak dzieci.
Święta idą. Całe miasto jarzy się światełkami. Na balkonach przybywa ozdób. To już nie udająca igliwie girlanda. To już kilka rzędów światełek. Do tego różne inne akcesoria – choinki, bałwanki, mikołaje, w oknach gwiazdy, adwentowe świeczki, latarenki z ledowymi lub prawdziwymi świeczkami…
Więc my też.
Najpierw była same świeczki, ale gasły. Wiadomo: deszcz, wiatr…Kupiliśmy latarenki. Potem zapletliśmy girlandę wokół barierki. Ale jakoś mało było. Przy okazji zakupów zajrzeliśmy do na dział z ozdobami.
Zaproponowałam kolorowe, dość stonowane światełka wokół okna. Ale eM zobaczył świecące misie polarne, mikołaje, koziołki…Duże były koszmarnie drogie (oraz koszmarnie tandetnie wyglądały, ale co robić). Małe były tańsze i ich jarmarczność malała adekwatnie do gabarytów. eM miał błysk w oku. Westchnęłam.
– Światełka i mały miś? -zaproponowałam.
– To razem będzie tyle co duży miś – obliczył natychmiast.
Zgadnijcie co teraz stoi dumnie na balkonie?
Mówcie mi: Pani Griswoldowo.
Ale Boże Narodzenie jest takie trochę kiczowate, więc niech już tak będzie. I tak udało mi się uniknąć zakupienia kolejnego zestawu ozdób choinkowych. Jak dotąd przynajmniej…
Adwent w Szwecji jest radosny, choć aura nas nie rozpieszcza. W ostatni poniedziałek mieliśmy zimę. Zimę, która chyba tym razem zaskoczyła drogowców. Poranna droga do pracy i z powrotem była koszmarem. Zamarznięta gruda na chodniku, rozdyźdana breja na jezdni zepchnięta pieczołowicie na przejścia dla pieszych oraz przejazdy dla rowerów. Oraz wiatr; miał imię, ale mi wyleciało.
Dwa dni było spokoju a teraz atakuje Helga. Wściekła, dodałabym, bo takiej wichury -silnej i długotrwałej nie pamiętam.
Sezon na Julbord trwa.
Zaliczyłam ten najważniejszy dla mnie, w Fotoklubie.
Znów siedziałam w kąciku, nie odzywałam się nie pytana, pytana gotowa byłam zagadać na śmierć. Moja historyjka o Karpiu i mamusi jakoś nie wzbudziła uśmiechów a jedynie…zgorszenie. Winą był mój język czy inna mentalność, która każe uważać na uczucia dzieci?
Zastanawiałam się czemu Fotoklub jest dla mnie taki ważny. I chyba już wiem. Fotografia jest dla mnie ważna. Stała się ważniejsza od..bloga, od pisania. Chyba dlatego, że mój szwedzki do pięt nie dorasta polskiemu. Zatem nie mogę pokazać siebie i swojego świata za pomocą słów. Więc zastępuje to obraz. Coraz lepszy obraz, dodam nieskromnie.
Z okazji Julbord u fotografów zrobiłam sobie nowy image. Ścięłam włosy w modnego boba, ufarbowałam na gorzką czekoladę i…voila:

O koszmarnym bólu ramienia i ręki, bólu nie dającym spać, bólu wyciskającym łzy z oczy, bólu nie dającym się ukoić ibupromem – nie chcę pisać. Powiem tylko, że ćwiczę, biegam do fizjo, szukam yogi.
Tak samo jak nie chcę pisać o tym, że lek ostatniej szansy u eMa nie przyniósł żadnego efektu, więc następna w kolejce jest operacja…
Nie chcę tez pisać o coraz słabszej mamie, która czasami nie ma siły wstać z łóżka.
Nie chcę o tym pisać, ani myśleć.
Nie teraz. Pomyślę o tym po świętach.

Utyskiwania

Psia kość.
To …

Psia kość.
To chyba prawda, że jak masz powyżej czterdziestki na karku to gdy budzisz się rano i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz.
Od trzech tygodni wykonuję ćwiczenia zalecane mi przez sjukgymnast (to chyba odpowiednik polskiego rehabilitanta czy tez fizjoterapeuty). No dobra. Przyznaję bez bicia, że nie wykonuję tego tak często jak Jimmi (po szwedzku wymawia się przez J) sugerował. Nie daję upilnować owych dwóch godzin z zegarkiem w ręku, więc czasem ćwiczę co godzina a potem mam 4 godz przerwy. Za to dobrowolnie acz za zgodą Jimmiego włączyłam poranne powitanie słońca. Tyle, że to jest MOJA wersja. Pies z głową dół w moim wykonaniu nie jest psem a pokraką. Kolan nie da się wyprostować, a lewa ręka raczej służy do równowagi niż utrzymania swojej części ciężaru. Sfinks wychodzi w miarę, ale nie da się utrzymać go dłużej, bo Psica uważa, że to zaproszenie do zabawy. Po za tym, Po kilku sekundach zaczyna boleć głowa…
Rano staram się rozruszać barki i kark delikatnymi, powolnymi ruchami głowy na boki, w górę i w dół. Delikatnie i bardzo, bardzo powoli, bo inaczej więcej szkody niż pożytku. Skłon głowy w lewo skutkuje drętwieniem kciuka i palca wskazującego oraz środkowego. Jest to miła odmiana, bo wtedy na chwilę przestaje mrowić w palcach małym i serdecznym.
Dodatkowo od kilku dni pojawia się dziwne uczucie tuż poniżej kolana, ale tylko w określonej pozycji. Pierwszy raz poczułam to schodząc ze schodów – jakby mi się nitka w spodniach przyczepiła z przodu, pomiędzy szwami. Idiotyczne uczucie…

Mam to, na co pracowałam ostatnie lata. Brak ruchu, stała pozycja półleżąca, w nogi wyciągniętymi przed siebie. Kilka Psicowych szarpnięć po prostu dokończyło proces. Nie powtarzajcie moich błędów. Teraz muszę odpracować zaniedbania by przynajmniej zminimalizować szkody.
Powoli godzę się z faktem, że spanie na ulubionym lewym boku już nie dla mnie. Oraz, że wiele rzeczy, wykonywanych przeze mnie lewą ręką, muszę nauczyć się wykonywać prawą. Tak jak trzymanie smyczy.
Przeżyłam pięćdziesiąt lat na tym świecie i dopiero odkrywam, że mam zaburzoną lateralizację. Nie jestem całkowicie praworęczna! Słoiki odkręcam lewą ręką, w obiektyw aparatu patrzę lewym okiem,  ale piłkę zawsze kopię nogą prawą. Ciekawe, czy mi w dzieciństwie zmieniono strony, choć żadnej traumy z tym związanej nie pamiętam,  czy też może przy odpowiedniej zachęcie mogłabym być oburęczna? Czy to w ogóle jest możliwe? 
Pora na zmiany?
Od jakiegoś czasu uczę prawe oko patrzenia w wizjer aparatu. Bo lewe łzawi. Przekładam smycz do prawej ręki i choć po kilku minutach łapię się na tym, że znów ją mam w lewej, to nie poddaję.
I naraz dzisiaj dotarło do mnie, że powinnam sobie kupić fotel! Taki, bym mogła w nim czytać, mając podparcie i pod karkiem i na krzyżu. Bez podnóżka! żeby wymusić pozycję 90 stopni zarówno na kolanach jaki i biodrach. Ale z drugiej strony czy to na pewno o to chodzi? Odkąd pamiętam miałam problem z siedzeniem na krześle. Zawsze szukałam jakiegoś podparcia dla nóg, żeby były choć trochę wyżej. Dlaczego?
To tak samo jak z tym ustawianiem stóp a la baletnica. Całe życie się ze mnie śmieli, napominali,  nikt nie pomyślał o tym, że to jest coś co może wymagać pomocy. Wystarczył jeden sezon z wkładkami pod pięty i żebym odczuła różnicę. Teraz w butach sprzed dwóch lat muszę porobić wkładki, bo czuję jak mi się stopy zapadają na pietach.

Muszę pogadać z Jimmim w najbliższy wtorek na ten temat. Bo przecież skądś się takie a nie inne nawyki wzięły. To jak z chodzeniem na palcach. Nikt naturalnie tak nie chodzi, jeśli to robi to przecież nie dlatego, że lubi mieć niewygodnie a wręcz przeciwnie – tak właśnie jest lepiej czyli coś szwankuje.

Dodatkowo odkryłam jedną rzecz, już nie koniecznie związaną z kręgosłupem, ale też z nawykami.
Wciąż narzekam, że nie mam na nic czasu. Bo rano praca, potem godzinka drzemki, potem spacer z psem (około 40minut obowiązkowo) potem jakieś sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie i robi się godzina 16. I dla mnie to koniec dnia. Zalegam na swoim wyrku, czytam, oglądam filmy, trochę bawię się z psem …Nie będę pisać, ani pracować, bo mi to lepiej wychodzi rankiem. Tak samo szycie. Zdjęcia jedynie lepiej obrabiać wieczorem, bo światło nie przeszkadza.
I nagle odkrycie.
Przecież mogę spróbować robić i tamte rzeczy po południu. Będzie trudno, a potem przywyknę przecież. Albo jeszcze inaczej – mogę prace domowe przenieść na popołudnie, a rano robić to, co mi wychodzi lepiej. Czyli pisać. Księgować. Czytać, uczyć się. Eureka. Proste, a takie trudne.

A poza tym. Nic.
Zuzia tańczy i gra w hokeja. Mam dziwne uczucie, że zaczynam ważnością dorównywać Dziadkowi, wreszcie.
Psica rośnie, mądrzeje, powoli, ale mądrzeje. Od 12 stycznia idziemy do szkoły – Psica i my.
Misia pracuje i uczy się.
Jankie uczy się i szuka pracy.
Mama…słabnie. Po prostu.
eM walczy z Crohnem, aktualnie przy pomocy Humiry, którą ja nazywam lekiem ostatniej szansy.
Życie towarzyskie w zasadzie nie istnieje. Regina jeździ na studia do Geteborga.
Fotoklub organizuje wigilię, więc pójdę, bo zapominam szwedzkiego.
eMa firma też organizuje Julbord i też idziemy.
Na klub psi brak mi zapału w tych ciemnościach. Czekam do wiosny.

Firma…Kiepsko. Mimo ogłoszeń w sklepach w całym regionie, na portalu polonijnym, na facebooku i wszędzie indziej klientów nie przybywa. W zasadzie został mi jeden. Jeden zamknął działalność. Jeden kończy na sezon zimowy. Dwóch dzwoniło, ale nie dali znać czy są zainteresowani. Jednemu z nich się przypominałam już dwa razy. Zadzwonić po raz trzeci?

Co robić, drogi pamiętniczku?
Iść z psem.

Takie tamy

Tak rzadko piszę, że …

Tak rzadko piszę, że nie wiem czy w ogóle jeszcze potrafię.
Nie wiem czemu tak rzadko.
Niby czasu nie powinno mi brakować, ale brakuje. Niby nie trwonię go na internet, a przelatuje nie wiadomo kiedy i na co. Tu spacer z Tolą 40 minut, tu 5minut na pogawędkę z sąsiadką, tam 15 minut na sprzątnięcie…I robi się wieczór. A wieczorami to ja nie funkcjonuję. Leżę, czytam, głaszczę psa, spaceruję z psem, gadam z psem…I tyle.
Szwedzki mi się uwstecznia, bo znów prawie go nie używam. Polski w sumie też prawie nie używany w mowie i piśmie.
Nie wiem co robię!
Trzeci tydzień zmagam się z bólem stawów.
Zaczęło się przed wyjazdem do Polski. Myślałam, że źle spałam, że może Tola mnie szarpnęła. Bolało koło łopatki. Potem się rozlało na całą jej krawędź. Potem na szyję. W Pl poszłam na dwa masaże (na więcej nie wystarczyło czasu). Po masażach ostry, kłujący ból rozszedł się, za to coś rozlazło się po całym barku i ramieniu. Jeszcze miałam nadzieję, że to efekt spania na wersalce u mamy, której miękkość można porównać do deski. Ale na moim wygodnym łóżku okazało się, że jest tylko odrobinę lepiej. Nie wstaję tak sztywna. W dzień funkcjonuję, w nocy – masakra. Ból szarpie całym lewym ramieniem – od barku po dłoń. Pisanie na dłuższą metę jest niemożliwe bo drętwieje połowa lewej dłoni. Tak samo przy jeździe skuterem.
Wreszcie zadzwoniłam do sjukgymnast (coś w rodzaju fizjoterapeuty, nie trzeba skierowania od lekarza).
A ból sobie hula. Zaczyna przełazić na bark prawy, prawy łokieć i dłoń. Oraz prawy pośladek, udo i stopa, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc uszkodzonych przy uderzeniu o asfalt dwa i pół roku temu.
Do tego bóle głowy.
Co za cholera mi wlazła???
Prochy przeciwbólowe pomagają na lekkie złagodzenie bólu za dnia, w nocy -w ogóle nie czuję ich działania. Sypiam na półsiedząco, na wznak, bo to jedyna pozycja w jakiej ból daje mi zasnąć.
I w zasadzie ten ból tak dominuje nad wszystkim co się dzieje, że nie mogę się już skupić na czymś innym.
Wiem, że trzeba do lekarza, ale wiem też, że pierwsze o co mnie zapytają to czy byłam u sjukgymnast i odłożą wszelkie działania do czasu aż się pofatyguję do wyżej wymienionego. Typowe działanie „okulista do 18-tej”…

Poza tym to nie wiem co.
Acha. Nie głosowałam. Nie głosowałam, bo nie chciałam. Bo odkąd zmieniłam miejsca zamieszkania uważam, że nie powinnam. Bo nie znam prawdziwej rzeczywistości a tylko tę opisywaną na dwóch portalach gazetowych i fejsbuku. A to chyba za mało. Pamiętam jak wkurzała mnie kiedyś Polonia amerykańska, mieszkająca od dziesiątek lat w Ameryce, głosująca ZAWSZE wbrew zdrowemu rozsądkowi.
A teraz oglądam ten „Powrót do przeszłości” i złośliwie myślę „chcieliśta PiSu no to go mata” co oczywiście jest wredne, ale nie mogę się powstrzymać. Bo dlaczego ludzie tak szybko zapomnieli o tym co już było tego naprawdę nie rozumiem, tak jak i nie rozumiem, czemu nie uczą się na własnych błędach.
Em prorokuje:
-Znowu przestaniesz słuchać Trójki –
a ja się obawiam, że może mieć rację.

W Polsce zaskoczył mnie ogrom rasizmu…uchodźcofobii..? nie wiem jak to nazwać.
Teksty:
-Poczekaj, poczekaj, jak ci ciapatych najedzie do tej twojej Szwecji- słyszałam na każdym kroku. I to bez względu na wykształcenie, wiek i inne takie.
Ludzie napompowani propagandą nie słyszeli, gdy mówiłam, że owi „ciapaci” mieszkają dookoła mnie. I że w zasadzie dla wielu z nich to JA mogę być czymś w rodzaju „ciapatej”. Bo wielu z nich w Szwecji mieszka dłużej niż ja…
ALe wiadomo, ludzie nie słyszą tego co się mówi, ale to, co chcą usłyszeć.

Monika na urlopie, więc mam więcej pracy.
A po południu idę do sjukgymnast.
A teraz pora iść z psem.

W salonie mam ekipę wymieniającą podłogę oraz piaskownicę. Pod starym parkietem była warstawa piachu. Tak na około 10cm. Taka technologia…
Pies kocha panów robotników.

Jubileusz

Myślę sobie „Jakbym …

Myślę sobie „Jakbym ją zabiła zaraz na wstępie to bym już mogła wyjść na wolność. A tak to mam dożywocie”. Ale to tylko przekomarzanie się.
Dziś mija 25 lat odkąd zostałam mamą.
Moja córunia kończy 25 lat.
Kiedy to zleciało?

a wieczne myśli płyną, płyną…jak czas

Cytat z „Sokrates …

Cytat z „Sokrates tańczący” Juliana Tuwima.
Och. Tuwim, znany głównie z Kwiatów Polskich (Grand Valse Brilliant w wykonaniu Ewy Demarczyk młodzież zna?) oraz wierszyków dla dzieci (zakładam, że Lokomotywę to zna każdy od kołyski), ten  właśnie Tuwim pisał cudne wiersze o tematyce różnej. Miłosnej też. Miałam kiedyś tomik jego wierszy, ale jakaś zaraza go pochłonęła. Nie pamiętam bym pożyczała, a w domu nie ma.
Tuwim pisał też aforyzmy oraz limeryki, których zbiorek mam w takiej maluśkiej książeczce, która z racji rozmiaru też mi ciągle ginie, ale potem się znajduje. Nie wiem czy by jej sobie nie kazać przedziurawić i wziąć na łańcuszek, żeby przestała ginąć, bo smaczki w niej są przednie.  Ot, choćby mój ulubiony „Czym różni się pesymista od optymisty? Pesymista twierdzi, że wszystkie kobiety to nierządnice. Optymista nie jest tego zdania, ale ma nadzieję”. Limeryków niestety na pamięć nie znam, a książeczka swym zwyczajem schowała się do mysiej dziury.

Zło! Dobro! - prawda? - Ludzie, bogi,
Cnota i wieczność, czyn i słowo,
I od początku - znów, na nowo,
Bogi i ludzie, dobro, zło,
Rzeczpospolita, słowa, czyny,
Piękno - to, tamto, znowu to! - - -
Mój drogi - kpiny!

Jakże się naigrawa stary filozof z tych wszystkich dętych komunałów. Bo pod koniec życia odkrył, że tak naprawdę liczy się tylko…życie. I już.
No i tak mi się to zgrywa ze stanem duszy. Bo ja sobie żyję. Po prostu. A czas sobie płynie…jak czas.
Bawię się z psem, cieszę obecnością Zuzi gdy jest, sprzątam, urządzam biuro w pokoju Yankiego, szyję, czytam, czytam i czytam, oraz fotografuję.
W międzyczasie troszkę pracuję, coś tam wypełniam, instaluję oprogramowanie, rozmawiam z klientami i potencjalnymi klientami. Celebruję życie.
Świat zrobił się złoty, sypie kasztanami, kolorami się mieni, czasem obdarowuje srebrną mgłą, a czasem purpurą zachodzącego słońca.
Jest cudnie, choć wcale nie leniwie. Właściwie to ciągle coś. Dni płyną szybko, szybko, za szybko prawdę mówiąc,

Sertralina, w odpowiedniej dawce, może jednak czynić cuda.

Pani doktor od sertraliny, rodem z Pakistanu, chyba w głębi duszy uważa, że depresja to wymysł rozpuszczonego w dobrobycie człowieka zachodu, bo wbrew obietnicom nie dzwoni od miesięcy…Z poprzedniego razu pamiętam, że młody doktor, Szwed rodowity, dzwonił co miesiąc, pytał o samopoczucie, monitorował ilość tabletek nasennych…Generalnie trzymał rękę na pulsie. Pani Pakistańska Doktor jak widać nie uznaje tego za konieczne. A ja już jadę na sertralinie ponad pół roku. Tylko wcześnie brałam końską, jak dla mnie, dawkę w związku z czym pierwsze półrocze 2015 postrzegam jako czas szukania spokojnego miejsca i chwili, żeby móc pospać. Po rozmowie z innym lekarzem, do którego poszłam przerażona wiecznym zmęczeniem, samowolnie zmniejszyłam dawkę o połowę. Mniej więcej po tygodniu poczułam, że zaczynam mieć siłę żyć. teraz, już chyba po dwóch miesiącach, nareszcie działam jak ja. Koleżanka z Zapiski Szwedzkie pewnie mnie obsztorcuje za taką samowolkę, ale…

Od Ksantypci wały złapię,
Że tak we mnie wszystko drga,
A ja sobie hopsasa!

 A jakie zdjęcia cudne mi ostatnio wychodzą! dodam tylko nieskromnie. Ale zgadzam się, że to moja, całkowicie subiektywna opinia. Nie ma obowiązku się z nią zgadzać.

 

 

Tak więc moi mili nie zamierzam zmieniać dilera, bo towar ma dobry 😉

 

 

 

 

i znowu „Witamy w Klubie”

Tak naprawdę. <br …

Tak naprawdę.
Byłyśmy dziś z Tolą po raz pierwszy w psim klubie.
Odkrycia:
1. Psiarze na pierwszy rzut oka są o wiele bardziej kontaktowi niż fotograficy
2. Jak jesteś w szczerym polu nie masz obowiązku zbierania kupy po swoim psie
3. Wbrew temu co podejrzewałam, Tola nie jest (już) najgorzej wychowanym psem na świecie. I ona i ja wykonałyśmy kawał dobrej roboty w ciągu ostatnich trzech miesięcy. 

A to zdjęcie z ostatniego wrześniowego spaceru w kamieniołomie z Zuzią i Tolą

Czas na KONKRET

Na pohybel …

Na pohybel (falszywcom).
W imię ojca i syna.
Dziś startuje moje firma. KONKRET.
O 16 idę oglądać pokój, który myślę, żeby wynająć.

Mało mam klientów, mało pieniędzy zatem, ale czuję, że potrzebuję „wychodzenia do pracy” żeby tę pracę wykonywać jak najlepiej i w terminie. Moja psychika potrzebuje też „wychodzenia do pracy” żeby umyć głowę, ubrać się w coś innego niż dres, narzucić rytm.

Ale czy to nie zbytnia rozrzutność?
Co myślicie?

Trzymanie kciuków i dobre myśli oraz ewentualne reklama bardzo wskazane.

Czadu!

Nie, nie jestem… a …

Nie, nie jestem… a raczej dotąd nie byłam szczególną fanką tej grupy. Przyznaję. Mój gust muzyczny jest bardzo eklektyczny, miłością wielką wielbię zarówno Pink Floyd jak i Artura Andrusa, Bacha i AC/DC. No ale Metallici, poza pewnymi kawałkami, wielbicielką nie byłam.
Aż do soboty.
Pojechałam raczej jako dama do towarzystwa dla mojego męża. Przekonana byłam, że będę nudzić się setnie, chciałam wziąć nawet książkę, ale nie wiedziałam czy mi ochrona ją przepuści skoro zabronili brać kanapki…
Trzeba przyznać, że przetrzymali nas solidnie.
Organizator podał tylko, że muzyka zacznie grać o 19:30 ale nie podał kiedy zacznie grać GWIAZDA.
Stadion Ullevi zapełniał się coraz większą rzeszą ludzi. Około 21 zanotowałam, że już prawie nie ma wolnych miejsc siedzących a i na podłodze panuje całkiem słuszny tłok.
A GWIAZDA zwlekała.
Publika klaszcząc i robiąc falę próbowała bądź to zająć sobie czas bądź to zmusić muzyków do wyjścia.
Tymczasem na scenę wyszła grupa ludzi w białych koszulkach i ustawiła się na scenie. Gdzieś z tylnego rzędu powiała ku nam biało czerwona flaga. Potem te same barwy zamigały gdzieś przodu.
Ha! Nasi tu są! Ucieszyłam się. Zupłnie nie wiem czemu, bo przecież nasi są wszędzie więc czemu i nie na koncercie Metallici?
Wreszcie na scenie coś zaczęło się dziać. Muzyka zrobiła się głośniejsza, ostrzejsza…Gitara zabrzmiała tak, że nie było wątpliwości. To ONI.
I wtedy trzy panny z kawalerem zaczęli się przepychać do swoich miejsc, które znajdowały się dokładnie przed nami. Najpierw przelazły dwie, potem zaczęły sobie podawać torebki, sweterki, popkorn i piwo…Powoli, bez stresu, bo kogo to obchodzi, że znaczna grupa osób dookoła traci cenne sekundy?
Siedzieliśmy na wprost sceny, ale. Ullevi to ogromny stadion, czego nie wzięłam pod uwagę kupując bilety. Teraz siedzieliśmy niemal idealnie na środku…lecz postacie członków zespołu były kompletnie nie do odróżnienia. Śledzenie tańca palców na gryfach gitar odpadało w przedbiegach. Sytuację trochę ratowały telebimy, ale jednak koncert z telebimu to prawie to samo co z youtuba…
Narzekałam trochę w tym duchu do samej siebie, ale potem, nie wiadomo kiedy wciagnęła mnie muzyka, heavy metalowe, głośne brzmienie, które robi mi dobrze na zgiełk duszy.
Zdziwiłam się, bo jako nie-fanka nie powinnam byłam znać większości kawałków, a tu rozpoznawałam prawie każdy. Nie tak, żeby znac tytuł, treść i tytuł płyty z której pochodzi, ale jednak znałam. A wiadomo, że najbardziej podoba nam się to, co znamy.
Po mniej więcej godzinie ze zdziwieniem odkryłam, że słyszę głosy gadających panienek z przodu. Przechylone za oparcie panny po środku, dwie gadały do siebie. Wreszcie środkowa zamieniła się z tą po lewej. Ale głosy nadal słyszałam. Nie żeby wiedzieć o czym tak zawzięcie gadają, ale jednak na tyle, by mi przeszkadzały.
Po kilkunastu minutach konwersacji panny wstały…i zaczęły drogę odwrotną. Znowu przeszkadzając wszystkim dookoła. Po następnych kilkunastu – wróciły z kubkami pełnymi piwa, które sobie następnie podawały jedna przez drugą. No naprawdę: uschłyby biedactwa bez tego piwa przez następną godzinę.
Zaprawdę…Szwedzi to cierpliwy naród. Polacy już by je zlinczowali.
Obserwowałam przez chwilę otoczenie i zdziwiłam się mocno.
To, że wszyscy po kolei robili sobie selfie ze sceną w tle wcale mnie nie zaskoczyło. Tak, jak nie zaskoczyło namiętne robienie zdjęć telefonem (aparatów nie można było mieć) czy wręcz nagrywanie. Ale żeby w trakcie koncertu przeglądać zdjęcia na tymże telefonie, co robiła jedna z piwnych panienek ale nie tylko???  
Ludzie? Po co wyście na ten koncert poszli? Było se youtuba odpalić, naprawdę.
A ONI dawali czadu. Ale jak!
Jak na chwilę zcichli i zagrali „On the road again” zrobiło mi się miękko w kolanach. Bo heavy lubię, ale jaszcze bardziej lubię heavyballady. Jest coś takiego, że jak grupa grająca ciężkiego roka zagra balladę, to klękajcie narody. Jest to po prostu mistrzowstwo świata.
Inna rzecz, że zazwyczaj takie grupy mają świetnych muzyków, którzy w balladach mogą naprawdę pokazać swók kunszt.
Ale Metallica okazała się mistrzem w ogóle.
Zadziwło mnie, że to co grali na koncercie brzmiało prawie tak samo jak w wersjach studyjnych. Pomyślałabym, że grają z półplaybacku, ale kilka razy zazgrzytała dysonansem któraś gitara, kilka akordów się różniło od tych z wersji studyjnej…Nie, grali na żywo, tak sądzę. A skoro tak, to znaczy, że ich płyty nie są poprawiane przy pomocy inżynierii dźwięku. A to znaczy – że są naprawdę dobrzy.
I byli.
Telebimy przekazywały zaledwie jakąś część tego co się działo na scenie, zazdrościłam tłumkowi w białych koszulkach. Ale i ta część wystarczyła, żeby zobaczyć, że panowie nie odklepują kolejnego nudnego koncertu, że granie sprawia im frajdę i że dają z siebie co mogą.
Kiedy zapadły ciemności, kiedy wybrzmiał ostatni akord ludzie powstawali z miejsc i klaskaniem, gwizdami, okrzykami dali do zrozumienia, że jest im mało. Za mało, choć jak się okazało koncert trwał już dwie godziny.
Wtedy na bis zagrali „Master of puppets” oraz, OCZYWIŚCIE!, „Nothing else matters”. Zrobiło mi się wilgotno w oku. Potem jeszcze dali czadu nim pożegnali się, powiedzieli, że lubią Szwecję i zaczęli w tłum sypać kostkami i pałeczkami.
Tłum się powoli rozchodził.
A mnie czekało jeszcze szybciutkie „after party” z Agnieszką z dalekiej północy.
Spotkanie było jak mgnienie. Właściwie wystarczyło czasu na uściski i obwąchanie się. Oraz zrobienie apetytu na więcej.
W domu byliśmy po 2 w nocy. A Psica wariatka ściągnęła mnie o 7. Bo siku. Bo kupa. Bo baw się ze mną. I otwórz oko. I chodź na trawę, nie gnij w piernatach…