Wiosna

jest ciepło, …

jest ciepło, słonecznie, ptaki się wydzierają od rana. Kaczki w parku spacerują parami. I nie tylko kaczki.
Moja dusza ma się dobrze.
Rozpiera mnie radość życia, poczucie, że wszystko będzie dobrze, mam chęć robić dużo rzeczy.
Coś mnie uskrzydliło.
Zmierzam do pożegnania się z sertraliną.
Tylko dysk daje popalić. Dwa dni lepiej, dwa dni gorzej. Kiedy jest gorzej moje dobre samopoczucie pierzcha z krzykiem. Łażę skrzywiona, zła i czepliwa. Bo boli. Bardzo boli. Bardzo, bardzo boli.
Lecz ogłosiłam, że idę na zwolnienie. Więc od dziś mam wolne od mopa. I zobaczymy czy dzięki temu będzie więcej dni dobrych czy gorszych.
5 kwietnia mam rezonans.
Oraz zamówiłam sobie z Polski taki aparacik co smyra prądami.  Ponieważ żadne tabletki bólu nie likwidują, a podobny aparacik miałam okazję wypróbować dzięki mojemu fizjo. Działa.
No a skoro działa, to warto mieć alternatywę dla prochów

 

resztę zeżarł blox, świnia

Powrót do codzienności

Tak sobie myślę, że w…

Tak sobie myślę, że w ważnych chwilach jak śmierć bliskich człowiek powinien mieć prawo do własnych zachowań, powinien mieć całkowitą dowolność decydowania o tym jak i z kim chce tę chwilę przechodzić. A tu jakieś konwenanse, jakieś wymagane zwyczajami naginanie się do oczekiwań, przełamywanie się i postępowanie wbrew własnym uczuciom, w jednej z najważniejszych chwil w życiu…
Mnie ogarniała furia na myśl, że będę musiała stawić czoła nielubianym członkom rodziny, skutecznie unikanym przez ostatnich trzydzieści lat. Pocieszała mnie myśl, że przynajmniej dzięki jasnym wytycznym otrzymanymi od mamy już dawno temu, uniknęłam szopki „ostatnie pożegnanie” nad otwartą trumną.
(- To jest Basia?!! – rozdzierająco rozdarła się podobno jedna z kuzynek nad trumną mojej siostry. Inna uznała, że warto upamiętnić moją siostrę w tej doniosłej chwili za pomocą aparatu fotograficznego).
O nie, nie, nie dałam nikomu okazji do takich występów.
Rozesłałam rodzinne wici o stanie mamy, kto chciał, był w domu lub w Hospicjum żeby się pożegnać. POTEM byłam tylko ja. I eM na bardzo krótko. Oraz pracownicy zakładu pogrzebowego. Trochę było zaskoczeń, ale wszelkie wyrazy niezadowolenia stłumiłam krótkim „mama tak chciała”.
Urna była drewniana w myśl słów „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Obok urny zdjęcie dwudziestoletniej mamy- przygotowane przez nią samą kilka lat temu.
Nielubiane kuzynki sobie odpuściły i się nie pofatygowały.
Jeszcze tylko uchylić się od ramion miejscowej przygłupiej, która rzuciła się na mnie z wyrazami współczucia. I już.
Na cmentarzu i potem na obiedzie była nas już tylko garstka.
Naprawdę wyłącznie najbliżsi mi członkowie rodziny.
Ciocia Wanda, kuzynka Ania z mężem i jej rodzice, siostrzenica z ojcem, mężem i synem, kuzynka Mirka.

Kuzynka Mirka…
To jest temat na anegdotę, chcecie?
Kuzynka Mirka jest bratanicą mamy. I jest mocno do niej podobna.
Opowieść mojej siostrzenicy:
-Przyjechałam do babci w niedzielę, siedzę, trzymam ją za rękę…Nagle drzwi się otwierają, patrzę…Babcia stoi w drzwiach. Ale jak to stoi? Przecież tu leży, trzymam ją za rękę. Ona (Mirka) chyba zobaczyła, że się wystraszyłam.

Na parkingu, po stypie, spotkaliśmy Jarka z ojcem. Jarek to nasz stary kumpel. Natomiast jego ojciec to stary kumpel mojego ojca i dobry znajomy mojej mamy z lat młodości. Pogadaliśmy chwilę.
Wczoraj spotkałam Jarka w mieście, zamieniliśmy kilka słów, coś wspomniałam o mamie…
Jarek zrobił głupią minę. I naraz
– Czekaj…To TWOJA mama zmarła?
– No tak!
– I to o niej eM mówił, że ma pogrzeb teściowej?…To KTO tam był koło ciebie?!
– ???
– No przecież widziałem twoją mamę obok ciebie na tym parkingu! I jeszcze się z ojcem zastanawialiśmy, że jaką eM teściową chował, skoro ją przecież widzieliśmy obaj.
Wyjaśniłam.
Muszę pomyśleć jakich moja matka miała wrogów i im wieczorową porą tę kuzynkę pokazać…

A kiedy już stresy i napięcia odpuściły okazało się, że mój dysk znowu daje o sobie znać. Koleżanka poleciła gabinet fizjoterapeuty. Oprawca umiejętnie wetknął palec w najbardziej bolące miejsce. I w jeszcze jedno. I w kolejne. Tu pociągnął, tam wcisnął, tu pogłaskał, tam poszczypał.
Wyleczyć, nie wyleczył, bo wszak nie jest Kaszpirowskim. Ale sprawił, że ból zmalał, i ograniczył się tylko do kilku stref. O 19:30 rozłożyło mnie na amen. Poprzednie noce prawie nie spałam mimo solidnej dawki ibuprofenu oraz odnalezionemu w mieszkaniu relanium 5mg, wziętego w akcie desperacji.
O ósmej spałam tak, że nie usłyszałam telefonu.
Klient Marian. …Jutro o tym pomyślę, bo zdaje się, że popełniłam błąd i dałam sobie wleźć na głowę…
eM wyciszył telefon, o czym poinformował mnie gdym się na chwilę przebudziła.
Po ośmiu i pół godzinach snu jestem wypoczęta.
W południe wyjeżdżamy do domu.
Pooddawałam ukochane kwiatki mamy. Więc mieszkanie mogę z czystym sumieniem zamknąć na cztery spusty. Cerber w postaci Pani prezes oraz sąsiadki z dołu dopilnuje, żeby się nic nie stało.
A jutro w południe przytulę Zuzankę. I Psicę wariatkę.
I moje życie będzie się toczyło dalej.

 

Zdobywcy bieguna

Odkrywcy mozolnie …

Odkrywcy mozolnie wspinali się pod górę. W sypiącym im w oczy śniegu, walczyli o każdy oddech,o każdy krok, o każdy metr. Cel leżał nieopodal. Taki bliski, a jednocześnie tak odległy. Wysmagany wichrami, pobielony mrozem i śniegiem, niezniszczalny i wieczny jak ziemia. Biegun.
Odkrywcy dyszeli ciężko, ich siły były na wyczerpaniu, ale wciąż goniła ich ta odwieczna, ludzka gorączka -ciekawość i chęc postawienia stopy tam, gdzie dotąd nie zrobił tego nikt.
Ich wierny przyjaciel, wielki, silny, kudłaty pies, szedł koło nich. Uwolniony, wreszcie!, od ładunku mógł skupić się na ludzkim stadzie, które powierzono jego pieczy. Wyznaczał szlak w przepaścistym śniegu, mobilizował przywódcę i pilnował najsłabszych człoków wyprawy, by nie zaginęli w zamieci.
A zamieć była potężna, jakby wszystkie żywioły sprzysięgły się przeciwko odkrywcom.
Na próżno. Ostatnie kroki i oto są!
Zbyt wyczerpani by głośno cieszyć się z osiągnięcia, przystanęli w cichej satysfakcji kontemplując sukces. Wiatr jakby ucichł, a śnieg z wolna opadł na ziemię i tam został. Cisza dzwoniła w uszach, a przed oczami rozciągała się bezkresna biel.
A potem, gdy odpoczęli, nasycili oczy i dusze satysfakcją, gdy wetknęli swe flagi w  śnieg,  ruszyli dalej, przed siebie. Ku obozowi, ku odpoczynkowi, ku ciepłej strawie i ciepłu ognia, przy którym w długie zimowe wieczory będą przez wiele lat snuli swe wspomnienia…

 

Tak Zuzia zdobyła wczoraj Kinnekulle.
Powiadam wam.
Zabawa z wyobraźnią, jest lepsza od tysięcy gier, bajek, zabaw.
Te chwile to moja bateria na najbliższe dni.
Znów jadę do Polski. Pilnie. Do mamy.



A biednemu wiatr w hełm

Zrobiło się …

Zrobiło się wiosennie. Temperatury plusowe, zniknął śnieg, pojawiły się kałuże, ale że jednocześnie słońce się pokazywało w ciągu dnia choćby na pół godzinki to nie narzekałam. Mokro, wietrznie i słonecznie, to wolę od biało i słonecznie.
No, fajnie było. Przez niecały tydzień.
We czwartej eM zaczął coś wspominać o samopoczuciu. A Zuzia wieziona z przedszkola na tańce powiedziała, że boli ją czoło.
Na wszelki wypadek udałam, że nie słyszę, bo w piątek miała być Zuzia i Małpi Gaj obiecany już dawno.
No i było wszystko co trzeba, a nawet więcej.
Zuzia zabierana od ojca, miała szkliste oczy. Co prawda mama-zastępcza mówiła, że Zuzia narzeka na ból gardła ale gorączki nie stwierdziła.
No ale pojechaliśmy.
Jak zawsze dziadziu był asystentem od szaleństw, a babcia sponsorem.
Po dwóch godzinach dzieciak zmarkotniał. Oczy się zrobiły jeszcze bardziej szkliste. Propozycja powrotu do domu przyjęta została jednomyślnie.
W domu rozłożyli się na amen oboje i eM i Zuzia.
Na placu boju zostałam ja i Pies.
Zuzię w sobotę rano odstawiliśmy do mamy. Ja się niemrawo zebrałam do prac domowych a eM po prostu się wyłączył.
Donosiłam mu tylko: aspirynę, sok z pomarańczy osobiście wyciśnięty, zupę ogórkową, chusteczki, ipren, alvedon, kompot, wodę i nie wiem co jeszcze…
W niedzielę pod wieczór eM był już całkiem ugotowany mimo wyjątkowo (jak na mnie) troskliwej opieki.
W poniedziałek rano, na skuterku było mi jakoś mało zimno. Przez chwilę. A potem bardzo zimno. A potem znów bardzo ciepło. I to takie dziwne uczucie w piersiach i pomiędzy łopatkami…
Jeszcze wieczorem poszłam z psem. Ale już wiedziałam, że noc, najdalej ranek będzie wesoły. Przewidująco poinformowałam zainteresowanych, że do pracy nie przyjdę.
W nocy obudziło mnie taka telepka, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie miałam. Naprawdę nigdy nie widziałam, żeby mi się trzęsły usta i policzki. Dziwnie to było, podejrzewałam samą siebie o symulację i skarciłam za przesadę.
Od tej pory leżę plackiem.
eM poszedł do pracy wczoraj. Skaranie boskie z upartym, głupim chłopem. Kaszle tak, że aż mnie boli i jest słaby. Oblewa się potem i kręci mu się w głowie. Ale polazł do roboty, bo wszak gorączki nie ma to jest zdrowy, nie? A pieniądze potrzebne.
A ja leżę dzień trzeci. Jem jak opętana, więc nawet żadnej korzyści z choroby nie będzie, nie schudnę, nie ma o czym marzyć. Oraz faszeruję się co na zmianę paracetamolem i ibuprofenem. Jedna tableteczka, po trzech godzinach druga. Czekanie sześciu godzin, nie wchodzi w grę, znowu zaczyna telepać. I nic więcej! Trochę kaszlu z krtani. I ból stawów.
A tymczasem klientowi ktoś rozbił okno na parkingu i rąbnął torbę. Torba była pełna bo klient woził w niej prawie całe swoje szwedzkie życie. Wyglądała na taką co może zawierać co najmniej laptopa. Niestety – były tam same papiery. Dla złodzieja bezwartościowe, dla klienta jak wiadomo ważne. Różne tam dokumenty rejestracyjne firmy, zezwolenia i takie tam…
Z racji tego, że klient był w szoku ja zgłaszałam telefonicznie zdarzenie do policji.
I to jest ciekawe.
Zadzwoniłam. Czekałam chyba 10 minut gdy usłyszałam komunikat, że jeśli podam numer telefonu to oni do mnie oddzwonią jak przyjdzie moja kolej. Podałam. Oddzwonili za jakieś 15minut. Powiedziałam, że znajomy, a właściwie klient padł ofiarą włamania. Pani spisywała zeznanie. Na szczęście czekając na ich telefon próbowałam złożyć zawiadomienie online, więc wszystkie dane już miałam. Poszło nam sprawnie. Pani poprosiła o mój personnummer. Ja poprosiłam, żeby kopię zgłoszenia wysłała do mnie a nie do klienta. Chciałam podać adres ale pani już go miała. Zaśmiałam się.
-No tak, wystarczy personnummer i wiecie wszystko- powiedziałam radośnie i dodałam lizusowsko – Lubię ten system.
Pożegnałyśmy się.
A ja naprawdę lubię ten system „permanentnej inwigilacji”. Może i jestem naiwna, ale co tam. Co mi szkodzi, że dzięki kilku cyfrom bank wie jaka jest moja sytuacja ekonomiczna, lekarz jak wygląda moje zdrowie a policjant gdzie mieszkam i czy mam coś na sumieniu?
Nie robię nic nielegalnego i nie zamierzam, nawet moralnie się prowadzę, to co mi tam? No dobra, mam pewien nieuczciwy związek z pewnym programem sygnowanym literą grecką, ale to całe moje przestępstwo.

Tak więc leżę.
Z nudów przejrzałam całą tablicę facebooka.
I nagle znalazłam artykuł, że policja zatrzymała 14 osób podejrzanych o przygotowywanie napadu na dom dla azylantów. W tej grupie większość stanowili Polacy.
Zagotowałam się! A tu pod linkiem komentarz, że biedne chłopaki i co za menda ich wsypała.
Biedne?! Dobrze im tak!
…Akurat, ci z tego domu napadli na siostrę jednego z zatrzymanych.
Od tego jest policja
…Policja nic nie robi…

Nie lubię pyskówek internetowych, przestałam zaglądać. Wyraziłam tylko zdanie, że rzeczywiście, do opinii o Polakach, że nieuki, złodzieje i pijaki brakuje jeszcze tylko tego, że i bandziory. Przyjadą tacy na „gościnne występy” a cenę za to zapłacą ci, co uczciwie i po cichu żyją swoim życiem.
Oraz, że równie dobrze, można napaść na cały blok bo jeden z mieszkańców napadł na czyjąś siostrę, więc można uznać, że cała kamienica jest winna.

Nie jestem fanką tych młodych mężczyzn, którzy przedarli się do Europy i chcą w niej wprowadzić swoje porządki. Ale staram się pamiętać, że w tej gromadzie są też ludzie uczciwi, ludzie, którzy po prostu ratowali życie swoje i swoich bliskich, są małe dzieci. Nie godzę się na samosądy. Nie godzę się na wrzucanie do jednego worka wszystkich ludzi o bardziej smagłej cerze.

I mogłabym jeszcze długo, ale właśnie zaczyna mnie znów telepać i zaczynam więdnąć.

A gdyby tak…?

Od poniedziałku budzi…

Od poniedziałku budzi mnie warkot ciężkiego sprzętu i walenie. W mieszkaniu Zastępcy Pani Prezes trwa remont. I tak sobie marzę…
A jakbym zrobiła powtórkę z rozrywki? I tak jak Pani Prezes wraz ze swoim Zastępcą wtedy, 10 lat temu, ściągnęła teraz wszystkich miejskich radnych, policję, Dyrektora Budynków Komunalnych, burmistrza i wszelkich przyjaciół królika? Bo chyba się narusza konstrukcję budynku, jak my wtedy. A hałas jaki robiliśmy to było jedno popołudnie zbijania tynku…
Tak sobie tylko marzę, bo nie chce mi się. Może i byłabym mściwa, ale mi się nie chce. Znaczy, jestem przyzwoitym człowiekiem z lenistwa.
I dlatego wszelkiej maści jędze będą nadal miały się dobrze…

Przyjechałam i jestem

Stwierdzam, że pogoda…

Stwierdzam, że pogoda jest świnia. Już mogłabym wybaczyć, że nie ma słońca. Ale odwilż?! Ta zgnilizna oblepiająca ciało, kasza po kostki na chodnikach, stopy w związku z tym natychmiast zmarznięte, przegrzane górą busy i zimno śmigające po nogach.
A mnie się wydawało, że zima nie taka zła?
Może i nie, ale nie tu.
TAM nie ma soli w mieście, śnieg na chodnikach ubity, posypany żwirem, więc nie ma kaszy. Busów nie używam, bo albo używam nóg albo samochodu. Tylko odwilż w powietrzu i kolorycie jest tak samo „łobziedliwa”.
A poza tym ciągnie mnie do sklepów jakbym przyjechała z Polski lat osiemdziesiątych do kraju zza żelaznej kurtyny.
Sklepy ciuchowe jeszcze jako tako omijam, bo i tak we wszystkim będę wyglądała tak samo czyli GRUBO. Ale już buty…i torby…To co innego. Nie wspominam o księgarni, bo już to jedno słowo sprawia, że mój portfel zaczyna sobie kręcić sznurek, a karty pierzchają w popłochu.
W księgarni spędziłam wczoraj chyba z godzinę. WSZYTKO bym chciała, nawet to, czego bym nie chciała!
Brałam w rękę, odkładałam, obchodziłam półkę w koło, i znowu brałam coś w rękę…
Cierpliwa Agnieszka z tyłu z mną. Cierpliwa..! Wrednie mi jeszcze pokazywała, że jeszcze to powinaś przeczytać, i to, i tamto, i tego autora sobie zapamiętaj i tę serię. Na koniec dodając sadystycznie „no ja nie kupuję, pożyczam z biblioteki”.
Czy ktoś rozumie ten skrajny sadyzm? A czy ktoś zrozumie, że chętnie poddałabym się tej operacji jeszcze nie raz a wiele razy.
Ja jestem dziecko komuny! Ja mam ciągle syndrom niespełnionych marzeń! O ile w każdym innym sklepie potrafię się opanować o tyle w księgarniach, sklepach z materiałami „piśmiennymi” oraz tekstylno-pasmanteryjnych dostaję małpiego rozumu. Nawet jak wchodzę po jedną, konkretną rzecz, to w środku głupieję, zapominam czego chciałam, bo chcę WSZYSTKO! Przy czym ma to zastosowanie wyłącznie w Polsce ( z wyjątkiem sklepów tekstylnych, bo tych w okolicach Miasteczka nie znalazłam). Na Wsi* wyboru nie ma. Każdy może sobie sobie kupić zeszyt jaki chce pod warunkiem, że będzie czarny, biały lub zielony.

Wreszcie zostałam wyciągnięta z księgarni i zaciągnięta do jadłodajni.  Różnej maści kluski i pierogi (tylko czemu nie RUSKIE?czemu???), obok jakieś slow food, dalej mcdonalds, KFC i coś tam jeszcze…I znowu: na WSI nie ma tak dobrze. W zasadzie masz do wyboru rybę, stek albo pizzę. I czy to jest nad morzem czy nad jeziorem, czy knajpa nazywa się Roma czy Cyrano wszędzie żarcie jest to samo i takie samo. I nic dla człeka, który nie po to idzie coś zjeść w mieście, żeby jeść mięso czy rybę.
A z jadłodajni poszłyśmy do kina.
I tu sobie uświadomiłam, że moja pierwsza ksywa internetowa „prowincjuszka” stała się moim nomen omen. Szfak. W kinie ostatni raz byłam …A tak coś około ośmiu lat temu! Niemal w tym samym składzie, zresztą. Nawet nie wiedziałam czy dam radę film oglądać i czytać napisy. Bo może okulary mam za mocne. Albo za słabe. Okazało się, że wcale mi nie były potrzebne. Trudno było mi tylko ogarnąć jednym spojrzeniem i ekran i napisy. Na początku znaczy, bo potem mózg się nauczył.
Najlepszy był pan bileter, który się zdziwił, że chcemy wejść na reklamy. Na reklamy?! Widać nie było po mnie widać, żem ze Wsi.

…O trudnych sprawach pomyślę kiedy indziej.
Tylko zanotuję
…Odkryłam, że czytanie na głos może być fajne.
Oraz zapytam: skąd wziąć szpitalne łóżko i czy można je pożyczyć z materacem? Oraz od razu?

*Na Wsi oznacza całą Szwecję 

Zima, jest zima

Ostatnie lata zimy …

Ostatnie lata zimy nie było. A w tym roku przyszła. Mrozi (któregoś ranka było -13!), śniegiem podsypuje i nie wieje. W sklepie, co rano można gruz i błoto szpadlami przerzucać (przesadzam, ale tylko troszeczkę).
Słońce nieśmiało wygląda i świat robi się ładniejszy.
Pies szaleje na śniegu, węszy, tarza się, gania za śnieżkami, rozkopuje i w ogóle ma uciechę nie z tej ziemi. Na szkolnym boisku, na które chodzimy co rano żeby się pobawić, ktoś ulepił i zostawił wielką kulę śnieżną. Tola najpierw ją próbowała oblizać, a potem po prostu na tę kulę wlazła. I włazi za każdym razem. Tak ma. Lubi włazić na różne podwyższenia. Głazy, cokoły, ławki.
Jak w psiej szkole, którą zaczęliśmy w ostatnią środę.
Kiedy któreś z nas, eM albo ja, przysiadło na ławce, Tola natychmiast pakowała swój zadek obok. No bo przecież w domu też zawsze siedzi obok mnie na  ławce w kuchni.

Szkoła dała nam wskazówki jak ćwiczyć z Tolą nawiązywanie kontaktu i ćwiczymy. W domu Tola jest pojętna i zainteresowana. W szkole…Gdyby była dzieckiem niechybnie zostałaby odesłana do szkolnego psychologa w celu potwierdzenia diagnozy ADHD. Wyrywała się, piszczała, zaczepiała wszystkich w około niezależnie od ilości nóg, była podekscytowana i kompletnie nie zainteresowana zajęciami i ćwiczeniami. Serek bądź kiełbaskę wyjadała z rączki, a jakże..i tyle było jej zainteresowania przedmiotem. No, świadectwa z czerwonym paskiem to to „dziecko” z pewnością nie otrzyma.
Tak więc ćwiczymy w domu i na spacerach.
Następna lekcja już w środę. I zobaczymy.

Mama już w domu. W niedzielę udało mi się porozmawiać z lekarzem.
Tylko dlaczego lekarze przybierają taki …”inkwizytorski” ton? Moja matka ma 74 lata. Jest wciąż jeszcze sprawna na umyśle, nawet jeśli czasem gubi wątek lub mówi nie to co zamierzała. Dlaczego więc lekarz mnie pyta tym tonem kiedy ją ostatnio widziałam i dlaczego nie poszłam z nią do pulmonologa.
…Ech…W Szwecji nawet do ewidentnie lekceważącego zalecenia pacjenta nikt nie zwróciłby się takim tonem. Nie wolno. Nie wolno być protekcjonalnym, oceniającym, krytycznym do nikogo a już na pewno nie do osoby chorej i jej rodziny.
No trudno, tak jest i trzeba jeszcze sporo czasu by się zmieniło.
W poniedziałek mamę zoperowano – noga była złamana w biodrze. A we wtorek, późnym wieczorem mama już była w domu.
Gdy zadzwoniłam, usłyszałam:
– Znowu masz przeze mnie kłopoty…

Cholera. Na ile jej decyzja o nieleczeniu się wynika z niechęci do „sprawiania kłopotu”?
Niby w lipcu prosiłam o konsultację z psychologiem/psychiatrą, ale wtedy mama była tak zagubiona, że prawie nie pamięta co się działo.
Myślę sobie, że może jak tam będę to poproszę jakiegoś psychologa o wizytę domową? A może księdza? Księdzu by się może wyspowiadała. Przed psychologiem raczej tego nie zrobi. Tylko to musiałby być naprawdę mądry ksiądz, pełen empatii.
Niełatwe.
Nie ma już we mnie złości na nią, gdy widzę i słyszę jak gaśnie, oddala się od tego świata. Nie ma też we mnie takiego żalu, przerażenia, jak wtedy gdy odchodziła Baśka. Patrzę na mamę i nie widzę matki, tylko starego, samotnego do bólu człowieka, który sam zmarnował sobie życie. Co czuję? Współczucie, smutek, że mogło być inaczej gdyby tylko…
I tak to się życie plecie.
A Zuzi rusza się pierwszy ząbek. Dolna jedynka. I coraz częściej zamiast „lowel” mówi „rower” choć to R jeszcze nie takie całkiem warczące, ale jest już blisko, blisko, dosłownie na końcu języka.
To JUŻ??? Kiedy zleciało to pięć i pół roku. A pamiętam jak wczoraj moje przerażenie, gdy Misia powiedziała, że jest w ciąży.

 

Śnieg

Mamy zimę.
Plus…

Mamy zimę.
Plus – jest jaśniej.
Minus – jest brudniej.
Fakt: Tola kocha śnieg od pierwszego wejrzenia, miłością niezmierzoną.
Fakt2: Tola boi się pługów. Tak, nawet kiedy jest w domu.

Śniegu napadało dużo w ciągu ostatnich godzin, więc czekamy tylko aż eM wstanie i jedziemy. On na narty, Tola pomyszkować, ja połazić z aparatem.
A tymczasem rzeczywistość…

Zgłosiły się do mnie dwie osoby, którym trzeba najpierw zarejestrować, potem poksięgować. To dobra wiadomość.
Zła:mama chyba złamała nogę, wywieźli ją do szpitala w Biskupcu. Jej komórka padła, opiekunka inteligentnie zostawiła swój nr telefonu w maminej torebce licząc na to, że ktoś się domyśli. W związku z tym nie wiem co się dzieje. Oczywiście spróbuję zadzwonić dzisiaj, ale pomna sytuacji z lipca, już na zapas pytam: macie może kogoś znajomego w szpitalu w Biskupcu (warmińsko-mazurskie) kto zechciałby udzielić mi informacji o stanie matki?
I dlaczego do Biskupca?! Olsztyn jest dużo bliżej.
Za dwa tygodnie jadę do Polski, jak ja do tego Biskupca dojadę?

Uch…polska, trudna rzeczywistość.

Na pociesznie jeszcze kilka fotek sprzed trzech dni, kiedy pojechaliśmy na Kinnekulle.

Tola z miną a la Masza

a słońce już zachodziło

dzięki czemu świat nabrał zupełnie innego kolorytu

i na górze

 

i na dole

A wracając znowu uwieczniłam „moje” drzewo. Dąb Niesamowity

I apiać od nowa (odnowa?)

Nie robiłam …

Nie robiłam podsumowań, postanowień od lat co najmniej kilkudziesięciu. I oto mi się zachciało.
Postanowić, że będę więcej czytać, bo 32 książki w roku to mało, a czasu ubywa.
Że będę mniej czasu trwonić na demotywatory czy inne soki z buraka, bo czasu coraz mniej.
Że będę za to pisać więcej i staranniej. Nie tylko na blogu. Bo, jak wyżej.
Że zrobię sobie odwyk od słodyczy i może wreszcie schudnę?

…Pies mnie szczypie, bo dziś, w ramach celebracji Nowego Roku, pierwszej od lat, postanowiłam wypełnić choćby niektóre wróżby.  I tak. Majtki założyłam malinowe, bo czerwonych to w Szwecji nie uświadczysz, a podobno trzeba mieć nowe i czerwone, żeby się w nowym roku darzyło. Oraz nie tknęłam palcem sprzątania i gotowania, bo co robisz w Nowy Rok to ponoć robić będziesz rok cały. W związku z tym, sorry Pies, pożarłaś wczoraj całą kaszę to dziś masz chrupki. Bo najbardziej ze wszystkiego nie znoszę sprzątać i gotować. Ale lubię mieć sprzątnięte i lubię niektóre potrawy.
Ja nie wiem o co mi chodzi, co mi chodzi po głowie w tym roku, bo po raz pierwszy od dawna chcę zakląć przyszłość, coś zaczarować, wyczarować, na coś jeszcze czekać.

A tymczasem Sylwester jak zwykle z Zuzką.
eM zabrał małą na fajerwerki o północy, ale ja nie znoszę strzelania, bo nie mogę pozbyć się z pamięci stada kawek lecących nisko nad ziemią, na oślep…I już nie lubię fajerwerków. Nie poszłam, wykręcając się psem, który mógłby dostać paniki na tę kanonadę.
Za to wcześniej poszliśmy na ciemną plażę, z zimnymi ogniami, świecącymi pałeczkami i bawiliśmy się światłem.
Zabawa była super. Tylko nie pomyślałam, żeby zrobić światełko do nieba. Ale to innym razem.
Aparat zarejestrował naszą zabawę, choć nie pomyślałam, że trzeba się skupić na ostrości, więc efekty nie powalają. Ale zabawa podobała się i dużym i małej.

eM kręci kółka kółkiem z pałeczek fluoroscencyjnych

Zuzia po kilku próbach nauczyła się machać zimnymi ogniami

Dziadek, Wnuczka i w/w pałeczki

 

Miasto malowane światłem

 

No to tego…
Niech się Wam darzy ten 2016

Śnieg za oknem

a ja mam dylemat: …

a ja mam dylemat: cieszyć się pięknem czy wkurzać, że jutro ręce sobie po łokcie urobię.
Postanowiłam żyć chwilą i się cieszyć. A co tam. Powkurzam się jutro…
Święta przeleciały.
Czas tuż przed nimi…Nie wiem jak to się stało, ale byłam tak zmęczona, zniechęcona, logistycznie niezorganizowana, że wcale mnie te święta nie cieszyły. Być może za sprawą braku snu. Mimo sertraliny wciąż łykanej, po prostu przestałam spać…Sęk w tym, że spać mi się chciało, tylko to spanie nie wychodziło. W skrócie to tak, jakby ktoś jednocześnie naciskał gaz i hamulec w samochodzie.
Zuzia była całe prawie święta, a ja się nie cieszyłam tylko powstrzymywałam przed zagryzieniem całej rodziny z ukochanym psiuńciem na czele.
Święta minęły, problem ze spaniem został jak na razie. Jak nie przejdzie, po nowym roku, trzeba będzie do lekarza.
O mój boże jaka ja stara jestem! Nic, tylko tu mnie boli, tu mnie strzyka.
Coś muszę zmienić do następnych świąt.
Nie wiem co, nie wiem jak.
Na razie mam chęć uciec na południe, tylko portfel niestety trzyma na smyczy.

I w zasadzie to wszystko co się dzieje.
A, nie!
Po raz pierwszy od lat gadałam z moją dawną przyjaciółką Gośką Z. Przez Skype i bez kamerki, ale i tak…
Generalnie nie jestem za powrotami do przeszłości, bo ludzie się zmieniają i po 25 latach są kimś zupełnie innym. Kilka razy zafundowałam sobie takie powroty i skończyło się rozczarowaniem. Ale sentyment, to sentyment. Chce się wiedzieć, jak też się, kiedyś tak bardzo bliskiemu człowiekowi życie potoczyło.
Niewiele jest takich osób, które z niebytu przeszłości chciałabym wyciągnąć, ale kilka sztuk by się znalazło.
Gośka jest jedną z takich osób.
Gośkę los dał mi zamiast.
W klasie siódmej, zaraz na początku roku, nowy nauczyciel zrobił sprawdzian naszej wiedzy z fizyki z poprzedniego roku. Wszyscy prawie dostali dwóje lub jakieś marne trójczyny na szynach. Tylko jeden Adam dostał czwórkę.
(Młodzieży wyjaśniam, że było to w czasach, gdy skala była czterostopniowa od najlepszej piątki po najgorszą dwóję)
Adam siedział za mną i gdy się odwróciłam, żeby zobaczyć kim jest ów geniusz wpadłam z kretesem: blond czupryna i przepaściste niebieskie oczy.
Kochałam się w nim lat kilka, bez wzajemności oczywiście, dzięki czemu mogłam równocześnie darzyć uczuciem innych kolegów. No co. Kochliwa byłam jak Pan Wołodyjowski.
Gośka pojawiła się w tym samym roku, gdym zaczęła mą edukację w szkole zawodowej rolniczej. Całe prawie lato ubolewałam, że oto Adam znika z mojego życia i co to będzie. A tu pierwszego dnia szkoły niespodzianka- Gośka, starsza siostra Adama, okazała się być nową klasową koleżanką mojej siostry, Baśki.
I tak się zaczęło.
Fascynacja Adasiem była przez kilka lat w tle, ale Gośka w krótkim czasie z narzędzia służącego do osiągnięcia celu, stała się celem samym w sobie.
Inteligentna, złośliwa, zakompleksiona, oddana, z niesamowitym, zgryźliwym poczuciem humoru, pracowita i odpowiedzialna. To, czego nie nauczyła mnie Baśka, nauczyła Gośka. Jej powiedzonka do dziś funkcjonują w moim leksykonie.
Drogi nam się w którymś momencie rozjechały, chyba z mojej winy. Chyba za bardzo uwierzyłam, że będzie zawsze na miejscu, pod ręką, przestałam dbać o tę relację…Głupia byłam jak but, miałam dwadzieścia parę lat, życia uczyłam się z książek i od starszych koleżanek, nikt mi nigdy nie powiedział, że dobra przyjaciółka jest warta więcej niż tuzin romansów.
No i zawsze myślałam, że dla Gośki byłam głupią Kaśką, na którą też przystała „zamiast”. Zamiast Baśki. Bo o Baśkę każdy zabiegał, a ja byłam drogą do niej. Tak sądziłam…
Melanże uczuciowe z tamtych lat…
Dopiero po latach, gdy odzywają się właśnie starzy znajomi widzę zupełnie inną Kaśkę niż tamtą, którą mam w głowie.
Kaśka odważna. Kaśka niesamowicie inteligentna. Kaśka śliczna. Kaśka niezależna. Kaśka pewna siebie i przebojowa.
To JA???! Taka byłam?
Oglądam nieliczne zdjęcia sprzed trzydziestu lat i patrzę na tę śliczną dziewczynę.
Ślepa byłam?! Średniego wzrostu, bardzo szczupła, z ogromnymi piwnymi oczami, z burzą kasztanowych włosów, z pięknym biustem, zgrabnymi nogami.
Ja widziałam tylko krzywy nos, za długą szyję, wielkie cycki, owłosione nogi i wciąż pękające pięty.
Jedyne co w sobie akceptowałam to włosy i inteligencję (choć tej ostatniej do dziś nie jestem zbyt pewna).

Gadałyśmy sobie z Gośką przez Skype ponad godzinę. Tak zwyczajnie, o wszystkim. O Adamie trochę też naturalnie.
Inny głos, niż ten, który pamiętam. Łagodniejsze osądy. Ciekawa jestem co  z niej wyrosło.