Zaczęło się niewinnie.
Którejś nocy napadało śniegu, który szybko spłynął.
Wiatr się uciszył, wróciła jesień. A następnego dnia znowu wrócił. Już nie z północy, a ze wschodu. Od zawsze wiadomo, że wiatry wschodnie, to nie jest dobra opcja. U mnie w domu mawiało się, że „Ruskie wrota otwarli”.
Wiało, potem sypnęło drobniutką, białą kaszą. A po południu sypało już płatami.
Mimo to, temperatura była plusowa do wieczora. A wieczorem zamarzło. I trzymało.
To co płynęło po chodnikach w sobotni ranek przybrało formę stałą. Ludzie stąpali ostrożnie, powoli, krokiem ślizgowo-tanecznym.
Weekend przecież! Kto by tam ruszył się i zdecydował wykopać z chałupy towarzystwo drogowo-uliczne? Przynajmniej nie w moim mieście. Za miastem drogi tu i ówdzie polano solanką, ale niezbyt obficie. Jechaliśmy do mojej klientki w gości, na ogólną wizytę zapoznawczą i po drodze było naprawdę nie fajnie.
Wieczorem w niedzielę miasto było pokryte lodem lub śniegiem a najczęściej był to lód pod śniegiem. Wyłącznie. A tu rano trzeba do pracy się dostać. Jakieś 3km. Skuter wiadomo odpada. Rower mógłby być, gdyby nie ten wiatr. Przy prędkości 9 km/s nie daję rady pedałować nawet na najniższej przerzutce. Nie pod wiatr.
Uznałam, że to będzie dobry moment by wrócić do kijów.
Buty z kolcami, kije w dłoń, muzyka w słuchawkach i naprzód.
Ruszyłam dziarsko o 5.
Pięć minut później tylko mi zadzwoniło w czerepie. Nie upadłam, nie ma mowy. To oblodzony chodnik walnął mnie w głowę. Zdrowo, z całej siły, jakby wymierzał karę. Kolce? Kije? Buchacha! Trochę pokory!
Nim zdążyłam opanować przerażenie już pochylał się nade mną jakiś człowiek i pytał co ze mną, czy ma wzywać ambulans…Pozbierałam się jakoś, wstałam na nogi, stwierdziłam, że przy upadku kij się sam wypiął. Podziękowałam (chyba) panu. I…ruszyłam w drogę. Późno, koleżanka czeka, klucza nie ma, będzie stać pod drzwiami. Przeszłam jeszcze jakieś pięć kroków gdy dotarło do mnie, że dzwoni mi pod czaszką, że nogi mam miękkie, w głowie zamęt i że co ja robię w ogóle, wszak takie właśnie walnięcie spowodowało śmierć mojego ojca. No, okoliczności były inne, ale był upadek i uderzenie tyłem głowy o asfalt, potem krwiak. I kilka godzin potem było po wszystkim.
Zadzwoniłam do koleżanki i do szefa (nie odebrał).
I dylemat. Teraz trzeba się udać do jakiejś placówki medycznej. Szpital mam blisko, tylko przez park, ale czy dojdę? Oraz: czy mnie przyjmą? Szwedzki system pomocy doraźnej jest co najmniej dziwny. Jak potrzebujesz pomocy poza godzinami pracy twej przychodni dzwonisz na 1177. A tam decydują czy masz prawo udać się na tzw akut czyli coś w rodzaju ostrego dyżuru czy nie. Przez telefon. Tylko na 1177 zwykle trzeba poczekać…poczekać…i jeszcze poczekać wysłuchując komunikatu „Jest wielu dzwoniących masz miejsce 58 w kolejce”. Stwierdziłam, że nie będę tkwiła na ulicy piętnastu minut i czekała na zgłoszenie.
W nagłych wypadkach jest wszak 112.
Zadzwoniłam.
Jeden sygnał…
Drugi…
Trzeci…
Chyba z pięć ich naliczyłam nim się rozłączyłam. Dotarłam na „akut” na piechotę modląc się, żeby jednak ktoś tam był i mnie przyjął. Widać limit pecha wyczerpałam, bo nawet dość szybko otwarły mi drzwi trzy kobiety. Zmierzyły ciśnienie…i tyle. Stały nade mną miałam wrażenie bezradnie.
Potem wyszły, potem wróciły i powiedziały, że odeślą mnie taksówką do innego szpitala, bo tam jest lekarz a tu będzie dopiero o 7:30.
W sumie mogłam zaczekać. Nim taksówka się zjawiła, nim dowiozła mnie na miejsce była prawie ósma. Na miejscu…pielęgniarz z pielęgniarką popatrzyli mi oczy i tyle.
Fakt, że oszołomienie mi minęło. Byłam przytomna, pamiętałam co się zdarzyło, nie miałam utraty przytomności, mdłości ani nic takiego. Dali mi kartkę z opisem wstrząśnienia mózgu, zaleceń na tę okoliczność, pouczyli, że jakbym poczuła się źle to mam szukać pomocy…I odesłali do domu. Znaczy chcieli bym sobie najlepiej wsiadła w autobus!
W końcu zadzwoniłam do męża. EM przyjechał cały przerażony i wściekły na brak posypki na lodzie oraz ogólną organizację.
W domu byłam o 10.
Z psem poszłam telepiąc się z zimna, bo pies nie rozumie, że Pańcia ma wstrząśnienie mózgu (w które zresztą sama zwątpiłam).
Kilka godzin później stwierdziłam, że chyba jednak…
Teraz literki zaczynają mi wirować.
A wpis ten już raz musiałam przerwać.
Tak że…na razie