Jul czyli Boże Narodzenie po szwedzku

Boże Narodzenie zaczyna się od adwentu jak wiadomo. Niemal z wybiciem zegara, 30 listopada w oknach zapalają się gwiazdy lub świeczniki adwentowe. Balkony lub okna  stroją się w (sztuczne naturalnie) gałązki świerkowe przybrane światełkami a przed sklepami rozpoczyna się sprzedaż żywych choinek. Szwedzi ustawiają je, ubrane jedynie w światełka,  na zewnątrz na balkonach, ci co mieszkają w blokach. szczęśliwi mieszkańcy domków mają zazwyczaj jakieś iglaki przed domem i one są ubierane w światełka.  Miasto stroi się w choinki na skwerkach i placach i w parkach. Na rynku staje oczywiście największa jodła. Prócz tego ulice ubiera się w światełka. Orgia światła! Ale tak ma być  skoro atramentowa ciemność spada na ludzi już o 16. A gdy chmury są nisko cały dzień przypomina zmierzch.
W domach, w szkołach, firmach na stoły wyjeżdżają świece. Świece nierzadko można też spotkać na balkonach domów, zamknięte w latarenkach, albo w postaci dymiących ale odpornych na wiatr i mżawkę specjalnych otwartych lampionów.
Sklepy nie stroją się i nie wystawiają bożonarodzeniowych akcesorium 1 grudnia gdyż te już od Halloween (Halloween Szwedzi obchodzą w pierwszą sobotę listopada) są na widoku. Lecz im bliżej świąt coraz głośniej rozbrzmiewa świąteczna muzyka a w pasażach handlowych pojawiają się choinki.
W sklepach pojawiają się tradycyjne produkty świąteczne: chrupkie pierniczki, glogg,  biało-czerwone karmelkowe laseczki, czekoladowe pralinki w małych, kolorowych kokilkach, bożonarodzeniowa szynka, wędzony łosoś w cieniutkich plastrach no i julmust- gazowany napój o smaku pośrednim między staropolskim podpiwkiem a staro…amerykańską kolą.
W samym środku adwentu, 13 grudnia obchodzona jest Święta Łucja. Szpaler ubranych na biało dziewcząt (oraz chłopców, bo w Szwecji jest prawdziwe równouprawnienie) ze świeczkami w dłoniach, a pomiędzy nimi jedna – z koroną z płonącymi świecami na głowie- czyli Święta Łucja, występują w domach opieki, zakładach, szkołach i przedszkolach. Śpiewają piosenki opowiadające o tym, że mrok właśnie czmycha przed światłem, bo Święta Łucja światło niesie. Tak naprawdę w dzisiejszych czasach jest w tym trochę przekłamania, ale tradycja pochodzi prawdopodobnie z czasów kalendarza juliańskiego, kiedy to dzień Świętej Łucji przypadał na najkrótszy dzień w roku czyli na 21 grudnia.
Sklepy zaczynają szturmować klienci jakby święta miały trwać co najmniej miesiąc. Od wczesnych godzin rannych do późno popołudniowych ulicach, rzecz to niesłychana, płynie sznur aut.
A potem nadchodzi Wigilia. Choć w kalendarzu ten dzień zaznaczony jest na czarno to pracują tylko nieliczni: urzędy, banki, sklepy, choć te ostatnie zazwyczaj zamykają swe podwoje dużo wcześniej. Reszta zaczyna święta od rana.
Nie ma dwunastu potraw, nie ma postu, nie ma opłatka. Nie ma czekania na pierwszą gwiazdkę. W wczesnych godzinach popołudniowych rodziny gromadzą się przy stole na tradycyjny świąteczny obiad. Na stole króluje Julskinka czyli szynka bożonarodzeniowa- szynka wieprzowa zapiekana pod musztardowa skorupką naszpikowana goździkami. Do tego ziemniaki zapiekane w śmietanie z serem oraz buraczki, podobne do naszej ćwikły, ale krojone w drobną kostkę. Na deser ryż z bitą śmietaną i pomarańczami i jakieś ciasta. A wieczorem przychodzi Mikołaj (Tomte) i rozdaje prezenty. Czasem, gdy w domu brak już istot wierzących w tego grubego gościa w czerwonym płaszczu, zamiast tradycyjnych prezentów pod choinką urządza się loterię tak, jak ma to miejsce w rodzinie mojego zięcia. Wcześniej uczestnicy umawiają się ze sobą do jakiej mniej więcej wartości mają być „fanty” i jest zazwyczaj niewielka suma coś jakby w Polsce 10złotych. Fanty się pakuje ładnie i szczelnie, tak by nikt nie mógł zgadnąć co to jest. I rozpoczyna się losowanie. Każdy dostaje jakiś drobiazg i każdy ma niespodziankę. Jest przy tym masa śmiechu i wspólnej zabawy.
Szwedzkie Boże Narodzenie jest mniej ceremonialne niż polskie. Bardziej na luzie, bardziej nastawione na bycie ze sobą niż na całą otoczkę dookoła. Szwedzi nie są jakoś mocno związani z religią i kościołem, ale jest grupa ludzi którzy uczęszczają na msze i żyją wedle tego co im ich religia nakazuje. Ci oczywiście do tego co powyżej dokładają wizytę w kościele.
Jest też w Szwecji Kościół Katolicki, prowadzony najczęściej przez zakonników z Polski. W moim regionie są to Franciszkanie. 60km od mojego miasta jest kościół gdzie msze są odprawiane po polsku. W moim mieście jest tylko kaplica, ale i tu o północy odprawia jest Pasterka w której, o dziwo, uczestniczą nie tylko Polacy a ludzie z całego świata o najrozmaitszych kolorach skóry.
Ja nie jestem głęboko wierząca, raczej głęboko wątpiąca ostatnio, ale Pasterkę lubię za jej niesamowity klimat. Tak przynajmniej było w Polsce, gdy na Pasterkę chodziłam do wielkiego, przepięknego kościoła z XIV wieku, gdzie były organy podobne do tych słynnych w Gdańsku Oliwie. Do dziś mam dreszcze gdy wspominam tamtą chwilę, w gdy zaciemnionym kościele pełnym ludzi, zegar wybijał północ i wtedy w jednej sekundzie zapalały się ogromne, zwieszające się ze stropu kandelabry oraz światła na ołtarzu i w nawach, a organy pełnią mocy zaczynały grzmieć „Wśród nocnej ciszy” a wraz z nimi wszyscy ludzie w kościele. W cokolwiek kto wierzy i jakkolwiek tę wiarę wyznaje, ten moment jest chyba naprawdę porywający dla każdego.
W pierwszym roku mojego w Szwecji mieszkania, chora z tęsknoty za Polską, poszłam i tu na Pasterkę. Maleńka kaplica, skromna, przypominająca bardziej zwykły pokój niż kościół.  Brzuchaty zakonnik wygrywający na piszczałce kolejne kolędy i modlitwa po szwedzku. Niby bardziej to otoczenie przypominało to, sprzed dwóch tysięcy lat, ale takie to było obce i żałosne, że nigdy więcej nie poszłam.

A w tym roku święta są jak najbardziej moje. Bez pośpiechu, bez tłumów ludzi, bez stania przy kuchni przez kilka dni. Spokojnie. Powoli. Z czasem na zadumę, książkę i oglądanie chmur za oknem. Czego i Wam życzę nie tylko na te dni ale i na cały nadchodzący rok życzę.

18. …w kudłach ich piersi kołysze się Matka Boska z martwym dzieckiem w ramionach

Od kilku dni żyję na półoddechu. Od wczoraj chyba nie oddycham wcale. Boję się. Wczoraj wierzyłam, że nic się nie stanie. Dziś boję się, że stanie się wszystko to, co nie stało się 35lat temu. Tylko wtedy największy wróg mógł przyjść z zewnątrz. Dziś może być jeszcze gorzej.
Już rozumiem co stało się w Jugosławii. Wreszcie rozumiem.
Rok, nawet mniej, zajęło im to, czego komuniści nie dopięli przez 40lat.
Szacun panie Jarosławie. Tylko co ma być dalej?
Generałowie, którzy się z rządem nie zgadzają właśnie odeszli. Jak miło, że ułatwiają zadanie. Można będzie na ich miejsce postawić swoich. Wiernych, nie mających skrupułów.
Brawo panie Antoni. Kolega pewnie jako dodatek do premii chłodzi Stoliczną albo innego Jelcyna. Oraz grzeje silniki.

18. Gorzko mi

I tak to.
Do Wigilii tydzień. Zrobiłam sobie ruskich pierogów. Farsz na kapuściano-grzybowe czeka w lodówce. Będziemy powoli lepić. Ja, Yankowski czyli syneczek oraz Misia czyli córeczka.
Ja to raczej polepię bardziej teoretycznie. Tak mi wlazło w kciuki, że nawet pisać nie mogę. Do lapka podpięłam tradycyjną mysz, że płytka tuchpad jest bólogenna. Wszystko wskazuje, że należy jednak odpuścić komputerowi.
Problem w tym, że czytać nie mam co.
To, co ostatnio kupiłam w większości rozczarowało mnie głęboko. Ale połknęłam bez wyjątku wszystko. Tak samo jaki kilka polskojęzycznych sztuk upolowanych w bibliotece.
Obejrzałam też wszystkie nowe odcinki moich ulubionych seriali: Poldarka, Chicago Fire, The Fosters oraz cztery nowe Gilmorki. Nawiasem mówiąc dwa pierwsze odcinki Gilmorek wkurzaly mnie strasznie. Rory pętała się tam i z powrotem, Lorelai nosiła na głowie tapir a la Mrs Bundy, „utyty” Luke stracił charyzmę, Emily to już w ogóle nie Emily, bezradna, bez zwykłego sarkazmu…Możliwe, że wszystko dlatego, że oglądałam ze szwedzkimi napisami, które wkurzały mnie dodatkowo, bo połowa słów była mi w zasadzie nieznana i nawet kontekst był w związku z tym trudny do załapania. W ogóle nie rozumiem, dlaczego mam płacić cholernemu Netflixowi, który nie daje mi wyboru w napisach. Kurde, nie żądam dubbingu, broń boże! Ale opryszczki narządów płciowych by chyba dostali jakby raz dołożyli napisy polskie do niemieckich, angielskich czy duńskich?
A potem całe to pieprzenie o piractwie. Sorry, ale bez piractwa to ludzie mieszkający w kraju, gdzie język jest inny niż ich ojczysty byliby całkowicie odcięci od kultury. Bo imię jakichś sobie tylko wiadomych zasad nie da się np. oglądać legalnie  telewizji z innego kraju.
I póki się te durne blokady nie pozmieniają to piractwo było, jest i będzie.
Generalnie wkurza mnie współczesny świat.
Radio, którego w zasadzie nie słucham, ale zawsze coś tam w samochodzie czy w sklepie w ucho wleci,  nadaje świąteczne piosenki, z War is  over Lennona na czele. I właśnie ta piosenka sprawia, że cała się marszczę, burzę i odwracam z niechęcią.
Kto jeszcze wierzy, że w Wigilię wojny ustaną? Ludzie w Aleppo i Palmirze?
Kto jeszcze wierzy w puste miejsce przy stole? Ci co odmawiają praw uchodźcom?
W miłość do bliźniego? Ci, którzy dzielą ludzi na lepszy i gorszy sort?
Jakoś w tym roku boleśniej niż zwykle dotyka mnie hipokryzja bożonarodzeniowej ideologii, sprowadzona do pustego i bezmyślnego klepania sloganów.
Generalnie jestem rozgoryczona i zawiedziona rasą ludzką. Człowiek według mnie to nie brzmi dumnie. Człowiek…to obelga. Być ludzkim to znaczy zachować się podle.
I w takim nastroju mijają mi kolejne dni.

17.

A tymczasem, zupełnie nie wiadomo kiedy, choć w sumie to wiadomo, że od sierpnia do teraz, Panna S nauczyła się czytać. Zna wszystkie literki i z lubością odczytuje szyldy.
Przychodzi do mnie w sobotę i pyta
-Babciu, a jak to powiedzieć „knekte”
Babcia się zacukała, bo słowo zna…ale bardziej jako przymiotnik knäcke czyli chrupki jak te wszystkie chrupiące chlebki Wasa , a tu końcówka sugeruje czasownik czasu przeszłego.
– Chrupnęło?
Panna S kręci głową, nie, nie o to chodziło. Babcia próbuje być inteligenta.
– A co chcesz powiedzieć?
– Jag knekte min fut (Jag knäckte min fot)
– A pokaż, co zrobiłaś?
Panna S symuluje przewrotkę i układa nogę pod dziwnym kątem. Wygląda na to, że dziecko mówi, że złamało nogę, ale przecież nie złamało..?
– Bo ja spadłam i zrobiłam otak (autorka stara się oddać sposób mówienia Panny S)
– Upadłam – poprawia babcia odruchowo.
– No. I było otak – zgadza się bohaterka.
Babcia sięga po słownik i szuka. Panna S śledzi poczynania babci.
– Nie babciu. Knekte. Kne…KnE…E – poprawia.
No, teraz to już babcia całkiem zgłupiała, a słownik wraz z nią. Bo słownik nie zna słowa knekte. Ale sądząc po wymowie dziecka tam jest absolutnie a z kropeczkami. Gdyby było e, to Panna S wymówiłaby to inaczej.
Babcia daje spokój słownikowi (porządny słownik, Jacka Kubickiego, wydany przez PWN, najlepszy na rynku jak dotąd). Patrzy z namysłem na wnuczkę.
– Pewnie skręciłaś – domyśla się.
Panna S kręci głową.
– Nie, skręciłaś to co innego
– No tak, masz rację. To nie wiem. Zwichnęłaś?
Tego słowa Panna S nie zna, ale nie wygląda na przekonaną.
-Dziadku, bo ja zrobiłam otak – pokazuje raz jeszcze dziadkowi, który nadciągnął babci z odsieczą.
Dziadek zgaduje jak babcia: złamałaś, skręciłaś, zwichnęłaś.
Zdaje się, że po raz pierwszy w życiu Panna S stanęła oko w oko z prawdą: Babcia i Dziadek nie wiedzą wszystkiego. Lekko zawiedziona oddala się do przerwanego zajęcia.
Lecz wszystko wskazuje na to, że chodziło o złamanie nogi. Tylko jest to zapewne określenie gwarowe, bo inaczej mądry słownik by to znał nie tylko w kontekście „to ją złamało”.

16. Tadam!

30 listopada podpisany,  8 grudnia w piątek dotarł do rąk moich.
obywatelstwo

Dokument informujący mnie o przyznaniu szwedzkiego obywatelstwa.



Myślałam, że poczuję radość, czy coś. Zwłaszcza, że otwierając kopertę jeszcze samą siebie straszyłam, że odpowiedź brzmi „nie”.
A tu tylko taka lekka satysfakcja „no, wreszcie!” bo czekałam na to od sierpnia 2015.
Jestem teraz obywatelką i polską i szwedzką.
Przy okazji wspomnę, nie żebym miała zamiar, to eM ma taki pomysł na siebie, ale warto wspomnieć, że mogłabym teraz zrzec się obywatelstwa polskiego. W tym celu muszę udać się do Konsulatu Polskiego z szeregiem dokumentów: wypełnionym odpowiednim drugiem, napisaną odręcznie prośbą o prawo do zrzeczenia się obywatelstwa, aktem urodzenia (aktualnym), aktem ślubu (też aktualnym), oświadczeniem, że nie toczy się w mojej sprawie postępowanie sądowe, życiorysem (!tak!), dokumentem tożsamości potwierdzającym obywatelstwo, zdjęciem paszportowym, kopią dokumentu współmałżonka oraz kwotą około 3500kr czyli około 1500PLN w kieszeni.
To już wiem dlaczego jeszcze nie słychać o masowym zrzekaniu się.
To jak z apostazją. Za wiele zachodu.
No ale zawsze istnieje taka możliwość, którą czasem, jak mnie pisiory z katotalibanem wkurzą na na maksa, piszczę w myślach.
Prawda jest taka, że to co dociera do mnie za pośrednictwem internetu sprawia, że wysadza mnie w kosmos, odbiera oddech, sprawia, że ręce same zaciskają się w pięści.
W którymś momencie doszłam do ściany. Stwierdziłam, że nie dam rady przyjąć więcej odradzającego się socabsurdu i neofaszyzmu docierającego do mnie. Przestałam śledzić. Na facebooku odcięłam wszystkie tego typu informacje. Nie zaglądam na portale, a jak już to wystarczają mi same nagłówki.
Mimo wszystko coś do mnie dociera. I budzi przerażenie. I sprawia, że zaczynam myśleć, że może jednak warto te 3,5tys koron, oraz stos dokumentów zgromadzić…

14. Takie tam aktualności

Panna S wpadła na chwilkę wczoraj.
Jakoś nam się ostatnio nie udawało jej zabierać bo ciągle coś, a właściwie to jedno i to samo. Chyba się starzejemy bo jakoś bywamy zmęczeni coraz częściej i w weekendy łakniemy spokoju i wolności od zajęć. Ale możliwe, że się po prostu rozleniwiamy na zimę.
Zatem zobaczyłam wczoraj Pannę S po dwóch czy trzech tygodniach i się zdumiałam. Bo nagle z dzidziusia zrobiła się żyrafa. Nogi długie i chude, ręce długie, na dłoniach nie ma już tych dziecięcych dołeczków. Buzia jeszcze po dziecinnemu miękko zaokrąglona, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Panna S zdecydowanie staje się panienką. 6,5 , słownie: sześć i pół, roku. Górnych jedynek nadal brak i Panna S się martwi, że nigdy nie wyrosną.
Dziś zabieramy Pannę S do małpiego gaju. Portfel szuka dobrej kryjówki, bo w małpim gaju to wiadomo, że nie te wszystkie wspinaczki i zjeżdżalnie są największą atrakcją. Nie, o nie. Największą atrakcją są te wszystkie automaty gdzie za jedyne pięć koron można dostać obrzydliwego cukierka i jeszcze bardziej paskudny, plastikowy badziew udający zabawkę.  Haha! Kinder niespodzianki to przy tym czymś są jak mercedes do tico. Ale dziecko chce, cóż robić? Jak nie dasz to sobie jeszcze jakieś traumy wyhoduje, więc choćby jedną- dwie, ale mus.
Pogoda znowu zrobiła nas i wszystkich oczekujących zimy w konia. (Ja tam nie czekam na śnieg, bo po śniegu nie da się skuterem, rowerem też nie bardzo, a ranne przebieżki skutkują upadkiem na głowę jak wiadomo). Ale zima ma gdzieś na co ja czekam. Przychodzi jak chce. Ostatnio nie chce. Kilka tygodni temperatury było około zimowe -2 o świcie do +1 w południe. Bez śniegu. Bez deszczu. I co najważniejsze: bez wiatru. Za to z nieśmiałym słońcem. Było ale się skończyło. Od trzech dni wiatr, +6 w porywach do +10 stopni. Jedyna korzyść to taka, żem znów mogła skuter wyciągnąć. Niestety są też plusy ujemne. Głównie dolegliwości żołądkowe. Nie wiem skąd ten narząd wie, że na zewnątrz jest jak jest, ale deszczu to on nie lubi, oj nie lubi. Trzy dni mi dokuczał, aż zaczęłam podejrzewać tzw. magsjuka czyli atak rotawirusa, która to choroba wywołuje we wszystkich w Szwecji panikę równą dżumie. Koleżanka w pracy omijała mnie wielkim łukiem. Na wszelki wypadek.
No ale dziś już okej, choć nie wiadomo jak długo.
Za tydzień mój szwedzki klient zaprasza mnie i mojego męża na Julbord. Wyjątkowo będzie to lunch a nie kolacja. I odwieczny dylemat: w co się ubrać. W co, żeby nie zestroić jak stróż na Boże Ciało ale żeby też jednak nie pójść w zwykłych ciuchach bo jednak to bądź co bądź świąteczny lunch ma być.
Dół to jedynie dylemat: czarne spodnie czy..spodnie czarne? Buty to samo. Ale góra? Co zrobić z górą? Najchętniej założyłabym białą koszulę, ale takowej niet. Bo zwykłej koszuli w sklepach nie uświadczysz. Z drugiej strony: biała koszula taki banał. Coś bym chciała, coś innego. Nie czarno-biało, nie tak jak zawsze…Ale i nie czerwono!
W Lindeksie ostatnio widziałam coś w kolorze łososiowego różu, aksamitne, fajne. Niestety – bez rękawów i w kształcie worka. A ja bym bluzeczkę w łódkę chciała, z długim rękawem (nie lubię eksponować swoich przebarwień starczych), dłuższą, taką tunikową, z zaszewkami na biust coby nie wyglądać na grubszą niż jestem.
Marzenia. Zły duch mi siedzi na ramieniu i szepcze złośliwie „jak chcesz takie wymysły to se sama uszyj”. A może…? A może bym się wzięła i uszyła? Mam taką fajną grubą dzianinę, tyle, że czerwoną? Aaaaale ja nie chcę czerwonego!
E tam…coś wymyślę.
Święta nadciągają nieuchronnie. Patrzę dookoła na narastające co roczne szaleństwo a ja luuuuz. Koleżanka zameldowała mi, że krokiety ma już gotowe. A ja? A ja nie. I nie zamierzam. Ulepię pewnie trochę pierogów, ale bez przesady.
eM wyjeżdża, zostaję w domu z Psem i dzieckiem. Nie zamierzam się wysilać. To znaczy, nie przepraszam, zamierzam. Muszę sobie uzbierać jakieś fajne filmy oraz książki żeby na same święta nie zostać bez rozrywki. I to będzie jedyny wysiłek jaki w tym roku zamierzam włożyć w Święta. I niech mi nikt nie próbuje tych planów popsuć.
I znowu złośliwy duszek sobie chichocze. Bo jak znam życie to wtedy, właśnie wtedy, nie wcześniej i na bank nie później dodatkowa, od-tatusiowa siostra Panny S wpadnie na pomysł pojawienia się na świecie. A jeśli tak, to zamiast świętego spokoju będę miała na głowie ośmiolatka i dwulatkę czyli rodzeństwo Panny S ale bez Panny S, która z mamą jedzie na narty. Co w sumie uważam za błogosławieństwo. Bo gdyby miało się stać tak, jak wieszczę, to „Huston mamy problem” z podzieleniem uwagi pomiędzy zaborczą Pannę S (bo jak wiadomo KRÓLOWA jest tylko jedna), nadaktywnym ośmiolatkiem i dwulatką w okresie negatywizmu.

Nie wiem czy ktoś coś pojął z tego melanżu osobowego, ale mam schizę na tle zachowania jako-takiej anonimowości w związku z czym wymyślam ksywki na poczekaniu. I sama mam wrażenie, że to głupie jest.

13. Jeszcze Visingsö

Tydzień nie obfitował w atrakcje (dzięki Bogu?), zatem pozostaję wciąż jeszcze w klimacie Visingso. Tylko teraz może mniej historycznie.
Na początek spotkane na wyspie lamy.
Były przecudne! I ta kolorystyka – od brunatnego, poprzez złoto brązowy, beżowy aż do bieli. Pozowały chętnie, nawet nadstawiały się do głaskania, ale szczerze się przyznam, że się nie odważyłam. A bo ja wiem…rękę odgryzą, w obiektyw naplują..? Za to z rozkoszą słuchałam ich głosów. Porozumiewały się cicho i jakoś tak…jakby śpiewały. Niesamowite doznanie!
Visingso7
Do portu w Granna dobiliśmy w zachodzącym słońcu. A wiadomo, że o takiej porze to grzech nie fotografować jak się ma aparat przy sobie. Chłopaki poszli po samochód, a my zostałyśmy i nakarmiłyśmy kaczki resztkami naszego śniadania. Tzn. Koleżanka karmiła, ja się zajmowałam naciskaniem guziczka w aparacie.
Tak, wiem, wiem. Takie zdjęcie to żadna sztuka, to kicz w najczystszej postaci i w dodatku naprawdę nie wymaga szczególnych umiejętności, ale ładnie było, to co mam oka nie pocieszyć.
O.
Visingso10 Visingso12 Visingso9

10. Na niebiesko

Już jakiś czas temu ustaliłam z Zuzią, że najładniejszy na świecie kolor to niebieski.
Moja sypialnia ma trochę niefortunne położenie – większa jej część wchodzi przypada na ślepą ścianę, za którą są inne mieszkania. A ten kawałek, który wychodzi na zewnątrz,leży bardzo blisko narożnika budynku w związku z tym okno umieszczono z boku, przy jednej ze ścian. Okno w dodatku wychodzi na północ. Sypialnia jest więc mocno niedoświetlona i nawet latem jest dość mroczna…by nie rzec ponura i zimna.
Początkowo chciałam ją ocieplić gorącymi barwami: żółtą tapetą, gorącymi tkaninami. Niestety mimo wszystko sypialnia była mroczna i przygnębiająca.
Od jakiegoś czasu zmierzam w kierunku dodania jej światła poprzez rozjaśnienie wszystkiego, co się da. I tak łóżko dostało narzutę w biało-niebieskie pasy. Narzuta powstała z kupionych w szmateksie zasłon biało-granatowych. Granat niestety był zbyt intensywny jak na moje wymagania, ale okazało się, że tkanina przewrócona na lewą stronę daje właśnie ten efekt o jaki mi chodziło.
Koło łóżka położyłam bawełniany chodnik bladoniebiesko-biały.  Chodnik ma zaletę taką, że daje się go używać dwustronnie oraz dość łatwo się pierze i dobrze znosi pranie. Co ma znaczenie przy Wariatce mającej w poważaniu jasne kolory…
I kiedym już zaaranżowała podłogę i łóżko, wtedy okazało się, że stara zasłonka nie pasuje. Długo się zastanawiałam z czego zrobić nową. Pasiaste łóżko i chodniczek w dość wyraźny wzorek narzuciły konieczność jednolitej tkaniny. Ale taki zwykły kawałek jednolitej tkaniny jest nudny!
I wtedy przypomniałam sobie o składowanych wysoko w szafie starych dżinsach. Nie byłam pewna czy to dobry pomysł. Dżins na oknie? Na podłodze, fotelu, łóżku…ale na oknie? Ale..czemu by nie, prawda?
jeans-3
Zależało mi na pozostawieniu i wyeksponowaniu typowych elementów dżinsu: przecierek, nierównomiernego wytarcia, grubych szwów, szlufek, guzików, nitów.
Nie wiem co moja Janka na to, bo w niektórych miejscach musiałam jej pomagać przesuwać, ale efekt jak na razie wydaje mi się zadowalający.
Nierówno, wręcz byle jak przeszyte elementy to cel zamierzony…No dobra, nie do końca, tak wyszło, ale uznałam, że konweniuje ze stylem.
jeans-1
Swoją drogą nie sądziłam, że dżins to taki cudny materiał do szycia (oczywiście tam, gdzie nie jest już kilkukrotnie złożony). Jest miękki, przytulny, trzymający się maszyny. Chyba jeszcze do kompletu uszyję kilka poszewek na jaśki, którymi obkładamy się w łóżku i ja i Psica.
jeans-2

Przy okazji zobaczyłam pajęczynę i kurz na szafeczce przy łóżku…

Od jakiegoś czasu szukam też ładnego, pokojowego mebla – przeszklonej szafy czy czegoś takiego, co górą byłoby regałem na książki a dołem szafą na niektóre rzeczy. Mam regał z drzwiami, ale ciemny jak szafeczka przy łóżku. Zastanawiam się szukać czegoś innego czy przemalować to co już mam na biało.

Mam dość

Dotarłam do ściany. Więcej nie dam rady przyjąć i pozostać nadal tym samym człowiekiem. Dotarłam do punktu od którego albo zacznę uciekać z krzykiem, albo zacznę mordować. Albo nie wiem co…
Chodzi o to, co się teraz dzieje w Polsce.
Nie, nie i jeszcze raz nie.
Przestaję zaglądać na facebooka. Przestaję czytać gazety, demotywatory, polityczne blogi i wszystko inne.
Potrzebuję odtrutki. Odwyku. Bariery ochronnej. NIE CHCĘ wiedzieć już nic więcej.
Może gdybym mogła cokolwiek zmienić …ale nie mogę. Bezsilność wobec głupoty, ślepoty, bezwzględności, rasizmu, homofobii, ksenofobii i wszystkiego innego sprawia, że właśnie opieram się plecami o ścianę.
Więcej nie przyjmę.