14. Takie tam aktualności

Panna S wpadła na chwilkę wczoraj.
Jakoś nam się ostatnio nie udawało jej zabierać bo ciągle coś, a właściwie to jedno i to samo. Chyba się starzejemy bo jakoś bywamy zmęczeni coraz częściej i w weekendy łakniemy spokoju i wolności od zajęć. Ale możliwe, że się po prostu rozleniwiamy na zimę.
Zatem zobaczyłam wczoraj Pannę S po dwóch czy trzech tygodniach i się zdumiałam. Bo nagle z dzidziusia zrobiła się żyrafa. Nogi długie i chude, ręce długie, na dłoniach nie ma już tych dziecięcych dołeczków. Buzia jeszcze po dziecinnemu miękko zaokrąglona, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Panna S zdecydowanie staje się panienką. 6,5 , słownie: sześć i pół, roku. Górnych jedynek nadal brak i Panna S się martwi, że nigdy nie wyrosną.
Dziś zabieramy Pannę S do małpiego gaju. Portfel szuka dobrej kryjówki, bo w małpim gaju to wiadomo, że nie te wszystkie wspinaczki i zjeżdżalnie są największą atrakcją. Nie, o nie. Największą atrakcją są te wszystkie automaty gdzie za jedyne pięć koron można dostać obrzydliwego cukierka i jeszcze bardziej paskudny, plastikowy badziew udający zabawkę.  Haha! Kinder niespodzianki to przy tym czymś są jak mercedes do tico. Ale dziecko chce, cóż robić? Jak nie dasz to sobie jeszcze jakieś traumy wyhoduje, więc choćby jedną- dwie, ale mus.
Pogoda znowu zrobiła nas i wszystkich oczekujących zimy w konia. (Ja tam nie czekam na śnieg, bo po śniegu nie da się skuterem, rowerem też nie bardzo, a ranne przebieżki skutkują upadkiem na głowę jak wiadomo). Ale zima ma gdzieś na co ja czekam. Przychodzi jak chce. Ostatnio nie chce. Kilka tygodni temperatury było około zimowe -2 o świcie do +1 w południe. Bez śniegu. Bez deszczu. I co najważniejsze: bez wiatru. Za to z nieśmiałym słońcem. Było ale się skończyło. Od trzech dni wiatr, +6 w porywach do +10 stopni. Jedyna korzyść to taka, żem znów mogła skuter wyciągnąć. Niestety są też plusy ujemne. Głównie dolegliwości żołądkowe. Nie wiem skąd ten narząd wie, że na zewnątrz jest jak jest, ale deszczu to on nie lubi, oj nie lubi. Trzy dni mi dokuczał, aż zaczęłam podejrzewać tzw. magsjuka czyli atak rotawirusa, która to choroba wywołuje we wszystkich w Szwecji panikę równą dżumie. Koleżanka w pracy omijała mnie wielkim łukiem. Na wszelki wypadek.
No ale dziś już okej, choć nie wiadomo jak długo.
Za tydzień mój szwedzki klient zaprasza mnie i mojego męża na Julbord. Wyjątkowo będzie to lunch a nie kolacja. I odwieczny dylemat: w co się ubrać. W co, żeby nie zestroić jak stróż na Boże Ciało ale żeby też jednak nie pójść w zwykłych ciuchach bo jednak to bądź co bądź świąteczny lunch ma być.
Dół to jedynie dylemat: czarne spodnie czy..spodnie czarne? Buty to samo. Ale góra? Co zrobić z górą? Najchętniej założyłabym białą koszulę, ale takowej niet. Bo zwykłej koszuli w sklepach nie uświadczysz. Z drugiej strony: biała koszula taki banał. Coś bym chciała, coś innego. Nie czarno-biało, nie tak jak zawsze…Ale i nie czerwono!
W Lindeksie ostatnio widziałam coś w kolorze łososiowego różu, aksamitne, fajne. Niestety – bez rękawów i w kształcie worka. A ja bym bluzeczkę w łódkę chciała, z długim rękawem (nie lubię eksponować swoich przebarwień starczych), dłuższą, taką tunikową, z zaszewkami na biust coby nie wyglądać na grubszą niż jestem.
Marzenia. Zły duch mi siedzi na ramieniu i szepcze złośliwie „jak chcesz takie wymysły to se sama uszyj”. A może…? A może bym się wzięła i uszyła? Mam taką fajną grubą dzianinę, tyle, że czerwoną? Aaaaale ja nie chcę czerwonego!
E tam…coś wymyślę.
Święta nadciągają nieuchronnie. Patrzę dookoła na narastające co roczne szaleństwo a ja luuuuz. Koleżanka zameldowała mi, że krokiety ma już gotowe. A ja? A ja nie. I nie zamierzam. Ulepię pewnie trochę pierogów, ale bez przesady.
eM wyjeżdża, zostaję w domu z Psem i dzieckiem. Nie zamierzam się wysilać. To znaczy, nie przepraszam, zamierzam. Muszę sobie uzbierać jakieś fajne filmy oraz książki żeby na same święta nie zostać bez rozrywki. I to będzie jedyny wysiłek jaki w tym roku zamierzam włożyć w Święta. I niech mi nikt nie próbuje tych planów popsuć.
I znowu złośliwy duszek sobie chichocze. Bo jak znam życie to wtedy, właśnie wtedy, nie wcześniej i na bank nie później dodatkowa, od-tatusiowa siostra Panny S wpadnie na pomysł pojawienia się na świecie. A jeśli tak, to zamiast świętego spokoju będę miała na głowie ośmiolatka i dwulatkę czyli rodzeństwo Panny S ale bez Panny S, która z mamą jedzie na narty. Co w sumie uważam za błogosławieństwo. Bo gdyby miało się stać tak, jak wieszczę, to „Huston mamy problem” z podzieleniem uwagi pomiędzy zaborczą Pannę S (bo jak wiadomo KRÓLOWA jest tylko jedna), nadaktywnym ośmiolatkiem i dwulatką w okresie negatywizmu.

Nie wiem czy ktoś coś pojął z tego melanżu osobowego, ale mam schizę na tle zachowania jako-takiej anonimowości w związku z czym wymyślam ksywki na poczekaniu. I sama mam wrażenie, że to głupie jest.

Jedna myśl w temacie “14. Takie tam aktualności

  1. Co do gorączki świątecznej, to mam dokładnie takie samo nastawienie. A może pójdę dalej i nic, ale to nic nie przygotuję. I kto mi coś zrobi, albo powie? Spokoju potrzebuję!

    PS. Wnuki są fajne! Na krótko 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s