Czy ja chcę importować stare blogi z bloxa?
Nie wiem. Chyba nie. Ale może jednak…
I tak się waham.
A wczoraj było słonecznie. I Tosia nie chciała iść do domu. Uwaliła się na ośnieżonej ławce na parkingu i wyglądała tak:



Czy ja chcę importować stare blogi z bloxa?
Nie wiem. Chyba nie. Ale może jednak…
I tak się waham.
A wczoraj było słonecznie. I Tosia nie chciała iść do domu. Uwaliła się na ośnieżonej ławce na parkingu i wyglądała tak:



Dzień kobiet. Oczywiście jest to okazja dla wszystkich by wysyłać jakieś koszmarne gifowe kartki, łańcuszkowe serduszka i inne śmieci, które nie wymagają myślenia, a które mają udawać, że wysyłający o nas myśli.
W postaci dodatkowego bonusa występuje fakt, że takie śmieci często kryją różne niefajne dodatki jak wirusy czy programy szpiegujące.
Podoba mi się tutaj. Dodatkowym atutem jest to, że można niektóre notki ukryć, więc można połączyć blog tajny z blogiem otwartym.
A może by tak porzucić poprzednie miejsce i mieć wszystko w jednym?
Jak wiadomo moja głowa słynie z tego, że boli. Mam problem? Boli. Jestem chora-boli. Jestem głodna – boli. Jestem zmęczona-boli. Za długo pośpię- boli. Czymś się mocno ucieszę – boli. I tak co najmniej 5 dni w tygodniu.
Ostatnio głowa zgłupiała i zaczęła boleć na różne potrawy. W tym, co najbardziej bolesne: na czekoladę i wino. Wino pal sześć, ostatecznie są inne dobre trunki, ale czekolada? Nie jestem wielbicielką czekolady samej w sobie, ale jako dodatek do różnych dobrych rzeczy jednak jest przydatna. Oraz jako pojemnik na różne pralinowe nadzienia.
No ale skoro boli…
Wyrzekałam się jej od kilku miesięcy.
A głowa i tak bolała. No więc wczoraj w Lidlu zobaczyłam moją ulubioną, kwadratową czekoladę z nadzieniem marcepanowym.
I szybko sobie wytłumaczyłam: i tak ta głowa boli i boli, wielkie mi co, to przynajmniej się dobrego najem.
Pożarłam połowę od razu.
W nocy, a właściwie nad ranem o 4, obudził mnie ból…jak zwykle. Łyknęłam różową kapsułkę. I poszłam dalej spać.
Jakie było moje zdziwienie gdy o 5:30 obudziłam się zlana potem z jeszcze bardziej bolącą głową. No jak to? Przecież wzięłam tabletkę! O 6:45 było tak samo.
Wzięłam dwie żółte. Po 40 minutach, kawie i spacerze z psem przeszło.
Wyszło na to, że na moją przemowę „ojej, wielkie mi co, wezmę znowu tabletkę” moja głowa postanowiła mi odpowiedzieć „a założysz się..?”. I udowodniła mi, że jej lekceważyć nie można, bo wtedy boli podwójnie.
A tymczasem siedzę i popatruję na czerwony papierek z logo RitterSPORT. MARCIPAN.
Pusty. Bo właśnie pożarłam druga połowę.
No? I co teraz mądralo?
Zamieszanie z bloxem ma jeszcze jeden minus – muszę znaleźć miejsce na krainę trolli czyli rozrachunki z mroczną stroną życia.
Próbuję tu, bo aczkolwiek nie potrzebuję już tak często dawać upust różnym ciemnościom to jednak czasem potrzebuję.
Nie mogę w innym miejscu, w tym oficjalnym, bo …sama nie wiem.
Chciałabym ten blog zamknąć na kluczyk jeszcze, żeby mieć kontrolę nad tym kto czyta.
Ale tu to chyba nie możliwe.
Zatem blox odchodzi w przeszłość.
W ogóle blogowanie też ma tendencję mocno zniżkową. Słowo pisane przegrywa z obrazem. Ludzie coraz mniej czytają.
Tylko, że blox to nie jakaś tam platforma. Blox to…coś na kształt starego domu. Domu, w którym się mieszkało przez długi czas, nawiązało relacje ze współmieszkańcami. Domu, który może nie do końca komfortowy, ale oswojony i dobrze znany. To coś takiego, co w kontakcie z zupełnie nieznanym osobnikiem służy za najlepsze referencje „mam bloga na bloxie” i już wiesz, że to swój człowiek.
Zatem coś jak dom, w którym się kiedyś mieszkało. Potem człek się wyniósł, mieszka gdzie indziej, ale wciąż utrzymuje kontakty ze starymi znajomymi, w do tych nowych, nieznanych nadal ma kredyt zaufania „bo on stamtąd”. Dom czyli blox nadal jest, stoi i nadal możesz wierzyć, że w razie czego możesz tam wrócić.
Zabolało. Bardzo zabolało.
Ale rozumiem ekonomię: do obsługi nawet tak niedofinansowanej działki nadal trzeba było zatrudnić kilka osób. Nadal trzeba moderować wpisy, komentarze, dawać wsparcie techniczne „bo mi się mail zablokował” „bo mi się miejsce na zdjęcia wyczerpało”.
Można było to jakoś zmonetyzować, dając tym, co chcą zapłacić usługę troszkę lepszą.
Niestety Agora nigdy nie widziała w blogach potencjału, a szkoda, bo blox przed 14 laty był miejscem niezwykłym.
No ale jest, jak jest.
Blox się zamyka.
Zarchiwizowałam co było do zarchiwizowania.
Wytłumaczyłam sobie, że taka kolej rzeczy. A teraz pilnie zbieram porozrzucane przez znajomych kamyczki.
Na TVP VOD, na który wlazłam w nadziei, że mi da choć popatrzeć na zwiastuny Stulecia Winnych, odkryłam, że mogę obejrzeć niektóre pozycje. I tak obejrzałam Janka Serce, przy którym się spłakałam doszczętnie.
Serial znałam wcześniej, ale oglądałam go skokami: w różnych latach, różne pojedyncze odcinki (brak telewizora w domu uniemożliwiał śledzenia na bieżąco). I dopiero teraz, mogłam obejrzeć całość i dopiero teraz chwycił mnie ten Janek za serce.
Choć trąci myszką i miejscami bywa teatralny w pejoratywnym znaczeniu.
Popatrzę co tam jeszcze da pooglądać.
A tymczasem w Szwecji wiosna.
Takie coś mi się zrobiło w zębowej trójce na styku z dwójką, że mi tam jedzenie utyka. Nie żeby jakoś dużo, ale przywiera, zbiera się…no w każdym razie dziwnie. Doszłam do wniosku, że mści się moja lekkomyślność i olanie wizyty u stomatologa w czasie ostatniego pobytu w ojczyźnie. Nic tylko dziura.
Pobujałam się z kilka tygodni z dylematem czy wolę ból zęba czy portfela, ale jak mnie jednego dnia zaczęło z lekka kłuć to zabukowałam wizytę w try miga. Rzecz w tym, że w Szwecji są dwa rodzaje dentystów: prywatni i państwowi. Państwowi nie są nastawieni na zysk choć ich ceny mogą być czasem nawet wyższe od przychodni prywatnych ( nie zetknęłam się, ale są tacy, co tak twierdzą). Prywatni jak to prywatni…Liczy się kasa.
Próbowałam do państwowego, ale bez bólu obie miejskie poradnie mi odmówiły, trzecia, z miasta sąsiedniego też.
Googiel był świnia i nie pokazał opinii o zębiarzach prywatnych. Z opinii znajomych najlepszy jest Orzeł, który leży prawie u mnie pod domem, ale eM tam robił zęby ostatnio i …cóż. Jeśli to była ta najlepsza obsługa to ja nie chcę poznać tej najgorszej. Jasne, że wszystko cacy, gabinety jak kapsuły kosmiczne, lokal wypasiony w starym, zabytkowym hotelu…Tylko działanie takie żeby wyssać z pacjenta jak najwięcej pieniędzy. Oraz kiepskawa jakość usług. Np. proteza po tygodniu użytkowania rozłamała się na pół. Nie mówiąc już o notorycznie urywających się zaczepach za co ostatnim razem skasowali eMa na grubą kasę ” Bo już minął rok”. Litwinowi zostawili w leczonym zębie wacik…Jak mu zaczęło po kilku tygodniach śmierdzieć z ust to poszedł z pytaniem co się dzieje…Ups…Sorry…taki bonusik dodatkowe wiercenie.
Odszukałam innego cieszącego się w miarę dobrą opinią…
No i tak to sobie opisałam:
KasiaP wróciła od dentysty. Stoi przed lustrem z latarką i świeci sobie po zębach. Wygina się przy tym, przekłada latarkę z ręki do ręki, układa pod różnym kątem i wygląda na coraz bardziej niezadowoloną.
eM , mąż Kasi, obserwuje działania żony dłuższą chwilę, wreszcie pyta:
– Co ty robisz? Po co świecisz tą latarką? Czego ty szukasz w tych zębach?
– Refleksu – odpowiada KasiaP nieuważnie.
– Refleksu?!
– Refleksu świetlnego
– ????
– Byłam u dentysty. Sądząc po cenie, w miejsce dziury włożył mi diament. To teraz szukam refleksów od tego diamentu…
Cóż dodać?
Pan dentysta wykonał mi szereg rentgenów, ale dziury w miejscu wskazanym nie widział i z całej siły usiłował zignorować moje żądanie zagłębienia problemu osadzającego się w jednym miejscu jedzenia. Zamiast tego przyczepił się najpierw do tego dlaczego mam przerwę między zębami z lewej strony, bo na pewno gryzę zawsze tylko prawą (nieprawda, chętniej gryzę lewą ) oraz dlaczego ten ostatni ząb taki sfatygowany i on go będzie teraz naprawiał…Oraz powinnam zrobić protezy na sztyft, bo to co mam to za 30 lat się rozleci, a sztyfty będę miała do końca życia. I jeszcze ten kamień, kamień koniecznie usuniemy…
Zmusiłam go do zajęcia się tym, z czym przyszłam. NIE WIDZIAŁ dziury, ale wyrąbał mi tam coś na kształt górniczego przodka. Zalepił. Wziął taką ostrą blaszkę służącą do umacniania boku zęba i rozharatał mi dziąsło bo sobie po prostu jeździł tym między zębami. Teraz na zębie widzę coś naklejonego – plomba znaczy…
A żarcie nadal tam utyka, mam wrażenie, że nawet bardziej, bo rozharatany ząb jest szorstki.
Gdy płaciłam ponad dwa tysiące koron pomocnica na moją uwagę, że strasznie drogo rzekła beztrosko „tak kosztuje dentysta w Szwecji”.
I ja wcześnie, jeszcze nie widząc i nie czując i nie widząc rachunku uzgodniłam z nimi wizytę żeby ten sfatygowany ząb jednak naprawić. (Sfatygowany tzn. pozbawiony nerwu, dość mocno ukruszony, ale wypełniony i stabilny).
Teraz wiem, że za dni kilka jak mi złość i ból dziąsła zejdzie zadzwonię i odwołam wizytę z powodu niezadowolenia z jakości usług. Oraz obiecuję sobie, że gdy mi następnym razem zdarzy się konieczność korzystania z opieki stomatologicznej w Szwecji to przy umawianiu wizyty zażądam skupienia się na wskazanym problemie z góry uprzedzając, że za dodatkowe prześwietlenia, oględziny po prostu nie zapłacę i już. Naciągacze cholerni!
A ta pomocnica mi na początku chciała wpierać, że szwedzcy stomatolodzy mają lepszą technologię. Ubiegłam ją mówiąc, że polscy stomatolodzy mają dokładnie takie same wyposażenia jak szwedzcy, tylko ceny mają sporo niższe. I są jednak mniej dojący…jak widać oraz chyba się jednak bardziej przykładają.
Grrr…
A potem w sklepie kupowałam sobie takie fajne ciasteczko. I znajoma, Polka, co siedzi na kasie rzekła, że ona to takich rzeczy nie je. Bo ja powiedziałam, że to jest pyszne i to jest zuo w czystej postaci. I ta znajoma dodała z satysfakcją „no a potem znajome mówią „co ty robisz, że jesteś taka chuda” . Jak żałuję, że nie przyszło mi wcześniej do głowy, bo mogłam jej dopowiedzieć „aaa, to dlatego taka wredna jesteś, że słodkiego nie jesz” .
No i jak ja mam nie być wredna? No jak? Ja się pytam.
A jeszcze po głowie mi chodzi tekst o „lagom”.
Oraz mam nowy fotel.
Naprawdę postanowiłam zmienić swoje postrzeganie świata…albo przynajmniej moją reakcję na to. Jeśli świat, w szczególności Szwecja, jest takim okropnym miejscem czy naprawdę muszę tak starannie się przykładać do tego by tę tezę potwierdzić?
Jestem zmęczona moim nastawieniem do …wszystkiego.
Odkryłam, że jestem wredna, złośliwa, nieodpuszczająca, pełna jadu i poczucia wyższości.
Znacie ten mem „zanim zdiagnozujesz u siebie depresję sprawdź, bo może naprawdę otaczają cię kretyni”. Problem w tym, że ja nie muszę sprawdzać, ja z góry wiem i święcie w to wierzę, że większość ludzi dookoła mnie to kretyni. I na dodatek czuję się powołana do tego by to tym ludziom uświadamiać na każdym kroku.
Zabijcie mnie: nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, ale obejrzawszy się w mentalnym lustrze doszłam do wniosku, że wcale się sobie nie dziwię, że jestem samotna. Jak przyjaźnić się z kimś, kto na wszystko narzeka i wszystko krytykuje, a na dodatek wyśmiewa się ze swoich znajomych. W życiu nie chciałabym mieć takiej koleżanki. A ze sobą muszę żyć.
Postanowiłam…może nie tak zdecydowanie. Pomyślałam, że może powinnam popracować nad zmianą. Choćby delikatną, choćby rozpoczętą od zmiany spojrzenia na świat jako ogół.
I ledwie pomyślałam i proszę bardzo.
Byłam dziś u córki i zobaczyłam otwartą u niej książkę. Factfulness. Hm. Podobno książka w prosty, przystępny sposób przekonuje nas, że świat nie jest wcale aż tak okropny jak nam się wydaje. To znaczy jest okropny ale nie aż tak.
Kurczę…
Ciągle zapominam, że …
Mój głupi mózg nie umie sobie chyba na stałe zapisać tej informacji, że dostaje się to, o co się poprosi. Tak właśnie jak ta książka.
Jak startowałam z firmą to myślałam sobie „22klientów, potrzebuję 22klientów, żeby zarabiać godziwie”. No i mam 22klientów. Ale nadal nie zarabiam godziwie. Bo tego nie określiłam. Teraz muszę się skupić i ustalić sobie inny cel: zarabiać 22tysiące netto. Czyli jakieś 44 tys brutto. Zapomniałam dopisać „miesięcznie” . Zarabiać miesięcznie 22 tysiące koron netto. Czy MÓZG zakodował?!
U córki było miło. Grałyśmy z PannąS w domino i spadające małpy. Ta druga to połączenie bierek z jengą. Fajna.
Oraz obfotografowałam ich kocią trzódkę.
Z całej trójki najlepiej pozowała Maja. Chłopaki wiecznie miały jakieś „ale” i ich udane zdjęcia nie są tak liczne.
Proszę bardzo, oto „Trzódka mojej córki”:

Poza tym pobolewa mnie ząb, górna trójka, w której kilka tygodni temu odkryłam dziurę ale jakoś nie mogłam się zebrać do dentysty. Bo najpierw brak kasy, potem bark czasu, potem „oj zaraz!”. Wizyta umówiona na środę rano. Niech ząb będzie uprzejmy i nie szaleje z bólem.
Poza tym zamówiłam sobie nowy fotel. Z Jyska. Jysk jakościowo nie ustępuje Ikea a cenowo jest lepszy, zwłaszcza jak mają jakieś wyprzedaże.
Fotel nabyć muszę gdyż w starym, odkupionym kilka lat temu zapada się siedzisko. Okazało się, że ktoś wyciął sprężyny (chyba, bo pod spodem jest dziura) a naciąg trzymający gąbkę się ponadrywał i trzyma na pojedynczych włóknach. Istnieje realna groźba, że zostanę bez fotela, a wtedy będę całymi dniami siedzieć w łóżku.
Fotel taki:
https://jysk.se/vardagsrum/fatoljer/fatolj-engesvang-ljusgra.
Poza tym pomalowałam sekretarzyk. I postanowiłam go wreszcie przetestować jako stolik do szycia. Kupiłam przeceniony cudnej urody materiał. Materiał jest w kwitnące drzewka na szarym tle. Absolutnie wiosenny, radosny i taki…Mąż jak spojrzał to orzekł, że brakuje tam tylko jednego elementu: Krecika! Bo taki ma właśnie Krecikowy klimat. Więc wymyśliłam, że doszyję tam w jednym miejscu Krecika.
Materiał jest cudny, ale ludzieeee…Jego pierwotna cena była taka, że nasuwała podejrzenie że albo jest to skradziony gigantycznych rozmiarów arras albo jest utkane jest ze złotogłowiu. Po 70% obniżki cena za metr to prawie 120koron. Większość materiałów ma cenę regularną 140-150kr/m.
Ponieważ tu okna rozpychają się od ściany do ściany to nie specjalnie sprawdzają się typowe zasłony. Bardziej takie wąskie, proste panele pionowe lub wąskie, takie nad oknem, lambrekin się to chyba nazywa. No i ja taki lambrekin, tylko prosty chcę uszyć. Oraz jeden taki pionowy panel.
Wyobrażacie sobie ile kosztowałby zasłony, takie w polskim stylu? No.
W ten sposób znajduję kolejny pozytyw we „szwedzkiej myśli technicznej”.
I tym przyjemnym akcentem…
A co u was? Wiosna daleko?
Świat głupieje i są już na to dowody naukowe.
”
Dzisiaj IQ Europejczyków jest średnio o 13,35 pkt niższe niż w końcu XIX wieku.
Niepokojący trend w skali całej populacji naukowcy zauważyli całkiem niedawno.
Czytasz ten artykuł, bo masz prenumeratę Wyborczej. Dziękujemy
Pierwszy zaobserwował to zadziwiające zjawisko dr James Flynn z University of Otago w Nowej Zelandii w 1984 roku. Przeanalizował testy na inteligencję prowadzone w różnych krajach (łącznie było ich 14) od początku XX wieku i średnie wyniki osiągane w każdym pokoleniu zapisał w formie wykresu. Układająca się linia nie pozostawiała żadnych wątpliwości – od ponad stu lat poziom IQ dzieci i dorosłych w krajach rozwiniętych nieustannie się pnie. Bardzo równomiernie – iloraz inteligencji rośnie średnio o 3 pkt co dziesięć lat. Jeśli więc przyjmiemy, że pokolenia we współczesnym świecie wymieniają się co 30 lat, dzieci urodzone w latach 50. XX wieku będą miały iloraz inteligencji o 9 pkt wyższy niż ich rodzice, a prawie o 20 – niż dziadkowie.
Czy to oznacza, że dziś, w 2018 roku, dzieci pokolenia z lat 80. są jeszcze bardziej inteligentne? Niestety, nie!
Trend stopniowego wzrostu inteligencji, nazwany od nazwiska odkrywcy efektem Flynna, od końca XX wieku zaczął zanikać.
Naukowcy biją na alarm – zamiast rosnąć, nasza inteligencja zaczyna z powrotem maleć. Coraz słabiej liczymy, mniej logicznie myślimy, jesteśmy do tyłu w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, jeżeli chodzi o zdolności językowe. Co się z nami dzieje? Dlaczego wszyscy zaczynamy głupieć?”
Zauważyłaś Kasiu, że faceci mają coś takiego, co ja nazywam „mentalnością plemnika”?
Zobacz: jak jedziesz drogą i przed tobą sznurek samochodów, które jadą równym tempem tak jak ty, to masz potrzebę wyprzedzenia każdego z nich?
Ja wprawdzie nie jeżdżę, ale mnie ten sznurek aut z przodu nie przeszkadza. Mój mąż, bez względu na to jak szybko jedzie, stara się wyprzedzić je wszystkie…Po co? Widoki mu zasłaniają czy co?
Tobie przeszkadza?
W niedzielę pojechaliśmy na spacer.
Wiało i śnieżyło. Ale ja chciałam sprawdzić jedno miejsce, gdzie dotąd nigdy nie byliśmy, a i pies potrzebuje pobiegać, to pojechaliśmy.
Parking, przy parkingu tablica z bardzo ogólną mapą, na tej mapie narysowany szlak. Rzuciłam okiem, ale mapa zbyt ogólnikowa, żadnych więcej informacji, więc nie specjalnie się do niej przywiązywałam wychodząc z założenia, że idę tyle czasu ile uznam za stosowne, potem zawracam.
Poszliśmy. EM wyrywał do przodu, Tośka w drugiej fazie cieczki czyli dość pobudzona, a tu tyle zapachów, bo teren ewidentnie pełen zwierząt o czym świadczyły gęsto stojące ambony. Polecieli.
Szliśmy z godzinę, wreszcie dotarliśmy do starego kamieniołomu. Uznałam, że pora wracać, bo się zrobiło w pół do czwartej, a tu zadymka, pochmurno, zaraz się ściemni.
I wtedy w moim mężu obudził się PRZYWÓCA-PLEMNIK.
IDZIEMY! DO PRZODU! NIE, NIE WRACAMY TĄ SAMĄ TRASĄ! DO PRZODU!
On widział szlak na mapie, on wie że zaraz wrócimy na tę drogę, którą szliśmy. DO PRZODU!!! Parł do przodu, naprawdę jak ten zwycięski plemnik. Bez refleksji, bez dania sobie czasu na pomyślenie, nie dając mi szansy na sprzeciw bo nie będę za nim wrzeszczała.
DO PRZODU!!! TU DROGA!!!
Że nie wiemy jaka to droga? Ależ wiemy, to ta, którą przyszliśmy! Na pewno to ta, bo innej nie ma.
Mam w telefonie google map, mam też google erth, to są apki, które świetnie pokazują teren, ale przecież nie dał mi czasu by z tego skorzystać. Bo takie gadżety są dla cieniasów i bab. On, przywódca stada, zwycięski plemnik, WIE. Sam z siebie.
Owszem dotarliśmy w końcu do drogi, ale czułam, że to NIE TA droga.
Mam w sobie takie coś…wewnętrzny GPS, który zawsze mi mówi, w którą stronę do domu. I który najlepiej działa poza miastem. Jest tak, jakbym miała przypiętą do ramienia nitkę, której drugi koniec jest tam, gdzieś daleko, w domu. I ta nitka tak leciutko się napręża, dając mi lekki znak, że to tu, w tę stronę.
Mój mąż tej nitki nie ma.
I zawsze, ale ZAWSZE! kiedy kłócimy się o drogę, to idziemy w końcu tam, gdzie on mówi, że powinniśmy, po czym zawracamy, wracamy do miejsca spornego i idziemy w moim kierunku.
Tak było w Neapolu, tak jest zawsze. Od zawsze.
Ale co ja tam wiem…I kto by tam się uczył na własnych błędach, nawet sto razy powtarzanych? Prawda?
No więc dobrnęliśmy do drogi, on oczywiście przodem, ileś tam metrów przede mną, ja wściekła. Teren dość odludny, jak to w Szwecji. Niby stoją domki w zasięgu wzroku, ale widać, że nie zamieszkałe. A tu się zaczyna zmierzchać. Wreszcie na jakiejś górce mąż się zatrzymał i ze zdumieniem odkrył wieżę kościelną daleko, daleko…Cud, że było ją widać w tej zadymce. Pod tym kościółkiem stał nasz samochód.
Droga sobie wyraźnie leciała w innym kierunku. Kościół był prawej, droga odchylała się lekko w lewo.
Teraz mój mąż postanowił zapytać mnie o zdanie. Drogą, czy przez pole, na przełaj? TERAZ? TERAZ!
Byłam wściekła tak, że miałam ochotę mu przywalić.
Wywarczałam tylko „przez pole” odsuwając od siebie myśl, że takie pola lubią być poprzecinane szerokimi rowami, i co wtedy.
Plemni…tfu! Mój mąż znowu poleciał przodem, a chwilę potem jak na zamówienie ukazał się przede mną rów z wodą. Nie jakoś tam szeroki, on dał rade przeskoczyć bez problemu, leciał dalej, teren się zakrzywiał, i po chwili kompletnie mi znikł z pola widzenia. A ja utknęłam. Przeskoczyć, wpaść do wody i może przy okazji się poobijać? Czy szukać przejścia? Trzy razy wrzasnęłam za mężem, ale byliśmy pod wiatr, więc se mogłam wołać. O telefonie zapomniałam. Znalazłam jakiś przesmyk, pościnane krzaczory, przelazłam, ruszyłam dalej. Po kilku minutach zobaczyłam swojego chłopa jak z głupią miną stoi i się rozgląda. Tośka go zatrzymała! Potem się chyba zreflektował i już nie gnał jak idiota.
Dotarliśmy wreszcie do drogi asfaltowej, potem jeszcze kilka minut marszu i byliśmy w samochodzie.
Potem mi jeszcze udowadniał, że tamtą, drogą, którą porzuciliśmy na rzecz zaoranego pola byłoby szybciej.
Telepie mnie do dziś, i wciąż mam chęć mu przywalić w ten głupi cymbał, bo to nie pierwsza taka sytuacja. W zasadzie można rzec, że to jest obraz naszego małżeństwa.
On realizuje swoje pomysły bez pytania mnie o zdanie i bez oglądania się za mną, a gdy widzi, że kończą mu się opcje…wtedy zostawia mi decyzje. A na koniec jeszcze udowadnia, że jego pomysł był słuszny.
Zawsze.