Siedzę i gryzę wczorajszy makaron. Nieco stwardniał i chyba powinnam była nieco wody dolać jak go podgrzewałam. Nie dolałam i teraz mam. Gryzę, żuję, szczęki mnie zaczynają bolec i myślę sobie, że ten makaron to takie urzeczywistnienie tego z czym się zmagam.
Innymi słowy: muszę bo się uduszę.
Nawet nie wiem jak napisać.
Naprawdę czasem to, czym człowiek się zajmuje zawodowo determinowane jest przez to jaką ma naturę. Innymi słowy: czasem fryzjer czy sprzątacz to nie zawód to specyficzny charakter. I nie, nie mam na myśli artystycznego podejścia czy zamiłowania do czystości. Mam na myśli te najbardziej podłe, stereotypowe skojarzenia.
Jak mnie czasem męczy to, że pisząc maila do jednej czy drugiej muszę się pięć razy zastanowić jak to napisać, żeby mnie zrozumiała. I nie, nie piszę po szwedzku tylko po polsku.
Czasem naprawdę mam szczerą chęć zapytać wrednie: „której części stwierdzenia PEŁNE KORONY nie rozumiesz?” „której części prośby NAPISZ DATĘ ZAPŁATY nie rozumiesz?”
„której części określenia KOSZT ROBOCIZNY nie rozumiesz?” „której części polecenia WYŁĄCZNIE FAKTURY ZAPŁACONE W LISTOPADZIE nie rozumiesz?”. W listopadzie wytłumaczyłam, że to te za które dostała PIENIĄŻKI (tak! słodkie, malusie, tiu tiu PIENIĄŻKI!)
Nie umieją wziąć wyciągu bankowego i na jego podstawie zebrać faktur.
Nie rozróżniają VATu od podatku dochodowego.
Nie wiedzą nawet jak się nazywa PODATEK DOCHODOWY . Dzwonią i bredzą o jakimś rozliczeniu, pytają czy zrobię i kiedy zrobię, a ja kompletnie nie rozumiem o co im chodzi bo po serii pytań ustalić, że chodzi im rozliczenie podatku dochodowego i sporządzenie deklaracji podatkowej.
I nie ma tu nic do rzeczy, że ze szwedzkim kiepściutko, bo mówimy po polsku. Mam klienta Litwina, gadamy po polsku, choć on nigdy polskiego się nie uczył. On czasem nie rozumie takich słów jak DEKLARACJA czy wyciąg bankowy. Ale to Litwin, który polskiego nauczył się od sąsiadów, bo obok miał granicę, i z telewizji bo polska odbierała lepiej niż litewska/rosyjska. A te rodowite Polki. Szkolone niektóre nawet. Pogadasz: ajaj jakie fakultety…Chce się ręką machnąć jak Sthur w Seksmisji „etam, te wasze fakultety”.
To nie jest tak, że oczekuję, że zaczynają, a są to zwykle dość młode osoby, i wszystko będą wiedzieć. Skąd! Naprawdę staram się zrozumieć, że nie wiedzą, nie znają się, nie miały do czynienia. Uczę, tłumaczę, nie naliczam za czas, gdy dzwonią i pytają, odpowiadam i cierpliwie powtarzam. Piszę maile i powtarzam raz jeszcze, żeby miały na piśmie, żeby w razie wątpliwości mogły sobie sprawdzić i doczytać. A jak nadal nie są pewne zawsze mogą zadzwonić.
I okazuje się, że równie dobrze mogę nic nie mówić.
Pod koniec roku wysłałam maile z propozycją by zamiast fizycznych faktur sprzedaży przesyłały mi tabelkę, zestawienie. Inną do księgowania, inną do składania wniosków do Urzędu Skarbowego. Wypisałam po kolei co ma być w tych tabelkach. Jakie kolumny i co mają zawierać. No, mój błąd. Powinnam była zrobić szablon tabelki i wysłać, może wtedy by podziałało.
Panna kilka dni później wysyła mi listę wszystkich faktur z 2018.
Pytam ją: po co? „Bo pani prosiła.”
Opad rąk. Czytanie ze zrozumieniem się kłania.
Pani ma wykształcenie wyższe, w zawodzie takim, gdzie trzeba umieć czytać ze zrozumieniem bardziej niż w jakimkolwiek innym zawodzie.
Jak ona chce ten zawód w Polsce uprawiać?!
Mnie nie wkurza to, że nie wiedzą. Mnie wkurza to, że NIE CHCĄ się dowiedzieć, choć to przecież ich własny biznes, ich własna ekonomia.
Tłumacz po sto razy że VAT to VAT, a podatek dochodowy to od netto na fakturze…No tak. Ona nie wie co to NETTO. Tłumaczysz…Za miesiąc to samo. Ona nie rozumie, dlaczego VATu nie może odliczyć od czegoś …co nie ma VATu.
Jeżeli na fakturze od dostawcy ma VAT ZERO to nie da się tego zera odjąć od VATu na jej własnej fakturze. Oooo, nie wiedziała…
Naprawdę, mam wrażenie, że społeczeństwo rośnie nam coraz głupsze. Młodzi nie tylko nie wiedzą, oni nie chcą wiedzieć.
Pamiętam jak Gulsum się kiedyś dziwiła, że ja tak dużo wiem. Dużo? Ja? Jestem niedouczona, mam koszmarne braki w wiedzy ogólnej, bo chodziłam do kiepskich szkół. Matka moja wierzyła, że szkoła nauczy mnie wszystkiego, ale wpoiła mi zasadę: ucz się, bo to twój jedyny posag. Czego się dowiesz, tego ci nikt nigdy nie odbierze. Miała kult wiedzy, choć sama słabo wykształcona, zresztą: córka półanalfabetki. Babcia umiała tylko czytać, pisać nie potrafiła, nigdy nie chodziła do szkoły. Obie miały ogromny głód wiedzy, ogromną chęć przyswajania sobie różnych informacji. Matka jak skończyła pięćdziesiąt lat odmawiała poznawania nowinek technicznych i strasznie mnie wkurzało to, że nie próbuje się nauczyć funkcjonowania komórki czy internetu. Ale to było jedyne od czego stroniła.
Też mam taki pęd: chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć co to za drzewo rośnie pod moim domem i dlaczego jego owoce są jaśniejsze niż tego drugiego. Jaki ptak siada na koronie tego drzewa i dlaczego tylko zimą? Co to za taka jasna gwiazda na niebie i dlaczego ją widać tylko teraz a kilka tygodni temu nie. Co powoduje że coś jest takie a nie inne? Dlaczego mój mózg działa tak a nie inaczej…
Nie wiem nawet co mnie pociąga, jakie zagadnienia, ale jak odkrywam coś czego nie wiem to chcę się dowiedzieć. Najbardziej irytuje mnie wtedy jak nie rozumiem co piszą, bo język jest bardzo naukowy i nie wiem o co chodzi.
Coraz częściej spotykam ludzi, których nic nie interesuje. Nic kompletnie.
Co robisz jak masz wolne? Słucham muzyki… Jakiej? Noooo…tego co w radiu grają…
Oglądam telewizję…No, to co akurat leci…
Przeglądam facebooka, instagram.
No i co ciekawego ostatnie było?
Śmieszne kotki.
….
Pokolenie idiotów.
Film Idiokracja to nie fantastyka. To aktualna rzeczywistość.




