Napiszę coś, bo mi odkurzacz chodzi, Tośka się go boi (Basil też) więc na niego szczeka. Muszę siedzieć w gabinecie, za zamkniętą bramką, razem z Tośką żeby japy nie darła „laboga, potwór mamusię zje, mamusia, wracaj!!”
Basil swoje obawy względem potwora demonstruje mniej donośnie. Raczej w ciszy i pełnym skupieniu, schowany za nogą od stołu śledzi poczynania wroga. I udaje że go tam nie ma.
Odkurzacz musiałam puścić, bo brudno. Brudno bo pracowałam intensywnie. Nadal powinnam, ale wkurw mnie szarpie, więc wzięłam się za sprzątanie. Jakbym nie wyładowała energii na kuchence i gratach…to pewnie nawrzeszczałabym na klienta, gdzie najłagdniejszym pytaniem retorycznym mogłoby być „Czy ty kurwa myślisz czasem?! Masz mózg czy watę?”.
Spokojnie, Kasia. Spokojnie. Jeszcze mu zrobisz 3 miesiące… Jeszcze tylko 3 razy…
Grrrr…
10. Chwalipost
Prawie rok temu przyszedł do mnie nowy klient. Firma młoda, ale już rozbujana, osobowość prawna czyli odpowiednik polskiego z o.o.
Klient przyszedł do mnie bo jego aktualna księgowa stwierdziła, że ona teraz będzie robić coś innego… to oficjalnie.
Nieoficjalnie węszyłam, że chyba jej z tym klientem nie po drodze. Ona Szwedka, on Polak.
Stosunkowo szybko odkryłam co mogło mojej poprzedniczce nie pasować. Facet zna się robocie…i to tyle. Szwedzki tak sobie, ogarnianie całej masy spraw kompletnie mu nie wychodziło, wiecznie mu ginęły papiery, wiecznie się spóźniał z płaceniem za wszystko choć pieniądze na koncie miał, bo fakturowanie robiła mu księgowa.
Facet mnie zapytał czy bym nie nauczyła pracy takiej jednej dziewczyny…
– A bo mnie prosi i prosi… A ja nie mam czasu na to wszystko… To bym ją zatrudnił, żeby ogarniała przelewy, faktury, no ale to musiałabyś ją nauczyć wszystkiego…
Myślałam sobie: noooo… ja ją nauczę a ona mi zabierze robotę…
Ale z drugiej strony jak ktoś tego nie ogarnie, to facet za rok zbankrutuje bo go dłużnicy zjedzą. Ja jestem tu, a on na drugim końcu powiatu. Nie dojadę tam każdego dnia by za gościa wybierać listy ze skrzynki pocztowej…
Zgodziłam się.
Nie minęło nawet dwa dni jak dziewczyna przyjechała do mnie z przygotowanymi papierami.
Rozpacz! Nie miała kompletnie, najmniejszego pojęcia jak to robić. Robiła jakieś dziwne notatki, numerowała pozycje na wyciągu bankowym…
Ale gdy ją poprosiłam by zdobyła duplikaty brakujących faktur – to to zrobiła.
Gdy ją poprosiłam żeby układała dokumenty w określony sposób to tak robiła. Nie minęły nawet dwa miesiące jej pracy jak odczułam, że praca idzie do przodu i nareszcie jest w firmie ktoś z kim mogę porozmawiać.
Do dobrego człowiek szybko przywyka. Ale starałam się pamiętać żeby chwalić dziewczynę za przygotowane dokumenty. Nawet jeśli robiła błędy, nawet jeśli coś było nie tak jak powinno… Chciałam żeby pracowała, bo nawet przy jej pomyłkach moja praca była zwyczajnie prosta! Nie musiałam jej szefowi pisać po 10 razy tej samej listy brakujących faktur, nie musiałam przypominać, poganiać…Ona robiła to za mnie!
Przy którejś rozmowie z nią, usłyszałam, że jej szef jest w tym samym pokoju, poprosiłam o przełączenie na głośnik i powiedziałam panu, że zatrudnienie jej było najmądrzejszą rzeczą jaką zrobił. Zapytałam czy jest tego świadom. Czy wie, że ona na swoją wypłatę zapracowuje między innymi tym, że oszczędza mu masę kasy np. na podatkach…
Powiedział, że wie…
Ale ja znam takich ludzi. Dla nich biurwy to zło konieczne. Darmozjady, na które trzeba pracować. Nie doceniają, że dzięki naszej upierdliwej pracy, ich firma płaci podatki jak trzeba, bo nie pozwalamy na gubienie kosztów. Pilnujemy płatności więc nie płacą kar i odsetek. Rozliczamy pracowników z czasu pracy… Zdejmujemy im z głów całą masę pracy, której sami nie byliby w stanie ogarnąć.
Kiedy później z nią rozmawiałam podziękowała mi. Powiedziała, że szef zaczął na nią inaczej patrzeć.
Jesienią bąknęła, że próbuje iść na studia. Tu w Szwecji. Na administratora płac.
Uuuuu… pochwaliłam.
Płace to bardzo szeroki dział. To w zasadzie odrębny dział księgowości. Dobry specjalista od wynagrodzeń jest zawsze poszukiwany, nie ma problemu ze znalezieniem pracy. I zarabia naprawdę dobrze. No ale najpierw studia, potem praktyka, doświadczenie…
Wahała się. Zastanawiała. Praca jedna, praca druga (bardziej hobby niż płatne zajęcie) dzieci, mąż…wiadomo.
Ale ja jestem z tych co zawsze popierają pomysł kształcenia się. Wierzę w wykształcenie. Wierzę, że warto się uczyć. Więc jak najbardziej namawiałam ją by zrobiła dyplom.
– Jesteś młoda, przed tobą całe lata pracy. Jak nie zrobisz szwedzkiego dyplomu zawsze będziesz na rynku pracy miała gorszą pozycję z powodu polskiego pochodzenia. Zrobisz dyplom, nabędziesz doświadczenia i będziesz przebierać w ofertach pracy.
Ona:
– Ale czy ja dam radę, mój szwedzki… a praca…czy ja pogodzę
– Posłuchaj… To są tylko 24 miesiące. Jak nie pogodzisz z pracą – to ją zostawisz. Powiedz mężowi, że to jest twoja…wasza przyszłość… Jesteś pracowita, zdolna, chcesz się uczyć… Naprawdę jeśli tobie się miałoby nie udać to już nie wiem komu…
I tak sobie pogadywałyśmy co chwilę.
Zadzwoniła na początku stycznia
– Poradź mi…No bo przyjęli mnie… ale to trwa nie 24 a 18 miesięcy. I nie na dystans a stacjonarnie. Musiałabym dwa dni w tygodniu jechać na cały dzień…
– A co chcesz usłyszeć? Radę czy że masz rację?
– Że mam rację, że chcę się tego podjąć. Bo wiesz… – to poszedł szereg argumentów.
– OCZYWIŚCIE ŻE MASZ RACJĘ!
No i zaczęła.
A wczoraj przysłała sms czy mam krótką chwilkę…
Gonię z robotą, jak zawsze jestem spóźniona… Ale chwilkę znalazłam.
– Bo ja ci chciałam podziękować. Za to że mnie uczysz, że wspierasz. I że podziwiam cię. Że masz taką ogromną wiedzę i jak potrafisz ją przekazać. I to jakim jesteś człowiekiem. Jak jesteś życzliwa, ale nie pozwalasz sobie na głowę wchodzić. Jak potrafisz pokazać swój autorytet. Naprawdę cię podziwiam…
Zawstydziłam się.
Ja przecież wcale taka nie jestem. Nie jestem? Może jestem?
Miękko mi na duszy.
…zostałam dla kogoś takim kimś jak Szefica dla mnie… Spłaciłam swój dług!
9. Song o ciszy
8.
eM wrócił z Polski w poniedziałek.
Mieszkanie opróżnione z ubrań i żywności.
Woda, gaz i prąd zamknięte. Kwiatki wystawione na klatkę schodową – z kartką, że proszę bardzo można wziąć do domu.
Mam chęć pojechać. Pobyć sama. Pożegnać przeszłość. Wygonić złe duchy z głowy.
…może za miesiąc?
Mieszkanie pójdzie do sprzedaży, tylko muszę rozwiązać parę rebusów.
Nie wrócimy do Polski na starość, choć czasem tak bardzo tęsknię, że piosenki wyciskają łzy.
Tęsknię do Olsztyna. Tęsknię do tego by być z Warmii. Do uczucia, że tam przynależę. Tęsknię do muzyki i piosenek po polsku – piosenek z tekstem. I do tego, że moi znajomi rozumieją, gdy rzucam jakimś cytatem.
Ale nie wrócę na starość do Polski, bo zwyczajnie: Szwecja ma program opieki nad ludźmi starymi. Nie jest on zbyt dobry, ale jest. Więc odpada problem przysłowiowej szklanki wody.
W Polsce byłabym zdana tylko na siebie, na dobrą wolę jakiejś sąsiadki czy kobiety w opiece społecznej. No… i też bym nie zdzierżyła jakby ktoś do mnie mówił „niech siada”.
No ale… jest jak jest.
A tymczasem zbliża się termin kolejnego raportu VAT, więc pracuję, pracuję i pracuję. W sumie to dobrze, że Ema nie było w weekend bo podgoniłam robotę. On niby nic, a rozprasza samą obecnością. Nie mówiąc o tym, że gadający telewizor doprowadza mnie do stanu wrzenia.
On mi tylko szemrze za plecami, ale po dziesięciu minutach wzrasta mi poziom agresji.
Muszę włączać muzykę,żeby zagłuszyć, a wtedy mam problem z koncentracją. Coraz częściej pracuję w kompletnej ciszy. Ba. Coraz częściej przebywam w kompletnej ciszy. I jak mi z tym dobrze to wiem tylko ja.
Przyszedł nowy rachunek za prąd.
Kto zgadnie ile tym razem?
Przypominam, że dotychczas płaciłam po jakieś 250kr.
Potem wzrosło do 800, a następnego miesiąca do 1000. Jak myślicie ile teraz mam zapłacić?
W weekend była zima, napadało śniegu. Synek wziął Tosię na spacerek do lasku nad jeziorem. A teraz znowu mamy listopad.
Tosia okulała, chyba szalejąc za kotem, nadwyrężyła coś. Było przez chwilę strasznie, bo nie mogła zejść z łóżka. Ale już się goi. Jeszcze tylko lekko utyka. Uff.
Ptaki ćwierkają. Sroki robią sobie gniazdo na drzewkach pod domem. Uwijają się aż miło. Ciągle widzę jak latają z gałązkami.
Okna mam brudne. Trzeba umyć w przyszłym tygodniu. No i zmienić zasłonki w kuchni na te moje ulubione – wiosenne.
I tak to.
A co u was?
Zabezpieczony: .
Zabezpieczony: .
7.
A jednak stało się. Teściowa zmarła.
Dziwne uczucie, gdy ze świata znika jeden z twoich największych wrogów…
6.
Zauważyłam, że głównym bohaterem mego bloga jest ból głowy. To o nim piszę najwięcej… No i zamilkłam, bo jak nie o tym to w sumie niewiele się dzieje.
Drugim bohaterem jest bezsenność.
I o, tu się mogę pochwalić pewnym osiągnięciem. Odkryłam w czeluściach mojej medycznej szuflady jakiś zapomniany zapas melatoniny z Polski. Pomyślałam: a co mi tam spróbuję raz jeszcze. Bo roboty dużo, czasu mało, a tabletki uspokajające Labofarm jeszcze nie przyszły i znowu sypiałam kiepsko.
Następnego rana obudziłam się zdziwiona, że to już. Ranek. Pamiętałam jakieś pobudki w nocy, np po to żeby wywalić wyjącego kota, ale pamiętałam też, że zasypiałam od razu po powrocie na poduszkę.
Tak gdzieś po trzeciej nocy zaczęłam się budzić sama z siebie tuż przed szóstą. Od razu trzeźwa, mogłam z kawą rozpoczynać pracę.
Ludzieeeee… ile to roboty można zrobić jak człowieka senność nie męczy!
Niedobory koncentracji?! Jakie niedobory? Mój umysł już dawno nie pracował na takich obrotach.
Przekopałam cały rok w jednej spółce, którą szykuję dla Sary żeby zrobiła sprawozdanie roczne. Prócz tego każdego dnia księgowałam co najmniej jedną większą firmę lub ze dwie mniejsze. Odwalałam telefony (skąpe na szczęscie) i maile.
A jeszcze miałam czas i siłę na dwa uczciwe, półgodzinne spacery z Tośką, oraz systematyczne ogarnianie chałupy. Przy czym nadmieniam, że z Tośką teraz to się idzie, a nie wlecze nóżka za nóżką.
Czułam się jak tytan pracy!
Tydzień! Cały tydzień bez budzika w postaci bólu!
Aż do dzisiaj…
Czym się u licha załatwiłam? Grzankami z serem, porcją lodów czy kanapką późnym wieczorem?
Niby udało mi się zasnąć po godzinie, ale znowu się czuję rozlazła…
Tymczasem coraz intensywniej szukamy innego mieszkania.
Mam dość mieszkania w centrum. Dość klepania drzwiami samochodów dzień i noc tuż pod oknami sypialni, plumkania samochodowych przypominajek o pasach lub drzwiach, piszczenia czujników cofania. Zwłaszcza po godzinie 23. Mam dość weekendowych wrzasków po nocy i oglądania aktów wandalizmu w każdy niedzielny ranek. Co komu do licha szkodzą te donice na deptaku, że w każdą niedzielę rano są zdewastowane?
Mam dość tych wszystkich imprez typu karnawał uczniowski lub studenten, nie mówiąc już o tym cholernym cruisingu, który znowu będzie niemal w każdy weekend jak tylko zrobi się trochę cieplej.
Ogólnie rzecz biorąc najchętniej wyniosłabym się do jakiejś małej mieściny, gdzie nic się nie dzieje, ale eM nie chce o tym słyszeć, bo on nie będzie dojeżdżał. No i jest Zuzu, która lubi wpadać do mnie po szkole.
Jak do tej pory czekaliśmy aż się zwolni mieszkanie w naszym starym bloku (a najchętniej aż się zwolni NASZE mieszkanie). Ale po czterech latach zaczynamy mięknąć i zaczynamy zgłaszać zainteresowanie innymi lokalizacjami.
Jak dotąd dostaliśmy ofertę tylko raz. Bo w naszej firmie, gdzie wynajmujemy mieszkania obowiązuje system kolejkowy czyli im kto dłużej czeka w kolejce tym większe ma szanse na to by dostać to mieszkanie, które go interesuje.
Są u nas w mieście dwie dzielnice które znane są z tego, że „lepiej nie” bo są to dzielnice zamieszkałe głównie przez imigrantów, a w takich enklawach bywa mało ciekawie.
Nie żeby Szwedzi nie robili chlewu… Robią, robią, czasem nawet większy niż imigranci. Przykład z mojego własnego podwórka: jedna sąsiadka z uperem maniaka wyprowadza swojego nie-do-pieska (taki piesek wielkości mniejszego szczura) na trawnik przed blokiem, gdzie jest piaskownica, plac zabaw dla dzieci, miejsce z ławeczkami i grillem. Administracja nawet specjalnie wysłała nam, właścicielom psów maila z przypommnieniem, że to zabronione. Ale Pani Szwedka albo nie umie czytać, albo uważa (poniekąd słusznie) że jej pupilek psem nie jest.
Jest jeszcze inna pani, która wychodzi palić do bramy. Często z kawką. W bramie wiecznie leżą pety i wciąż jest coś rozlane. Sikami nie śmierdzi, a deszcz tam nie dociera…
Za to jeden imigrant zawsze odśnieża schodki przed swoją klatką.
A inni, gdy sobie w ogórkowym grillu piekli mięso, to posprzątali po sobie każdy papierek. (Akurat był upał i siedziałam z Tośką na trawie pod drzewkiem, bo pies wolał to, niż spacer, więc widziałam).
W każdym razie obie dzielnice mają nie tylko kiepską opinię, ale też bardzo ładne mieszkania.
Jedna z nich odpada, bo podlega pod inna firmę.
Drugą zaczęliśmy ostatnio brać pod uwagę, bo okazuje się, że nie jest tam aż tak źle… a nawet jakby nieco lepiej niż w centrum.
No i wczoraj byliśmy oglądać jedno mieszkanie. Mieszka tam kobieta z synem z Wietnamu. W domu pachniało azjatyckim jedzeniem, kurtki nap przesiąkły od razu. Ale ja już widziałam tam miejsce na stół, na szafę, na biurko z regałami… I wtedy nam pai pokazała łazienkę i odkryliśmy, że słynny „ROTrenovering” tam jeszcze nie dotarł. Czyli gdybyśmy się tam wprowadzili to za rok-dwa czeka nas powtórka z mieszkania bez łazienki i kuchni przez dwa miesiące, z plastikową płachtą zamiast drzwi i łażeniem robotników po całych dniach. NIE! Nigdy więcej.
Przeżyliśmy to na starym mieszkaniu.
Zatem nie.
Chciałam zmienić mieszkanie też z powodu wysokości czynszu, ale teraz widzę, że za trzypokojowe mieszkanie po owym wielkim remoncie będziemy musieli zapłacić niewiele mniej, jeśli nie tyle samo, co za obecną czwórkę.
Choć istnieje możliwość, że gdy się nasza administracja wreszcie dogada ze związkiem wynajmujących, to i nas czynsz znacząco podskoczy. A na dodatek podwyżka będzie obowiązywać od stycznia.
Ceny prądu szybują w kosmos. W zeszłym miesiącu za zużytą energię zapłaciłam 604kr. W tym: 1130! (Przypominam, że jeszcze jesienią płaciłam jakieś 250kr). Mąż usiłował mi wmówić, że pranie w pralni przywróci rachunki do poprzedniego stanu, ale powiedziałam, że nie ma sprawy, może sobie latać do pralni, bo ja nie mam czasu. Nabzdyczył się…
No i jeszcze jest sprawa teściowej, która od jakiegoś czasu ciągle ląduje w szpitalu w stanie poważnym. Więc żyjemy trochę jak na minie…
Ostatnio jest w szpitalu od jakichś dwóch tygodni. Najpierw w Olsztynie, potem w Ostródzie, teraz chyba znów w Olsztynie.
I co kilka dni eM przychodzi z grobową miną, że matka znowu w stanie poważnym, że mówią, że trzeba się spodziewać…
Ale jak to skomentowała moja córka „ci lekarze to zawsze naobiecują, człowiek się nastawi, a potem nic z tego”.
Wrednie? Kto zna mnie dłużej, wie, że moje i moich dzieci relacje z tą kobietą w zasadzie nie istnieją, na jej własne życzenie, więc nie ma dziwne, że moją córkę bardziej obchodzi to, że jej ojciec się martwi niż to, że babcia jest jedną nogą na tamtym świecie.
Taki lajf…
5.
Wzięło i zaczęło wiać w sobotę. Wczoraj to już naprawdę urywało głowę, ale pojechaliśmy na Stenbrott, bo pies potrzebuje… a i ja też.
Wieczorem myślałam, że to okropne tak bardzo być pozbawionym energii jak ja tego dnia. Ziewałam, ziewałam i walczyłam z opadającymi powiekami.
Z całej siły usiłowałam nie spać w dzień, żeby mieć przynajmniej nadzieję, że zasnę wieczorem i na dłużej niż 2-3 godziny.
Wymęczona sypianiem na raty, postanowiłam że wspomogę się melatoniną.
Nie mam do niej przekonania, w dodatku podejrzewam, że powoduje ból głowy…ale głowa mnie wszak boli w zasadzie cały czas, więc czy to jest wielka różnica od czego?
Żeby nie zasnąć, najpierw posprzątałam w domu ( czytaj: odkurzyłam normalnym odkurzaczem). A potem obejrzałam sobie Gdzie śpiewają raki.
Książkę czytałam dawno temu, jeszcze nim okrzyknięto ją bestsellerem.
Porwała mnie, czytałam ją niemal jednym tchem…
Film… wiernie opowiada książkę. Są piękne zdjęcia. Ale czegoś mi zabrakło by zaparł dech. Muzyki? Żywych bohaterów mówiących własnym głosem? Nie wiem…
Troszkę rozczarowanie, ale i tak mniejsze niż 2 sezon Sexify. Były takie momenty, że miałam chęć przewinąć. W zasadzie: to większość serii można było obejrzeć na szybkim podglądzie i człowiek by stracił tylko kilka jęków i stęków. Końcówka !!! UWAGA SPAM!!! z tatusiem ratującym tyłek była już tylko wisienką. Szkoda. Bo dziewczyny dały z siebie wszystko, ale na brak scenariusza nie poradzi żaden genialny aktor.
Za to w czytaniu idzie mi świetnie i coraz częściej wyłączam komputer a zamiast tego włączam audiobooka.
Na przełomie roku słuchałam Gujcio Steven Rowley. Kilka razy parsknęłam śmiechem oraz kilka razy poszły mi łzy. Zaznaczam, że książka nie jest arcydziełem, ale ma swoje momenty, i one przewyższają pewne niedociągnięcia.
Teraz za to słucham Mężczyzna imieniem Ove. I to…to już jest naprawdę cudo. To jest opowieść przy której najpierw umierasz ze śmiechu, żeby za chwilę zanosić się płaczem. Jeszcze jej nie skończyłam, ale wiem, że SVT Play można obejrzeć film, wprawdzie z napisami tylko po szwedzku, ale chyba się przemogę.
Jak nie czytaliście to naprawdę polecam.
Oczami czytam o ruchu LGBT oraz o najnowszej historii Urugwaju czyli: „Cantoras” Caroliny de Robertis.
Też warta uwagi, choćby ze względu na to, że Urugwaj i jego kultura nie są nam jakoś dobrze znane. A warto wiedzieć choćby o tym, że tle całej Amryki Południowej Urugwaj tak się wyróżniał, że nazywano go Szwajcarią Ameryki Południowej.
I tak sobie skakałam od filmu do książki, od książki do audiobooka.
O 21 cała szczęśliwa ułożyłam się w łóżku… i w tym momencie przeszła mi senność.
Nie pytajcie co sobie mamrotałam kwadrans później gdy zapaliłam światło i wysypywałam melatoninę.
Ale zasnęłam dość szybko i spałam budząc się tylko na siku. Ale kota musiałam nad ranem odseparować w odległym pokoju.
Teraz piję po-lunchową kawę i odsuwam wyrzuty sumienia, że tle roboty a ja sobie bimbam.
Za oknem słońce. I chmury.
I poniedziałek.
4.
Przebiegłam z Tośką dokoła mojego bloku, dwóch szkół oraz boiska, a zegarek pokazał, że nasz spacer trwał ledwie 20minut.
Tak się teraz z nią spaceruje.
Leniwy spacerek nóżka za nóżką, z psem z tyłu tak daleko, na ile pozwala smycz, to już przeszłość. Już nie ma, że się zagapiam i nagle szarpnięcie smyczy z tyłu uświadamia mi, że idę za szybko. Teraz jest „no chodźże szybciej!”. Pada? Wieje? Cudowna pogoda! Śnieży? Jeszcze lepiej!
30 minut latanie po mieście, a gdy steruję w stronę domu pies patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała. Przy czym im gorsze, według mnie, warunki na zewnątrz, tym bardziej Tośka odmawia powrotu do domu. No, jeszcze może bardzo ulewny deszcz wzbudza mniejszy entuzjazm. Ale tylko trochę.
Zatem dziś po 20minutach wróciłyśmy do domu. No dobra, chętnie bym jeszcze dała psu te dziesięć-piętnascie minut, ale gdzie tu łazić jak ciemno? I co to za frajda.
Dzień się wydłuża, owszem, ale bardziej to widać po południu, niż rano. Jednak niedługo, już za jakieś trzy tygodnie, będzie to widoczne także rano.
Ta aktywność Tosi bardzo cieszy… z jednej strony. Z drugiej: niepokoi, bo ona nigdy, nawet jako szczeniak nie była AŻ TAK aktywna. Czy to dobrze?
Za tydzień trzeba iść do weta, sprawdzić poziom TSH, może wciąż za wysoko? To nie dobrze dla serca.
Ale poza tym to sama radość z tego psa, nawet jeśli czasem uważam, że za bardzo jej odwala.
Na przykład… Tośka zawsze kradła nam porzucone części garderoby. Moje bardziej niż pańcia, ale jego też. Potem zaczęła ściągać sobie moje rzeczy z wieszaka w przedpokoju: kurtkę, bluzę… W ten sposób wyrwała mi wieszek w kurtce razem z flakami, w bluzie wiszącej na kapturze urwała lamówkę, a w swetrze po prostu zrobiła dziurę, bo się oczko zaczepiło na haczyku.
Nie miałam innego wyjścia i po prostu wierzchnie okrycia wieszam w tzw składziku noszącym szumną nazwę garderoby.
Na wieszaku w przedpokoju wisi teraz moja stara, czerwona kurtka zimowa, pod którą lubi się chować Basil. Tzn: lubił, bo kurtka już nie pachnie mną, więc dla Basila nie jest atrakcyjna, moja szafa lub przynajmniej łóżko są lepsze.
Ale odkąd czerwona kurtka straciła mój zapach, Tośka jej nie rusza. Za to zawsze zanotuje, gdy choć kawałek chusty/szala/czapki/rękawiczki zwisa z półki. Wspina się wtedy na ławkę stojącą pod półką i ściąga co się da.
A jak już ściągnie – leci do swojego materaca w przedpokoju i zakopuje pod nim zdobycz. To samo robi z moimi ubraniami, gdy się przebieram oraz każdą inną rzeczą jakiej używam. Tak, okularami też nie gardzi.
Karcenie nie daje skutku. Nawet przyłapana na gorącym uczynku, zwarczana, skrzyczana… Odwraca łeb do ściany i patrzy w sufit, a na psyku ma taki wyraz pokory, że nie jestem w stanie się złościć. Wie, że nie powinna, ale miłość do mamusi jest silniejsza.
Futro ma coraz ładniejsze, ale ogon nadal mało puchaty. Oczy czyste, przestały ropieć i łzawić. Ale w jednym uchu wciąż stan zapalny, mimo czyszczenia.
Zrzuciła z wagi, ale teraz dostaje normalną karmę, więc już nie chudnie, ale też i nie tyje…chyba. To też sprawdzimy za tydzień.
No wciąż ma łupież, więc kąpiemy w specjalnym szamponie… tzn. eM kąpie, bo od egzekucji jest tatuś. Mamusię można kochać bezgranicznie, ale nie tak by jej pozwolić na obcinanie pazura lub filcu przy uchu. Mamusia niezgraba jest, i jeszcze jakieś „ała” piesku zrobi…