– Ale dużo tego podatku! Dlaczego? Przecież mówiłaś, że będzie mniej. Dochód większy? Ale mówiłaś, że mniejszy? Na wydrukach..? Ale ja nie sprawdzam tych wydruków, co mi dajesz. Przecież ci ufam. Że możesz się pomylić? No ale ja ci ufam… No ale ja byłem nastawiony na mniej, a teraz mnie zaskakujesz…
– Ale mały ten dochód, a ja chciałem dom kupić…
– Samochód firmowy, czy używam prywatnie? Oczywiście że nie… Nie, dziennika podróży nie prowadzę… Jak to PODATEK OD SŁUŻBOWGO auta używanego prywatnie? Mówię ci, że nie używam tego samochodu prywatnie… Ale jak mam to udowodnić? No nie mam ani dziennika ani GPSa. Oświadczenie? Na piśmie? Przecież ci mówię, nie wierzysz mi?
– Odliczysz, mi koszty biura w domu, tak? Oczywiście, że pracuję przy biurku 800godzin rocznie niezależnie od tego ile pracuję w terenie.
Ech… Skończyłam serial o rodzinie Braverman’ów. I co ja teraz będę oglądać? Skazana jestem na Netflix. A tam … coraz większe dno …albo mi algorytmy podpowiadają tylko jakieś takie… W ciągu ostatniego miesiąca obejrzałam trzy filmy. 1. U ciebie czy u mnie, amerykański z Reese Witherspoon 2. Dziś śpisz u mnie, polski z Romą Gąsiorowską 3. Pokochaj poślub powtórz, angielsko-włoski z Eleanor Tomlinson
Wszytskie te filmy mają tę samą wadę: NIE DA SIĘ ICH ODZOBACZYĆ. NUDA. NUDA. NUDA. Amerykańskiego nie dała rady uratować nawet Reese. Jak scenariusz jest kiepski to… jest kiepski. Do Romy Gąsiorowskiej mam pytanie: czy ona przegrała jakiś zakład, ktoś jej może czymś groził, że zagrała w tym filmie? Bo grała jak kołek, jak sędzia Anna Maria Wesołowska. Zwłaszcza scena, w której robi awanturę mężowi… O tym ostatnim to nawet nie wiem co powiedzieć, bo w zasadzie nawet miał potencjał, więc nie wiem jakim cudem wyszedł taki gniot kompletnie bez sensu.
I tak mam ze wszystkim. Naprawdę chyba wrócę do koreańskich Błękitnych opowieści… Tam nawet jak aktorzy grają kiepsko to nie widzę, bo składam na karb odmienności.
Oglądając Parenthood (po raz 4 czy 5?) przypomniałam sobie, że google ma tę możliwość, że można włączyć słuchanie i on nam wyszuka piosenkę. Dzięki temu mam na YT piękną listę piosenek z tego serialu. A tam takie rzeczy jak Forever young Boba Dylana w wykonaniu Rihannon Giddens and Iron&Wine. Lub Case of You Joni Mitchell w wykonaniu Jamesa Blake’a Lub The Circle Game Joni Mitchell w wykonaniu bohaterek serialu: mae Whitman oraz Laureen Graham. I wiele innych. Uświadomiłam sobie, że choć wiem kim jest Bob Dylan to jego piosenek prawie nie znam. Ale gdy próbuję słuchać, to w oryginale pasują mi słabo. Pewnie dlatego, że nie rozumiem za dobrze o czym śpiewa, a tam chyba ważny jest przede wszystkim tekst. Natomiast w interpretacji innych artystów wychodzą niesamowite kawałki.
Książki też jakoś słabo… Choć Egipcjanin Sinuhe jest całkiem ciekawy i nie wiem czy zamiast oglądać, nie będę więcej słuchac. Przeczytałam Czerwony rower Antoniny Kozłowskiej i to była pierwsza od dawna pozycja, która mnie naprawdę wciągnęła, gdzie nie irytowały mnie zabiegi pisarza służące tylko spulchnieniu książki. Oceniłam ją na 8 gwiazdek na lubimy czytać. A tymczasem odkryłam, że byli tacy co dali jej nawet tylko jedną…
No tak, ale ja bestsellerowej „Małe życia” dałam jakieś 3, ups aż 6! gwiazdek, chyba bałam się, że mnie do końca wszyscy znienawidzą. Bo wg mnie to straszny gniot. A ludzie dawali i 10. Matka mi mawiała „ty zawsze jak nie-ludzie”.
Ano widać już tak mi zostanie.
Wczoraj był ostatni słoneczny dzień. Zabraliśmy Tosię na Dimbo, na śnieg. Wiecie jak Tosia lubi śnieg? O tak:
Jak stary kokainista biały proszek.
A teraz poniedziałek. W nocy przyszła kolejna dostawa śniegu… Choć mróz chyba już odpuszcza i po południu ma padać deszcz.
Sobota. Jedziemy z eM i Tośką na spacer. Em mówi, że jego prawo jazdy za dwa miesiące traci ważność. I on nie wie jak się je odnawia. – Mam iść na policję? – zastanawia się – Raczej do Trafikverkerket lub Transport Styrelsen (Wydział komunikacji lub coś w tym stylu)
Dziś wyciągam listy ze skrzynki. A tu koperta z Transport Styrelsen do mojego męża. NIEMOŻLIWE! Aż bezczelnie otworzyłam, żeby sprawdzić czy się nie mylę. Nie, nie myliłam się. To dokument z informacją o tym, że jego prawo jazdy wkrótce traci ważność i co ma zrobić, żeby mieć nowe.
Normalnie podsłuchali nad w samochodzie!!! PERMANENTNA INWIGILACJA!!!
Kiedy siedem… (osiem?) nie… prawie dziewięć! Kiedy ponad osiem lat temu startowałam ze swoją firmą, najbardziej się bałam własnego lenistwa. Tego, że nie będę umiała się zmobilizować do pracy, że będę nawalała, bo nie przywykłam pracować bez bata nad tyłkiem. A teraz mam problem, jak wykorzenić z siebie poczucie winy, że nie pracuję przez cały czas. Nie, nie ma tak, że jestem tak do przodu z robotą, że w niczym nie nawalam, nigdy nie mam zaległości. Mam. Czasem mniej, czasem więcej, ale zawsze jest coś, co powinno być zrobione wczoraj. Ale nie może też być tak, że pracuję w weekendy, w święta, że nie robię sobie urlopu dłuższego niż jeden dzień, a i to z poczuciem, że robota czeka. Nawet jeśli w weekendy pracuję mniej to i tak zawsze w czymś tam pogrzebię. Nie wiem co mam robić jak mam nie pracować. Nie umiem czytać książki rano, jeszcze bardziej nie umiem oglądać filmu w ciągu dnia. Gdyby było ciepło mogłabym wyjść, pojechać gdzieś z aparatem czy coś. Ale jest zimno.
Wczoraj po popołudniowym spacerze z Tośką przeżyłam coś na kształt buntu. Było mi zimno, czułam się zmęczona, obolała cielesnie i duchowo. Najpierw zasiadłam na kanapce w gabinecie, by nie tracić widoku słońca i nieba, ale potem przeniosłam się do sypialni. Miałam czytać…ale poszłam spać. Słyszałam dzwoniący telefon, ale nie chciało mi się go odbierać. Słyszałam też smsa na firmowym, ale też nie chciało mi się spojrzeć. Gdy wstałam po godzinie, jeszcze bardziej kwaśna, zmarznięta i zmęczona kazałam mężowi zadzwonić do córki i zameldować, że matka źle się czuje, nie ma ochoty gadać (bo to ona dzwoniła wcześniej). Wieczór spędziłam w fotelu z serialem Parenthood i drutami, oraz myślą, że teraz to potrzebuję zajęcia na co najmniej pół nocy. O 22 spałam jak zabita, bez wieczornych ablucji, bo nie miałam siły. Wstałam o siódmej, bo kot, bo pies, bo… …wa mać PRACA!!!
Tymczasem poszłabym spać dalej.
Nie jestem pewna czy się nie dzieje coś niedobrego w mojej głowie. W sensie psychicznym… Nie mogę czytać. Każda książka jest nudnaaaa… Czy trafiam na takie? Wzięłam się za Stulatka co wyszedł przez okno … Dobrnęłam do połowy i stwierdziłam, że naprawdę nie zniosę kolejnych zdań historii O Głupim Jasiu. Nic mnie nie obchodzi jak się potoczą dalsze losy, jak to się skończy… krótko mówiąc „a w dumie mam!” A wcześniej odłożyłam Miasto Niedźwiedzi bo tu na odmianę wiedziałam mniej więcej jak to się skończy i nie chciałam się dowiadywać bardziej szczegółowo. To samo dotyczy słuchanego Stramera. No wiem mniej więcej co będzie dalej, nie chcę wiedzieć „bardziej”. Sięgnęłam więc po inną zupełnie książkę, ale dwustronicowe dywagacje rodzeństwa na temat separacji rodziców, znudziły mnie już na wstępie… Najbardziej to bym chciała być nad ciepłą, dużą wodą, żeby było ciepłe powietrze, wygodny fotel, żebym się tak mogła zapatrzeć w dal…
Jak w tu „Turn my head off”. Wyłącz moją głowę.
Potrzebuję jakiejś pauzy. Urlopu. Czy coś. Może to po prostu panika, bo jak zawsze deklaracje roczne, te wszystkie zamknięcia ksiąg, więc ilość pracy podwójna.
A może trzeba znowu sięgnąć po niebieskie tabletki.
I w zasadzie to byłoby wszystko… No ale jednak nie.
Bo na przykład od kilku dni pogoda nas rozpieszcza. Jeszcze we czwartek i piątek wiało i było naprawdę zimno, choć przez okno wydawało się, że wcale nie. Bo świeciło piękne, pełne słońce, na czystym błękitnym niebie. Ale w sobotę już było mniej zimno. W niedzielę było całkiem przyjemnie, choć niewiele z tego skorzystaliśmy bo całą rodziną (lub jej większą częścią) pojechaliśmy połazić po IKEA. Kupiłam niewiele, ale i tak wydałam masę kasy. Choć eM oddał mi połowę, więc nie było to aż tak bolesne. A wczoraj to już naprawdę szał … Zero wiatru, czyste niebo, pełne słońce. Tosia na spacerze odmawiała współpracy gdy tylko próbowałam skręcić w kierunku domu. Nie. Nie, nie i nie. Nie idziemy do domu. Idziemy wszędzie, ale do domu – nie. Kładła się na ziemi, w nosie miała moje „To ja idę, papa!”. Nie mogłam jej naprawdę zostawić, bo byłyśmy w parku w centrum miasta a tam dokoła ruchliwe ulice. W zasadzie jestem przekonana, że teraz Tosia za nic w świecie nie poleciałaby na oślep za zającem czy innym pieskiem, bo jednak mamusi nie zostawi, ale gwarancji nie mam. Ych. Ten park w centrum to ostatni teren zielony w moim mieście, gdzie rosną duże, stare drzewa. K.wa mać. Niedługo żeby popatrzeć na drzewa będzie trzeba do rezerwatu jeździć. Pogłupieli w tej Szwecji na amen. Cały świat pracuje nad zazielenianiem miast, a Szwedzi jak zwykle mają własną logikę.
Ta piękna wiosenna pogoda przyszła w parze z burzą na słońcu no i fejsbuk i instagram zapełniły sie zdjęciami zorzy, która dotarła nawet nad Bałtyk. Pojechaliśmy wczoraj wieczorem z eM na Kinnekulle. Ludzi było więcej niż w ciepły majowy weekend. Takiej ilości aut na parkingu z punktem widokowym nigdy w życiu nie widziała. (Renata, to tam, gdzie był obraz z Markiem Knopflerem, pamietasz?). Masa samochodów kręciła się też wokół parkingu na szczycie. Ludzie szukali lepszego widoku… A okazało się, że wysokość nie ma tu nic do rzeczy. Na zdjęciach z Läckö i okolic zorza była wyraźniejsza, mimo, że wiele zdjęć było robionych po prostu na brzegu jeziora. Jednak na przyszłość lepiej jechać tam, bo mniejsze zanieczyszczenia świetlne. A na Kinnekulle okiem zorzy nie widziałam. Nikonem też nie. Ale telefon coś tam złapał. Wrzucam tylko ku pamięci, bo jakość słaba.
I tak to. Dni lecą. O siódmej rano już prawie jasno. O szóstej po południu – też.
Czytam o Stulatku co wyszedł przez okno i zniknął. Chciałam obejrzeć film, ale nie ma nigdzie legalnie po polsku. A właśnie… Przypomniało mi się.
Tuż przed Walentnkami natknęłam się na reklamę książki Nigdy w życiu czytanej przez Danutę Stenkę. Już zacierałam łapki, już sięgałam do portfela… a tu zonk. Owszem audiobook jest, ale tylko na Storytel. Jęknęłam w komentarzu, że ale dlaczego tylko tam. Odpisano mi, że to jest ich produkcja, ale mogę wykupić dostęp, pierwszy miesiąc dają mi gratis. Łaskawcy. Odpisałam: mieszam za granicą. I tu się dialog urwał. A mną targa nieustanny wkurw za bezzasadne ograniczanie mi dostępu do treści kulturalnych w moim własnym języku. Treści, za które gotowa jestem zapłacić. Ale nie – jakaś idiotyczna zmowa ludzi kultury sprawia, że kasę mogę se w buty wsadzić. A potem płacz „ojej, tyle i tyle straciliśmy przez piractwo”. Dajcie legalnie, to ludzie nie będą piracić.
Życzę temu co te ograniczenia wymyśla, żeby musiał wyjechać daleko od domu, tam, gdzie nie mówią ani po polsku, ani po angielsku, i żeby sam na własnej skórze odczuł jak to jest nie móc obejrzeć legalnie filmu z napisami po polsku.
A poza tym muszę się zabrać za sprzedaż mieszkania w Polsce…i nie wiem od czego zacząć, więc swoim zwyczajem nic nie robię i czekam aż mnie olśni. I o.
Miałam pracować w weekend, ale w sobotę było takie słońce, że nie mogłam. EM wynalazł nowe miejsce, miejsce o którym wcześniej słyszałam na fejsbukowej grupie o wędrówkach w naszym powiecie. Lugnås… Jak się wjedzie na wzgórze przy kościele to widać Kinnekulle. Odległość w linii prostej to jakieś 36km. Ale mojego męża bardziej zainteresowało hasło „wędrówka geologiczna”. Pojechaliśmy. I było tak: (trzeba kliknąć by zobaczyć większe zdjęcia)
Szlak „geologiczna wędrówka” okazał się być… spacerkiem po rżysku od jednej kupy kamieni do drugiej i od drugiej do trzeciej. Może gdybym wiedziała cokolwiek o geologii to byłoby to ciekawe. Ach ta Szwecja… Było słonecznie, ale momentami zrywał się wiatr i wtedy robiło się mało przyjemnie. Jednak luty to luty. Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy tam, gdzie mnie od początku ciągnęło: do Qvarnstensgruva (lub Kvarnsternsgruva). I teraz mała lekcja języka szwedzkiego. Nie wiem czy wiecie, ale w szwedzkim wiele słów tworzy się poprzez łączenie kilku innych. I tu mamy właśnie takie słowo. Kvarn – to młyn. Sten – to kamień. Gruva – to kopalnia. Czyli chodzi o kopalnię kamieni młyńskich. Kamień stamtąd zaczęto wydobywać w połowie wieku XI i wydobywano do roku 1915. Na terenie góry znajduje się 50 sztolni oraz 600 wyrobisk odkrytych. W zasadzie powęszyliśmy tylko, bo jak większość takich miejsc, także i to jest o tej porze roku zamknięte. Można sobie pochodzić, ale do wnętrza ziemi oraz do zachowanych budynków się nie wejdzie. Trzeba będzie wrócić latem, i bez Tosi bo szlak do kopalni wiedzie przez owcze pastwisko .
Napotkałam taki znak:
i pomyślałam o mojej koleżance Marlenie. Wiedziałam, że wokół pełno jest szlaków pielgrzymkowych, ale nie wiedziałam, że i w Szwecji oznaczone one się symbolem muszli.
W lesie było cicho i ciepło, choć cień. Mimo niezbyt długiej trasy byłam już porządnie zmęczona. Tosia chyba też, bo nie za bardzo opierała się przed wsiadaniem do samochodu.
Ale… Nie jest dobrze. Tosia znowu utyka na lewą przednią łapkę. Niepokoi mnie, że po powrocie ze spacerów, na klatce schodowej uparcie skręca w lewo na parterze. Tak jakby chciała iść do mieszkania, w którym mieszkaliśmy przedtem. Nie wiem czy zapomina…czy chce uniknąć wchodzenia po schodach? Znowu zwolniła i zrobiła się spokojniejsza. Sierść przestała odrastać i znowu więcej jej gubi. I znowu zaczynają jej ropieć oczy. Chyba dawka leku na tarczycę jest trochę za niska. W tym tygodniu muszę ją umówić na wizytę kontrolną, przy okazji zobaczę co z łapką. Jeśli zapomina… tego nie będziemy chyba umieć sprawdzić.
Po południu odkryłam, że saszetki kocie się kończą. A ponieważ następnego dnia miał być poniedziałek to musiałam kupić saszetki w niedzielę. Ponieważ od jakiego czasu staram się nie kupować niczego w poniedziałki. Kiedyś jedna klientka… oj… dawno temu… mówiła, że ona w poniedziałek nie kupuje, nie płaci, stara się nawet nie otwierać portfela. Bo jak zacznie w poniedziałek, to potem cały tydzień jej pieniądze uciekają. No więc ja też się staram, aczkolwiek z różnym skutkiem. W każdym razie wczoraj, w niedzielę, wczesnym popołudniem musiałam wyjść z domu. Szłam do garażu. Było cicho. Mało ludzi – jak to w niedzielne popołudnie. Niebo było blado błękitne, lekko zaciągnięte chmurami. Słońce świeciło, ale nie oślepiająco intensywnie, jak potrafi w lutym, ale jakoś tak miękko i łagodnie. Wciągnęłam powietrze raz i drugi… W głowie wybrzmiało słowo: PRZETRWAŁAM.
Czyli znowu nadszedł ten dzień w roku, gdy moja wiara w słońce – jego światło i ciepło – znowu do mnie wraca. A wraz ze słońcem wraca we mnie chęć do życia. Znowu bym się gdzieś poszwędała. Coś bym porobiła. Ludzi jakichś spotkała (!). Tak to jest. Gdy nadciąga listopad wszystko się we mnie kurczy… duch mój się zwija w kłębek i mruczy niechętnie „nie teraz”. I tak jest do jakiegoś dnia przedwiosennego. Wtedy coś robi pyk i zaczynam być jak ten przebiśnieg. Jeszcze mrozi, jeszcze śniegiem sypnie, jeszcze lodowato zawieje, ale ja się już rozglądam po świecie, już się prostuję, już znowu mam wolę życia.
Kupiłam kotu jedzenie. Wracałam w pięknym świetle. Pomyślałam, że gdzieś bym… coś bym… Zadzwoniłam do Zuzu czy chce gołąbki, bo akurat zrobiłam. Chciała. Zawiozłam jej. Dzień się powoli kończył. Niebo poczerwieniało, powietrze zrobiło się różowe. Ach jaka gapa ze mnie! Nie wzięłam Nikona… Psioczyłam stojąc nad jeziorem. Telefonem nie umiem robić zdjęć, tak by było widać. Telefon ma tylko ten koszmarny automat…
Ale…
Idzie sobie wiosna słychać świergot ptaka ładna to piosenka tylko głupia taka…