2. 2023

Pełnia. A właściwie jej końcówka.
Od tygodnia sypiam gorzej, źle, bardzo źle… Lub prawie wcale jak w ostatnie dwie noce.
Nie pomaga nawet waleriana. Głowa produkuje pół-sny, gdzie jawa miesza się ze snem. A w tych snach wojna, ucieczka, strach, gniew. Ciało miota się po łóżku: za zimo, za gorąco, tu boli, tam uwiera, stopa przeszkadza, nie ma jej jak ułożyć, palce drgają i same się gwałtownie prostują i zginają.
Nic, tylko egzorcyzmy odprawiać.
I jeszcze dusza… reagująca przesadnie: głównie gniewem na coś, co normalnie wzbudza wzruszenie ramionami.
Czy tylko pełnia? Czy też stres, bo zawodowo to najgorszy czas w roku? Oraz niepokój finansowy, bo w styczniu zawsze jest jakoś tak bardziej cienko, a tu kilku klientów się ociąga z płaceniem.
Tych najgorszych wysyłam do windykacji, koniec pieszczot. Sprzedawca psiej karmy oraz weterynarz chcą dostać swoją kasę, a kontrolna wizyta Tośki tuż-tuż. A za chwilę trzeba VAT za listopad zapłacić, a na koncie tylko echo…
Tak czy siak: niechże już ten księżyc się uspokoi, to ja odetchnę.

I pomyśleć, że kiedyś nie wierzyłam, że pełnia może tak działać.
Strach pomyśleć co będzie gdy będę starsza (jeszcze).

Po zimie zostały już tylko zwały brudnego śniegu oraz lodowe pułapki na chodnikach. Temperatura w okolicach 5 stopni i listopad za oknem. Ale jednak coś się zmienia. Bo rano słyszę ptaki. Każdego ranka coraz więcej.
Idzie ku wiośnie.


Niechby szło trochę prędzej, bo ostatni rachunek za prąd mnie powalił. Za samo zużycie w miesiącu listopadzie zapłaciłam o jakieś 240% procent więcej! To jest więcej niż dotąd płaciłam za zużycie oraz opłaty przesyłowe, więcej niż w czasach, gdy mieszkał z nami Yankie.
Jakiś koszmar.
Administracja też zapowiada podwyżki czynszu, przy czym … takie rzeczy to chyba tylko w Szwecji… oni JESZCZE nie wiedzą na jakiej kwocie podwyżki stanie, ale podwyżka będzie od 1 stycznia, więc w marciu-kwietniu zapewne drodzy goście otrzymacie baaaardzo wysokie faktury- piszą na swojej stronie.
Inflacja w Szwecji jest w granicach 10% w tej chwili i jest najwyższa od 70 lat.
Więc też podniosłam swoje ceny o 10%.
Ale przynajmniej ceny paliw wróciły do swoich w miarę normalnych poziomów czyli do poziomu sprzed lata i jesieni 2022.
A jako dodatkowy powód do frustracji jest fakt, że znowu wycięto szpaler drzew.


1.2023

Bo to jest tak:
W zasadzie to ja nie lubię zimy, wie to każdy kto mnie zna choć trochę…
Nie znoszę zimy!
No chyba, że jest taka jak przed laty… lub jak od wczoraj.
Wieje, sypie śniegiem, wszędzie zaspy, wszystko jest puchate i owalne, a świat się zrobił miękki i przytulny.
To lubię!
Pod warunkiem, że takie zjawiska są w listopadzie-grudniu-styczniu-lutym.
W październiku lub marcu czuję się okradziona z innego czasu, z suchych chodników, resztek słońca (gdy jesień), nadziei na jakąś wczesną zieleń – gdy marzec.
Nie znoszę też, gdy śnieg przestaje padać, mróz puszcza w dzień i łapie w nocy. To jest ta najbardziej parszywa twarz zimy, ta do której warczę „zimo, wy…j”, gdy rano wykręcam kostkę na zamarzniętej grudzie, tej samej, która po południu przemoczyła mi buty.
Ale jak śnieg przestaje padać, zamieć cichnie, a przepędzone wiatrem chmury odsłaniają błękit nieba i słoneczną kulę, gdy mróz trzyma biel w ryzach, wtedy mówię: no dobra, zostań.
Gdybym miała więc na Facebooku określić mój związek z zimą byłoby to „to skomplikowane”.

Dziś więc ją kocham.
Za tę biel i puchatość. I za tę niepohamowaną radość Tośki, gdy na szkolnym boisku zapada się w śnieg po brzuszek, gdy bryka i hopsa na śniegu, a potem się w niego kładzie i, jak najgorszy narkoman, wsadza nos w biel i zaciąga się niczym stary kokainista.

Tak się ten rok ładnie zaczyna: prawdziwą zimą.

Widok z kuchennego okna o godzinie 8:18. Dzisiaj dzień jest o 16 minut dłuższy od najkrótszego dnia w roku.

Wszystkiego dobrego w nowym roku!

119. Białe Święta

Mimo, że śnieg stopniał, Wigilia i dzisiejszy ranek były białe.
Mikołaj przyniósł mi pilota do aparatu. Odstawiłam Tośkę do domu po porannym spacerze, wzięłam aparat i poszłam testować.

Świat był piękny choć monochromatyczny. W powietrzu bezwietrzny spokój, mały mróz, mała wilgotność. Słońce tylko co wzeszło. Pomiędzy głosami kawek, wron i srok pojawiał się pojedynczy dzwonek chyba sikorki.
Ludzi też było mało. A samochodów wcale.
W takie ranki to ja nawet lubię tę mieścinę…

Wczorajszy lunch wigilijny był miły, niewymuszony. Każdy zadowolony z Mikołaja.
Ale najbardziej wzruszyła mnie Zuzu… Naprawdę jakie to jest dobre dziecko.
Rozpakowała swoją paczkę, zobaczyła coś puchatego i… ucieszyła się, że ooo, kocyk… Zero zawodu, że przecież ona chciała kartę prezentową, że kocyków ma już kilka… (Kartę też miała, schowaną w kieszeni).
Potem wyciągnęła to snuddie czyli sukienko-kocyk i jej zachwyt się jeszcze powiększył. Ubrała się natychmiast, nałożyła kaptur i naciągnęła sukienkę na kolanka, zachwycona taką możliwością.

Po dwóch godzinach było po spotkaniu. Zuzu w tym tygodniu jest u taty, który zgodził się nam ją wypożyczyć, by dziecko mogło poświętować i nas i u bonusowych dziadków czyli u rodziców Mela. Zuzia sama pilnowała czasu, bo obiecała tacie, że będzie o czternastej.
Zebrali się i pojechali. Misia za kierownicą.
Mel się zarzeka, że teraz przez cztery lata to ona będzie go wszędzie wozić, tak jak on ją woził do tej pory.
Posprzątałam… i mogłam świętować.
Czyli: zasiadłam w fotelu z drutami, filmami, audiobookami.
Z używek miałam spray do gardła, zielone tabletki na zatoki i białe na bóle, infekcje i gorączkę. Oraz ciepłą wodę z miodem i sokiem z cytryny zamiast drinka, buuuu.
No, ale dziś w końcu widać światełko w tunelu (TFU! przez lewe ramię!).
Po południu zaczął padać deszcz i tak już będzie przez kilka dni. Dobrze, że chociaż dzień się wydłuża. Powoli, bo powoli, ale idzie ku wiośnie.
I to jest w Bożym Narodzeniu najlepsze.

To chyba się oddalę po kawałeczek serniczka. I obejrzę kolejny odcinek o ludziach co utknęli na lotnisku w Oslo z powodu zamieci.
Miejcie się dobrze!

118. Piątka

Moja infekcja gardła nadal ma się dobrze. Dziś wreszcie chyba się doczekam, żeby mi zrobiono wymaz i jeśli znajdą bakterie może dostanę antybiotyk.
Jeśli nie znajdą – to będę żyła na ibuprofenie…
Ale w sumie co za różnica?
Wczoraj dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak ból budzikowy.
W skrócie: taki ból, który wybudza człowieka ze snu mniej więcej pomiędzy 1 a 3 w nocy nawet kilka razy w tygodniu. Ból jest silny, punktowy.
Pomagać ma na to kofeina lub melatonina.
Czyli dokładnie to, co mnie budzi w nocy.
Chyba tak się tym ucieszyłam, że o 4 obudziłam się z kumulacją:
migrena+ból punktowy+ból głowy+ból gardła. No, powinnam mieć jeszcze coś bolącego, byłaby szóstka.

Dostałam od kilku osób maile, ale nie mam siły odpisywać.
Przepraszam was.
Nie wiem czy będę miała siłę przed świętami tu zajrzeć, więc Wam tu zostawię obrazek.

I obyśmy tylko zdrowi byli.

116.

A tymczasem zima codziennie dostarcza świeży zasób śniegu, żeby było ładnie i czysto. Nie są to jakieś spektakularne wielkości (nie znoszę zimy, ale uwielbiam zadymki i zamiecie, tak samo jak burze i sztormy) ale wystarcza by pokryć zwykłe zabrudzenia.
Media polskie coś krzyczą o drastycznym spadku cen nieruchomości w Szwecji.
Taaak? Jakoś nie zauważyłam. Nadal nie stać mnie na kupno najmniejszego choćby mieszkania, nie mówiąc o domku. Jedno z tych marzeń z których trzeba zrezygnować, bo nie da się go zrealizować. Za późno. Trudno. Byleśmy tylko zdrowi byli…
Czyli spadku cen nieruchomości jakoś nie widać gołym okiem, za to widać efekt straszenia niedoborami energii.
Nie rozumiem. Szwecja energetycznie jest raczej niezależna. Mamy wiatrownie i elektrownie wodne. Mamy trzy elektrownie atomowe z łączną sumą sześciu reaktorów. Do tego są panele słoneczne oraz głębinowe pompy ciepła – te ostatnie niemal w każdym domu.
Skąd więc nagła histeria w sprawie oszczędzania prądu?
Histeria jest taka, że pierwszy raz odkąd tu mieszkam czyli od 15 lat, nie zapalono światełek na Torget! Normalnie szok, skandal i niedowierzanie.
A jednocześnie na lodowisku, gdzie trenują nasze gwiazdy bandy, kilka silnych reflektorów świeci niemal całymi popołudniami.
Ale, i to jest bardzo ciekawe, miasto wyłączyło stacje ładujące dla samochodów elektrycznych. I teraz sobie gratuluję, że jednak nie poszłam w samochód elektryczny, bo gdzie bym go teraz ładowała, nie mając domu i możliwości montażu własnej stacji?
Ach, no tak. Kilka tygodni temu, dzień przed Misi egzaminem na prawo jazdy, Szwecja zamknęła dofinansowania do zakupu samochodów elektrycznych. Politycy mętnie tłumaczyli, że nie ma takiej potrzeby, bo cena elektryków jest podobna do nieelektryków… a przecież dofinansowanie miało zachęcić ludzi do odejścia od samochodów napędzanych zwykłymi paliwami, żeby zmniejszyć emisję CO2. A teraz nagle się mówi, że nie, nie, nie, wcale nie o to chodziło.
Mam wrażenie, że ma rację Kaas.
Covid już na ludzi nie działa, ale zarządzanie społeczeństwem poprzez strach jest łatwiejsze, więc teraz się nas straszy kryzysem energetycznym. Zima, której nie było od lat, teraz bardzo w tym pomaga.
A mi gdzieś na tam z tyłu głowy, jakiś duszek szepcze, że znowu ktoś chce ubić jakiś interes…

115. Tosia

Mijają trzy tygodnie odkąd Tosia dostaje leki na niedobory hormonów tarczycowych.
To zadziwiające ile może zmienić jedna mała tableteczka.
Zmienia się wszystko błyskawicznie, aż się zastanawiam czy dawka nie jest za wysoka.
Przede wszystkim nastrój.
Mój pies znowu psoci! Znowu jest namolny, domaga się uwagi, lata pomiędzy pokojami, a gdy wracamy do domu – podskakuje. Na spacerach nie wlecze się z tyłu za mną. Nie ma też tego szarpnięcia smyczą i wzroku pełnego wyrzutu gdy się zagapię i pójdę za szybko. Teraz ona idzie przodem, teraz to ja ją hamuję (znowu) bo nie nadążam, zwłaszcza na oblodzonym chodniku.
Jest znowu zainteresowana wszystkim dookoła, ale nie ma takich zawiech, że stanie, patrzy w przestrzeń jakby pierwszy raz w życiu widziała człowieka.
W nocy bywa że marznie, widzę to i czuję, jak się wierci, jak chowa łapki pod siebie. Ale myślę sobie, że może to wina futra, które wciąż jeszcze nie odrosło tak, jak powinno. Nadal jest matowe, przyklepane, jakby wyleniałe.
Natomiast schudła. Czuję znaczny luz gdy zapinam szelki. Czuję też taką wystającą kość na głowie. I buzia mordka jej zmalała! Okazuje się, że i pieski i kotki mogą mizernieć. Choć u Tosi to chyba dobry objaw.
A w niedzielę, po powrocie odkryłam, że Tosi oczy przestały cieknąć.
Ciekły chyba od roku, czy półtora. Pytałam weta, za każdym razem, nie widzieli nic szczególnego, dawali kropelki ochronne, ale to nic nie zmieniało.
A tu proszę: oczka już nie zaropiałe.

Dziś o 14 mamy wizytę kontrolną. Oj, znów będzie pobieranie krwi. Ale mus.
Zważę ją też przy okazji.
Może się okaże, że psy nie trzeba karmy dietetycznej, może wystarczy tylko taka przyjazna dla stawów?

Reasumując: znowu mam młodega psa. Hurra!

114. Jarmark Świąteczny w Kilonii

Wyjechaliśmy dwoma autobusami o godzinie piętnastej z minutami.
W tylnej części naszego autobusu rozsiadła się grupa imprezowa, zaczęły trzaskać otwierane puszki, ryknęła muzyka, zaczęły wybuchać głośne śmiechy.
Już miałam się nastroszyć gdy uznałam, że bez sensu, nie są AŻ tak głośno, chlewu nie robią, niech się bawią.
Do portu w Goeteborgu dotarliśmy niecałe dwie godziny później. Autobusy podwiozły nas pod sam terminal, gdzie czekały już na nas dwie panie z odprawy z plikiem biletów. Wyczytywały każdego po imieniu, czasem po imieniu z nazwiskiem.
Gdy usłyszałam:
– Katar… Katar-zi… – postanowiłam skrócić męki biednej kobiety i się przyznałam, że to ja. Szwedzi oczywiście grupowo się roześmieli.
No, taka dola jak ktoś nosi typowo polskie imię. Ułatwiłam pani zadanie i powiedziałam imię mojego męża za nią.
Od razu na pokład, od razu do kabin.
Uuuuu… szefostwo błysnęło formą i dostaliśmy kabiny z oknami.
Godzinkę odsapnęliśmy i poszliśmy na kolację, którą określono mianem Julbord.
No i to było największe rozczarowanie całej imprezy.
Spodziewałam się typowego szwedzkiego Julbord – z masą żarcia do wyboru: mięsa ryb i sałatek oraz deserów.
Były krewetki, jakaś bardzo nieapetyczna ryba, kilka rodzajów szynek, sery pleśniowe. Miska zieleniny typu rokola, szpinak, czerwona sałata, sałata lodowa- wymieszane razem a w tym kilka pojedynczych pomidorków. Żadnego sosu do tego. Po prostu sucha zielenina… Potem wypatrzyłam jeszcze kartofle w mundurkach, które z założenia miały być chyba podpiekane, bo niektóre były, ale reszta była po prostu kartoflami w obierkach. Bez soli, oczywiście. Obok kartofli jakieś straszliwie tłuste pieczone mięso i princeskorv czyli małe paróweczki, podpiekane… przynajmniej niektóre.
Wzięłam kilka plastrów jakiejś szynki oraz kilka kiełbasek, które zalane słodką musztardą dały się zjeść bez obrzydzenia.
Największym rozczarowaniem jednak było coś co miało być szwedzkim grötris czyli tak kaszką ryżową. Normalnie jest to specjalny gatunek okrągłego ryżu, gotowany w mleku z wanilią i cukrem przez długi czas, tak, że robi się z niego papka. Do tego idzie bita śmietana oraz albo kawałki pomarańczy z sokiem i cukrem, albo jakiś inny sos owocowy. Jest to jedno z niewielu dać szwedzkich, które uwielbiam.
Tu… była to szara breja, kompletnie bez smaku, bita śmietana stała obok – też kompletnie bez smaku, a zamiast sosu owocowego był półpłynny dżem malinowy tzw. sylt. Rzadkie pasudztwo. Doprawdy… żeby spierd…spierdzielić takie coś, to naprawdę trzeba się chyba postarać.
Kto był mięsożerny i rybożerny ten znalazł coś dla siebie… Ja niestety nie, więc zapchałam się kartoflami i princeskorv z musztardą. Gdzieś w kąciku znalazłam małą miseczkę z ogóreczkami piklami…Wygarnęłam pół miski i starałam się nie mieć wyrzutów sumienia.
Wina i piwa można było brać do woli, kawy też, ale herbaty nie było w ogóle.
No, ale nie dla żarcia była ta całą wyprawa.
Spać oczywiście nie mogłam i to nawet nie przez chrapanie męża. Po prostu zawsze źle śpię na promie.
O jakiejś 4 czy 5 nad ranem przepływaliśmy pod mostem na Wielkim Bełcie. Usiłowałam zrobić zdjęcie, ale w szybie odbił mi się tylko błysk.
O godzinie 9:40 wypuszczono nas przez pokład samochodowy, bo Niemcy mieli problem z rękawem, do miasta.
A miasto zaczęło się od razu w porcie. Dwa kroki dalej już byliśmy na deptaku. Zlokalizowałam kawiarnię, bo kawy, takiej dobrej mi się chciało.
Niby śniadanie na promie jadłam, ale… znowu była fura mięsa, kilka serów, zimna jajecznica lub słodki jogurt do wyboru. Pieczywo było dobre no i była papryka oraz ogórek i pomidory. Choć tyle.
Zatem od razu zaczęłam się domagac kawy, porządnej kawy. Kupiłam sobie do tego torebeczkę pączków serowych. Potem już mogłam ruszyć.
Nie mogłam wyszukać nic specjalnego w pobliżu, jedyna co znalazłam to muzeum w Uboot’cie… ale to ponad 20km od Kilonii.
Więc do spółki z Vladem i Olą snuliśmy się po deptaku.
Wszystko się dopiero otwierało, ludzi było niewiele. Miasto, w ulicach wpadających na deptak robiło mało zachęcające wrażenie…Szaro, sporo śmieci. Ale tak to już jest z zimą w miastach. Za to zauważyłam masę drzew, jakiś kanał, nieczynną fontannę… Latem musi być pięknie.
Zdjęcia robiłam bez przekonania, bo wiedziałam, że dzienne światło nie wydobędzie uroku porozświetlanych straganów.
Kupiłam kilka drobiazgów dla dzieci. Potem poszliśmy szukać jakiegoś miejsca żeby posiedzieć, ogrzać się, zjeść coś może.
Vlad z Olą poszli swoją drogą, a my, doszliśmy do końca deptaku, znaleźliśmy restaurację i postanowiliśmy tam zostać. W środku pomachał do nas jeden Litwin, eMa kolega z pracy. Siedzieł wraz ze swoją żoną, która jest w zaawansowanej ciąży.
Ponieważ menu było po niemiecku jedyne co zrozumiałam to pizza, więc to zamówiłam. eM wybrał jakiegoś hamburgera.
Jedzenie przyszło szybko. Było dużo. I pysznie. dałam radę tylko połowie pizzy. Za frytki, które eM dostał z hamburgerem mogłabym zabić. eM stwierdził, że jego jedzenie też było pyszne.
Na koniec dostaliśmy rachunek na jakieś 300koron, co nie wydało nam się zbyt wygórowaną ceną. A obsługująca nas kelnerka była miła i wyrozumiała dla naszego koślawego angielskiego.
Jeszcze zakupy w Primarku i spożywczym, bo chciałam kupić niemieckich słodyczy na święta, a eM piwo.
W Primarku kupiłam sobie czarne dżinsy bojówki. I już żałuję, że nie wzięłam drugiej pary, w innym kolorze. Miękki, lekko elastyczny dżins. Siedzę w nich teraz i czuję się jakbym siedziała w dresach!
Poza tym kupiłam do Zuzu taki otulacz… Znajoma na fb polecała. Taka oversizowa sukienka z jakiegoś pluszu. Służy do tego by się w tym schować razem z podwiniętymi nogami
(zdjęcia z googla)


Mam nadzieję, że się jej spodoba.

A potem już wróciliśmy na prom. Była godzina 16 i oboje byliśmy już bardzo zmęczeni łażeniem.
Potem kolacja, taka samo kiepska, i do kabin. No chyba, że ktoś chciał się bawić w restauracji. Ja nie chciałam .
Znowu nie spałam do jakiejś trzeciej. Znowu widziałam jak przepływamy pod mostem. eM Chrapał jak trąby jerychońskie.
Zasnęłam później na jakieś 4-5 godzin.
W autobusie było już zupełnie cicho.
Za oknami było biało, słonecznie i mroźnie.
W domu byliśmy w samo południe.
Tosia piszczała ze szczęścia, Basil spoglądał nieufnie, bo pachnieliśmy całkiem obco.
Potem jeszcze spacer… i już można było odpocząć.
Ugotowałam zupę kalafiorową, bo mój brzuch domagał się zlitowania po tych wszystkich glutenowo i mięsnych zapychaczach.
Zdjęcia… wszystkie razem. Nic tam nadzwyczajnego nie ma, ale daję z kronikarskiego obowiązku.