16 lutego – Subtelne różnice

Młody jest w Polsce. …

Młody jest w Polsce. Wczoraj poszedł złożyć wniosek na paszport. Porę wybrał nie najlepszą – bo w okolicy godziny 15.
O 15:10 zadzwonił.
– Nie gadaj nic, bo nie mam czasu – ostrzegł – Powiedz mi nasz kod pocztowy.
– Szwedzki ? –zapytałam, a gdy przytaknął przez głowę mi przeleciało pytanie „Po kiego mu szwedzki kod pocztowy?” ale Młody miał zdenerwowany głos, więc nie drążywszy tematu podałam stosowne cyferki.
W tym momencie usłyszałam jak w telefonie coś trzaska.
– Pięćset…co ? – powtórzył Młody
Powtórzyłam.
– Kurwa…Jeszcze raz…- zripostowało dziecko. Zaczęłam mówić a wraz ze mną jakaś kobieta po tamtej stronie Bałtyku :
– Ale musi się pan pospieszyć, bo my zaraz musimy wyjść i system się zablokuje…
Młody jeszcze raz odwołał się do damy podejrzanej konduity i się rozłączył.

Tymczasem dwie godziny wcześniej byłam z Miśką w banku. W  Szwecji. Bo następnego dnia po otwarciu konta dostała pocztą odręcznie pisany liścik o treści mniej więcej takiej:
Hej, zapomniałam skopiować twoją legitymację. Mogłabyś przyjść do mnie któregoś dnia żebym mogła to zrobić? Nie musisz się spieszyć. Dziękuję.
No to poszłyśmy. Urzędniczka była starsza, chyba nas pamiętała, bo pomagała wtedy swojej koleżance.
– Ona nie ma wciąż swoje go pinu do karty – powiedziałam jeszcze. Zdziwiła się nieco.
– Nie ma pinu ? Jak to…?
– No nie ma. Miał przyjść pocztą ..?
– A skąd ona dostała kartę ?
– Tu dostała
Pani popatrzyła na nas z namysłem.
– Poczekaj. Zrobię tę kopię i zaraz to wyjaśnimy, dobrze ?
Zniknęła z Miśki dowodem a mnie piknęło.
– Córcia, dostałaś wtedy dwie koperty. W jednej był kod do internetu a w drugiej ?
– Noooo…chyba login do internetu…?
– Nie otworzyłaś jej ? To był pewnie pin do karty.
–  A nie login ? – dziecko zrobiło „oczy”.
Wyjaśniłam co jest loginem. Pani wróciła a mnie się zrobiło głupio.
– Już wiem…Dostała wtedy dwie koperty…- podzieliłam się wiedzą. Misi też było chyba głupio.
– Tam masz taki listek i pod nim masz pin – wyjaśniła pani. Misia powiedziała, że to to wie.
– Ona po prostu nie otworzyła tej koperty – uściśliłam. Pani roześmiała się serdecznie, wychyliła się z okienka i poklepała zarumienioną i zakłopotaną Misię po dłoni.
– Nie martw się, człowiek się uczy całe życie. O. Dam wam świnkę – sięgnęła do pojemniczka z kolorowymi breloczkami.
Misia dostała różową, ja czerwoną. A Zuzia nie dostała, bo na metce był zakaz dawania dzieciom poniżej 3 roku życia.

A teraz zacytuję klasyka czyli Krzysztofa Daukszewicza „Czy pan rozumiesz ta subtelna różnica między ten handel a ten handel ?”
Ja rozumiem. I podejrzewam, że wcale nie chodzi o to, że w banku nie byłyśmy tuż przed zamknięciem.

14 lutego- zdrapka

Gwoli kronikarskiej …

Gwoli kronikarskiej poprawności notuję.
Wysypało mnie. Ale jak! Ręce i nogi zamieniły się w piekąco-swędzące nakrapiane czerwono odnóża. Naturalnie zaogniło się to wszystko w piątek po południu.
Postanowiłam poczekać kilka dni, zwiększyć dawkę cetyryzyny, odstawić podejrzane substancje…W sobotę rano już nie byłam pewna decyzji, już tęsknie spoglądałam na szpital, ale perturbacje z niedomagającą poważnie P_Sunią pomysł ten odsunęły. Wieczorem, gdy nie wiedziałam czy drapać czy okładać lodem pomysł wrócił, ale wizja kilkugodzinnej wizyty w Akutmotagning sprawiła, że znów  pomysł odsunęłam.
Niedziela miała scenariusz nieco podobny.
Dziś wreszcie Vardcentral otwarło swe podwoje, więc natychmiast po otwarciu martwej niemal powieki powędrowałam po pomoc. Standardowo najpierw przyjęła mnie pielęgniarka, obejrzała, wypytała i opisała.
 I westchnęła. Bo distriktsjukskotrska ( jakaś wyższa rangą pielęgniarka) niestety dziś już mnie nie zdoła przyjąć. Jutro najwcześniej o 10:40.
Jęknęło we mnie: muszę przeżyć jeszcze jedną dobę. No ale jak nie ma innego wyjścia, to muszę, ale to tak swędzi i pieczeeee…
– Skóra jest bardzo sucha, może posmaruj czymś ? – zaproponowała.
Pokręciłam głową
– Nie wiem co mnie uczula, boję się, że po balsamie zrobi się gorzej a już teraz jest mi trudno…
– No to weź alvedon i przyjdź jutro.
Hyhyhy…
Z kronikarskiego zatem obowiązku notuję : Alvedon ma pomagać także na wysypkę.

PS. Ibuprom max nie pomógł – w niedzielę rano wstałam jak po porządnej imprezie, miałam ostatnią tabletę z Polski, chowaną na czarną godzinę. Pomogła, ale tylko na głowę. Na swędzenie i pieczenie już nie chciała. Może nieinteligentna.
Drap
No to byle…
Drap
…do jutra…
Drap, drap, drap,drap, drap,drap, drap,drap, drap,drap, drap…
 

12 lutego – Izolacja terytorialna Szwecji

Kiedy w roku 1527 Gustaw…

Kiedy w roku 1527 Gustaw I Waza podjął decyzję o przyłączeniu Szwecji do kościoła zreformowanego nie przypuszczał zapewne że skutki tego Szwecja będzie odczuwać jeszcze 500 lat później. Powodem takiego gestu była zapewne ekonomia bo Gustaw jak każdy król zaczynający budowę niezależnego państwa nie posiadał zbyt zasobnej kasy a te wszystkie wojny o utrzymanie granic musiały kosztować. Ceną za to była izolacja Szwecji od rozkwitającej w renesansowym oświeceniu pozostałej części Europy. Cóż, położenie na dalekiej północy, na półwyspie, za wielką wodą sprzyjało izolacji. Tak, tak, pamiętajmy, że wtedy nie było ani mostów na cieśninach duńskich, ani promów ani tym bardziej tanich linii lotniczych. Drogich zresztą też nie było.

Karol X Gustaw chciał połączyć Polskę ze Szwecją i wiemy jak to się skończyło (pod warunkiem, że czytaliśmy „Potop” zamiast bazować na wątpliwej jakości adaptacji filmowej). I jak dotąd – ten stan jest stały. Polacy, chyba wciąż nie mogąc darować Szwedom upokorzenia Zagłoby w małpiarni, z uporem maniaka szukają sobie sprzymierzeńców gdzie indziej. Najchętniej za oceanem w złudnej nadziei, że kolejny rząd w końcu da tę marchewkę w postaci zniesienia wiz. Nie, kochani, nie da. Bo wtedy to już im tylko kij zostanie, a oni wszak wiedzą, że kij na Polaka nie działa.
Ale ja nie o tym chciałam.
Chodzi o to, że pomimo tego iż Szwecja jest naszym zabałtyckim sąsiadem, że pomimo iż dziś Bałtyk został sprowadzony do statusu małej balii, którą można pokonać „beleczem” nasze kontakty gospodarcze są właściwie żadne. Z punktu widzenia zwykłego zjadacza chleba może mnie nie obchodzić czy polski rząd kupuje Gripeny czy F-16. Może mnie nie obchodzić skąd kupujemy rudę żelaza, węgiel czy energię elektryczną, byle tylko cena nie obciążała mi za bardzo portfela. Ale osobę żyjącą w rozkroku nad Bałtykiem dotyka problem komunikacji. Dotyka czasem boleśnie bo kosztownie.
Gdy się patrzy na bałtyckiego psa (niektórzy chcą widzieć w nim lwa) widzi się, że Szwecja jest przede wszystkim dłuższa niż szersza, ale jak wiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że długość Szwecji od Kiruny do Malmo jest mniej więcej taka sama jak odległość z Malmo do Rzymu? To oznacza, że jeśli się nie mieszka w Malmo, Goeteborgu lub Sztokholmie to człek może co dzień opowiadać sobie bajkę: za siedmioma morzami, za siedmioma górami, za siedmioma lasami…żyła sobie czarownica. Pewnego ranka czarownica wyszła przed swą chatę, rozejrzała się wokół i zawołała „O, kurwa! Jak ja mam wszędzie daleko!”
 Nie dość że daleko, to jeszcze z ch… byle jakim połączeniem – mogłoby tej czarownicy odpowiedzieć echo z gór. Bo wyjechać ze Szwecji nie jest łatwo.
Można promem. Z Ystad do Świnoujścia lub z Karlskrony do Gdyni. Lub samolotem PLL Lot ze Sztokholmu do Warszawy. Tym, co mają za daleko pozostają jedynie tanie linie lotnicze. Stop. Nie liczba mnoga. Pozostaje jedynie  jedyna tania linia lotnicza czyli Różowa landrynka. Niestety tania jest tylko z nazwy.
Po zamknięciu przelotów na trasie Goeteborg – Gdańsk tania linia lotnicza cenowo zbliżyła się do nietaniego SASu. Oczywiście jak zaczynamy bukować bilet to widzimy cenę zachęcającą. Na przykład  99 kr za lot albo 39 zł. Tylko że w trakcie kolejnych kroków cena się podnosi. Kiedy ostatnio kupowałam bilet dla Młodego jedną ze składowych ceny końcowej była „opłata za usługę”. Znaczy za co – za to że mi sprzedadzą bilet ? Ciekawe jakby się poczuł pan prezes  jakby mu w sklepie pani do ceny za chleb doliczyła opłatę za usługę…
Ale wszak ta „tania” lania dba o swych klientów. Zwłaszcza o zapewnienie im atrakcji. Młody ostatnio załapał się na atrakcję pt. Terminal. Tak, tak, nazwa nie przypadkowa. Klienci mogli na własnej skórze przekonać się jak się mieszka na lotnisku Skavsta. Zapewne tylko z powodu trudności organizacyjnych (niezadowolenia obsługi lotniska) spowodowało ograniczenie atrakcji do marnych 20 godzin.
Nie, pogoda popsuła się na szczęście dopiero nazajutrz. Młody już wtedy wylądował w Gdańsku. Powodem atrakcji było to…iż pilotom się skończył czas pracy. Poprzednia taka wycieczka miała miejsce około miesiąca temu, klienci mieli wtedy okazję zapoznać się z nocnym życiem lotniska w Save w Goteborgu. Załapali się na nią rodzice naszej koleżanki.
Oczywiście złożyłam reklamację…
Ale o tym może w następnym odcinku.

 
 

9 lutego

Każdy ma zapewne …

Każdy ma zapewne czynność, której nie znosi, a którą musi wykonywać. Bo posiadanie rodziny czy wykonywanie zawodu z tą czynnością jest nierozerwalnie związane. Bo nikt inny tego nie zrobi, a wpojone przez matkę i ojca poczucie odpowiedzialności nie pozwoli na zaniechanie. Bo lubi się gdy TO jest zrobione, niezależnie od tego jak bardzo nie lubi się tego robić. Tylko myśl o tym, że TO będzie się wykonywać przez jeszcze ileś lat, czasem sprawia, że się dochodzi do wniosków granicznych.
Moją piętą achillesową, moim memento i syzyfową pracą jest gotowanie. Gotowanie codzienne, obiadowe, dla sporej (moim, oczywiście zdaniem) rodziny. Obieranie ziemniaków jest paskudne, ale krojenie mięsa jest obrzydliwe. A już obrabianie kurczaka – to walka z falami mdłości. A ludzie się dziwią, że mięso jadam najchętniej w postaci plasterkowej wędliny a propozycja kupna ćwiartki świniaka powoduje gwałtowną pracę ślinianek, która zwykle poprzedza u mnie wymioty.
Niestety – tak się składa, że nikt nie może mnie zastąpić w codziennym obowiązku gotowania obiadów. A to z racji chadzania do pracy (Mąż i POSynek)  albo z racji braku wpojonych umiejętności (Synek i Córeczka) albo – nieodpowiedniego wieku(Zuzia).
Kiedy człek wykonuje pracę, której nie lubi ma przynajmniej marzenia o zasłużonej emeryturze. Ja niestety takiej perspektywy nie mam. Stara i mocno zniedołężniała – będę musiała co dzień sterczeć w kuchni by przygotować posiłek choćby dla starego i zniedołężniałego męża. No i dla siebie.
Czasem myślę, że jak po śmierci pójdę do piekła, to to piekło będzie w kuchni, w której czas zatrzymał się na porze obiadowej…
I zastanawiam się czasem : czy moja nienawiść do kuchni wynika z braku umiejętności (nigdy nie wiem czego brak danej potrawie – soli, kwasu, pieprzu, choć wiem, jaki smak ma osiągnąć) czy też brak umiejętności wynika z niechęci.
To może brzmi śmiesznie, ale czasem bywa dramatycznie – gdy gotując kolejny obiad nachodzą mnie myśli typu "rzucę, wyjadę, zaszyję się tak, by mnie nikt nie znalazł i wtedy będę gotować tylko jak będę miała na to chęć".
Na szczęście – udało mi się nauczyć rodzinę, że obiad owszem, mogę zrobić, ale li i jedynie. Nie wolno oczekiwać ode mnie przygotowywania śniadań, kolacji i podwieczorków. Zadanie pytania "zrobisz mi kanapkę?" może być niebezpieczne dla życia lub zdrowia. Jedyne co mogę zrobić by dołożyć swą rękę do cudzego nie-obiedniego posiłku to pstryknięcie czajnika gdy jestem w pobliżu, lub włożenie do garnuszka kilku jajek więcej.
Nauczyłam też rodzinę, że jak pracuję o obiad muszą zatroszczyć się wszyscy. Czyli nie ma tak, że wracam z roboty i rzucam się do garów a reszta siedzi i czeka. Ale też i obiady wtedy polegają na usmażeniu ryby w panierce, tudzież ugotowania makaronu i rozrobieniu sosu z torebki.
I zaczynam podejrzewać, że moja marzenie o pracy to chęć uwolnienia się od jarzma a nie ambicje zawodowe czy chęć zarobienia na godną emeryturę.
A tak.
Owszem. Piekę sławetny jabłecznik. Li i jedynie. I tylko dlatego, że sama lubię. I nigdy na czyjeś żądanie.

A wy ? Jakich codziennych czynności nie lubicie i co gotowi jesteście zrobić by się od nich uwolnić ?

7 lutego – Żegnaj spokoju!

Zuzia właśnie opanowała …

Zuzia właśnie opanowała trudną sztukę przemieszczania się na brzuchu. Nie dość, że trzeba przenieść co się da na górne piętra mieszkania, to jeszcze na dodatek trzeba będzie co dzień odkurzać i ścierać podłogę.
Jak przekonać kota do przeniesienia się wyżej?
Bo oczywiście jak nie trzeba, Kocio uważa podłogę za najlepsze legowisko. Zuzia zaś uważa Kocia za najciekawszą zabawkę. Ciekawszą nawet od komputera. Niestety ta miłość jest nieodwzajemniona. Rzekłabym nawet, że wręcz odwrotnie proporcjonalna.

Zdaje się, że już wkrótce życie codzienne przyprawiać mnie będzie o dreszczyki emocji i skoki adrenaliny. 

3 lutego

Wczoraj było Matki …

Wczoraj było Matki Boskiej Gromnicznej a przepowiednia mówi, że jeśli tego dnia kapie z dachu to zima nam jeszcze da popalić.
Wczoraj nie kapało bo nie miało co.
Od kilku dni temperatury dodatnie. I wiatr do tego. A wczoraj wyszło jeszcze słońce. To wstrętne białe już niemal znikło, zostały tylko hałdy po odśnieżaniu. Alejki z asfaltowych zrobiły się żwirowe i stwierdzam, że to fajna odmiana.
Wiatr niestety był z tych porywistych, ostrych jakiego nie znoszą moje oczy. Szłam i zalewałam się łzami.
Za to Zuzia bawiła się w "a kuku" ze słoneczkiem, które usiłowało jej zajrzeć w oczy. Od kilku dni Zuzia siedzi w wózku gdy idziemy do szkoły na zmianę warty. Rozgląda się wokół, oczy ma ogromne jakby jej niebo do nich wpadło. Wczoraj zaczęła nawet trochę gadać w czasie drogi tak ją zaciekawiło echo pod wiaduktem.
To słońce i błękit, brak śniegu i lodu pod stopami owocuje u mnie większą chęcią do życia. Tendencja zwyżkowa przyszła wraz z kwiecistymi zasłonkami. Wciąż mam chęć na umycie okien, więc siedzę i czekam aż mi minie. O. I właśnie mi się przypomniało, że muszę rozsadzić pelargonie. Potrzebuję do tego worek ziemi i chwilę czasu.
Durnota programu z angielskiego powala mnie w każdy poniedziałek i czwartek. Pogodziłam się z tym, że Karolina nie robi ani pół kroku po za tyn program. Uczę się na znalezionym w internecie, czytam o gramatyce i ćwiczę słówka. Jakoś idzie. Tymczasem wg programu (i książki) w II semestrze nauki mamy naukę " jak się nazywasz". Oczywiście – nauka jest międzyczasie- pomiędzy opowieścią o tym, że parasol należy nosić przy każdej pogodzie a opowieścią o atrakcjach Londynu. W tym też międzyczasie, w części gramatycznej pojawiają się słówka "moje, twoje, ich" czyli my, you, his, her czyli "possessive adjectives". No wszystko byłoby dobrze, gdyby się nie okazało, że nagle pojawia się w czytance słówko "hers". Ki grzyb ?
Wyjaśnienie jest w następnej lekcji, w której to delikwent dowiaduje się, że istnieje jeszcze coś takiego jak "possessive pronomus".
…ale może ja się czepiam.

2 lutego – twarożek-look -dla Sąsiada

U mnie stoi w lodówce …

U mnie stoi w lodówce koło śmietan i jogurtów ale nie w towarzystwie Keso.
Tak wygląda z góry:

A tak z boku:

Ma konsystencję kremu, ale jest gęstszy niż lidlowski twarożek z Milbony. No i nie jest słony. Moim zdaniem ma smak normalnego twarożku.
Polecam.
Acha – jest jeszcze wersja light, dla tych co preferują zdrowe odżywianie. Moje zdanie na temat żywności light pewnie nie spodoba się lekarzowi ;). Co to za jedzenie "bez" ? To już wolę "zamiast".

1 lutego

W piątek Młody obciął …

W piątek Młody obciął się na krótko.
Wiadomość to niesłychana bo długie włosy dziecko nosiło od lat co najmniej czterech.
Postrzyżyn zwyczajowo dokonała koleżanka Viola, którą zwizytowaliśmy po raz pierwszy w jej nowo kupionym domu na wsi. Violi mąż i mój, ciesząc się z faktu, że mamy zapasowego kierowcę z rozkoszą wychylali kieliszeczek za kieliszeczkiem.
Viola zabrała Młodego do oddzielnego pomieszczenia…
Kiedy wróciła mniej więcej po półgodzinie towarzyszył jej jakiś szalenie przystojny młody człowiek, w którym z trudem rozpoznałam mojego syna. Wszyscy się zachwycali, ja milczałam. No bo  powiedzieć "ale ciacho!" o własnym synu to chyba przesada?
Towarzystwo się rozkręcało, Zozol spał w sąsiednim pokoju jak zabity, a ja po godzinie poczułam, że już chcę do domu. Młody też.
POSynek nas odwiózł.
W domu z ulgą zanurzyłam się w ciszę i XIX wieczny świat Cukierni pod Amorem.
Reszta rodziny wróciła jakieś trzy godziny później i …Spuśćmy litościwą zasłonę milczenia na stan męża…Dodam tylko, że lista rzeczy robionych po raz pierwszy zyskała nową pozycję.
Sobota przeleciała na nie wiadomo czym. A nie – wiadomo. Mąż dogorywał, POSynek gotował mu rosołek, ja wieszałam kwieciste zasłonki.
W niedzielę sytuacja już była normalna. Pojechaliśmy na basen. Z Zozolem.
Basenów jest w sumie kilka. Płytki brodzik, z dość ciepłą wodą, w sam raz dla maluchów jak Zozol. Kolejny – niezbyt duży, o głębokości może do 150 cm , też ciepły, pełen zabawek – przeznaczony dla dzieci nieumiejących pływać (wyłącznie pod opieka dorosłych). Następne dwa – głębokie chyba 2 i 3 m, już zimniejsze. Przy mniejszym ale chyba głębszym skocznia, trampolina i ścianka do wspinaczki. No i ostatni, w oddzielnej sali, jeszcze cieplejszej niż pozostałe, z temperaturą wody chyba ok. 37 stopni i bąbelkami. Do tego oczywiście prysznice i chyba trzy sauny.
Dla dorosłych wstęp 40kr, dla maluchów ja Zozol – gratis. Siedzieć można do zamknięcia.
Zozol był zaciekawiony. Plaskanie łapką o wodę albo łapanie strumienia z koneweczki było bardzo ciekawe. Przyjemnie też było w cieplutkiej wodzie na rękach u mamy, babci, taty lub dziadka. I był tam dzidziuś, ale inny niż ten którego się spotyka w lusterku. Dzidziuś wydzierał się z rąk mamy do Zozola. Zozol usiłował uciec babci do dzidziusia.
Ale już pływanie na piankowej biedronce nie było takie fajne.
Po półtorej godziny w wodzie Zozolowi zaczęły zamykać się oczy więc trzeba było wracać.
Ale okazało się, że basen, mimo śmierdzącej chemii, może być jakąś alternatywą na zimowe dni, chyba lepszą niż solarium.
A potem, po południu nadeszła pora by Młodemu kupić bilet do Polski. Jego dowód osobisty kończy ważność w kwietniu więc zawczasu trzeba zadbać o inny dokument.
Tu miejsce na rozważania…
Młody wyjeżdżał z Polski bez protestu. Grzecznie zaliczał kolejne etapy nauki, znalazł sobie kolegów Moskali. Dostał się na wymarzony Mediaprogram w szkole średniej. Radzi sobie tam jakoś. Ma kolegów Szwedów. I chyba jedną koleżankę. O niej wiem tylko tyle i pewnie tylko dlatego, że znajomością angielskiego przewyższa Młodego i czego on jej zazdrości.
Myślałam: wsiąknie w szwedzkie społeczeństwo, nawet nie zauważy kiedy stanie się bardziej szwedzki niż polski.
Po dwóch i pół roku w Szwecji Młody wciąż deklaruje, że wraca do Polski.
Najchętniej na studia, ale jak nie – to na pewno po studiach.
Kiepskie warunki bytowe, brak kolegów, bo kontakty się jednak rozluźniły – to nie mam znaczenia. Polska jest jedynym krajem, gdzie Młody chce żyć a polski jest jedynym językiem który odda wszystko co chce wyrazić, jest językiem najpiękniejszym i najbogatszym. Więc teoretycznie odniosłam sukces, bo chciałam, by moje dzieci czuły się Polakami.
 Ale i teoretycznie powinnam myśleć, że mi się nie udało. Bo chciałam wywieźć dzieci z Polski, dać im wykształcenie w innym niż Polska kraju a co za tym idzie – możliwość pracy gdzieś indziej.
Bo patriotyzm to jedno, a jako matka chciałabym żeby miały lepsze życie.
Miśka jeszcze jest zaciekawiona wszystkim, POSynek też. Marcepanek dobrze się czuje w pracy i ani myśli wracać.
Tylko my dwoje, ja i Młody, zdajemy się żyć w oczekiwaniu na chwilę, gdy ktoś nam powie – dobra, już możecie wrócić.
I oboje uważamy, że jedynym miejscem na ziemi gdzie chcemy żyć i gdzie wg nas można żyć to Olsztyn.
Młody mi obiecuje: jak już wrócę  do Polski to będziesz miała powód, żeby też częściej jeździć.
Ba, jakbym powodu potrzebowała…

30 stycznia. O wiośnie, Kociu i nie wiem czym jeszcze

Odkąd wyruszyłam z …

Odkąd wyruszyłam z warmińskiego miasteczka na podbój Skandynawii wydłuża się lista rzeczy, które robię po raz pierwszy.
Po raz pierwszy wyjechałam za granicę.
Po raz pierwszy leciałam samolotem.
Po raz pierwszy spotkałam cudzoziemców.
Po raz pierwszy płynęłam promem.
Po raz pierwszy pracowałam z dziećmi.

Dziś po raz pierwszy idę na basen.
Nie śmiejcie się.
W Miasteczku basen pojawił się miesiąc przed moim wyjazdem a po co ma chodzić na basen ktoś, kto nie potrafi pływać ?
Tak. Wstydzę się tej nieumiejętności na równi z nieznajomością angielskiego oraz brakiem prawa jazdy.
No ale idę. Zozol będzie pretekstem, dla którego zamiast pływać chlapię się w płytkim, ciepłym brodziku z bąbelkami.

Za oknem mam słońce.
Wczoraj powiesiłam na oknach w kuchni i pokoju zawiesiłam świeżo kupione zasłonki w kwiatki. I zrobiło się wiosennie. Słońce jakby poczuło się w obowiązku a śniegu coraz mniej.
Mam chęć umyć okna. Czy to znak, że wracam do życia ?

Ach. W ICA pojawił się twarożek! Ma co prawda konsystencję kremu, ale nie jest słony! Ani słodki! Jest kwaśny i nadaje się do dżemu i miodu.
A Lidl w sąsiednim mieście wypieka normalny chleb. Istnieje nadzieja, że zwyczaj się rozprzestrzeni.

Kocio waży 11 kilo!
Jak się odchudza kota ?
Jaka jest dzienna dawka pokarmowa dla takiego grubaska ? Czy sucha karma light pozwoli mu schudnąć ? Czy może wystarczy chować psią miskę, żeby Kocio się nie dokarmiał ponad normę ?
P_Suni też już się chyba znudziło odganianie go od własnej miski, bo ostatnimi czasy nie reaguje póki jej kto nie powie "Kot ci z miski wyjada". I wtedy robi to jakby z poczucia obowiązku a nie
rzeczywistej potrzeby obrony własnego terytorium. 

Chaos tego wpisu nie odzwierciedla chaosu w mojej głowie.