Przeglądam blogi.
Przeglądam gazety internetowe.
Oglądam dostępne w internecie wiadomości.
I zewsząd napływa narzekanie na stan dróg w Polsce. No, że fatalne są to każdy wie: dziurawe, kręte, wąskie. A teraz jeszcze ta zima. I ci drogowcy co znów nie odśnieżyli lub zasypali.
Trzecią zimę spędzam w Szwecji i jakoś nie słyszę, żeby zima, bardzo śnieżna w tym roku, paraliżowała komunikację.
Nie słychać tu o spektakularnych karambolach, zatorach, korkach.
Przyczyna może leżeć we szwedzkiej polityce medialnej, którą w skrócie można określić „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy” ale może nie tylko.
Szary zwykły człowiek mieszkający w Szwecji może sobie o zimie nie pamiętać, ale przyjdzie czas gdy zostanie mu ona przypomniana mniej więcej z początkiem października, czy tego chce czy nie. Czy mieszka w mieście czy na dalekiej wsi do której prowadzi jedna dróżka. O tym, że zima nadchodzi przypomną Szwedowi drogowcy ustawiający wzdłuż krawędzi dróg wysokie, czerwone tyczki z odblaskami w kilku miejscach.
Z pierwszym listopada zaczyna się atak na stacje wymiany opon. Z początku myślałam, że Szwedzi to taki zapobiegliwy naród co to nie czeka z wymianą opon na zimowe aż do pierwszego śniegu, ale okazało się, że jestem w błędzie. Szwedzi może i zapobiegliwi są, ale prócz tego maja zwyczajnie przepis, który nakazuje od 1 listopada jeżdżenie na oponach zimowych.
Zatem Szwedzi karnie te opony zmieniają, bo mandaty są wysokie, a Szwed nie lubi wyrzucać kasy w błoto.
Tak przygotowana Szwecja może już spokojnie czekać na opady tego, co w Polsce nazywa się klęską żywiołową a u nich „snö”.
W tym roku śnieg spadł już w listopadzie i…nikogo specjalnie nie zaskoczył.
Szwedzkie odśnieżanie różni się od polskiego zasadniczo.
Szwedzi nie walczą o czarny asfalt. Oni walczą o bezpieczną i przejezdną drogę.
Drogi nie są czarne. Są białe, bo pług zgarnia śnieg, ale nie całkowicie, to co zostaje, jest ubite gąsienicami a potem posypane skruszonymi kamieniami. Drobiny są ostre i pięknie wbijają się w lód lub zlodowaciały śnieg, tworząc dość chropowatą powierzchnię. Takie same kamyczki wysypuje się na chodniki.
Drogi główne są polewane solanką, ale chyba tylko (nie jestem pewna do ilu stopni mrozu) do -15 stopni. Poniżej tej temperatury solanka i sól już nie działają, więc stosuje się taką samą metodę jak w każdym innym miejscu. Zepchnąć co się da, resztę ubić, posypać kruszywem. Tyczki są na tyle długie że wystają z zasp.

Jest w tym idyllicznym obrazku jedno ale.
Szwedzi mają prawo używać opon z kolcami bądź łańcuchów.
Tu będzie osobisty wtręt.
Otóż Marcepanek jadąc na ostatnie święta do Polski bardzo głowił się, jakby tu sprawę opon rozwiązać. Bo tak: z domu do promu ma ponad 400km, po białych drogach. Zwykłe zimówki, bez kolców wydawały mu się nieco ryzykowne, a przecież miał wieźć osobisty nasz skarb największy czyli Zozola. Gdzieś doczytał, że jak ma szwedzką rejestrację to może jechać na kolcach więc pojechał. Na zasadzie głupiego co ma szczęście, udało mu się zjechać z promu i nie wzbudzić zainteresowania stosownych służb.
I tak sobie jeździł po warmińskich drogach, głównie po tej prowadzącej do przejścia granicznego w Bezledach i stwierdził, że te kolce to mu, jeśli nie życie, to dobry kawałek zdrowia uratowały. Bowiem to, co na drogach leżało przypominało wszystko, tylko nie asfalt. A już w mieście to w ogóle masakra. Wyjechać skądkolwiek na zwykłych zimówkach wydawało się rzeczą niemożliwą. Natomiast na kolcach ruszał bez większego problemu.
Tak sobie jeździł szczęśliwy aż do pierwszego dnia świąt. Wtedy chrzestny ojciec Zozola uświadomił go, że kolce są niedopuszczalne i już. Ale jednocześnie pocieszył go, że policja ma wozy niesprawne, więc patroli raczej jest niewiele.
I tu się mimo wszystko Marcepanek spocił, bo w planach miał podróż do swojej teściowej do Ełku. Pojechał. Wrócił. Żadnego patrolu nie spotkał, po za tym wytłumaczył sobie, że jedyne co mu mogą zrobić to wlepić mandat.
Wróciwszy do domu, do szwedzkiego domu, Marcepanek w te pędy pobiegł myć samochód, bo mówił, że wręcz słyszy jak mu sól wygryza dziury. Po czym zasiadł przed komputerem i zaczął czytać mrożące krew opowieści o wyrywaniu kolców przed zjazdem z promu, o samotnych powrotach auta do Szwecji i różnych tego typu przyjemnościach.
I teraz wspólnie się zastanawiamy. Po co to komu ?
Czy w ogólnym rozrachunku kolce w oponach nie są bardziej opłacalne niż sól, stres i wypadki ? Co ważniejsze ? Asfalt czy ludzkie bezpieczeństwo ?