26 stycznia

Z kronikarskiego …

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że żyję.
Nadal kiepsko sypiam a parabola moich nastrojów wciąż mocno wygięta w dół.

Ze spraw ciekawych – szwedzkie krwiodawstwo.
Jak tego dokonali – nie wiem.
Młody któregoś dnia pokazał mi niewinną karteczkę, z której bardziej się domyśliłam, niż zrozumiałam, że ma wyznaczony dzień w którym pójdzie oddać krew.
Ten dzień nastąpił wczoraj.
Młody miał do szkoły dopiero po południu, ale wstał bladym świtem i dobrowolnie zjadł śniadanie. Poszedł, wrócił i podał mi karteczkę.
– Masz, zrób z tym co zechcesz.
– O zapłacili ci za krew ? – zgorszyłam się nieco. No bo gdzieś we mnie tkwi przekonanie, że krew powinno się oddawać za darmo w myśl zasady "darmo otrzymałeś-darmo rozdawaj". No i jeszcze – ile ma kosztować coś, czego jak dotąd nie udało się wyprodukować syntetycznie, a co bezwzględnie ma ratować życie ?
– Nie zapłacili – Młody poczuł się urażony – Kazali wybrać sobie nagrodę. Powiedzieli, że muszę. I że szklanka soku pomarańczowego się nie liczy. To wziąłem to.
TO to kuponik o wartości 40kr.
– Weź to – powtórzył z obrzydzeniem – Ja TEGO nie chcę.
MATKO! Wychowałam IDEALISTĘ!

Wzięłam i schowałam. Termin realizacji do 2013 to poczekamy aż zbierze się więcej. A potem wydamy tę kasę na coś fajnego.
Rozbuchane ego podpowiada mi "wyścigi konne w Skara". Sumienie – dobroczynność.
Jak zawsze w mojej głowie dylemat szczęścia i obowiązku.

23 stycznia -Zozol

Tydzień temu skończyła …

Tydzień temu skończyła pół roku.
Dziś odkryłam jej pierwszy ząb.

Jest radosna i towarzyska. Uwielbia komputer, telewizję, muzykę, psa i kota.

Jest powodem dla którego wciąż wstaję z łóżka i się uśmiecham.
Jest najlepszym prezentem jaki dostałam od losu.

Bycie jej babcią okazuje się być największą przygodą mojego życia.

 

16 stycznia – Proszę pana, pewna kwoka, traktowała świat z wysoka…

i mówiła z …

i mówiła z przekonaniem:
Grunt to dobre wychowanie!
Zaprosiła raz więc gości…

…w składzie mama+tata+córka11lat+syn5lat.
Po dwó- i półgodzinnej wizycie, z ulgą zamknęła drzwi za gośćmi i dokonała bilansu.
– zmęczonych, rozwścieczonych kotów – szt 1
– zmęczonych, warczących, niechętnych do szarpania węzełka i uciekających w popłochu psów – szt 1
– zmęczonych zięciów – szt 1
– zmęczonych gospodyń domowych deklarujących zwykle sympatię do dzieci, teraz pałających żywiołową nienawiścią szczególnie do dziewcząt w wieku lat 11- szt 1
– zmęczonych i przerażonych członków rodziny – szt 2 i 1/2
– pożarta ogromna blacha jabłecznika – szt 1
Do punku ostatniego należy dodać wzmiankę, iż ilość ciasta mieszcząca się na blasze zaspokaja dwudniowy apetyt na ciasto czteroosobowej rodziny Prowinjonalnych.
Dla całości informacji należy dodać, iż powyższe rezultaty osiągnięto wyłącznie skromnym nakładem sił dwójki małoletnich.

O czym donosi
wstrząśnięta Kasia Prowincjuszka.

PS. W tym kontekście naprawdę zaczynam rozumieć kwokę, bo po godzinnym sajgonie miałam chęć ją zacytować
"Trudno! Wszyscy się wynoście!"

Czy ja, kwoka , proszę pana, jestem dobrze wychowana ?

 

15 stycznia –

Uwielbiamy dobre rady. W…

Uwielbiamy dobre rady. W sensie, że uwielbiamy dawać, bo z otrzymywaniem to już różnie. Dobre rady powinny być właściwie pisane w cudzysłowie, bo nikt poza dającym w dobroć tych rad nie wierzy. Ale każdy z nas od czasu do czasu grzech dawania dobrych rad popełnia.
Cóż to są tak naprawdę „dobre rady” ?
Moim zdaniem są to niczym nie podparte stwierdzenia które osobie je otrzymującej mają podsunąć rozwiązanie problemów.
Najczęściej spotykane „dobre rady” to :
– rady po czasie  czyli bo trzeba było zrobić to tak nie inaczej
– bo ja na twoim miejscu…
– rady dotyczące zakupu czegoś tam „ eee, nie to lipa, moja koleżanka ma i nie używa, ty na pewno też nie będziesz”
– rady dotyczące wychowania dzieci „ bo jak mój Jaś był mały to ja go kładłam i zasypiał sam, więc dlaczego ty ze swoim tego nie robisz ?” „ nie dawaj zupek, bo dzieci tego nie lubią, daj coś tam”
– rady, które w żaden sposób nie odnoszą się do sytuacji w jakiej ktoś się znajduje, a które zwykle zalecają zrobienie właśnie tego na co nie masz ochoty, albo możliwości : „zmień pracę” – w sytuacji bezrobocia, „pojedź na urlop” gdy kasa świeci pustkami, „wyjdź do ludzi” w sytuacji gdy jest to ostatnia rzecz na jaką masz ochotę – a doradca o tym powinien doskonale wiedzieć
– rady na temat zdrowia ze szczególnym uwzględnieniem zdrowia psychicznego – to jest wg mnie The Best wśród rad, więc pozwólcie, że się nad tym nieco rozwiodę.
Kiedyś znalazłam bloga jednej dziewczyny. Nie było tego zbyt wiele, więc przeczytałam wstecz bo mnie zaciekawiło. Dziewczyna opisywała własne napady agresji wobec partnera. Bójki, wyzwiska a jednocześnie osobiste pogrążanie się w jakimś mrocznym świecie.
Śledziłam jej zmagania dłuższy czas, bo nie byłam pewna, czy blog jest faktycznym zapisem pogrążania się czy fikcją literacką. W końcu zasugerowałam jej, że to co przeżywa raczej odbiega od normy i że dobrze byłoby skonsultować się w psychologiem. Było tam jeszcze kilka innych osób, komentujących i sądziłam, że mnie poprą.  Otóż nie. Pod moim zdankiem rozpętała się burza, w której każdy dziewczynie odradzał psychologa sugerując, iż od tego to już tylko krok do domu bez klamek.
Opad wszystkiego, po prostu.

Cóż, do jednego muszę się przyznać : chętnie udzielam dobrej rady polegającej na zaleceniu kontaktu z psychologiem.  Ba. Ja w ogóle jestem zdania, że połowa społeczeństwa powinna odbyć psychoterapię… druga połowa powinna być zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Ze szczególnym uwzględnieniem członków pewnej politycznej rodziny w Polsce*.

A wy ?
Jakie macie ulubione dobre rady ? Te które otrzymujecie i te których udzielacie.

*przepraszam, nie mogłam sobie darować, ale pomysł sztucznej mgły rozpylonej specjalnie powalił mnie i utwierdził w podejrzeniach.

14 stycznia – Obserwacja

Nic nie rozumiem…<br …

Nic nie rozumiem…
Miesiąc z małym okładem czułam jak coś mnie spycha w otchłań, z każdym dniem coraz głębszą i czarniejszą.
I nagle wczoraj, jak za dotknięciem różdżki – otworzyłam oczy rano i miałam siłę żyć.

Co pomogło ?
Pierwsza od bardzo dawna przespana prawie bez przerwy noc ?
Słońce za oknem ?
Vit. B, łykana od tygodnia ?
Nocna rozmowa z przyjacielem ?
Płacz, ale na zupełnie inny temat ?

Pięść zaciskająca się wokół gardła otworzyła się, odetchnęłam.
Tylko się trwożnie rozglądam wokół. Może gdzieś tam się przyczaiła i tylko czeka…

Coś za mną chodzi, codziennie śledzi mnie.
We własnym domu już nieswojo czuję się
Dobrze wiem
Coś patrzy na mnie jak fanatyk z cienia drzew
i sprawia, że osiada we mnie lęk i z mocą nałogu ssie
 
Czy poznajesz mnie ?
Nazywam się twoja depresja
Tak to właśnie ja i twój szaleństwa smak
Czy poznajesz mnie ?
Nazywam się twoja depresja
zapamiętaj mnie : poczujesz mnie jeszcze nie raz

12 stycznia

Potrzebne mi jakieś …

Potrzebne mi jakieś uroków odczynianie czy co ?

Nie mam chęci na spotkania z ludźmi a czasem okoliczności tego wymagają. Wczoraj całe popołudnie z Miśką i Gulsum…wyszłam wściekła, że tyle czasu to zajęło. A przecież nie mam nic takiego do roboty. I mogłam sama zakończyć wcześniej. I mogłam się w ogóle nie umawiać.

Kristina przyparła mnie do muru więc zgodziłam się, że dam się zabrać na cały dzień na wieś. Wieczorem się nawet cieszyłam. Rano myśl, że cały dzień miałabym się przymuszać, ubierać w uśmiechy i uprzejmości, naginać …Wysłałam smsa, że jednak nie mogę.
Odmówiłam wyjazdu za miasto. Ja.
Gdzie kończy się stan normalnego zmęczenia światem ?

Wciąż mam poczucie, że tyyyle mam do zrobienia, tyyyyle na głowie, że czas mnie goni. Po czym siadam i po raz sto pięćdziesiąty układam pasjansa.
Pójdę do lekarza z gotową diagnozą i konkretnym żądaniem „mam depresję, daj mi coś na to bo nie wyjdę stąd bez prozaku” . Kiedy ? Jak moja szkolna kasa się pojawi na koncie.

Szkoła się zaczęła, nowy plan wprowadził mnie w stan nerwowy.
No bo matematyka 4 razy w tygodniu z czego dwa rano, jak Misia ma szkołę.
I angielski w tym samym czasie co WOS.

Zamieniłam matematykę na informatykę, bo tu mogę sobie w dowolnym czasie chodzić i przerabiać zadania.
WOS zostawiłam, bo nie było na co zamienić, a ja muszę mieć pulę punktów, żeby dostawać pieniądze. Tak, robię to co ci wstrętni arabi : drenuję system zasiłkowy.
Innego wyboru nie mam.
Pracy nie ma. Już nawet na strone biura pracy nie zaglądam. Sprzątaczek tak nie szukają, a do każdego innego to trzeba tym szwedzkim płynnie gadać i jeszcze więcej rozumiec. Szwedzki się doskonali porzez oglądanie tv, słuchanie radia. A jeszcze lepiej poprzez kontakty z tubylcami. Kontakty z ludźmi ?Po szwedzku ? Dobrowolnie ? Otrząsam się ze wstrętem.

Pomysł ze studiami wydaje mi się równie bez sensu co perspektywiczna praca w przedszkolu.
Chcę biurko, komputer, papierki! I żebym nie musiała gadać za wiele z ludźmi. Mogę bezmyslnie wprawadzać dane, tylko niech nie muszę się zmuszać do uśmiechu.
Kiedy stałam się nerwowym ponurakiem ?
Narzekaczem ?

Z tyłu głowy wciąż mam obraz pustej plaży we wrześniowym słońcu i szum morza.
Albo olsztyńskie ulice w kwietniowym zmierzchu.

No i ciągle coś boli.
Czy ktoś zna adres zakładu utylizacji ? Stałam się zbyteczna dla społeczeństwa i uciążliwa dla otoczenia. Potrzebuję wianek na szyję i pudełko na smród.

8 stycznia – Problem kolców a sprawa polska

Przeglądam blogi.<br …

Przeglądam blogi.
Przeglądam gazety internetowe.
Oglądam dostępne w internecie wiadomości.
I zewsząd napływa narzekanie na stan dróg w Polsce. No, że fatalne są to każdy wie: dziurawe, kręte, wąskie. A teraz jeszcze ta zima. I ci drogowcy co znów nie odśnieżyli lub zasypali.
Trzecią zimę spędzam w Szwecji i jakoś nie słyszę, żeby zima, bardzo śnieżna w tym roku, paraliżowała komunikację.
Nie słychać tu o spektakularnych karambolach, zatorach, korkach.
Przyczyna może leżeć we szwedzkiej polityce medialnej, którą w skrócie można określić „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy” ale może nie tylko.
Szary zwykły człowiek mieszkający w Szwecji może sobie o zimie nie pamiętać, ale przyjdzie czas gdy zostanie mu ona przypomniana mniej więcej z początkiem października, czy tego chce czy nie. Czy mieszka w mieście czy na dalekiej wsi do której prowadzi jedna dróżka. O tym, że zima nadchodzi przypomną Szwedowi drogowcy ustawiający wzdłuż  krawędzi dróg wysokie, czerwone tyczki z odblaskami w kilku miejscach.
Z pierwszym listopada zaczyna się atak na stacje wymiany opon. Z początku myślałam, że Szwedzi to taki zapobiegliwy naród co to nie czeka z wymianą opon na zimowe aż do pierwszego śniegu, ale okazało się, że jestem w błędzie. Szwedzi może i zapobiegliwi są, ale prócz tego maja zwyczajnie przepis, który nakazuje od 1 listopada jeżdżenie na oponach zimowych.
Zatem Szwedzi karnie te opony zmieniają, bo mandaty są wysokie, a Szwed nie lubi wyrzucać kasy w błoto.
Tak przygotowana Szwecja może już spokojnie czekać na opady tego, co w Polsce nazywa się klęską żywiołową a u nich „snö”.
W tym roku śnieg spadł już w listopadzie i…nikogo specjalnie nie zaskoczył.
Szwedzkie odśnieżanie różni się od polskiego zasadniczo.
Szwedzi nie walczą o czarny asfalt. Oni walczą o bezpieczną i przejezdną drogę.
Drogi nie są czarne. Są białe, bo pług zgarnia śnieg, ale nie całkowicie, to co zostaje, jest ubite gąsienicami a potem posypane skruszonymi kamieniami. Drobiny są ostre i pięknie wbijają się w lód lub zlodowaciały śnieg, tworząc dość chropowatą powierzchnię. Takie same kamyczki wysypuje się na chodniki.
Drogi główne są polewane solanką, ale chyba tylko (nie jestem pewna do ilu stopni mrozu) do -15 stopni. Poniżej tej temperatury solanka i sól już nie działają, więc stosuje się taką samą metodę jak w każdym innym miejscu. Zepchnąć co się da, resztę ubić, posypać kruszywem. Tyczki są na tyle długie że wystają z zasp.


Jest w tym idyllicznym obrazku jedno ale.
Szwedzi mają prawo używać opon z kolcami bądź łańcuchów.

Tu będzie osobisty wtręt.
Otóż Marcepanek jadąc na ostatnie święta do Polski bardzo głowił się, jakby tu sprawę opon rozwiązać. Bo tak: z domu do promu ma ponad 400km, po białych drogach. Zwykłe zimówki, bez kolców wydawały mu się nieco ryzykowne, a przecież miał wieźć osobisty nasz skarb największy czyli Zozola. Gdzieś doczytał, że jak ma szwedzką rejestrację to może jechać na kolcach więc pojechał. Na zasadzie głupiego co ma szczęście, udało mu się zjechać z promu i nie wzbudzić zainteresowania stosownych służb.
I tak sobie jeździł po warmińskich drogach, głównie po tej prowadzącej do przejścia granicznego w Bezledach i stwierdził, że te kolce to mu, jeśli nie życie, to dobry kawałek zdrowia uratowały. Bowiem to, co na drogach leżało przypominało wszystko, tylko nie asfalt. A już w mieście to w ogóle masakra. Wyjechać skądkolwiek na zwykłych zimówkach wydawało się rzeczą niemożliwą. Natomiast na kolcach ruszał bez większego problemu.
Tak sobie jeździł szczęśliwy aż do pierwszego dnia świąt. Wtedy chrzestny ojciec Zozola uświadomił go, że kolce są niedopuszczalne i już. Ale jednocześnie pocieszył go, że policja ma wozy niesprawne, więc patroli raczej jest niewiele.
I tu się mimo wszystko Marcepanek spocił, bo w planach miał podróż do swojej teściowej do Ełku. Pojechał. Wrócił. Żadnego patrolu nie spotkał, po za tym wytłumaczył sobie, że jedyne co mu mogą zrobić to wlepić mandat.
Wróciwszy do domu, do szwedzkiego domu, Marcepanek w te pędy pobiegł myć samochód, bo mówił, że wręcz słyszy jak mu sól wygryza dziury. Po czym zasiadł przed komputerem i zaczął czytać mrożące krew opowieści o wyrywaniu kolców przed zjazdem z promu, o samotnych powrotach auta do Szwecji i różnych tego typu przyjemnościach.
I teraz wspólnie się zastanawiamy. Po co to komu ? 
Czy w ogólnym rozrachunku kolce w oponach nie są bardziej opłacalne niż sól, stres i wypadki ? Co ważniejsze ? Asfalt czy ludzkie bezpieczeństwo ?

2 stycznia 2011

czyli próba daty.<br …

czyli próba daty.
Za oknem odwilż – trzecia zima w Szwecji, pierwsza odwilż, bo bez względu na ilość śniegu, tu mróz jak już złapie to się trzyma co najmniej do marca. No to odwilż. I niebieskie niebo ze wstającym słońcem. I odczuwalnie późniejszy zachód tegoż.
Notuję z kronikarskiego obowiązku, żeby zaznaczyć, że nowy rok niesie jakieś pozytywy, nawet jeśli to tylko wydłużenie dnia w naliczaniu sekundowym.

Po strzelankach wszyscy cali ?

Kanonada

w okół jakby z czterech …

w okół jakby z czterech stron nadciągał front.
Trzeci Nowy Rok witam w Szwecji, pierwszy w domu. Jak się nie widzi tylko słyszy fajerwerki to wcale nie jest zabawne. Zwierzaki na szczęście nie reagują, ale nie wiem jak Zozol czy się nie obudzi.
Za oknem +2 stopnie i deszcz.
Moi w mieście.
Ja z Trójką radiową…
I tak jest dobrze.
Bo tak po prawdzie, to ja Sylwestra, Nowego Roku, podsumowań, obietnic, złudnych nadziei nie znoszę bardziej niż fasoli.

Ale zmiana daty jest faktem. I tyle.
Nie przesadzajcie z alkoholem czy innymi przyjemnościami.
Niech się Wam rok dobrze zacznie, nawet jesli to oznacza brak kaca.

Tragizm wyrobów poświątecznych

Z potraw świątecznych…

Z potraw świątecznych jedynie barszcz i pierogi były tym, co smakowało jak należy. Wafle wyszły za suche, a tarta za kwaśna i wylądowała w koszu.
Sałatka jeszcze była niezła, ale ja lubię tylko świeżą, pierwszego dnia…
Zajdając ostatniego pieroga pocieszałam się myślą, że w nagrodę zrobię sobie kołduny w barszczu i jabłecznik.
Kołduny były mdławe, ale niezłe…
Za to jabłecznik…

Późną jesienią dostałam dwa kosze kwaśno-przekwaśnych jabłek od Kristiny. Pieczołowicie obrałam, starłam, podsmażyłam, zapakowałam w słoiki i zawekowałami,a co się nie zmieściło – w pudełka i zamroziłam.
Po czym wszystkie słoiki musiałam wyrzucić, bo mimo zassanych wieczek jabłka spleśniały. 
Ocaliłam jeden jedyny słoik, który hołubilam w lodówce na czarną godzinę.
Wczoraj uznałam, że godzina nadeszła.

Zrobiłam spód. Jabłek dałam sporo, bo lubię. Położyłam pianę żeby była beza i żeby złamać kwaśność jabłek. Wsadziłam do pieca. Dysząc żądzą i śliniąc się bardziej niż pies bokser odczekłam 30minut, które jak mi się wydawało, powinny wystarczyć. Nie wystarczyły. Odczekałam kolejne dziesięć.
Potem kolejne dziesięć na przestygnięcie.
Apetyt osiągnął poziom czerwony.
Odkroiłam spory kawał. Przez chwilę rozważałam ubicie śmietany, ale pomysł odrzuciłam jako zbyt czasochłonny.
Łyknęłam pierwszą łyżeczkę niemal parząc sobie przełyk. Potem drugą i trzecią. Przy czwartej coś mnie zastanowiło. Przy piątej walczyłam jak lew o resztkę nadziei. Szósta pozbawiła mnie złudzeń.
Mój jabłecznik smakował …ogórkami korniszonami Krakus.
Skąd wiem, że Krakus ?
Bo słoik i wieczko były po tym wyrobie. Słoik zapachu nie przechował, ale zakrętka jak widać ma lepszą pamięć.
Jeszcze się łudziłam, że jak wystygnie…

…Dziś rano jabłecznik podzielił los tarty.

 

Własnie rozmrażam lodówkę i gotuję ryż na ryż a la malta.

Proszę się nie śmiać. Ciężkie jest życie łakomczucha.

 

 

PS. godzina 17:45
Zamrażarka czysta.

Ryż wyszedł za słodki – chyba znak, że pora na odwyk…