Manie

Dawno podejrzewalam …

Dawno podejrzewalam siebie o odchylenia na miare detektywa Monka. Licze pierogi nim wrzuce jej do garnka, kopytka tez. Licze schody. Czytam absolutnie kazdy napis. Gwaltowne zmiany wywoluja we mnie paniczna chec krzyku. Rece myje coraz czesciej, nie tylko po skorzystaniu z toalety. I zaczynam sie bac wirusow. Po za tym mam rozliczne, skrztenie hodowane fobie.
Jedna z nich jest kolor.
Jak mi cos padnie to trzymam sie jednego koloru.

Tak bylo z urzadzaniem mieszkania po pozarze. Wylacznie protest TegoMojego uchronil mieszkanie przed zielona zaraza. Kuchnia sie nie ustrzegla i wszysko w niej, co podlegalo wylacznie mojemu wyborowi, jest zielone. Przysiegam – to sie stalo samo, bez udzialu woli. Szklanki w zielony wzorek, zielona obieraczka do warzyw, zielony obrus, kwiatkowe zaslonki podwiazane zielona wstazka no i naturalnie zielona tapeta…
Ktoregos wieczoru tak sobie siedzialam na ulubionym miejscu w tejze kuchni i mnie uderzyla jednolitosc barw. Sila rozpedu, na wyprzedazy kupilam jeszcze zielone chinosy i zielona bluze z kapturem.
Postanowilam cos zmienic. Nastawiac sie przyjaznie do innych barw.
Kuchnia juz jest urzadzona. W pokojach pola do popisu poki co nie ma – czekamy na tapetowanie i na razie wstrzymujemy sie z wyborem.
Tymczasem zrodzila sie potrzeba kupienia nowego plecaka. Kupilam, okazyjnie na wyprzedazy, wiec wybor kolorow byl taki sobie : wyszrzaly niebieski i zywy czerwony. Wzielam czerwony.
Miesiac potem, akurat jak postanowialm, ze trzeba sie zaczac ruszac trafilam na wyprzedaz trampek w sklepie. Byly tanie to wzielam. Byly tylko czerwone. Czerwona kurtke od deszczu mam jeszcze z ubieglego sezonu, bedzie ok. 
Kilka dni temu, kiedy sklep wreczyl mi kolejna karte rabatowa a osrodek zdrowia uszczesliwil mnie specjalna ksiazeczka zrodzila sie potrzeba zakupu nieco wieszkszego portfela. Korzystajac z wolnej srody, rankiem wybrala sie wiec na poszukiwanie portfela. Mial byc wiekszy od starego, niezbyt drogi, ale zeby mi sie miescil w malej torebce. Torebke tez wzielam. W jedynym sklepie, gdzie portfele NIE kosztowaly tyle co cyganska matka, mialam wybor miedzy czarnym a…czerwonym. No to wiadomo, ze to zaden wybor. Sklep sprzedaje takze odziez i gdy przechodzilam lustro blysnelo jakos …ostrzegajaco. Spojrzalam.
Czerwone buty, czerwona kurtka, czerwona torebeczka a w dloni, swiezo nabyty czerwony portfel.
Uf.sapnelam. Znow przegielam z kolorem.
Wiec jakim cudem przynioslam do domu jeszcze czerowna suszarke do wlosow? Nie wiem. Ale potrzebowalam jeszcze telefonu. Stara, czerwono-biala Nokia skonczyla 6 albo i 7 lat. A w miescie akurat otwarto nowe centrum handlowe, wiec niektore rzeczy mialy atrakcyjniesze ceny. Tak jak moj nowy telefon.
Mialam nie kupowac Nokii wiecej. Bo droga, niezawodna to fakt, ale jednak za te sama cene mozna kupic cos lepszego innej firmy. Tak mowia i ja w to uwierzylam. Naprawde mialam zamiar kupic cos innego, milam swoj typ.
Niech mi kto powie jakim cudem do domu wrocilam z Nokia ?  Czerwona.
 

Szukanie pracy

<p …

Szukanie pracy to nie jest łatwe zajęcie dla kogoś, kto jak
dotąd nie musiał specjalnie tego robić, kogo właściwie to praca znajdowała.

Napisać CV, nawet w obcym języku, to nie jest specjalna filozofia, choć
oczywiście CV w Polsce ma nieco inne prawa niż CV w Szwecji.
Napisać list motywacyjny to już inna historia. Pisząc list motywacyjny musimy
pamiętać bowiem, że to jest to, co zastępuje naszą osobista prezentację. W
Szwecji składanie podań o pracę odbywa się najczęściej drogą internetową lub
pocztową. Bardzo rzadko  robi się to
osobiście. I w tej sytuacji nie ma innego wyjścia jak napisać taki list, który
zwróci na nas uwagę. Wiadomo, że każdy, kto aplikuje na pewne stanowisko
posiada odpowiednie kwalifikacje i staż pracy, więc tym raczej trudno
zaciekawić potencjalnego pracodawcę. No chyba, że ktoś jest geniuszem i w wieku
25 lat ma doktorat z ekonomii i 15 lat stażu pracy…
Zdjęcie może pomóc, szczególnie jak się dobrze wygląda i ma dobrego fotografa,
inaczej lepiej sobie darować. Zdjęcia na szczęście nie są obowiązkowe. List
motywacyjny jako urzędowy, oficjalny dokument powinien być pozbawiony rameczek,
zawijasków i innych ClipArtów, no chyba, że ubiegamy się o stanowisko artysty.
Więc jakie narzędzie do zwrócenia uwagi nam zostaje ? Treść. Li i jedynie.
Treść ma pobudzić zainteresowanie pracodawcy, ma sprawić, że wydasz się
kandydatem stworzonym na to stanowisko i wartym by go poznać. Treść ma być
niezbyt długa, ma pokazywać nas samych, a jednocześnie odpowiadać na kilka
pytań „Dlaczego chcę tu pracować ? „ 
„Co dobrego wyniknie z zatrudnienia mnie dla pracodawcy”.
Odpowiedzieć na te pytania wcale nie jest łatwo.
Więc siedzisz człowieku nad tym nieszczęsnym listem, głowisz się i głowisz.
Piszesz, skreślasz, poprawiasz, przywracasz, odwracasz. Jeśli piszesz we
własnym języku. Gorzej jak musisz pisać w języku, który może nie jest dla
ciebie całkiem obcy ale nie władasz nim tak samo sprawnie jak ojczystym.
Słowniki, google-translate, telefony do przyjaciela, word-sprawdzanie tekstu.
Wreszcie – jest. Dumna z siebie oddychasz z ulgą. A wtedy koleżanka z biurka
obok, rodowita Szwedka zagląda ci przez ramię, pytając grzecznie czy może,
zahacza wzrok o pierwsze zdanie i cichutko szepcze, że to dziwnie brzmi, czy
może dać ci małą radę, bo to by lepiej brzmiało, gdybyś napisała…
Z wdzięcznością przyjmujesz pomoc, w efekcie której każde, wycyzelowane przez
ciebie zdanie poddane jest rozmaitym przeróbkom i to, co wydawało ci się
kwestią chwili staje kilkugodzinną pracą. Zmęczona, skonfundowana, zbita z
pantałyku, odarta z językowej pewności siebie, wreszcie otrzymujesz swój list
na powrót i widzisz, że tak teraz brzmi dużo lepiej jednocześnie zachowując to,
co chciałaś wyrazić.
Jeśli masz to szczęście i masz pod rękę coacha idziesz z tym listem do niego,
ale dopiero następnego dnia, i prosisz żeby rzucił okiem. Pół dnia później
nieśmiało pytasz czy już. Już, zaprasza cię do biurka, wyciąga twój
list…pokreślony w różne strony. Coach nie jest tubylcem, ale mimo twardego
akcentu, językiem włada bardzo dobrze. Jednak – czy na pewno jego szwedzki jest
lepszy od szwedzkiego koleżanki, która w dodatku zarabiała na chleb pisząc
slogany reklamowe ? Myślisz sobie kawałkiem mózgu. Reszta skupia się na
zrozumieniu rad i zapamiętaniu słów napisanych niewyraźnie.
Wracasz do biurka. Po raz kolejny przerabiasz list. Koniec kropka – więcej go
pokazywać nie będziesz, i tak strawiłaś nad nim prawie tydzień. Wysyłasz. A
potem czekasz. I czekasz. I czekasz. I…
Dobrze jak po jakimś czasie dostaniesz odpowiedź „wybraliśmy kogoś innego”. Ale
zwykle nie dostajesz. Mozolnie piszesz kolejny list i kolejny i kolejny, przy
każdym przechodząc podobną ścieżkę.
Aż wreszcie w czasie przerwy śniadaniowej słyszysz opowieść jugosłowiańskiej
koleżanki, której ktoś doradzał zmianę imienia i nazwiska, bo podania sygnowane
obco brzmiącym nazwiskiem najczęściej nie są nawet czytane. Inna koleżanka,
Szwedka, której mątaż pracował przy werbowaniu pracowników potwierdza tę tezę.
Ale na koniec dodaje anegdotkę.
Jej mąż odczytał podanie niejakiego Ahrama Ibrahimovica (imię i nazwisko
fikcyjne) i zdecydował się zaprosić do jednak na rozmowę. W oznaczony dzień, w
oznaczonej godzinie wyszedł do hollu i zaczął się rozglądać, który z kręcących
się tam ludzi mógłby być owym Ahramem. Ale nie było nikogo ciemnoskórego,
ciemnowłosego, ciemnookiego. Stał tam jak słupek dłuższą chwilę, aż ktoś
popukał go w ramię. Odwrócił się. Przed nim stał doskonale skandynawski
osobnik, jasnowłosy i jasnooki,  który
odezwał się doskonałą, najczystszą szwedczyzną:
– Czyżbyś szukał jakiegoś Nigra ?   

Zakupy w Szwecji

metoda "na …

metoda "na cudzoziemca":
W pierwszym sklepie dowiadujesz się jak pożądana rzecz nazywa się w języku tubylczym.
W drugim – jak ta rzecz wygląda.
W trzecim – dokonujesz zakupu.

Jakbyś nie wiedział jak tego użyć idź do sklepu czwartego.


Wielkanoc

To przedwiośnie daje mi …

To przedwiośnie daje mi w kość jak chyba jeszcze żadne. Zdrowotnie, mam na myśli. Czasem się czuję jak stara babcia co to każde spotkanie zaczyna od listy gdzie ją boli i jak ją boli.
Kiedy wczoraj, na spacerze odkryłam, że po raz kolejny nie mogę swobodnie ruszać głową, a po dziesięciu minutach nogi odmawiały mi współpracy doszłam do wniosku, że powinnam popracować nad kondycją. Nie, nie nad jej poprawieniem. Powinnam popracować by nabrać jakiej takiej sprawności fizycznej. Bo teraz zaczynam być jak kaleka. A przecież, teoretycznie przynajmniej – kręgosłup mam zdrowy, serce też, więc nie ma powodu by unikać np. wchodzenia po schodach.
Tylko jak to zrobić ?
Ja wiem – najprościej znaleźć jakiś fitness, wykupić czas u instruktora a potem skrupulatnie wypełniać zadane ćwiczenia. Ale…szukam wymówek, że mnie nie stać, bo mam jakieś opory. 
Kopię więc w internecie. Macie może jakieś podpowiedzi ?

Wielkanoc upływa nam leniwie – na zabawie z Zuzią. Kopiemy piłkę, ganiamy piłkę, odbijamy balony, oglądamy bajki, gilgoczemy się, głaszczemy Kocia (bardzo ostrożnie i z namaszczeniem), bawimy się w chowanego i straszonego…i nie wiem co jeszcze.
Maluchowi dziób się nie zamyka, ale nadal mówi po swojemu oraz zwierzęcemu. Przy pomocy piosenki o starym McDonaldzie ćwiczymy mowę krowią. Na razie wychodzi "wuw" ale pracujemy nad tym.
A po za tym to już nic.
No może jeszcze tylko o porannym śnie o tym, że pracowałam w szwedzkim biurze rachunkowym.To uczucie, gdy otwierałam drzwi biura i szłam do własnego biurka…
Czas zacząć roznosić podania.

Nie, żebym się chwaliła…

ale znów był błąd w …

ale znów był błąd w zadaniu. Zadanie prócz mnie robiło jeszcze ze 4 osoby, nie licząc tych, którzy dotychczas kurs robili, i nikt nie zgłosił zastrzeżeń do podanej w zadaniu formuły na obliczenie dniówki urlopowej. A mnie jednej się nie spodobało. No i moje wywody może nie były zbyt przekonywające, ale obliczenia na kalkulatorze już mówiły same za siebie. W proponowanym sposobie obliczania pracownik mający 9 dni urlopu i pracownik mający 25 dni urlopu w sumie dostaliby tę samą płacę. Zapanowała ogólna konsternacja, także wśród kadry. Cyfry ich przekonały.
A ta, co miałam poczucie, że mnie ignoruje sama z siebie się do mnie odezwała przy wyjściu. Heh…Nie po raz kolejny spotykam się z poglądem, że jak mówisz niedoskonale to znaczy, że jesteś głupi. Może ja i wariatka jestem, ale nie idiotka.

A jeszcze przez telefon udało mi się aktywować jedną usługę bankową. 
…kurde, żebym jeszcze tak sprawnie codzienne rozmówki łapała.

I anemony przyfrunęły do mnie i stoją teraz na oknie kuchennym i oko cieszą.
Miło się tydzień zaczyna. 

Taki czas…wiosenno-letni

Nie wiem jakim trzeba …

Nie wiem jakim trzeba być zwyrodniałym sadystą, żeby wymyślić przestawianie zegarków. Wielu próbowało, ale żadnemu jeszcze człowiekowi nie udało się wskazać realnych, ekonomicznych korzyści z faktu iż cała znana mi ludzkość chodzi nieprzytomna przez pierwszą część dnia przez kilka tygodni od zmiany czasu.
Dla mnie ta zmiana to koszmar jakiś.
Rano nie wiem jak się nazywam, raczę się kawą, lecę na kurs, na którym NIE ZASYPIAM podczas wykładu tylko dlatego, że przezornie wstaję, a prowadząca znając moją reakcję na pomieszczenie bez okna tonące w półmroku profilaktycznie robi wykład w normalnej sali. Z oknem, dziennym światłem i świeższym powietrzem. Ale i tak ziewam rozdzierająco, aż mi wstyd, ale nie mogę się powstrzymać.
Raczę się po kolei herbatą czarną, herbatą zieloną, wodą, znowu kawą i jakoś docieram do końca. W domu, słaniając się i omijając wzrokiem sypialnię, staram się ogarnąć  bałagan i gary wyłażące ze zlewu. Znów raczę się herbatą albo colą, bo po francy -influency jaka męczyła nas w ubiegłym tygodniu colę mam na tak zwanym podorędziu. Jakież to jednak musi być paskudztwo swoją drogą, skoro pomaga na magsjuka, zarazę na dźwięk imienia której bledną i uciekają z krzykiem nawet najwięksi twardziele. Wyśmiewałam się ze szwedzkiej hipochondrii, w influencę nie wierzyłam. Teraz już wierzę i przysięgam już nigdy z tej ich magsjuka śmiać się nie będę. A podobno mieliśmy dość łagodną odmianę bo męczyło nas tylko jeden dzień. Niektórzy ponoć cierpią i dni trzy, czego sobie nie wyobrażam.
No więc się snuję po domu, za główny cel stawiając sobie "nie zasnąć" i czekam, kiedy pora będzie sprzyjająca by już jednak zasnąć.
Umieszczam się w kuchni, bo gdzieżby indziej ? Okno kuchenne za nim balkon, pod nim stół, wszystko tonie w popołudniowym słońcu. Drzwi balkonowe otwarte na oścież wpuszczają hałas miejski, głosy przechodzących ludzi, krzyk ptaków. To mnie nieco przywraca do przytomności, choć od krzesła bolą plecy, ale nie pójdę do pokoju, ani do sypialni, o nie. Okna są na północ, a teraz na dodatek gustownie przysłonięto je błękitną siatką rozpostartą na rusztowaniach ustawianych od zeszłego tygodnia. Bo elewacja w remoncie. Panowie robotnicy, których o ósmej jeszcze nie ma a o 15,30 już ich nie ma, pracują w tempie, które każe mi podejrzewać, że z balkonem w nadchodzące lato mogę się pożegnać. Więc cieszę się balkonem teraz, na zapas i nie na zapas tylko tu i teraz bo aura taka, że klękajcie narody. Dużo lat na tym świecie żyję, ale czerwca w marcu nie pamiętam. Malkontenci jęczą, że za to pewnie w lipcu będzie październik, ale nie wierzymy w to na wszelki wypadek.
Więc słaniając się siedzę na krzesełku, czekam magicznej godziny siódmej, bo wtedy już słońce się chowa na amen, zmierzch zapada i można wreszcie, uprzednie ubrawszy się w piżamę, zalegnąć na łóżku, w żółtym świetle NIE-ekologicznych lampek, oddać się lekturze jednej z trzech, aktualnie czytanych książek. I żeby samochwalstwu dać zadość powiem, że każda z tych książek jest w innym języku. Tu wrodzona szczerość każe mi dodać, że angielska jest w formie "latt" czyli łatwiejszej, a szwedzką znam po polsku.
Ale póki zalegnę dogorywam na krzesełku, uchem łowię dźwieki telewizora z jednego pokoju, przekleństwa i wykrzykniki z drugiego (Yankie gra z kolegami) oraz kocie pogaduszki zza pleców, z otwartego balkonu. Kocio na balkonie, Rasmus pod balkonem i nawijają do siebie. Kocia głos jest wysoki i piskliwy. Rasmus brzmi niżej, ale jakoś tak bardziej jęcząco.
Czas sobie płynie, senność odpływa wreszcie, za chwilę będę mogła iść do łóżka, tylko…po co ? Żeby wreszcie pozbywszy się senności walczyć o to by zasnąć  do późnych godzin nocnych ? A potem znów o 6.30, wciskając czerwony klawisz żeby wyciszyć telefoniczny budzik, z nienawiścią będę myślała, że nie wiem jakim trzeba być zwyrodniałym sadystą, żeby wymyślić przestawianie zegarków.

Jekyll & Hyde -wersja prowincjonalna

Mam w sobie coś z …

Mam w sobie coś z niedźwiedzia.
…albo innego tego typu zwierzątka.
Gdy zaczynają spadać liście z drzew, otoczenie szarzeje, a dzień staje się wciąż krótszy i krótszy, zapadam w stan hibernacji. Moje funkcje życiowe zwalniają i właściwie służą tylko jednemu – by przetrwać. Zamierają moje kontakty towarzyskie, zamiera moja chęć do życia, zamiera w ogóle moje życie. Nie żyję – egzystuję. 
Ale niech no tylko dzień zacznie się wydłużać, niech no tylko poranki zaczną wstawać jasne, by nie powiedzieć słoneczne. Niech zaczną brzęczeć ptaki a przebiśniegi i krokusy zaczną wystawiać swe ciekawskie nosy spod ziemi…
Zaczynam coraz bardziej niecierpliwie rozglądać się wokół, szukać okazji do wyrwania się z domu, choćby tylko parę kilometrów za miasto, choćby tylko na godzinkę. Spanie do dziesiątej ? Ale gdzie tam! Po nawet niezbyt przespanej nocy podrywa mnie o najpóźniej o ósmej, szarpie, tarmosi, odwraca uwagę od wszystkiego chęć by gdzieś iść, coś robić, zobaczyć coś, czego jeszcze nie widziałam, spotkać ludzi wreszcie. Żyję i mam na to chęć. Żyję i cieszy mnie to. Żyję i chcę taka zostać. 
I właśnie dziś taki dzień, że nie, nie, za żadne skarby świata nie zostanę dłużej w tym samym miejscu.
Że co, że wieje ? Tu zawsze wieje.
Że temperatura niska ? I wilgoć duża, więc będzie przenikliwie ? To będzie.
Że słońca nie ma i zdjęcia będą takie sobie ? To będą.
I nie, nie. Nie chcę słuchać, że w piwnicy nie ma się gdzie ruszyć. I że pranie czeka. I obiad jakiś, no dokończyć wiosenne poduszki by się zdało.
Nie chcę tego słuchać. Nie chcę tego wiedzieć. Chcę na wycieczkę. Wycieczkę. WY-CIECZ-KĘ. CHCĘ.
Niechże ten śpioch, mój mąż już wstanie.

Fakt czy zludzenie ?

Co najmniej jedna …

Co najmniej jedna osoba na kursie unika kontaktu ze mna…zeby nie powiedziec – ignoruje mnie.
Czym sie zasluzylam, nie wiem.
Czy moj jezyk jest nieco kulawy ? No jest.
Czy gadam za duzo ? Czasem.
Czy nie rozumiem co do mnie mowia? Tez czasem, a czasem czesciej.
A jednak jakos z innymi mam kontakt. Choc nie taki ja bym chciala.

Przykro mi.
A nie mam w sobie odwagi ( czy bezczelnosci?) by spytac wprost.
Przezyje, to pewne. Tylko to tak podkopuje wiare w siebie.
To, ze jestem w tej chwili jedna z nadluzej uczacych sie, a nikt u mnie zadan nie sprawdza.
To nie urazona ambicja. Nie tylko.
Moze brzmie jak uposledzona i ludzie mylnie zakladaja, ze taka jestem ?
I jak w tej sytuacji odwazyc sie na skladanie podania gdziekolwiek ? A jeszcze bardziej w pracy administracyjnej? 
A jeszcze wpiatek, na konsultacji w sprawie interwiew, CV i listu motywacyjnego gosc mi powiedzial, ze moj jezyk jest jezykiem dwudziestolatka. Niby skad mam wiedziec jak brzmi jezyk osoby dojrzalej, po szwedzku ? To jasne, ze po 3 latach uzywam prostego jezyka. Ale pracodawce to nic nie obchodzi czy 3 czy 30 lat. On chce pracownika, ktory bedzie umial pracowac. Czy znajdzie sie desperat, ktory zatrudni kaleke ?

Ot. Takie sobie rozwazania pomiedzy zakonczeniem ksiag rachunkowych a wprowadzeniem do obliczania plac.