Na szybko

Z wiosna wzmaga sie …

Z wiosna wzmaga sie aktywnosc wszystkiego, wiec zagoniona jestem jak kon na westernie, nie mam czasu npisac ani o tym czym roznia sie koobiety roznych nacji, ani o moich dywagacjach na temat ewolucji jezyka a gender, ani o glupocie europejskich decydentow.
Melduje, ze swieta byly i minely. Nikt nie zostal poszkodowany. za dwa i pol dnia wyjezdzam do Polski na krotki urlopik, ktory tez bedzie galepem.
A potem jeszcze tylko ogarne najgorsze zaleglosci i moze znow bedzie spokojnie to moze wtedy napisze.
Wybaczcie zatem, ze nawet na mile komcie nie odpowiem.

 

Do zobaczenia

Przerwa na lunch

moge chwile …

moge chwile zbalamucic.
Sezon treningowy nabiera rozpedu. Co za tym idzie-dzieje sie i jest co robic.
To lubie -rzeklem-To lubie.
Pelle i Johny (Joni -wymawiaja Szwedzi, przez J)zwijaja sie jak w ukropie -maluja linie, nawoza, podlewaja jak sucho, stawiaja bramki i nie wiem co jeszcze, ale maja co robic. Nigdy nie pomyslalam, ze zielona murawa wymaga AZ TYLU! zabiegow. Trawa jak trawa, sama rosnie, bramki stoja..i tyle.

Co dziwne, po pierwszym okresie zalu i goryczy, znow czuje zwiazek z tym miesjcem co przeklada sie na chec do pracy! W kazdym innym miejscu gdzie zmierzalam do konca nie mialam zapalu do pracy. Tu mam. Zmiany osobowosciowe czy…

Zwyczajowo, o 12 Pelle i Johny jedza lunch. Ja wtedy zaczynam prace, ale wiadomo, ze kazdy urzednik najpierw pije kawe, wiec i ja sie nie wylamuje: biore kawe i przysiadam sie do chlopakow. Pogadujemy. Co trzeba zrobic, co zrobilismy. Troche zartujemy. Ot takie pogaduszki sluzbowo kolezenskie. Jak zwykle ja sie z czyms wyrywam, cos opowiadam, jakas smieszna anegdotke z cyklu „ach, ci dziwni Polacy” czyli wspomnienia z pracy ksiegowej w Polsce. Zaplatuje sie w brak slow lub pietrowe zdanie, Johny podpowiada, dyskretnie i cierpliwie, Pelle zartuje, pokpiwa ale bez zlosliwosci. 
Czasem mam poczucie, ze „malo casu, krucabomba, malo casu” i wtedy od razu siadam do biurka. Czasem sa „obcy” i wtedy sie chowam bo z obcymi to ja jeszcze slabo lubie gadac. Szczegolnie nie wiem jak sie zachowac jak wypytuja a czemu a skad, a czy lubie, a ile tu mieszkam i ze tak cudnie gadam…Odpowiadam, ale ma wyrzuty sumienia, ze ktos inny czeka az my sobie te pogawedke skonczymy.
Wczoraj juz z daleka zobaczylam na biurku stertke faktur, nieomylny znak obecnosci Annette w czasie weekendu. Wiec zasiadlam od razu do biurka …
Chlopaki przyszli jesc.
– Katarina chodz na kawe! – zawolal Pelle.
I wiecie co? Tak mi sie fajnie, milo zrobilo. 
A dzis. Dzis Pelle przeszedl siebie samego szwedzkiego. Dzis uzyczyl mi swego LOGINU zebym mogla sprawdzic czy u niego dziala jedna funkcja ktora u mnie nie dziala.
Moi drodzy. To w Polsce nikt nie chowa sie specjalnie z loginami i haslami. W Szwecji, gdy kolega loguje sie do czegokolwiek oddalmy sie albo przynajmniej odwracamy glowe! I nie ma znaczenia czy to prywatna poczta czy konto bankowe. Loginami nie dzielimy sie! A jednak…

No i jak ma mi nie byc zal, co?

A wczoraj wieczorem poszlam na taki dziwny trening 24fitclub -sponsorowany przez Herbalife. Trening gratis, koktail po treningu 30kr. Godzinka lekkiej gimnastyki z milymi pogawedkami. 
Swieze powietrze w bonusie bo przeciez wiosna wiec cwiczymy na podworku. To nic ze o godzinie 19 temperatura wynosi +7 stopni ( w porywach). Ruch rozgrzewa, zimno motywuje, zeby sie bardzije starac. 
Fajnie bylo. bede chodzic poki lenistwo nie wygra.
I znowu refleksje: jak wiele dal mi ten rok u pilkarzy. Johny poprawia, podpowiada poprawne zwroty od dawna. Moj jezyk robi sie coraz pewniejszy. Nawiazuje kontakty spoleczne! Wreszcie, po 5 latach! Moze w koncu wroce do starych zwyczajow – spotkania z kolezankami, wspolne wyjscia do kina czy na kawe. Moze wreszcie spotkam swoja bratnie, choc szwedzka dusze? 
Na razie tak naprawde to ta bratnia dusza jest Johny. On ma wyklsztalcenie tylko podstawowe (w latach 70-tych rynek pracy w Szwecji wchlanial kazda sile robocza bo stan bezrobocia byl na minusie!) ale podziwiam jak wiele wie o najblizej otaczajacym go swiecie. Zna nazwy chyba wszystkich drzew, ptakow, kwiatow! Zna tez dobre zespoly muzyczne, szczegolnie amerykanskie, szczegolnie rockowe z lat 60-, 70-, 80-tych. Mamy o czym rozmawiac.   

Zlosc mi odeszla. Lepiej jakos. 
Licze dni do wyjazdu do Polski. 
Jeszcze 17.
Bede w Olsztynie i w okolicach jakby co…Ze zacytuje mojego starego kolege Krzysia:” mam pol litra oczekuje propozycji…” 

 

Przed wyjściem

…O Boże!
Żeby…

…O Boże!
Żeby mi się choć w połowie chciało tak jak mi się nie chce!
Ale słowo się rzekło – choć(tak!) cielę do obórki.

No to idę. Ale żebyście wiedzieli: to nie jest mój najlepszy dzień.
I ludzie mi nie sprzyjają.
Rano nazwano mnie kärring (baba, stara baba).
Oraz koleżanka Monika wyraziła swoje uznanie ku mojej osobie słowami nadzwyczaj delikatnymi.
No za matkę, w tym wieku to bym cię nie chciała mieć.
Więc się nie zdziwię jak powita mnie mur milczenia i spojrzenia innych klubowiczów po sobie nawzajem. Oraz, że nie załapię o czy mowa.

Ale idę! Ide, żeby nie było…

Zespoly napiec

Nienawidze …

Nienawidze informatykow!
Zwlaszcza tych zajmujacych sie programami na ktorych wykonuje swoje obowiazki sluzbowe.
Nie rozumiem, naprawde nie umiem zrozumiec, dlaczego zawsze, po kazdej aktualizacji cos nie dziala. teraz zrobilo sie cudnie bo program w ogole przestal odpowiadac. Bez programu jestem bezrobotna i rownie dobrze moge isc do domu…
Wrrrr…

Inna rzecz, ze dzis mnie jakos drazni mocniej zlosliwosc rzeczy niozywionych. Rzeczy zywe, w postaci moich kolegow oddalily sie do swych zadan, wiec unikam dotakowych zrodel irytacji. 
Nie lubie siebie takiej, napietej, spietej, pozbawionej cierpliwosci nawet w szczatkowej formie. 
Co jest?
PMS? To mozliwe. 
Bardziej mozliwe, ze stresuje mnie czwartek. 
Jeszcze wczoraj bylam przekonana, ze to fantastyczny pomysl, by wstapic do miejscowego klubu fotograficznego. Kontakt z innymi ludxmi o podobnych zainteresowaniach moze byc inspierujacy, prawa? Okazja do zawarcia zwiazkow kolezenskich, do opanawania kolejnej grupy slow, do pocwiczenia szwedzkiego w ogole. Oraz wpis w CV, ze sie udzielam spolecznie. W bonusie mozliwosc nauczenia sie czegos wiecej o fotografowaniu…
Tak, wczoraj jak dostalam maila z odpowiedza, ze tak, jak najbardziej, bylam pelna entuzjazmu.
Dzis mysle. Eeeee, co mnie oni naucza, widzialam ich zdjecia na stronie, poza nielicznymi, zwykle pstrykadla, jak moje…Eeee, czy ja w ogle mam chcec, zostawiac ksiazke albo serial isc pomiedzy obcych, wysilac sie, usmiechac, robic dobre wrazenie…Nie chce mi sie!

Pod tym siedzi obawa. Wysmieja moj jezyk, wysmieja moj sprzet, mnie sama i nie wiem co jeszcze. Bo to beda OBCY. Sami obcy. Ani jednego nie znam, w dodatku w znaczej pprzewadze – faceci.  
Mozliwe, ze to jest tak naprawde powodem dla ktorego czuje jak obrecz na glowie mi sie zaciska a para pod dekielkiem prawie rozsadza zaworki.

Nigdy, cholera, nigdy tego nie opanuje, cokolwiek i ktokolwiek by mi nie mowiono!

 

Wiatr hula na Esplanaden

Byłby to fajny tytuł …

Byłby to fajny tytuł powieści beletrystycznej opowiadającej perypetie cudzoziemki, która wreszcie w Szwecji odnajduje spokój, pracę, miłość i bezpieczeństwo. Hough. Nie ja ją napiszę. Ja się piszę na inną opowieść i to prawdziwą. O Polce, której marzenia spełniają się jakoś tak przewrotnie. Cały blog jest tym.
Ale faktem jest, że wiatr hula na Esplanaden. To taka główna ulica przecinająca Nowe Miasto. Bardzo ruchliwa, a w pobliżu centrum odznaczona nawet światłami, taka jest ważna! Do rzeki ulica nazywa się Esplaneden, za rzeką, na Starym Mieście, zmienia nazwę na Wennersbergsvägen. Tam wieje jeszcze mocniej, a temperatura jest zwykle niższa.
Wiatr hula po równinie Skaraborg.
Wiatr hula po całej Szwecji.
Kasia spod Helsingborga melduje, że wieje wciąż, mało łba nie urwie. No to tak jak u nas.
A ponieważ wiosna jest wcześniej niż zwykle to znowu na raz pyli to, co zazwyczaj robi to stopniowo. Bazie na wierzbach i strączki na brzozach. Trawy i nie wiem co jeszcze.
Bawię się z alergią w ciuciubabkę. Jeden dzień biorę końską dawkę cetyryzyny, dokładam jeszcze do tego loratydynę i dzięki temu oczy nie pieką, z nosa nie kapie, w gardle nie drapie. Za to zasypiam na stojąco, chodząco, siedząco. Następnego dnia zmniejszam nieco dawkę. Senność odchodzi w siną dal, wracają inne przyjemności.
Powinnam wytrwać przy zwiększonej dawce dłużej, wtedy organizm się przyzwyczai i senność zniknie. Ale. Mam ważne rzeczy do zrobienia. Nie mogę ich robić na pół śpiąc.
W pracy księgowanie płatności właśnie teraz napływających szeroką falą. W życiu – jazda na mopedzie o 16 na przykład. Albo redagowanie podań o pracę.
Tak, wysyłam. To znaczy – wysłałam 4 podania. Bo na razie więcej ofert pasujących do mnie nie ma. Byłam na spotkaniu u Rysia czyli Rickarda, mojego opiekuna w biurze pracy, za którego to sprawą trafiłam do Piłkarzy. Ryś rozłożył bezradnie ręce. Nie można nic zrobić. Nie można dłużej wspierać mojego zatrudnienia w związku. Ustaliłam z nim co dalej. Poprosiłam o wgląd w moje podania bo gadanie to jedno, ale w takich ważnych pismach wolałabym nie mieć błędów gramatycznych. A miewam, niestety. Chyba jestem mało inteligentna, bo nawet znając reguły nie umiem ich zastosować. Uff! Napisałam to!
Ryś uspokaja, że zaraz powinno pojawić się więcej ofert bo na wiosnę zwykle tak jest. 
Mam cichą nadzieję, że podeśle mi od czasu do czasu anons, którego pracodawca nie chciał umieszczać na tablicy ogólnodostępnej. Są takie, wiem to. Trafiają bezpośrednio do Biura Pracy i opiekunów i to ci ostatni dają je swoim wybranym podopiecznym. W ten sposób konkurencja o stanowisko jest dużo mniejsza. Rzadko to bywa, ale bywa.
Niestety mój Rysiek idzie na urlop rodzicielski latem. I nie będzie dłużej moim opiekunem. Szkoda, bo widzę, że facet działa szybko i wie co robi. No nic, przyjdzie oczarować kolejnego. Oby to był facet, bo jakoś wtedy łatwiej mi idzie.
 Kiedy spada na mnie panika co będzie – bo zaczyna mi się kilka spraw piętrzyć do których praca dająca środki płatnicze jest konieczna, wtedy skupiam się na jasnych stronach. Mam staż pracy w Szwecji, na stanowisku administracyjno – księgowym. Dałam radę! Co prawda, nie udowodniłam sobie tego ( środowisko pracy mogło być nadzwyczaj sprzyjające <  ten mój ciągły brak wiary w siebie>) ale pracodawcę powinno to przekonać. Będę miała referencje. Bardzo dobre referencje od kobiety, które jest szefem ekonomicznym jednego z działów w gminie. Do tego wciąż sprzątam, więc udowadniam, że jestem pracowita. Duktig! – jak zachwycił się Rysiek usłyszawszy o tym w piątek. (Poznałam przy okazji kolejny niuans słowa duktig. Moje ulubione słowo szwedzkie.) 
To o wiele lepsza pozycja niż rok temu.
Po cichu, sama ze sobą, ustaliłam, że nie panikujemy do końca czerwca. Ta det lugn. Weź się uspokój. Spokojnie. 
No to spokojnie. Delektuję się wiosną, choć wietrzna. Słucham rano ptaków, oglądam coraz wyższe i coraz bardziej zielone kępy traw, wysyp podbiału w rowie koło boisk, coraz większe, włochate pąki na magnoliach. Pytam przyjaciół czy odwiedzą mnie latem. Zastanawiam się czy ja pojadę do Polski, do widoków, do których rwie mi się serce.
No i cieszę, nieustająco, Zozolkiem.
Wczoraj rano robiłyśmy gofry.
– Mąka
– Mąka – odpowiadało mi moje echo.
– Jajka
– Jajka
– A co to jest ?
– Mjölko! – pomieszał dzieciak mjölk z mleśkiem.

Na balkonie posadziłam żółte bratki.  

Jest, juz jest! A buty przetestowane, wiec gotowa jestem na nowy sezon wloczegi

Deszczy. Jest cieplo,…

Deszczy. Jest cieplo, wilgotno, srebrzyscie. Wiosennie. Ziemia pachnie. Rano, o 5, gdy wychodze z domu jest jeszcze calkiem ciemno, ale w pogodne dni widac, ze niebo na wschodzie jasnieje. 
Wychodze, zaciagam sie swiezym powietrzem, cisza. Z pobliskiego parku dolatuja mnie pojedyncze, urywane ptasie swiergoty. To jest cos niesamowitego, bo zazwyczaj ptasie glosy albo brzmia horem albo nikna w odglosach miasta. Ten ranne glosy, pojedyncze, krotkie i urywane jakby ptaki swietrgotaly przez sen to absolutna niezwyklosc, ktora odkrylam kilka tygodni temu.
Wiosna. Co by nie mowic.
Wczoraj bylo slonecznie i wietrznie, ale wiatr byl cieply, poludniowo-zachodni. Odstawilismy Zuzie do mamy (Ale dziadku, dziadkuuuu, jesce ziapomniales mnie psytulic!) po 12. W domu czekala kapusta na golabki i sterta prania.
– Wisona jeszcze bedzie
– Wiosna nie ucieknie
– Za tydzien bedzie jej jeszcze wiecej  
Tak sie przekonywalismy nawzajem…a potem po prostu pojechalismy na Kinnekulle. Maz zmarzl w uszy, bo na gorze wialo mocniej niz na dole, ja bylam cwansza wzielam czapke, cienka, bo cienka, ale wzielam. Rece trzymajace aparat nie zmarzly.
Przy okazji przetestowalam nowe buty.
Poprzednie, kupione rok temu, polskiej firmy, niestety pekly na podeszwie. Obejrzalam setki stron. Wiedzialam czego chce: butow, ktore nie przypominalyby „adidasow” z wygladu, zeby byly trekkingowe ( a raczej hikkingowe) czyli dobrze trzymaly sie podloza i nie przemakaly. To co mnie sie podobalo, nie podobalo sie mojemu portfelowi, bo dobrobyt dobrobytem, ale prawie 2 tys koron za buty to wciaz nie moja polka. Nawet jesli wiem, ze buty posluza mi przez nastepne 6 lat tak jak to bylo z moimi Badurkami. 
Szukalam, patrzylam po polskich sklepach internetowych, szwedzkich oraz na amazonie. 
W koncu weszlam do sklepu, z glupia frant, ot tak zajrzec, bez nadziei, ze znajde cokolwiek innego niz adidasowaty, czarny Salomon.  Asics byly brazowe-bordowe. Ostatnia para, rozmiar pasowal, stopa (ta, co latem byla bardziej) wlozona do srodka wyraznie sie ucieszyla, cena byla przystepna. Wzielam, bo jakos nie mialam juz sily na dalsze szukanie. Niech mi ktos wytlumaczy: dlaczego meskich polbutow trekkingowych -hikkingowych jest wszedzie zatrzesienie a dla kobiet sa wylacznie modele glebokie za kostke?
Buty nie natarly, choc od razu zaczelam je uzytkowac normalnie. 
Wczoraj okazalo sie, ze swietnie trzymaja sie na sniegu, ktorego resztka lezala na Kinnekulle, nie przemakaja poki co (oczywiscie wczesniej spryskalam sprayem) oraz trzymaja stope na miejscu, tak, ze schodzac stromo w dol nie wbijam palcow w czubki. 
No to teraz juz tylko kwetsia wytrzymalosci. 

W pracy jest dziwnie. Chlopaki patrza na mnie z mieszanka obawy i wspolczucia. 
Christer, ktory sie dzis zjawil (to on wciaz obiecywal, ze bedzie dalej i wiecej) glupio pytal czy rozmawialam z Biurem Pracy. 
Nie, nie rozmawialam jeszcze i nie wiem czy to cokolwiek zmieni.
za to dostrzeglam kolejny pozytyw.
Teraz moge szukac pracy na caly etat, tak by moc rzucic sprzatanie. Praca u pilkarzy mnie przed tym powstrzymywala.

No i zaliczylam dzis szwedzkiego stomatologa, bo czas zajac sie uzebieniem, naprawic co nie co, co nie co wymienic. Dotad robilam to w Polsce, ale na dluzsza mete to bez sensu, bo jadac na tydzien czy dwa do Polski na urlop automatycznie uwiazuje sie do bycia tylko w Miasteczku i wizyt u dentysty. I zamiast wypoczynku mam ciagly stres, bo ja tego pokolenia, ktore sie boi dentysty bardziej niz czegokolwiek innego.

Zatoki juz prawie dobrze. Do nastepnego razu. 
O fryzjerze nie bede rozmawiac. Jak zwykle wszystko bylo dobrze do pierwszej nocy. Okazuje sie, ze nie tylko w zwiazku dwojga ludzi noc moze odslonic naga prawde.

Na koniec zarcik. Troche gorzki, troche a propos Ukrainy.
Murzyni twierdza, ze na poczatku wszyscy ludzie byli jednakowego koloru.Az przyszedl dzien, gdy Bog zapytal Kaina „Co zrobiles ze swoim bratem Ablem?” I wtedy Kain zbielal ze strachu.

 

 

Ten pociąg nie pojedzie jeśli ty w nim nie będziesz *

<span …

Mam taki sen, który śni mi się od lat. Sen o podróży. Zazwyczaj  śnię, że muszę gdzies zdążyć i okazuje się, że jade np. nie w tym kierunku w który powinnam, lub nie tym środkiem lokomcji. Czasem zdenerwowana biegam po peronie usiłujac znaleźć ten właściwy pociąg/autobus/samolot. Tak samoloty też od pewnego czasu istnieja w tych snach. Męczące są np. schody,często ruchome, po których trzeba zejść a które na końcu zmieniają się w płaskie tabliczki, które przesypują się na tablicach odjazdów i przyjazdów. Męczę sie w tych snach okropnie, stresuje jakby od tego czy pojade miał zalezec los całego świata.

Długo nie mogłam ustalic o co do licha chodzi z tymi snami, a był czas, że śniły mi się często. 
Aż przyszedł dzień, gdy musiałam podjąć ważną dla mnie decyzję zawodową. Zostać w biurze rachunkowym u Baśki czy pójść do innego biura, gdzie mnie też chciano. Z jednej strony kusiła zmiana, z drugiej coś powstrzymywało. Np. lojalność wobec osoby, która zaledwie pare miesięcy wcześniej przyjęła mnie do pracy pomimo bardzo szczerego wyznania, iż nie umiem kompletnie nic. Ta lojalnośc zdecydowała. Postanowiłam zostać, choć Baśka od początku obiecywała czarną i ciężka pracę i słowa dotrzymywała każdego dnia. Młoda byłam i pełna ideałów, tyle mam na swoje usprawiedliwienie.
W nocy po podjetej decyzji przysnił mi się sen o pdróży. Tym razem siedziałam we właściwym środku lokomocji i jechałam prosto do celu.
U Baśki zostałam na kolejnych kilka lat, w dupę dostałam równo i dokładnie tak, że odtąd żadnej pracy sie nie boję. Baśka została moja kultową szefową, o której często opowiadam, którą często cytuję, naśladuję i wspominam z głęboka wdzęcznością. Bo prócz tego, że dała mi dupę to wpoiła mi głębokie poczucie własnej wartości. 
Od tamtego czasu zawsze wiedziałam, że sny o podróży odnosza się do mojej pracy. Czasem śniłam je intesywnie, czasem wcale przez dłuższy okres. I zazwyczaj był to ten sam schemat.
Ale kilka tygodni temu przyśniło mi się coś innego. 
Nie zdążyłam. Autobus/pociąg/samolot odjechał beze mnie. Mimo, że biegałam, mimo, że sie starałam – nie wsiadłam. Zostałam na przystanku. O dziwo – świat się nie zawalił. Nie spadła bomba, nie poraził mnie pirun, nie zabiły mnie wyrzuty sumienia! Usiadłam na przystanku z przekonaniem, że zaraz nadjedzie kolejny transport, który zawiezie mnie do celu. 
Obudziłam się zdzwiona. 
Że jak to „nie zdązyłam”. Przecież w pracy wszystko dobrze. Nie planuję niczego nowego, jestem tu, gdzie chcę być i gdzie, czuję to, moja praca jest szanowana i doceniana. Co prawda umowa ma  się zaraz skończyć, ale przecież już rozmawiałam, wiem, że załatwiane jest przedłużenie jej, i że mam nie mysleć o bezrobociu.
Jakiś głupi sen, orzekłam.
We wtorek przyszła Annette. 
Po „kanon” i „kul” usłyszłam nowinę. 
Sen sie spełnił. Ten autobus dalej pojedzie beze mnie. Związek nie ma pieniędzy na płacenie mi pensji i opłat związanych z zatrudnieniem mnie. Dofinansowania z Biura Pracy już nie dostaną. Więc…Hej då, Katarina! Tyle, że potrzymaja mnie o trzy miesiące dłużej czyli do końca czerwca co jest logiczne, bo w tym czasie jest najwięcej roboty. 
Dwa dni czułam się ogłuszona. Wczoraj wieczorem przypomniał mi się mój sen.
Najpierw tylko ten autobus odjeżdżający bez mnie. Dziś rano przypomniało mi się to uczucie. Siedzę na przystanku bez śladu paniki. Przyjedzie inny autobus. Albo pociąg. Albo samolot. 
Przyjedzie. 
Myślom o tym, że być może trzeba będzie długo czekać mówię NIE. Wszelkim defetystycznym myślom mówie twarde NIE.

Miałam kupić sobie specjalną podkoszulkę, która gdy trzeba to chłodzi, a gdzy trzeba to grzeje. Zamiast tego kupiłam trzy bluzki, które będa dobrze wyglądały gdy pójdę na rozmowe kwalifikacyjną.  CECIL miał „halva rea priset”.
* Kult Lewe, lewe, loff loff
 

Przeżyliśmy

ale to co teraz …

ale to co teraz wiedziemy trudno nazwać życiem. Skupiamy się na oddychaniu. Li i jedynie. Dosłownie.
Zaraza sponiewierała nas srodze, praktycznie cały tydzień nie daliśmy rady wstać w łóżka. Mąż odgrywał twardziela, we wtorek poszedł do pracy, w środę też…żeby wrócić do domu o 9 rano…
Ja się we czwartek na siłę powlokłam do piłkarzy, pilna robota mnie pognała, ale skutki tej pracy będę poprawiać jutro.
Kaszlemy oboje rozdzierająco. Ja dodatkowo mam jeszcze katar. Taki bardziej zatokowy, jak to zwykle u mnie po katarze. Nie mówcie do mnie o pójściu do lekarza, bo umrę ze śmiechem i przy okazji czyniącego propozycję uśmiercę.
Szwedzi na katar z zatok znają jeden lek – spray z kortyzonem. Zapewniają, że jest skuteczny…po co najmniej trzech tygodniach ciągłego stosowania. (Na złożoną po raz kolejny propozycję skorzystania z tego specyfiku tylko dlatego nie wybucham śmiechem, że zaciskam zęby ze złości).  Jako alternatywę mam
– nabrać wody jedną dziurką a drugą wypuścić
– stosować wszelkie inne metody medycyny ludowej
– udać się do rumuńskiej szeptuchy ale ostatecznie może być i białostocka.
Wszystkie te metody są równie skuteczne.

Wynalazku ibuprom zatoki szwedzi jeszcze nie odkryli.
W związku z tym smarkam, ciągam nosem, charczę, kaszlę, walczę o oddech oraz zużywam kolejną paczkę Kleenexów. Dzięki Bogu, że Szwedzi mają choć Kleenexy! Chusteczki higieniczne tak miękkie,  że mimo stosowania ich od tygodnia jeszcze mam nos a nie krwawą ranę.
Czuję się permanentnie niedotleniona co skutkuje bólem głowy i notorycznym zmęczeniem. Pogoda po słonecznej zrobiła się mokra i nieprzyjemna.
Ale kiedyś to w końcu minie, prawda? Każdy katar, nawet najgęstszy kiedyś się kończy. Obym tylko po drodze nie wydmuchała mózgu …

Odezwę się jak będę miała siłę. Także do tych, którym wiszę jakiegoś maila…

Karate karatem a Melodifestivalen Melodifestivalen, o.

W piątek, wychodząc z…

W piątek, wychodząc z basenu, spotkałyśmy, Zuzia i ja, doktor Katarinę. Pozdrowiła mnie pierwsza, bo ja ze swoją wadą a la Brad Pitt* jak zawsze nie byłam pewna czy to ona. Spotkanie przypomniało mi, że wciąż mam nie załatwioną sprawę kociego ubezpieczenia. Kiedyśmy się chwilę później mijały na parkingu zagadnęłam zwyczajowym:
– Hur är det?  Jak tam?
– Bra! Hur mår Kocio? Lever han? Dobrze! Jak się ma Kocio? Żyje? – dialog przytaczam w oryginale nie, żeby szpanować znajomością obcego języka, ale żeby uświadomić, że doktor nazywa mojego kota jego POLSKIM imieniem.
Rozumiecie? Doktor który ma setki pacjentów, rozpoznaje właściciela, pamięta przypadłość pupila i jego obcojęzyczne imię. To ostatnie to naprawdę mistrzostwo świata, mówię wam.  Przypomniałam sobie, że kocham tego lekarza i gotowa jestem nawet ogon sobie przyprawić żeby mnie w razie czego leczyła, mając nadzieję jedynie, że nie będzie na mnie stosować końskiej kuracji.  
Swoją drogą całkiem niedawno naszła mnie refleksja w kontekście ogólnych narzekań na polskich lekarzy.
Przez 40 lat życia w Polsce spotkałam chyba tylko jednego lekarza, który olał mnie i moje dolegliwości.  W Szwecji, przez pięć lat spotkałam może dwóch lekarzy, którzy tego nie zrobili. Oboje byli cudzoziemcami w tym jeden to Polak.  Wnioski mam takie, że jakby co, biorę tyłek w troki i lecę do Polski. Bo może i brak im kultury, sprzętu i pieniędzy,  tym polskim lekarzom, ale nie brak im wiedzy oraz woli pomocy. Tak, tak, wiem, od każdej reguły są i chlubne i niechlubne wyjątki.
Zuzię w piątkowe popołudnie odebraliśmy od taty. Przy okazji rzucając okiem na tatową wybrankę. Nie bardzo dokładnie mogliśmy to zrobić, bo od progu zostaliśmy całkowicie zaanektowani przez Tymka. Latał pomiędzy nami dwojgiem, gadał, pokazywał , opowiadał, straszył, zjadał cukierki, którymi go obdarowaliśmy i meldował o smaku każdego z nich. Srebro, nie dzieciak. Zuzia, jak przybita tkwiła przy komputerze i oglądała bajki, siostra cioteczna, jej chrzestna, czesała jej włosy, i Zuzia nie zwracała uwagi na to co się dzieje.
O, mniej więcej wygląda to tak:

Mama srebrnego Tymka, moja imienniczka okazała się spokojną, normalną, otwartą dziewczyną.  Łatwo się nam rozmawiało…to znaczy wtedy jak nie zagłuszał nam dialogu jej synek. Nie, nie, nie, boże bron nie sądźcie, że dziecko jakoś źle wychowane, nie. Dziecko ma wszak swoje prawa.
Zuzia wreszcie oderwała się bajki, jednym rzutem oka ogarnęła sytuację, wyprysnęła zza stołu, przypadła do mnie, objęła za nogę i stwierdził dobitnie:
– To mój babi!
Tymek nie zrażony podbiegł do mojego męża…
Zuzia natychmiast znalazła się u dziadziu na rączkach. Złapała za szyję i z wysokości, pełna triumfu, wygłosiła komunikat o wartości zbliżonej do sławetnego „Bar wzięty!”
– To mój dzidziu!
Kurtyna. No comment.

Wczorajszy wieczór w z Litwinami. Pretekstem było opijanie zakończonego urządzania dużego pokoju. Oraz testowanie  nowego, żeliwnego gara.
Pokój nareszcie nie tonie w czerwieni. Wszystkie szafki stoją jak stać powinny. Na ścianach wiszą obrazki a nie kolejne zdjęcia Zuzi, o co toczyłam bój, bo co za dużo to nie zdrowo.  Zasłonki w kolorowe „ciafki” powieszone. Ciafki to ptaszki, słówko przetrwało w naszym słowniku od dzieciństwa Misi. Ciafki, głównie jaskółki,  mieszkały na strychu, wlatywały przez otwarte okienka i zasiadały na nieużywanych od dawna sznurach do suszenia bielizny. Mała Misia uwielbiała tam chodzić i na nie patrzeć. Misia urosła, wspólnota zabiła okna gwoździami, żeby ptaki na strychu na srały…
Heh. Pani prezes wspólnoty żyje i ma się dobrze. Ale w koalicji nastąpił jakiś rozłam podobno i panie się już razem nie trzymają. My wyjechaliśmy, po nas Misia, sąsiedzi spod dwójki wyprowadzili się do innego bloku (nie mogąc znieść ich rządów sprzedali mieszkanie i kupili inne, naprawdę!), pod szóstką chyba nikt nie mieszka. Nie ma wrogów, więc panie pogryzły siebie nawzajem.
Co nie znaczy, że absurdy dnia codziennego znikły, o nie. Ostatnia wichura zerwała umocowaną na dachu naszą, nieużywaną już, tubę od internetu. Tuba dyndała na kablu, i podobno stukała w okno sąsiadce z góry. Sąsiadka przyszła z awanturą do mojej matki, że jej zaraz okno wybije. Matka poszła do pani prezes wspólnoty, że trzeba to zdemontować, bo przecież nie używane, żeby klucz od wyjścia na dach uzyskać. Pani prezes odmówiła dostępu bo…PAPA NA DACHU SIĘ PODZIURAWI! Sąsiadkę z góry, która zgłosiła problem, że jej coś stuka w okno, Pani Prezes wysłała do mojej matki. Paranoja po prostu. Zdaje się, że syndrom Macierewicza zatacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej osób zachowuje się tak, jakby miało problem z oceną rzeczywistości. A jak mówiłam, że ludzie dzielą się na tych po terapii, na tych przed i na tych nie zdiagnozowanych, to mi nie wierzyli.

Tak więc wczoraj wieczorem zasiedliśmy wreszcie na czerwonej kanapie wespół w zespół z Litwinami. Gintas był jakoś mało rozmowny, zapytał czy oglądamy Melodifestivalen. Nie oglądamy, ale jak chce to możemy się jeden raz poświęcić. Nie protestowałam, bo nie dalej jak kilka godzin wcześniej myślałam, że muszę się zmusić do oglądania tego, bo inaczej naprawdę mam kłopot z nawiązywaniem rozmów ze Szwedami, z którymi pierwsze rozmowy wyglądają mniej więcej tak
– Cześć, nazywam się Sven
– A ja Kasia
– Gdzie pracujesz Kasia?
– Gdzieś tam.
– A Melodifestivalen oglądasz?
…No więc kurczę, trzeba.
Melodifestivalen to grunt i tradycja jak julskinka, Midsommarstång, Volvo i Ikea. Nie ma, że się nie lubi. Mus oglądać.
Jeżdżą po miastach, organizują koncerty na których mało lub więcej znani artyści walczą o prawo do wystąpienia na Eurowizji.  Za jakiś miesiąc koncert będzie w Mieście, czym żyją już wszyscy. ABBA też kilka razy walczyła na Melodifestivalen, by wreszcie z Waterloo pojechać na Eurowizję.
Poziom artystów taki sobie, rzekłabym. Naprawdę ciężko odróżnić jedna grupę od drugiej po muzyce. Jedna Sanna Nilsen ze swoim Undo zwróciła moją uwagę. Bo też dziewczyna ma głos. Nawet instrumenty towarzyszące ograniczone zostały do jedynie fortepianu.  Złośliwe zapewne, stwierdziłam, że to jedyna artsytka, której fałszowania i braków wokalnych  nie trzeba zagłuszać kakofonią dźwięków. 
Mąż i sąsiad zamilkli, wpatrywali się w ekran z natężeniem. Wreszcie Gintas, głaszcząc jak zwykle Reginę czule po głowie, przenosząc zakochany wzrok z niej na ekran telewizora orzekł:
– Piękna kobieta, co ma wszystko to co powinna…
Mąż przytaknął.
Nie protestowałam. Co się będę kłócić, jak im się podoba rozmiar 40+. Przynajmniej nie muszę mieć kompleksów.

A o 4:30 obudził mnie Kocio domagający się śniadania, bo nie ma że niedziela i zjeść można później. Oraz znany od miesiąca bół głowy, cholera jasna. Naprawdę trzeba iść do lekarza i udowodnić nie tylko, że mnie boli, ale i że warto mnie leczyć…

 

 

 

 

 

*tak jak on mam kłopot z rozpoznawaniem ludzkich twarzy, co lekarze od niedawna uznają, za jakiś rodzaj schorzenia.