Wiatr hula na Esplanaden

Byłby to fajny tytuł …

Byłby to fajny tytuł powieści beletrystycznej opowiadającej perypetie cudzoziemki, która wreszcie w Szwecji odnajduje spokój, pracę, miłość i bezpieczeństwo. Hough. Nie ja ją napiszę. Ja się piszę na inną opowieść i to prawdziwą. O Polce, której marzenia spełniają się jakoś tak przewrotnie. Cały blog jest tym.
Ale faktem jest, że wiatr hula na Esplanaden. To taka główna ulica przecinająca Nowe Miasto. Bardzo ruchliwa, a w pobliżu centrum odznaczona nawet światłami, taka jest ważna! Do rzeki ulica nazywa się Esplaneden, za rzeką, na Starym Mieście, zmienia nazwę na Wennersbergsvägen. Tam wieje jeszcze mocniej, a temperatura jest zwykle niższa.
Wiatr hula po równinie Skaraborg.
Wiatr hula po całej Szwecji.
Kasia spod Helsingborga melduje, że wieje wciąż, mało łba nie urwie. No to tak jak u nas.
A ponieważ wiosna jest wcześniej niż zwykle to znowu na raz pyli to, co zazwyczaj robi to stopniowo. Bazie na wierzbach i strączki na brzozach. Trawy i nie wiem co jeszcze.
Bawię się z alergią w ciuciubabkę. Jeden dzień biorę końską dawkę cetyryzyny, dokładam jeszcze do tego loratydynę i dzięki temu oczy nie pieką, z nosa nie kapie, w gardle nie drapie. Za to zasypiam na stojąco, chodząco, siedząco. Następnego dnia zmniejszam nieco dawkę. Senność odchodzi w siną dal, wracają inne przyjemności.
Powinnam wytrwać przy zwiększonej dawce dłużej, wtedy organizm się przyzwyczai i senność zniknie. Ale. Mam ważne rzeczy do zrobienia. Nie mogę ich robić na pół śpiąc.
W pracy księgowanie płatności właśnie teraz napływających szeroką falą. W życiu – jazda na mopedzie o 16 na przykład. Albo redagowanie podań o pracę.
Tak, wysyłam. To znaczy – wysłałam 4 podania. Bo na razie więcej ofert pasujących do mnie nie ma. Byłam na spotkaniu u Rysia czyli Rickarda, mojego opiekuna w biurze pracy, za którego to sprawą trafiłam do Piłkarzy. Ryś rozłożył bezradnie ręce. Nie można nic zrobić. Nie można dłużej wspierać mojego zatrudnienia w związku. Ustaliłam z nim co dalej. Poprosiłam o wgląd w moje podania bo gadanie to jedno, ale w takich ważnych pismach wolałabym nie mieć błędów gramatycznych. A miewam, niestety. Chyba jestem mało inteligentna, bo nawet znając reguły nie umiem ich zastosować. Uff! Napisałam to!
Ryś uspokaja, że zaraz powinno pojawić się więcej ofert bo na wiosnę zwykle tak jest. 
Mam cichą nadzieję, że podeśle mi od czasu do czasu anons, którego pracodawca nie chciał umieszczać na tablicy ogólnodostępnej. Są takie, wiem to. Trafiają bezpośrednio do Biura Pracy i opiekunów i to ci ostatni dają je swoim wybranym podopiecznym. W ten sposób konkurencja o stanowisko jest dużo mniejsza. Rzadko to bywa, ale bywa.
Niestety mój Rysiek idzie na urlop rodzicielski latem. I nie będzie dłużej moim opiekunem. Szkoda, bo widzę, że facet działa szybko i wie co robi. No nic, przyjdzie oczarować kolejnego. Oby to był facet, bo jakoś wtedy łatwiej mi idzie.
 Kiedy spada na mnie panika co będzie – bo zaczyna mi się kilka spraw piętrzyć do których praca dająca środki płatnicze jest konieczna, wtedy skupiam się na jasnych stronach. Mam staż pracy w Szwecji, na stanowisku administracyjno – księgowym. Dałam radę! Co prawda, nie udowodniłam sobie tego ( środowisko pracy mogło być nadzwyczaj sprzyjające <  ten mój ciągły brak wiary w siebie>) ale pracodawcę powinno to przekonać. Będę miała referencje. Bardzo dobre referencje od kobiety, które jest szefem ekonomicznym jednego z działów w gminie. Do tego wciąż sprzątam, więc udowadniam, że jestem pracowita. Duktig! – jak zachwycił się Rysiek usłyszawszy o tym w piątek. (Poznałam przy okazji kolejny niuans słowa duktig. Moje ulubione słowo szwedzkie.) 
To o wiele lepsza pozycja niż rok temu.
Po cichu, sama ze sobą, ustaliłam, że nie panikujemy do końca czerwca. Ta det lugn. Weź się uspokój. Spokojnie. 
No to spokojnie. Delektuję się wiosną, choć wietrzna. Słucham rano ptaków, oglądam coraz wyższe i coraz bardziej zielone kępy traw, wysyp podbiału w rowie koło boisk, coraz większe, włochate pąki na magnoliach. Pytam przyjaciół czy odwiedzą mnie latem. Zastanawiam się czy ja pojadę do Polski, do widoków, do których rwie mi się serce.
No i cieszę, nieustająco, Zozolkiem.
Wczoraj rano robiłyśmy gofry.
– Mąka
– Mąka – odpowiadało mi moje echo.
– Jajka
– Jajka
– A co to jest ?
– Mjölko! – pomieszał dzieciak mjölk z mleśkiem.

Na balkonie posadziłam żółte bratki.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s