Powrót czyli klęska żywiołowa. Ciąg dalszy.

Na dodatek mój …

Na dodatek mój organizm zaordynował sobie wczoraj odłączenie wtyczki. Skończyło się czymś podobnym do grypy żołądkowej ale w wersji mega szwedzkiej: gorączka, niestrawność, ból brzucha i obolała, rozpalona do czerwoności głowa.
Podejrzewałam nadmiar stresu, ale M narzeka na łamanie w kościach.
Misia pyta czy to nie ebola.
Zuzia mocno zawiedziona, bo miała być z babi i dziadziu całą noc i cały dzień.
10 albo 15 rzeczy dobrych jako antidotum mam sobie wypisać nakazuje madika.

1. Zuzia.
2. Misia.
3. Kaj.
4. M…(o kurczę! ciekawe jak szybko to odszczekam, bo z facetami to wiadomo jak jest)
5. A -kassa wreszcie rzuciła jakimś konkretem.
6. Nie ma upałów już, choć robi się jesiennie, a szkoda
7. Mam pracę. Mówię o Kupie, ale ilu ludzi nie ma nawet takiej
8. Przyjaciele, mimo, że są daleko.
9. Książki.
10. Mimo czasowych niedomagań generalnie jestem zdrowa.
11. Kupiłam sobie ładny strój kąpielowy i na basenie będę szyku zadawać.
12. Dire Straits
13. Robienie zdjęć.
14. Pisanie
15. Łazikowanie, łażenie i wędrowanie…

Od jutra poproszę wyłącznie dobre wieści.

Rzeczywistość puka

Mieszkanie a raczej …

Mieszkanie a raczej pokój zaklepany, czekamy na  pisemny kontrakt. Przybiliśmy piątkę z 65-letnią gospodynią pochodzącą ze Sri Lanki niemal jak jak woźnice na targu co plują w dłoń. Myśmy nie pluli, ale  z obu stron padło przyrzeczenie. Mam nadzieję, że nic się już nie odmieni.
Mieszkanie leży w Husby, pięć minut od stacji T-bana ( co to jest? metro?). Wg google map 50min jazdy od Uniwersytetu.
Uniwersytet zlokalizowaliśmy.
…Czy wy w ogóle wiecie o czym ja piszę? Pisałam, że Yanki idzie na JĘZYK CZESKI na Uniwersyet w Sztokholmie i że musieliśmy mu znaleźć dach nad głową, a akademik nie jest tak od ręki? I że po tygodniu śledzenia ogłoszeń, pisania, dzwonienia, rozmawiania w różnych językach w końcu udało się nam zaklepać dwa pokoje, których właściciel obiecał nie oddawać nikomu nim my ich nie obejrzymy?
No i wczoraj właśnie pojechaliśmy do Sztokholmu. Pani ze Sri Lanki była pierwsza, Yankie stwierdził, że dla niego spoko, on bierze, gospodyni spodobał się Yankie (no, zdziwiłabym się, gdyby nie) więc do drugiej pani nie pojechaliśmy, zadzwoniłam tylko, podziękowałam i wytłumaczyłam się.
Dzięki temu zyskaliśmy luz w planach na dalsze działania.
Oczywiście pierwsze kroki były na Uniwersytet.
No a potem wędrowaliśmy po mieście.
…Ludzie! Jaki Sztokholm jest piękny! Te kamienice pamiętające odległe czasy, przejścia, schody i łączniki przerzucone nad brukowanymi ulicami, masa zieleni, Sztokhlom tonie w zieleni! Pamiętajcie, że mówię to ja: mieszkanka Warmii, prawie mieszkanka zadrzewionego Olsztyna!
Zatem Sztokholm jest piękny. Szczególnie ten w bocznych uliczkach, daleko od starego miasta. Czy stare miasto jest ładne? Nie wiem. Za dużo ludzi było, więc nie wiem. Za głośno i za gorąco.
Tam bym nie chciała bywać zbyt często…

A drodze powrotnej, przy zachodzącym czerwono słońcu, układałam listę umiejętności jakie jeszcze muszę Yankiemu przekazać oraz listę rzeczy potrzebnych. I nagle do mnie dotarło, że to już tylko miesiąc. I że to jest TAK daleko! A bilety drogie!
Nie będzie pogaduszek przy skrobaniu ziemniaków, nie będzie wspólnego oglądania zdjęć, nie będzie sztamy introwertyków( Yanki i matka) przeciwko ekstrawertykom (Misia i ojciec). I ..ten..no…Nijak mi.
Ja wiem, wiem. Tak trzeba. Może mu to tylko na dobre wyjść. Już pora. Nie na zawsze przecież. Jest skype i telefon. Są pociągi, Sztokholm to nie Australia.
Wszystko wiem. Ale.
Cholera!!! Dlaczego teraz kiedy się wreszcie zakumplowaliśmy! Dlaczego tak daleko?

A złośliwiec siedzi w środku i chichocze. Poczekaj, poczekaj, może wrócić szybciej niż ci się wydaje, tylko czy na pewno tego chcesz?

Nie, nie chcę. Jak zawali znowu studia to go zabiję. A potem zabiję jeszcze raz.

Słuchajcie. Padam na twarz bo wróciliśmy po północy a ja o 4:40 wstałam do pracy.
Ostatnie noce prawie nie spałam. I nie bardzo rozumiałam co się dookoła dzieje.
Dziękuję wszystkim za dobre słowa. Szczególnie Jadwidze i Beacie z Wystarczająco, bo one tu nowe są a dały mi tyle wsparcia. Was wszystkich ściskam. Serdeczne dzięki za cierpliwość do mojego marudzenia.
A teraz idę spać.

Ogłoszenia parafialne czyli czy leci z nam ktoś ze Sztokholmu

Od września Yankie …

Od września Yankie będzie się uczył w Sztokholmie.
Synek został przyjęty na…język czeski. Nie pytajcie co on będzie po tym robił bo jeszcze nie wiemy.
Szukamy pokoju do wynajęcia, nie musi być luksusowy, wiadomo – taki na studencką kieszeń. Przydałby się dostęp do kuchni, łazienki i pralni oraz internet. To chyba nie są wygórowane oczekiwania.
Może ktoś, coś…?

Nie ma czasu

na odmianę.<br …

na odmianę.
Pocelebrowałabym bezrobocie, może się trochę ponurzała w żalu do losu (choć nie na pewno, bo po ostatnim dołku jakoś mi lepiej) ale poleżałabym na łóżku, poczytała, pooglądała, posnuła się leniwie. A gdzie tam! Rodzina zadba o rozrywki.
Zuzia rozżalona do łez, że jej nie zabierzemy w niedzielę gdyśmy zwizytowali jej tatę i jego żonę, skłoniła mnie do obietnicy, że we środę zabiorę ją z przedszkola.
Pierwszy raz od dawna miałam okazję odebrać malucha z przedszkola.
Dzieci jadły podwieczorek gdy przyszłam więc natychmiast zrobiono mi miejsce przy stole. Zuzia zerwała się na równe nogi.
– Mormor! Jag älskar dig! – rzuciła mi się na szyję.
– Ja też cię kocham – odpowiedziałam.
Ciekawa byłam jak Zuzia przyjmie moje mówienie po szwedzku, bo dotąd ma rzadką okazję studiowania tego zjawiska, ale było to dla niej całkiem naturalne. Gadałyśmy ze sobą i wszystkimi innymi przy stole.
A gdy Zuzia stwierdziła, że już się najadła, przytuliła umaśloną buzię do ramienia Fredrika – swojego opiekuna (pan przedszkolanek?). Dała mu buziaka, wyznała miłość jak to Zuzia ostatnimi czasy. A Fredrik nawet się nie uchylił przed tymi lepkimi uściskami, nie biorąc do głowy ewentualnych plam na ubraniu.
I wiecie co ?
Emancypacja, feminizm, te sprawy…ale mnie jakoś rozczula widok dorosłego faceta oblepionego przez maluchy różnego koloru. Widać, że facet to lubi i widać, że dzieciaki go lubią.
Następnego dnia okazało się, że Zuzia ma wizytę u dentysty a mama miała pracę, więc kto poszedł ponosić konsekwencje wieczornego mleczka, soczku do picia i cukierków obficie serwowanych przez dziadka? Babi.
Ale. Jakby nas ktoś tak w dzieciństwie traktował to pewne jest, że stan uzębienia Polaków byłby teraz na pewno w lepszym stanie.
Zuzia leżała na fotelu hichrając się, machając nogami i z zaciekawieniem śledziła to co odbijało jej się w lampie.
Teoretycznie miała wrócić do przedszkola po wizycie, ale jak ją odprowadzić jak buzia w podkówkę i cichutki szept
– Ja ciałam tobom-
No i została.
Najpierw prażyło słońce, ale czasem zawiewał zimny wiatr. Potem z tego wiatru przyszły chmury i zaczęła się „kłótnia chmur” czyli „teraz moja kolej!”. Tak kiedyś małej Misi tłumaczyłam burzę, tak samo teraz Misiowej córeczce.

Pogoda w ogóle „nie szwedzka” ostatnio.
Jest ciepło, ale zawiewa zimnymi prądami i burze przechodzą co i rusz. W ciągu pięciu lat ( chodzi o pory roku) nie było razem łącznie tele burz co w tylko w tym roku. Dziwnie jest.

Od jutra Monika idzie na urlop, będę po Kupie latać w towarzystwie innej Polki, Gabrysi. Oraz przybędzie mi obowiązków na dwa tygodnie bo będę też sprzątać w aptece za Monikę.
Naprawdę…uważajcie co sobie myślicie, bo to się spełnia.
Kiedyś, w początkach pracy w Kupie, szłam sobie koło apteki na rynku. Wcześnie rano było i za wielkim oknem dostrzegłam niespiesznie ruszającą się panią z mopem. Wtedy mi przemknęło przez myśl, że takie sprzątanie fo pewnie fajniejsze jest. Bo to i czyściej, i ludzie inni, i że może fajnie byłoby…

To już 3 taka myśli, która stała się ciałem.
Jedna podbna było o przedszkolu, druga o klubie sportowym.
Naprawdę. Czekam chwili kiedy spełni mi się myśl o biurze rachunkowym. Albo zakładzie krawieckim…
Burza.

Chyba wyłączę komputer.

Intensywność dni ostatnich

Najpierw pierwsza …

Najpierw pierwsza wycieczka z Zuzią. Niedaleko – bo na Hunneberg. Mały spacer przez las, Muzeum Łosia ( tak naprawdę to Muzeum Myślistwa Królewskiego), zabawa Zuzi z aparatem, szybki grill nad jeziorkiem.
Wyprawa krótka, obliczona na czteroletnie dziecko, żeby zachęcić do podobnych wypraw. Dzieci nie nauczyliśmy bo jak były małe, to nie mieliśmy warunków na takie wyprawy: praca i permanentny brak kasy…Mamy nadzieję, że wnuczka będzie nam z czasem towarzyszyła na włóczęgach.
Potem chrzest i chrzciny małej Amelii, siostry dużej już Julki. Julka jest dla mnie swego rodzaju licznikiem. Urodziła się w miesiąc po moim przyjeździe do Szwecji. Mnie się wydaje, że jestem tu tak krótko, ale kiedy widzę Julkę to uświadamiam sobie, że szmat czasu i masa doświadczeń za mną. Byłam także na jej chrzcie, ale wtedy nie zrozumiałam ani słowa z tego co mówił pastor. Teraz rozumiałam prawie wszystko!
Sympatycznie było na chrzcinach. Rodzina Madzi, mamy obu dziewczynek, jest przesympatyczna.  Choć i szwedzkiej rodzinie taty  też nie można niczego zarzucić.
Ech… Rozmieszała mnie tylko zgroza w oczach polskich cioci i babci na widok dzieciaków włażących do jeziora w połowie maja. 
Ale świeciło słońce a woda miała jakieś 12 stopni. Aż 12, więc ciepło.

A zaraz potem, we czwartek było święto. I ruszyliśmy na nasza wielką wyprawę wokół jeziora Vetter. 
Fotorelacja z dni ostatnich jest naturalnie tu: www.prowincjuszka.blox.pl.
Czuję ogromny niedosyt.
A już myślałam, że przestałam lubić i włóczęgę. Na szczęście – nie. Tylko ostatnio jakoś wciąż jeździliśmy w te same lub podobne rejony.

Od jutra zaczynam odliczanie końcowe u piłkarzy. Panikuję i jestem nerwowa. Z jednej strony marzy mi się lenistwo, z drugiej umieram ze strachu, że będę miała go aż nadto.

Zdecydowałam się składać podania do Goeteborga. Będę dojeżdżać na weekendy w razie czego. Bo w okolicy ogłoszeń prawie nie ma…A sprzątanie przez najbliższe 20 lat mnie nie rajcuje. Zresztą i tego sprzątania też za wiele nie ma.

Nie jest wesoło.

Wybory – życiowe i nie tylko

<span …

No to mamy ładne lato tej wiosny. Nawet burza była! Porządna, prawie jak warmińska z piorunami i grzmotami i ulewą po której powietrze rozpachniło się..! Nazajutrz świt wstał jak wypucowany. Biała plama pod jabłonką przy Przyjaciołach Zwierząt  i łuski pod lipami na parkingu pokazywały, że deszcz był porządny choć kałuże i chodniki zdążyły wyschnąć, choć niebo jeszcze było nieco nadąsane i w ciągu dnia popłakało sobie z lekka.

Dziś od rana jednolity błękit i kula słońca. Prawie nie ma wiatru.
Zaprawdę powiadam wam. Dziwna jest tegoroczna wiosna w regionie Zachodnia Gotlandia powiat Skaraborg (Skarabori-się wymawia).
Byłam na Torget dziś rano. Rynek jak co środa, tłum ludzi. Gorąco okropnie! Tu, u piłkarzy, w otoczeniu lasu, nieco na górce, zawiewa orzeźwiający wiaterek no i ludzi i aut dużo mniej.  Moje serce wciąż płacze na myśl, że to ostatnie tu chwile…
Ale nie skupiamy się na tym teraz. Jeszcze nie…Jeszcze w duszy coś mi szepce, że cud jest możliwy, wbrew rozsądkowi, który nakazuje rozsądek właśnie i niewiarę w pobożne życzenia, bo będzie bolało.
W mieście byłam po len. Wymyśliłam, że jak już sobie kupiłam tę wypasioną maszynę do szycia co sama igłę nawleka to może pora zrealizować drugi punkt marzenia i zacząć szyć sobie ubrania. A ponieważ mamy lato, albo coś w tym stylu to zaczniemy z grubej rury. Od lnianej sukienki, w której zamierzam zadawać szyku na niedzielnych chrzcinach małej Amelii. Znalazłam prawie idealny wykrój, zobaczymy jak mi pójdzie. 
Kocham len letnią porą. Bo jaka by nie była aura to jest to cudowna tkanina, która dopasowuje się do temperatury. Jak zimno grzeje, jak gorąco chłodzi. A że się mnie…To dowodzi tylko prawdziwości lnu. I zastępuje metkę, jakby ktoś lubił się chwalić zawartościa portfela. Patrzyłam w miejscowych butikach. Jedna, całkiem prosta bluzka kosztuje ponad tysiąc koron! Sukienki siegają czasem nawet dwóch jak jakaś lepiej uszyta. A ja sobie takie cudo zasponsoruję za jedyne 200koron plus osobista uciecha. Oraz, na bank, niezliczona ilość słów powszechnie uznanych za obelżywe, ale to normalne jak kto o szyciu wie tyle co się sam nauczył. 
Kiedyś, w czasach pracy u BaśkiK, miałam taką klientkę, panią Jolę, która szyła z lnu. Szyła, wystawiała w butikach, słabo jej to szło, ale szyła. I nagle ktoś kupił jakąś jej rzecz, wywiózł na zachód, do Norwegii czy Szwecji i posypały się zamówienia…I nagle z zaściankowej artystki pani Jola stała się wziętą projektantką mody. Na szczęście nie straciła do siebie i swojej pasji dystansu i jak ją kto pytał co robi, to nieodmiennie odpowiadała „a, takie worki szyję”. Czy  dzisiaj to jest jeszcze jakiś pomysł na zarabianie pieniędzy…
Wciąż szukam pomysłu na to co dalej. Jednym z takich pomysłów jest zapisanie się do partii. Cynicznie – do jakiejkolwiek. No dobra – żebym się jednak mocno liderów nie wstydziła. Naprawdę!
Mój stosunek do polityków się skrystalizował i utwardził. Efeketem tego jest konsekwentne unikanie wyborów. Nie wierzę z definicji żadnej partii. Wedle mnie członkowie każdego ugrupowania tak naprawdę mają jeden program „wejść na scenę i już zostać cała reszta to rzecz prosta”. I jakiekolwiek obietnice by nie padały z niezależnie jakiej strony nie ma to żadnego wpływu na polepszeniue bytu zwykłych ludzi. Wręcz przeciwnie – idzie ku gorszemu.
Jak na razie ludzkość nie wymysliła lepszego systemu niż demokracja podobno, ale demokracja w wydaniu współczesnym nie jest żadną demokracją. Nikt z nas nie ma najmniejszego wpływu na to co się dzieje na świecie. Wpływ mają wyłącznie pieniądze i ludzie, którzy mają ich wiele, zbyt wiele. Tak wiele, że nie ma dla nich znaczenia kurs waluty, cena złota czy ropy, światowy kryzys, degradacja ekologiczna i coraz większe bezrobocie. Nie, takie rzeczy to tylko woda na młyn takich ludzi. Mają zbyt na swoje pistolety czy medykamenty oraz poletko na doświadczenia.  Więc nie chodzę na wybory bo dla mnie wybory, wszystko jedno w Polsce, w Szwecji, do Europarlamentu czy gdzie tam, to wybór czy chcę zawisnąć na linie z lnu czy z konopi…Żaden i wybór i nie widze tu wyboru pod tytułem „wybieram mniejsze zło”. Nie widzę zła mniejszego. Niestey nie wymysliłam jeszcze alternatywy dla polityki…
No więc do partii chcę się zapisać bo może dzięki temu uda mi się zdoby ć pracę. Li i jedynie z wyrachowania. Dość idealizmu. Za stara jestem.



Jak wpłynąć na pogodę i nie tylko

No bo lało. Lało i …

No bo lało. Lało i lało i lało. Nawet dla takiego deszczoluba jak ja było tego jakby trochę za dużo. W dodatku w pracy było zimno. Tak to jest ze starym budynkiem. Kaloryfery na 25 stopni a ja marznę w stopy i ręce.
Mąż któregoś dnia zażyczył sobie mojego towarzystwa przy zakupach. Nie było innego wyjścia- musiałam założyć gumowce, bo buty moje jedyne przemokły mi prawie w drodze do domu.
Gumaki kupiłam jakiś czas temu, coś około półtora roku temu, jak sądzę. Ustawiłam je pieczołowicie w garderobie…A potem nie było okazji ich założyć. Najpierw było za zimno, bo przyszła zima. Potem była wiosna, ale dość sucha, potem uszkodziłam nóżkę, potem było lato, w końcu jesień i zima, ale wtedy już zapomniałam, że mam. Teraz mi się przypomniało. Założyłam owe gumowce, wyszłam z domu i po kilku krokach wiedziałam czemu o nich zapomniałam!
Gumowce kupiłam za namową męża w sklepie z odzieżą roboczą między innymi. Guma jest twarda i sztywna a jeden gumowiec może spokojnie robić za narzędzie obrony, choć może lepiej nie, bo mogą oskarżyć o przekroczenie granic obrony koniecznej. Ale jako narzędzie fitnes, może być. Na przykład zamiast rzutu młotem rzut gumakiem. Nowa dyscyplina olimpijska.
Przeszłam kilka kroków od domu do samochodu. Potem kilka kroków od samochodu do sklepu, potem do drugiego…O matko kochana! Jakbym w dybach chodziła. Nóżka sfatygowana prawie rok temu od razu wyraziła swoje zdecydowane poglądy na owe buty.
W drugim sklepie tuż obok był obuwniczy. Tylko miałam zerknąć…
Wyszłam z parą gumaków Crocks. Tylko 50kr droższe od zwykłych! Idealnie dopasowane do stopy, miękkie, lekkie. Niestety…RÓŻOWE! Jedyny kolor jaki był. Naprawdę to samo tak wychodzi! ładnie się komponują z kurtkę w różowe kwiatki, której używam jak jeżdżę Komarkiem.
No.
Zmieniłam buty w samochodzie a potem radośnie wchodziłam w każdą kałużę. I tyle było mojej radości.
Nazajutrz, wbrew prognozom, deszcz się oddalił w nieznanym kierunku. Prognozuję dość suchy najbliższy okres. Oraz spodziewam się dość suchego lata.
M. sobie w grudniu kupił narty i proszę jaka zima była.
W ogóle mam wrażenie, że los mi zawsze robi na przekór.
Może teraz też?
Wysłałam podanie o pracę ale w duszy mam dylemat szczęścia i obowiązku. Bo już mam plany na pierwsze dni bezrobocia. A praca byłaby dojazdowa, więc raczej mało czasu po południu zostawałoby mi na rozrywki. I od zaraz. No ale praca…
I tak z jednej strony myślę, e, lepiej nie, z drugie, oj tak, lepiej tak.

Wróciłam z pracy zmarznięta. Bo słońce – słońcem, a wiatr północny swoje robi. W dodatku w nocy wybudza mnie ze snu paskudny, suchy kaszel, który jedyne co uspokaja to cukierki vick. Błe. Rano się budzę i mam smak cukru w ustach. Fuj! W dodatku niewyspana, bo budzi mnie kilka razy. Ki grzyb? Może alergia na litozin? Słyszał kto o tym? łykam od przyjazdu z Polski. Łokieć mnie nie boli! Wcale nie boli. Prawy nadgarstek ze wszystkim stawami palców -trochę, ale dużo mniej niż przedtem.
O. I właśnie mi się przypomniało, że muszę złożyć wniosek o odszkodowanie za tę nózkę co ją sobie uszkodziłam prawie rok temu.
Boli, lekko puchnie od czasu do czasu, nie toleruje chodzenia boso, ani w ciężkich butach, więc wkładkę od ortopedy mogę se wsadzić wszędzie, ale nie w buty. Sandałków też nie lubi. Ani szybkiego marszu.
To idę…

Zamiast drzemki

Padam na twarz, ale …

Padam na twarz, ale nie mogę teraz pójść spać, bo potem znowu nockę zarwę a rano będzie koszmar ze wstawaniem.  Jeszcze tylko jutro bowiem i wreszcie tydzień urlopu. Jadę do Polski i zamierzam się tarzać na łonie matczynym, przyjaciół oraz znajomych królika.
Ostatnie dni u Piłkarzy to szaleństwo. Sezon się zaczął, wszyscy trenują, nowi gracze przychodzą, inni odchodzą, jeszcze inni odeszli dawno ale nie poinformowali wtedy tylko robią to teraz, gdy dostali faktury, inni się namyślili żeby zmienić formy płatności a ja po całych dniach rejestruję, wyrejestrowuję, wystawiam faktury, anuluję faktury, koryguję faktury. Prócz tego odpowiadam na tysiące maili i telefonów pod tytułem „a kiedy zaczynają się treningi dla grupy takiej a takiej?” Zajrzyj na stronę, mówię, jest zakładka dla każdej drużyny, a tam schemat. No tak, patrzą, ale napisane, że tak i siak i czy to się zgadza. I tak w koło macieju.
Prócz tego rozgrywki ligowe, więc trzeba było gonić z listą sponosorów, żeby wiedzieć czyje loga maja się znaleźć na programie. Oczywiście Christer nie zaskoczył nikogo i tydzień po terminie nadal nie podał swojej działki listy. Za to przedostatniego dnia przed pierwszym meczem (za)dzwonił do mnie ( z komórki, stojąc na zewnątrz, z wiatrem huczącym w mikrofonie) „Znajdź mi telefon do Iksa. Zaznacz, że Ygrek bierze udział, ale Zet to już nie. A znajdź mi telefon do KowalskiEntreprenad. A przy okazji zadzwoń do JureksBoatar i przypomnij, że logo mieli wysłać. Acha a do Hotelu Miejskiego wyślij zdjęcie starego programu, bo chcą wiedzieć jak to wygląda”.
I tak co kilka minut. Zaczynam coś robić, odkładam, bo telefon, załatwiam, k..a mać, za dupka sprawy, bo on aktywista, wszędzie jest aktywny i w footbolu i w bandy i w kościele pewnie też i jeszcze w stu innych organizacjach. No żesz…Przekleństwo z takim aktywistą…
Wreszcie, pół godziny przed końcem pracy powiedziałam, że sorry, ale dziś już mu nie pomogę więcej, bo muszę skończyć to co robię inaczej pół dnia roboty pójdzie w powietrze.
– No ale ja myślałem, że możesz mi pomóc – kwas w jego głosie
Szlag, szlag, szlag! Nie znam słowa „wyręczać”, bo bym mu powiedziała, że ja go wyręczam, a nie pomagam.
Na drugi dzień Pelle z lekko kwaśną miną, z lekkim oporem mówi, że tak, owszem, rozmawiał z Christerem i tam na biurku mam listę…
Pół dnia szukam listy, Annette bombarduje mnie mailami, że gdzie, że on przysięgał, że dawał Pellemu, że musi być. Idę do Pellego…SUPRISE! Owa lista to kropki na starym programie przy tych sponsorach, którzy chcą uczestniczyć w zabawie i w tym roku. Nowe kropki mieszają się ze starymi, z wczoraj. Na szczęście mailowałam to do Annette więc po spunktowaniu wyławiam nowości. Grrr. Kolejne pół dnia poszło się paść przez niezorganizowanego cymbała…
Jeszcze ustal skład obu drużyn, z tym, że oni skład zazwyczaj ustalają w ostatni wieczór przed meczem, więc mogę je mieć najwcześniej albo późnym wieczorem w przeddzień, albo wczesnym rankiem w dzień meczu.A drukarnia drukująca program musi mieć dane najpóźniej rano, w dzień meczu, żeby na popołudnie przygotować wydruki. Ja zaczynam pracę o 12. Pat.
Nie zrobię tego z domu, to trzeba na szablon nanieść, a mój komputer go nie wczytuje. 
Prosto z Kupa lecę do Piłkarzy…Siurprajz! Goście swój skład przysłali, ale nasi wciąż nie.
Dzwonię, David słysząc
– Hej, tu Katarina- kaja się , że już, już, jeszcze mała chwilka.
Wreszcie wszystko mam, wysyłam. Zawiadamiam Annette, że trzeba będzie odebrać, bo ona pracuje w tym samym budynku co drukarnia.
Do końca dnia gaszę kolejne pożary, a sterta spraw do załatwienia rośnie. Dzwonię, piszę maile, rozmawiam na żywo. Wszystko to po szwedzku i już w nosie mam jak brzmię, dziwnie, nieczysto, twardo po polsku, składnię olewam, mylę zaimek „wasz” z „ich”, ale KURDE!!! załatwiam wszystko co trzeba i we wlaściwym czasie.
Do domu wychodzę po 4 godzinach, nie ma głupich, za nadgodziny nikt mi nie zapłaci, mam to w umowie. W domu panikuję, bo przypominam sobie, że kurde drukarnia mi nie potwierdziła, ze dostali zamówienie.
Potem święta pełne Zuzi. Potem powrót do pracy, koniecznie chcę przed urlopem rozładować ową kupkę, ale znowu mecz u nas, znowu przygrywka pod tytułem PROGRAM …

Jest wietrznie, słonecznie, złociście-zielono-niebiesko, choć chłodno. Marznę w pracy w rękę, te od myszy i stopy.
Dziś miałam chwilę paniki. Nie zdążę, cholera, nie ogarnę, zapomnę. Ale ja to lubię! I będzie mi tego brak!
Może dlatego noc w noc śni mi się wojna albo pożar.

…A jeszcze zdjęcia z wyprawy z fotoklubem czekają na wrzucenie na bloga….
Aaaaale na razie idę popodglądać pasące się łosie.