PILNE!!!

Potrzebuję …

Potrzebuję konsultacji z psychologiem dziecięcym, lub z doświadczonym pedagogiem, socjoterapeutą…Kimś doświadczonym w pracy z małymi dziećmi. Kimś kto zechce udzielić konsultacji przez telefon lub skype a swoje wnioski zgodzi się przedstawić na piśmie. Naturalnie za opłatą.
To pilne! Ocena potrzebna jest do soboty rano.
Ktoś? Coś?

„Stajał nojabr uż u dwara”

Prybiliżałas’ dowolna…

Prybiliżałas’ dowolna skucznaja pora
Stajał nojabr uż u dwara

No dobra, nie nojabr. Oktabr.
Kto się uczył rosyjskiego w szkole ten może i cytat rozpozna…

Tak czy siak – Jesień panie.
Październik już siedzi na progu.Dziś był pierwszy przymrozek. Pomyślałam, że to już ostatni moment by zainstalować telewizor kotu. Jeszcze szukam dobrych ustawień…
DSC_0003

DSC_0005

Światła w Alingsås

okazały …

okazały się…rozczarowaniem roku.
Wielokrotnie słyszałam, że piękne, że o wiele więcej niż na Festiwalu Światła nad Nossanem, w naszej sąsiedzkiej gminie.
Pojechaliśmy zatem.
Już przy wysiadaniu z auta trafił mnie jasny, nagły szlag!. Okazało się, że mocowanie aparatu od statywu nie jest na swoim miejscu. Na statywie znaczy. Nie było tego też w pokrowcu na statyw. Ja ostatni raz używałam statywu jakoś wczesnym latem. Potem używał go chyba synek…W jego pokoju, gdzie mam tymczasową szwalnię wihajsterek nie rzucił mi się w oczy…Wniosek: ustrojstwo na bank jest razem z synkiem w Sztokholmie.
Dwa razy wkładałam aparat do samochodu i dwa razy wyjmowałam.
Moje rozczarowanie zagłuszyło nawet złość na dziecko.
No trudno…Będę szukać nieruchomych punktów podparcia. Oraz użyję takich ustawień, które wyciągną tyle ile się da ze światła, a potem obrobię w programie. Zdecydowałam.
W biurze festiwalu tłum ludzi, miła obsługa (jak niemal zawsze i wszędzie w Szwecji), obdarowano nas folderkiem z mapką. Postanowiłam skorzystać z toalety na zapas. Ruszyłam dziarsko na stronę…gdy mnie zatrzymało.
Pod oknem, w całkiem pustym korytarzyku siedziało sobie dwóch młodzieńców z gitarami.
Ach! Gitara w ręku młodego człowieka! Klasyczna gitara! Zapomniany to widok. Niewidziany od dawna. W moim mieście chłopaki jakoś się nie garną do tego instrumentu, nie ma ulicznych grajków. Kilka razy zdarzyło mi się widzieć występy jakichś dziewczyn, ale boże drogi…Siedzi panna, brzdąka niemrawo w struny i słabiutkim głosikiem coś tam wyciąga…Nie, nie, to nie to.
A młodzieńcy tak sobie siedzieli wespół w zespół. I nie brzdąkali. O nie.Jeszcze nim rozum pojął i nazwał serce mi zadrgało, dusza westchnęła.
Chłopaki grali


Czyli Is There Anabody Out There
Wystarczy obejrzeć początek filmiku, niecałe 2 minuty.
Tuż koło mnie przystanął pan w szarym swetrze, z natchnionym wyrazem twarzy kiwający głową. Po chwili dołączył inny, o wyglądzie starego rock and roll-owca. Jak na chwilę czas stanął i zamknął nas pięcioro w swojej kapsule. Znikł tłum, znikł hałas setek głosów. 
Skończyli. Każde z nas podziękowało chłopakom po swojemu. A we mnie zakiełkowała nadzieja, że może jednak nie jest tak źle z tą szwedzką młodzieżą skoro jeszcze zdarzają się egzemplarze znające Pink Floyd.
Poszliśmy na zewnątrz choć cała ma dusza hamowała ze wszystkich sił i ciągnęła w stronę gitar. Może przeczucie..?
Tematem festiwalu był Edward Grieg i „Per Gynt”.
Na telebimie zilustrowano historię opowiadaną w tym utworze. Niestety – zilustrowano na własny, żeby nie powiedzieć szwedzki sposób czyli dość dosadnie.
Postaliśmy chwilę, popatrzyli, a potem poszli w w trzy i pół kilometrową wędrówkę. Już po pierwszym kwadransie zaczęliśmy zdradzać objawy rozczarowania.
Zdjęć zrobiłam może ze sto. Sto zdjęć w czasie ponad dwugodzinnej wędrówki to mało. I, uwierzcie mi, to nie brak statywu był przeszkodą. Po prostu – naprawdę nie było co. Ile razy można fotografować podświetlone na kolorowo kępy drzew? Z setki zdjęć zostawiłam zdjęć 20. Resztę wywaliłam bez żalu. Z tej dwudziestki- poniżej sześć najciekawszych.

alingsas1

alingsas2

alingsas3

alingsas5

alingsas6

alingsas4

Do samochodu wróciłam z nowym pęcherzem na pięcie.
Ech. Może jednak lepiej było zostać przy gitarach….

Piątkowe smuteczki

Bo mgła bawi się ze …

Bo mgła bawi się ze mną w berka.
Bo jesień już, już jesień o czym zaświadczają bolące stawy. Przez co spałam tylko 3 godziny.
Bo z pracy pojechałam w tę mgłę znowu, a ona się zaraz podniosła…

I byłam u piłkarzy…Auć. Zabolało. Choć Johnny ucieszył się prawdziwie na mój widok. Pelle poprosił o pomoc, bo on słabo komputerowy. Siadłam więc na NIE-moim już miejscu i pomogłam w tym co jeszcze niedawno było MOJĄ pracą.
Pelle odchodzi, przyjdzie ktoś na jego miejsce. Johnnemu umowa też się wkrótce kończy, co dalej – może tak jak mnie powiedzą hej då?
Bengt dostał za to umowę.
Boisko ze sztuczną murawą jeszcze nie gotowe.
– Byłaś tu któregoś dnia? – spytał Johnny. – Widziałem białego mopeda
– To nie ja…Nie byłam od czerwca. Byłam…Było mi przykro.

Nadal jest.

Nowości

Zacznę od tego, że …

Zacznę od tego, że mam nowy komputer.
Mus był. Stary, niebieski, kupiony 5 lat temu na 10minut pracy 5 razy potrafił zerwać połączenie z internetem. Nie zmieniałam żadnych ustawień, żaden wirus chyba, bo anytywirus aktualny i działający wciąż. Do tego obudowa z plastyku zaczęła pękać nie wspominając już o kablu, który znowu się przetarł. Pięć lat ciężkiej pracy, jeżdżenia wszędzie, noszenia prawie wszędzie, przenoszenia się wraz ze właścicielem i kotem…Mus był, psia krew.
Poszłam obejrzeć. Były dwie opcje. Albo Tochiba Satelite albo Acer Aspire. Poprzedni też Acer, technicznie niezawodny przez 5 lat. Nic mu nie zaszwankowało. No, dobra przetarł się oryginalny kabel i musiałam dokupić. Oraz na wstępie zaszalała Vista, potem się jakoś ustabilizowała, ale nie miałam do niej zaufania, po roku, czy może trochę później kupiłam Windows 7 i odtąd miałam komputer, że mucha nie siada. W międzyczasie eM kupił sobie własny komputer, HP. Po dwóch latach, mniej więcej jesienią komputer eMa odmówił współpracy w zakresie wyświetlania treści. A mój Niebieski Acerek, choć starszy nadal nie wykazywał problemów. Aż do wiosny, gdy zaczęły się kłopoty z internetem. Jak byłam w Polsce i używałam internetu w gwizdku to też były problemy, czyli ewidentnie wina po stronie komputera.
No i nagle na maila dostałam powiadomienie, że Tochiba w atrakcyjnej cenie. Poszłam zobaczyć, co to za komputer, co kosztuje połowę normalnej ceny czyli tyle, co eMa stary HP. Bo już się pogodziłam, że trzeba myśleć o nowym.  Od jakiegoś czasu śledziłam co jest na rynku, za ile, jaki system i czy da się bez systemu, bo przecież mam swoją siódemkę…
Bez systemu dało się na upartego kupić jakąś bardzo ubogą Toschibę. Wszystkie inne niestety z nieszczęsnym Windows 8, szlag by trafił.
W sklepie przeżyłam opad szczęki bo okazało się, że prawie wszystkie proponowane modele w ilości sztuk 10 nie mają czytnika płyt.W tym oczywiście owo Tochiba. O-o!
– To jak mam archiwizować dokumenty i zdjęcia? – zapytałam pana z obsługi
– Yyyyy..USB-Minne (pendrive) – zaproponował mi. Spojrzałam z politowaniem i zaczęłam odchodzić. I wtedy mój wzrok padł na Acera. Cienki, srebrny. Dobry procesor. Dużo pamięci. Chyba dość dobra karta graficzna. Podniosłam: lekki. No ale…brak owego czytnika. Oraz system operacyjny Windows8, taka jego melodia. 
Zapytałam o dyski zewnętrzne, czy mają. Mieli, pan wyciągnął mi Verbatim w dobrej cenie. Kiedy zapytałam o pojemność rzucił mi liczbą zdjęć, którą mogę przechować co mi oczywiście nic nie powiedziało. Na kartonie stało 1TB. 1 terabajt, fiu, fiu. Będzie miejsca na zdjęcia i seriale. 
No dobra. To mogę wziąć. Ale. Ale. Może, skoro problem przechowywania danych rozwiązałam to wziąć ową, o połoowe tańszą „Tośkę”? I tu do Akcji wkroczył mój mąż.
– Wybij to sobie z głowy. Zaoszczędzisz teraz, a jak skończy się gwarancja będziesz miała tak, jak ja z owym HPekiem.
Trudno było nie przyznać mu racji.
Bank łaskawie wyraził zgodę na podzielenie płatności na 10 części i tak zupełnie nieoczekiwanie wróciłam do domu z nowym nabytkiem.
Bateria trzyma jak złoto,pół dnia słucham muzyki przez podłączony głośnik i nie muszę podłączać kabla. Lekki jest rzeczywiście. Obudowa wygląda solidnie…No, naprawdę, technicznie nie da się do niczego przyczepić. Ale. Matko kochana.System Windows 8.1 to nie system. To nieszczęście! 
W założeniu chyba ma to być system ułatwiający życie. Problem w tym, że być może i ułatwia, ale nie posiadaczowi. Ułatwia komputerowi jego własne życie.  Tak, tak. Ten komputer lepiej ode mnie wie czego ja chcę, czego potrzebuję. Ma mnóstwo aplikacji które wciąż się aktualizują, odnawiają, tworzą skróty na pulpicie. Wciąż wyskakuje panel boczny, którego za cholerę nie mogę wyłączyć. Generalnie zrobienie tego, co do tej pory zrobiłam bez angażowania świadomości wymaga teraz ode mnie wysiłku polegającego na zmuszeniu komputera do zrobienia czegoś tak, jak JA tego chcę.
Walczę z tym od dni trzech i coraz mocniej jestem wkurzona. Odinstalowałabymwszystko w diabły, ale aż taka zdolna nie jestem i boję się, że przy okazji wywalę coś co jest potrzebne. Jakiś sterownik do czegoś czego potrzebuję. Więc walczę tak jak na początku z Lumią, której nota bene, mimo prawie rocznej współpracy nadal nie polubiłam.
I myślę sobie, że albo jestem za stara, albo ten świat idzie w kierunku coraz bardziej odległym od normalności.No bo co to ma być, żeby to urządzenie zmuszało mnie do robienia czegoś…I naprawdę coraz trudniej oprzeć się pokusie by to COŚ zrobić. Mianowicie: wywalić komputer przez okno. Niekoniecznie nawet otwarte.

A tymczasem rano na czubkach drzew zobaczyłam mgłę i wpadłam na pomysł, że sprawdzę, czy mgła jest też i za miastem. Prosto po pracy, o siódmej rano, wpadłszy do domu po aparat i termos z herbatę wyjechałam za miasto. 
Ano była. Gęsta jak wata, owijała wszystko szczelnym kokonem. Widoczność tak ze 3 metry, w porywach do 5. Zimno przenikliwe. Odór gnojówki w powietrzu bo dookoła farmy a tu się chyba gnojówkę nadal jako nawóz stosuje. Słońce czasem się pokazywało jako blade koło na szarym tle i zaraz znikało. Płasko. Równo przycięte rżyska. Nic ciekawego.
Co w tej sytuacji robi rozsądny człowiek? Wraca do domu? No ale przecież to nie ja. Ja nie jestem rozsądna. Na szczęście wybiłam sobie z głowy dotarcie do Resville Kvarn, które choć malownicze leży o 17 km. Ale co szkodzi podjechać do lotniska? Takie małe lotnisko mamy, coś w rodzaju aeroklubu. Oraz od lotniska nieco w bok. Tak ze 4 km w jedną stronę.
Gdybyż jeszcze warto było..! Ale skąd. Nic ciekawego. Drzewa, konie, cmentarz przy małym kościółku. Nie widać mgły tylko szarość.

mga1

mga3

mga2

Gdyby promienie słońca, to by było może na co popatrzeć, a tak.
Zmarzłam i zmarnowałam czas, który normalnie przeznaczam na drzemkę.
Ot i tyle.

 

Igłą i nitką

Były targi …

Były targi patchworkowe i nie tylko w mieście. Poszłam. Nacykałam fotek, wrzucam tylko 5 losowo wybranych. Co was będę nudzić?

 

 


Ach, ten Paryż. Mój faworyt.

Kupiłam materiał na etui na Kindla. Miał być niebieski, wyszło inaczej. Nie mam wzoru. Będę, jak chorągiewki dla Zuzi, szyć dwie wersje jednocześnie. Jedną próbną, drugą właściwą. Szwalnia w pokoju Yankiego to to!

Jest czwarta nad ranem. Zuzia śpi na łóżku onok. Wybudziła mnie i nie mogłam zasnąć ponownie. A dziecko wstanie za 3 godziny i będzie się domagało uwagi.

Podejrzewam, że groch z kapustą

Nie wiem. Naprawdę …

Nie wiem. Naprawdę nie wiem co ja robię na tym bezrobociu, ale czas mi ucieka jak woda z dziurawego wiadra. O. Właśnie. Zauważyliście, że nawet jak wstawicie dziurawe wiadro do wanny pełnej wody to wiadro i tak się opróżni? Dlaczego to nie działa w odniesieniu do łódek? Hę? I proszę mi nie opowiadać o prawach fizyki. Bo w co jak co, ale w fizykę to ja nie wierzę. Prędzej w krasnoludki.
Zatem dni uciekają, jeszcze niedawno był początek sierpnia a już wrzesień. Co się stało z sierpniem? Gdzie się podział? Nie wiem, nikt się nie przyznaje. Możliwe, że ma to coś wspólnego z serialem o pewnym psychologu oraz serią książek o pewnej rodzinie z Poznania oraz ich znajomych. To jest bardzo możliwe. Ale przecież czytam tylko rano. I wieczorem. A oglądam wyłącznie wieczorem. Jak to się dzieje, że pomiędzy rankiem a wieczorem czas nabiera przyspieszenia? Może jest jak z tą łódką w wodzie? Im więcej dookoła tym efekt odwrotny od wyczekiwanego? I co, ktoś to wytłumaczy prawem fizyki?
Żeby nadrobić czas serial, polskojęzyczny, oglądałam jednocześnie dziergając fioletowo-granatowo-lililowo-różowo-białą chustkę na drutach. Ooooch, nie. Nie. Efekt nie jest spektakularny, ale celem nie jest chustka, tylko dzierganie, które dobrze robi na stawy w nadgarstkach. A przy okazji będę może miała w co się zawijać zimą, to już efekt uboczny.
Noga?
”Nawet nieźle chodzi przez aleje
tylko przed publicznością, na scenie drętwieje
nie ona tu mówi, nie ona tu gra
lecz zamiast spokój mieć błogi
ta noga ma większą tremę niż ja.
Albo dziwny przypadek w psychopatologii
albo to ona pisze moje monologi”*

Byłam na grzybach. Tak. Ja. Ja, która grzybów nie jem i nie znam. Ja byłam. Znalazłam masę prawdziwków oraz TADAM! Pole rydzowe. Gdyby nie to, że to rydze na poboczu mało uczęszczanej drogi, to bym się bała zbierać, bo wyglądało to na jakąś plantację. Kosa byłaby bardziej ekonomiczna. Prawdziwki znam od zawsze, ale będąc z Reginą odświeżyłam sobie tę wiedzę. Rydze pokazała mi Regina. Trzy dni czekałam i każdego dopytywałam się nerwowo, czy ona i jej rodzina już te rydze zjedli. Dopiero otrzymawszy zadowalająca odpowiedź
-Tak, już dawno i zobacz- żyjemy nadal w zdrowi – uznałam, że sąsiadka wiedziała co zbiera.
Więc kiedy w weekend poszliśmy z mężem to też nazbierałam tych śmiesznych, niepozornych grzybków, o wierzchu kapelusza przypominającym zeschły liść i intensywnie pomarańczowym spodem.
M zjadł całą patelnię. Ja spróbowałam jednego. Ostrożnie. Jednym zębem. Bo to grzyb. A grzyby są fuuuuuu! Hm. No nie wiem. Nie mógł to być grzyb, bo to dobre było. I nie śmierdziało grzybem. I nie smakowało grzybem. Umówmy się zatem, że rydz to NIE grzyb.
Jak na złość deszcz nie pada i sucho jest. To znaczy – fajnie, że nadal jest temperatura przypominająca letnią. To naprawdę miła niespodzianka po deszczowym i zimnym sierpniu. Ale ja bym sobie życzyła odrobinkę deszczyku. Najlepiej w nocy. I cieplejsze te noce nieco. Żeby rydze miały jak urosnąć. Bo mi się chce jeszcze pozbierać.
Ususzyłam cały słój, będzie na zimę do kiszonej kapusty.
Szwalnię sobie urządziłam u Yankiego w pokoju. Nareszcie się nie potykam o puste wnętrze. Tęsknię, choć gadamy codziennie na różne sposoby. Rok uniwersytecki wystartował. Dziecko miało już pierwsze zajęcia. Jest zachwycony czeskim. Polubił mieszkanie u Sryi i Sarata (ona katoliczka, on buddysta). Podoba mu się Sztokholm. Zakochał się w starówce. Coraz odważniej eksploruje miasto. (Wzdech…i pokorna modlitwa dziękczynno-prosząca).
A teraz musze kończyć bo zaraz przyjdzie Gulsum z dzieciakami.

 

*Załucki.Marian? Poeta-satyryk. „ Monolog z laską”. Polecam.

O k..a! Ja p..ę!

Mój horoskop na …

Mój horoskop na sierpień najwyraźniej brzmi: wszystkie planety i gwiazdy są w kontrze do Ciebie. Nie próbuj nic robić, bo tylko stracisz energię i nerwy a efekty będą dalekie albo nawet odwrotne od zamierzonych. Połóż się do łóżka, nakryj kołdra i udawaj, że cię nie ma – to jedyne rozwiązanie póki Wszechświat nie zmieni ustawienia.

Nie mam siły.
I jedyne co mnie napędza to permanentny wkurw. 
Nie zbliżać się do mnie, bo gryzę. Nie. Rzucam się krtań i przegryzam tętnicę. Nie pocieszać, nie pytać co się stało, nie radzić. Można odmówić zdrowaśkę czy co tam innego w mojej intencji, ale bez informowania mnie o tym, bo to może zaszkodzić. Odmawiającemu szczególnie. 

I nie. Nie żartuję.

Pora chować sandały do szafy

Przez malutki …

Przez malutki kwadracik wizjera aparatu to co teraz nam serwuje pogoda wydaje się o wiele atrakcyjniejsze niż w rzeczywistości jest.
To światło!
Te chmury!
Te barwy!
Lato sobie poszło. Jestem rozżalona, bo umknęły mi prawie dwa tygodnie szwedzkiego lata!Bo byłam w Polsce a tam upały odbierały mi siłę do życia. Podczas kiedy tu były pokoje od północy, wiatr od jeziora, woda w temperaturze łazienkowej. To zostawiłam wyjeżdżając, a po powrocie już mam jesień.

Szkoda.
Jak to kiedyś Jerzy Połomski pisał?
„A mnie jest szkoda lata
i ciepłych letnich wspomnień
niech mówią głupi o mnie
a mnie jest żal”

Kiedyś to jednak były piosenki. I muzyka i tekst i wykonanie. Każdy musiał umieć wykonać swoje zadanie bo nie dało się braku tekstu i muzyki zastąpić głośnym brzmieniem a braku głosu gołym tyłkiem.  
Ech…
M w domu od piątku. Słaby jak dziecko. Ale przykazania lekarskie wręcz odwodzą od leżenia w łóżku. Chodzić, spacerować, być tak aktywnym jak tylko da radę. Oraz łykać medycynę wydaną przy wypisie.
Wypisu dokonywał nie doktor Fredrik a doktor Muchammad, który jak widać po imieniu rodowitym Szwedem jest ;). Doktor, mimo imienia, wzbudził naszą sympatię, bo studia zrobił w Gdańsku. I w czasie tych studiów nauczył się po polsku. Oj tam. No pewnie, że się zacina, że mówi „ja mieszkałam”. Ale mówi. Czym wprawił w osłupienie swego zwierzchnika, Fredrika, bo po obchodzie pożegnał się z M staropolskim „do zobaczenia”.  Nietypowy jest do kwadratu bo ojca ma z Iraku a mamę z Iranu.
Opadła mi szczęka, na tę wieść.
– Wow…To…to jest chyba niecodzienne? – zapytałam.
Zaśmiał się.
– No, to tak Polska i Rosja.
W Olsztynie był i uważa, że to jedno z ładniejszych miast w Polsce. Choć Polska i tak jest cała piękna. A jaką ma piękną historię.
Niby arab ale chyba jakiś porządny człowiek, prawda?

Pokpiwam sobie ze swoich własnych uprzedzeń, jakby ktoś nie załapał. Bo niestety, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Akurat za …ludźmi z Bliskiego Wschodu nie przepadam. Ich zachowania społeczne, model życia jaki preferują daleki jest od standardów świata w jakim żyjemy. I nie chodzi tu o chustki na głowach kobiet. Dużo by pisać…

Jutro, wreszcie!, idę na badanie do lekarza. Może coś się ruszy w sprawie odszkodowania. No chyba, że mi będą chcieli udowodnić, że nic mi nie jest. To…To nie wiem co zrobię. Może pojadę do Polski, pamiętając o płycie i zmuszę ortopedę do wypowiedzenia się na piśmie. A potem odwołam się do wyższej instancji. Nie wiem i stresuję się.

Synka wywozimy jakoś pod koniec tygodnia. Martwię się bo nie wiem czy M da radę tyle godzin za kółkiem. Może jednak poszukam noclegu w Sztokholmie? Przysięgam -jak tylko się trochę ogarnę finansowo idę na kurs prawa jazdy.
I jak to będzie bez synka w domu? Jak jemu będzie samemu? Jak to dobrze, że Zuzia jest. Będzie nas rozweselała, bo inaczej byśmy utknęli jak dwa stare grzyby.
Muszę sprawdzić kiedy nasz Fotoklub się spotyka po wakacjach pierwszy raz.
Oraz umówić się na spotkanie z moim PARTYJNYM kolegą Mortenem, którego chcę poprosić o małe wprowadzenie w sprawy partii. Jak to działa, czym się zajmuje, jakie ma plany na najbliższy okres.  Moja antyspołeczna dusza samotnika cała się marszczy i cofa z przerażeniem.
„Jak to mam wyjść na zewnątrz? Przecież tam są LUDZIE!”.

 

Jakby było mało

M. ma zapalenie płuc …

M. ma zapalenie płuc i leży w szpitalu. Pocieszające jest to, że doktor Fredrik-Janosik, który szefuje teraz jednemu z tych oddziałów na którym leży M zobaczył nas i się przejął.
Fredrik-Janosik był do niedawna lekarzem prowadzącym mojego męża. Jego widok działa pokrzepiająco.