to przecież wszystko palce lizać…

Znów nałóg.
Trójka …

Znów nałóg.
Trójka wczoraj zagrała "Bema pamięci żałobny rapsod" i się zrobiło. Wczoraj wysłuchałam tego ze trzy razy, dziś od rana chyba ze dwa…Trzy! ( dopisek z ostatniej chwili)
Kurcze, nie wiem ile to ma lat, dużo zapewne, ale w muzyce , w brzmieniu gitar i organów jest coś takiego, że nie brzmi nic a nic archaicznie, choć klimat jakoś kojarzy się z Deep Purple i z ich Child In Time. Na dodatek jakość dźwięku i wykonania niczym nie ustępuje. No, tekstu nie porównam, ale jednak co Norwid to Norwid.
Psiakość, słuchamy zachodniej klasyki rocka, a zapominamy, że nasi nie byli wcale gorsi, przy czym nasi robili muzykę najczęściej własnym pomysłem i przemysłem, bez sztabu różnej maści specjalistów , że o technice nie wspomnę. Uwielbiam Czerwone Gitary na równi z The Beatles i słuchając naprawdę nie słyszę, żeby była jakaś różnica w jakości. Teraz ten Niemen…znałam go z lekkich piosenek, słyszałam, że tworzył jakąś "sztukę dla sztuki", ale nigdy nie miałam okazji zetknąć się z tym co robił, gdy już nacieszył gawiedź "Wspomnieniem" czy "Pod papugami".
I tak sobie myślę, że jak się miało Niemena, Łobaszewską, Prońko czy Czerwone Gitary lub starą Budkę Suflera to te aktualnie łkające panienki , te wszystkie Anie Dąbrowskie, Gosie Dobrowolskie czy inne Dody to naprawdę jest żałosny żart losu. Zalewa nas pop-kicz stwierdzam boleśnie. Nie jestem specjanym znawcą rynku muzycznego, nie znam się też specjalnie na muzyce, ale na litośc boską, jak po raz kolejny słyszę w radio piosenkę, którą prezenter zapowiada, jako nowość,, a potem słyszę jak nawet Justyna Steczkowska łka, że on odszedł a ona go kocha, to mam ochotę kogoś skopać. Jaka nowość ? -się pytam, jak tyle innych panienek łka w ten sam rytm i podobnymi słowami, że nawet odróżnić ich nie sposób. Czy kicz powielany w nieskończonośc staje się klasyką i sztuką ? Cholera, w takiej rzeczywistości jak dziś, to Chopin by umarł z głodu, a nie na gruźlicę. Chyba, żeby założył kapelę disco-polo.Żałosne to naprawdę.
Jak zdarzy mi się w radio usłyszeć Annę Marię Jopek to święto, nawet jak grają od stu lat znane "Ale jestem", Mirka Czyżykiewicza nawet w Trójce słyszałam w ciagu ostatniego roku tylko raz!  Już nie mówię o stacjach typu RMF czy Zet , ale radio publiczne jednak powinno trzymac jakiś poziom. A tu :

"...gdzie spojrzeć krew i klęski żywiołowe 
(ciekawe co dziś, klecho, powiesz)
i wszędzie śmierć zagląda w oczy,
no żeby tak psioczyć, tak wybrzydzać,
to przecież wszystko palce lizać,
zwłaszcza wieczorem przed telewizorem."

Nie ma dziwne, że kto chce czegoś więcej, czegoś nieco ambitniejszego cofa się muzycznie do pokolenia własnych rodziców.

Ostatni dzień w pracy

A zatem dziś ostatni …

A zatem dziś ostatni dzień w pracy. Komputer wyczyszczony z moich plików, z outlooka usunięta moja poczta, na koniec dnia usunę gadu-gadu oraz przeglądarkę Mozilla. Ach prawda! – najpierw wyczyszczę historię.
Zabiorę część moich rzeczy tych co najszybciej się przydadzą w domu : wiatrak, głośniki i aniołka od Basi. Reszta poczeka do piątku : kwiatki, talerzyki, kubeczki, jakieś książki, gazety. Chyba potrzebuję wokół siebie przestrzeni zagospodarowanej własnymi rzeczami, bo gdziekolwiek pracowałam bardzo szybko to miejsce zapełniałam swoimi drobiazgami, na dodatek zupełnie niedostrzegalnie dla mnie.
Rozglądam się po tym pokoiku- dziupli i myślę, co jeszcze mam zabrać. Gdyby biuro miało trwać, zapewne nie ogołacałabym go tak zupełnie, zostawiłabym przynajmniej kwiatki, ale skoro nie wiadomo kto tu będzie i kiedy- to szkoda .
Dobrze mi tu było. Mam wrażenie, że ten czas tu spędzony to coś w rodzaju śluzy, takiego czasu pośredniego pomiędzy jednym etapem życia a drugim. Przyszłam tu tuż po zakończeniu terapii. Tu  uczyłam się siebie na nowo, własnych reakcji, innego patrzenia na życie i problemy. Teraz chyba pora na powrót do normalnego życia.
Kilka dni temu znajoma powiedziała, że w jednej z instytucji budżetowych Miasteczka szukają pracownika- księgowej. Nawet w pierwszym momencie mi się to spodobało, ale:
– Podatki ?- zapytałam i coś ścisnęło mnie w żołądku, na moment zabrakło mi oddechu.
– No, podatki – odpowiedziała znajoma.
– Bardzo ci dziekuję, że o mnie pomyślałaś, ale nie. Nawet gdybym szybko odświeżyła pamięć to nie dam rady psychicznie- odpowiedziałam. Znajoma to zrozumiała. Ona jest mądra, tą mądrością wynikającą z pokory wobec życia i z tolerancji. Lubię takich ludzi. Takich co nigdy o nikim nie mówią źle, z bezinteresowną życzliwością do świata. Świat traktuje takie osoby nieco lekceważąco, trochę jakby z góry, bo nauczeni jesteśmy, że skoro ktoś nie krzyczy, nie pyskuje to można. Dopiero jak nas życie przekopie, jak się zetkniemy z chamstwem  czy agresją doceniamy takie osoby jak moja Znajoma. Z pozoru mało błyskotliwa, czasem nawet sprawiająca wrażenie niezbyt lotnej, a wszystko dlatego, że nie sprzedaje swej mądrości na prawo i lewo, nie chwali się i nie wystawia na pokaz. Muszę się wybrać do niej na kawę- zapraszała serdecznie, a ja znów się waham, bo jakże to tak : wpaść komuś tak w życie ni z gruszki ni z pietruszki, zaabsorbowac sobą, czy to tak wolno? I sama siebie ganię: no jasne, że wolno, przecież zaprasza za każdym razem jak się widzimy, dom ma spory a wkoło niego piękny ogród. Pójdę, pójdę, może dziś,a może jutro, w ostatni dzień przed przyjazdem Marcepanka.
Bo jak on przyjedzie to już nie będę życia towarzyskiego uprawiała, chyba, że z nim. A zaraz potem Tatry, zatrzymujemy się w Cyrhli, własnie wysłałam potwierdzenie wpłaty zaliczki. I tez doczekac się nie mogę.
Marcepanek wczoraj rozmawiał z SzSz* i już jestesmy spokojniejsi. SzSz martwił się o rękę czy sprawna. I kazał się nie martwić o pracę, bo oni chcą własnie Marcepanka i nikogo innego i ma zdrowieć i wracać. Acha – i ktoś mu przecież musi zapłacić za czas zwolnienia, czy on ma na ten temat umowę z Polskim Szefem, ale niech się tym nie martwi- już on dopilnuje, żeby tę sprawę wyjaśnić. Oczy znów mi wypadały, bo po raz pierwszy widzę Wielkiego Prezesa co się przejmuje zdrowiem byle fizola i jeszcze tym, żeby nie stracił zbyt wiele na zwolnieniu.  Przeciez normą jest to, że jak se poszedł na zwolnienie, to jego sprawa, bo mu się nie chce pracowac i jeszcze naraził firmę na straty bo go w pracy nie ma, a każą mu płacić. Dobrze Aga mówi, że w Polsce wciąż popularny jest pogląd , że "pracownik to ten ch.. co pracuje za moje pieniądze". Niestety.
No to teraz jestem już troszkę spokojniesza. Z Polakami Marcepanek będzie rozmawiał we czwartek jak zjedzie z promu.I zobaczymy co dalej.

*SzSz – Szwedzki Szef

Chwile grozy

Chwile grozy przeżyłam w…

Chwile grozy przeżyłam w piątek. Naprawdę…Człowiek to ma jakieś durne zachowania czasem, zamiast się skupiać na tym co słyszy i na tym co się faktycznie stało, to umiera na myśl o tym co mogło się zdarzyć.
Marcepanek miał wypadek w pracy: coś tam szlifował, jakoś mu się to urządzenie wyrwało z rąk, wirująca tarcza rozharatała mu nadgarstek, urządzenie palnęło go w głowę i w ramię…Szwów na nadgarstku ma 11 (!) ale nie ruszone są żyły ani ściegna, cudem chyba jakimś. Oczywiście natychmiast pogotowie i policja, zwolnienie z pracy na trzy tygodnie.
Opowiadał mi to w piątek, a ja zamiast się cieszyć, że nic wielkiego się nie stało, że mąż, jak mówił szwedzki lekarz, miał masę szczęścia, to ja oczami wyobraźni widziałam jak mogło się to skończyć. Horror. I oczywiście jeszcze dziś mnie te wizje prześladują.
A co Marcepanek na to ? Że cholera, trzy dniówki straci, i że za leczenie musiał zapłacić, bo ma takie ubezpieczenie, że do iluś tam koron płaci sam, a dopiero po przekroczeniu tego limitu koszty pokrywa ubezpieczenie. Miałam chęć pojechać tam natychmiast i mu tą flexą  w głupi cymbał przywalić.
Żeby sobie wybić z głowy czarne myśli wynalazłam pozytyw w tej sytuacji :
– lepiej, że to się stało trzy dni przed wyjazdem niż trzy dni po przyjeździe;
– jak pojedziemy w Tatry nie będzie się pchał na Rysy i Kozie Wierchy, bo tam dwie sprawne ręce potrzebne, to nie będę umierała ze strachu o niego.
Niech żyje pozytywne myślenie. Hurra!
Ale na dnie czai sie lęk : a jak Szwedzi się wytraszą i nie zechcą żeby dłużej u nich pracował ? Albo ta firma co go zatrudnia w Poslce? A jak policja stwierdzi, że to była jenak jego wina?
Staram się nie myśleć o tym, dziś Marcepanek się wybiera pogadać ze szwedzkim Szefem, zobaczymy co mu powiedzą.
W tej sytuacji otrzymane mailem Refill – Portera było naprawdę jasnym promykiem.
Dziś w pracy jestem przedostatni dzień.

Mściwość pająków i działanie Kota

Zawsze twierdziłam, że …

Zawsze twierdziłam, że moja natura jest całkowicie nie podatna na nałogi, ale ostatnio zaczynam zmieniać zdanie.
Jakiś czas temu, w Muzycznej Poczcie UKF ktoś poprosił o jakiś utwór Mirka Czyżykiewicza. Prowadzący puścił AVE, a ja potem musiałam kilkakrotnie wysłuchać całej płyty, bo AVE mi tylko apetyt rozbudziła. Innym razem gdzieś usłyszałam kawałek Elderezi Bregovica i też katowałam kasetę w domu przez cały weekend, bo musiałam. Ostatnio Trójka gra utwóry Johna Portera z płyty Helicopters, a ja się skręcam bo płyty nie mam, zaspokoić łaknienia nie mogę i nic mi tego zastapić nie może. Kiedy słyszę jakieś takty z tej płyty wpadam w ekstazę, gdy mnie ktoś zagada w tym czasie na gadu ignoruję, telefon wzbudza zniecierpliwienie, a gadatliwy klient niemal agresję. Na bo mi tu gada, a tam mi cenne frazy umykają…Oczywiście jak przystało na nałogowca, jak tylko mnie poszczuto jednym kawałkiem zaczęłam szukać czy by się tych Helikopterów nie dało gdzie kupić. Dałoby, ale na płytach winylowych na aukcjach…Tyle znalazłam. eMule znalazły wyłącznie jeden utwór "Life".No rozpacz!
Aż tu wczoraj- wywiad z panem Porterem i propozycja by zadawać pytania. To zadałam : kiedy znów będzie można kupić te Helicoptery?
Okazało się, że nie jestem  w temacie, bo właśnie wyszedł Box ze wszystkimi utworami Johna Portera. W tym też moje Helikoptery. I że Trójka ma dwie płyty do oddania, tylko trzeba napisać, że się chce. Napisałam. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła. Wiedziałam! W ciągu miesiąca Box ma być u mnie. Hurra!!! Wiedziałam, że Czarny Kot działa.
Zaspokoję nałóg. Tyle, że muszę poczekać. Uzbrajam się w cierpliwość.
Żebym jednak nadmiernie szczęśliwa nie była to dzieci zameldowały, że padł nam monitor. No żesz…! Komputer kupiłam trzy lata temu, jedyne czego w nim jeszcze do tej pory nie musiałam naprawiać to monitor i obudowa. Teraz już została obudowa…
Ale awaria monitora to dowód na to, że nie powinno się zabijać pająków. Bachory zatłukły i mają karę : pająk się zemścił. Na nich oczywiście, bo ja ostatnimi czasu mało przesiaduję przy domowym komputerze. W pracy, przez osiem godzin napatrzę się dość i naczytam i nagagam… Choć z drugiej strony: to mój portfel poniesie ciężar zakupu nowego lub naprawy starego.
Nie wiedziałam, że pająki są takie mściwe, naprawdę.
Za to Taisha mi zrobiła nowy szablon i jakoś nie słyszę zachwytów ?? Co to ma być? Komuś się nie podoba? Jakby co- wywołam na ubitą ziemię na pojedynek w pluciu na odległośc do telwizora emitującego Wiadomości TVP1 lub w wymyślaniu przekleństw na polityków. Dowolnej partii. Są chętni ?
—-
Ale nie pchać się tak wszyscy naraz!!!

Nie ma jak w rodzinie

Wieczór już zapadł, …

Wieczór już zapadł, chłodny siepniowy, wieczorny powiew poruszył firanką. Najpierw lekko, potem jakoś mocniej, wepchnął tkaninę do pokoju, zaplątał w nogi krzesła stojącego przy biurku. Matka oderwała wzrok od monitora, by ruszyć firance na pomoc i wtedy ujrzała pająka. Zwierzę było ogromne, czarne,  z długimi czarnymi nogami. Matkę zatrzęsło przerażenie i obrzydzenie tym silniejsze iż jak zauważyła, Pająk zmierzał w jej kierunku. Jeszcze chwilka i dopadłby niechybnie jej bosej stopy…Na taką myśl poderwała się jak oparzona z krzsła i odskoczyła na bezpieczną czyli co najmniej metrową odległość.
– Nie boję, przecież się już nie boję pająków – zaczęła sobie tłumaczyć- Pająk to dobra nowina, przecież mnie nie zje, przecież się go nie boję.- tłumaczyła sobie w myśli, by Syn tkwiący przed telewizorem niczego nie zauważył. Odetchnęła głęboko, jeszcze raz powtórzyła swoje :
– Nie boję się go – ale jakoś straciła zapał do wędrowania po internetowych bezdróżkach.
– O, już nie siedzisz ?…To mogę?- zainteresowała się Córka, która chwilę później weszła do pokoju z talerzem kanapek.
– A, nie…Jakoś mnie nudzi – odpowiedziała Matka zerkajac uważnie na Syna, czy aby nie zdradzi powodu jej niechęci do komputera. Syn jednak tkwił przed telewizorem, całkowicie pochłonięty japońską kreskówką, w której ciągle ktoś krzyczał z przerażenia, krzyczał z gniewu, krzyczał z radości, ze strachu , szcześcia i tak sobie.
– Pójdę się myć – stwierdziła Matka po chwili i zniknęła za jedymi drzwiami w mieszkaniu ( nie licząc zewnętrznych).
Woda była ciepła, przyjemnie łagodziła napięcie, zmywała znój upalnego dnia. Matka przymknęła oczy, oddała się błogości.
– Mamoooo! – usłyszała przenikliwy krzyk córki. Poderwała się z bijącym sercem, przerażona, wyrwana z rozmarzenia.
– Co?- zawołała z trudem łapiac oddech.
– Mamoooo!! Tu jest pająk!- wołała córka – Chodź tu!
Matka odetchnęła z ulgą.
– Nie mogę, siedzę w wannie! – odkrzyknęła.
– Ale on tu jest – zaskamlała Córka pod drzwiami łazienki.
– Daj spokój, nie zje cię, zostaw go…- zaczęła Matka perswadować
– Ale on jest wielki! I czarny! – dziecko nie dawało za wygraną.
– Pająk do dobra nowina, zostaw go. On sobie na pewno zaraz pójdzie – dodała Matka ciszej, sama nie wierząc we własne słowa.
Córka chwilę postała pod drzwiami łazienki, powzdychała. Odeszła. Matka próbowała na powrót zagłębić się w stan relaksu, ale odgłosy zza ściany jej tego nie ułatwiały.
– Młody!- mówiła Córka do swojego Brata- Tu jest pająk
– Co ?! – krzyknął Syn wyrwany z całkiem innego świata. Jego głosowi towarzyszył jakiś łomot. "Pewnie przewrócił fotel jak się zrywał" domyśliła się Matka.
– Tu jest pająk, zobacz – znów mówiła Córka.
– Aaaaa! – usłyszała matka krzyk Syna.
– Weźźź…!- zirytowała się Córka- Trzeba z nim coś zrobić.
– To zrób – zaproponował jej Brat.
– Ty zrób! Ja się boję
– Ja?! Zgłupiałaś? Też się boję.
Córka podniosła głos:
– Ale ty jesteś facet! Zachowaj się jak facet!
Matka parsknęła śmiechem i stłumiła swą wesołość poczuciem winy. "Moje malutkie dziateczki walczą tam ze Zwierzem, a ja…" pomyślała jednocześnie słysząc głos Syna:
– Ja mam arachnofobię!
– Młody- Córka przybrała ton proszący – Weź go czymś zabij…
– No dobra…- w głosie Syna wyraźnie brzmiała obawa wraz z brakiem asertywności- Dawaj buta…
– Mojego ?- oburzyła się córka – Weź swojego
– Nie ma głupich! Moim nie będę!
– Poczekaj…Dam ci inny – zaproponowała córka
Matka na wszelki wypadek nie odzywała się z przypominaniem, że pająk stworzenie boże, że dobrą nowinę niesie i z takimi innymi. Jej dzieci po raz pierwszy kooperowały mniej więcej zgodnie, co im będzie Matka przeszkadzać?
– O masz, tym. Tylko szybko bo zaraz sobie pójdzie- rozległ się głos Córki, a zaraz po nim dwa klepnięcie butem
– Ale ty wynosisz zwłoki- rozkazał Syn.
– W życiu! Jutro ściagnę odkurzaczem. Albo zawłom kota, może zje…
Gwar rozmów umilkł. Matka znów zapadła w błogostan.
"Taaak- pomyślała- Lubię te spokojne wieczory w domu"

Gdy ci kot przebiegnie drogę

Szłam sobie rano do …

Szłam sobie rano do pracy, słoneczko mi grzało, niebo dalej było niebieściutkie, bez obłoczków, wiaterek lekki powiewał, miło było. Szłam powoli, bo lubię poranny spokój miasta, robię sobie spacer. Wyspana byłam, bo padłam wczoraj o 21:30 i nawet nie przeszkodził mi w spaniu "Goodbye Lenin" oglądany przez moje dzieci. Z plecaka wyjęłam parasolkę, to lekki był i sobie wesoło dyndał u mojego ramienia, jak maszerowałam moim ulubionym tempem z rękami w kieszeniach.
Tylko myśli mi nieco mąciły poranną sielankę. Bo to w portfelu zostało niewiele ponad dwadzieścia złotych, a tu znów kończą się zapasy w lodówce i ludzkie i zwierzęce, a do dziesiątego jeszcze kilka dni, a zwykle w takiej sytuacji to wypłata przychodzi dwa dni później. To trochę mi się humor chciał psuć, no bo cztery geby do nakarmienia to jest odpowiedzialność.
Stanęłam przy przejściu i czekałam na zielone. Tylko ja i nikt więcej.
Skąd wziął się ten kot na wysepce pomiędzy dwiema jezdniami ? Nie wiem. Nagle zobaczyłam go na drugim końcu pasów. Spacerował sobie bydlę z lewej strony na prawą. A czarny był jak węgiel. Światło zrobiło się zielone. Zacukałam się, zwolniłam, może kto inny pójdzie przede mną…? Nie było nikogo…Ruszyłam niechętnie.
– Ty zgłupiałaś ? – zapytało mnie elegancko moje drugie ja.
– Dlaczego miałam zgłupieć ? – obraziłam się.
– No co ty ? Kota się boisz ?- drugie ja prychnęło pogardliwym śmiechem.
– Ale to jest czarny kot! Cały czarny! – wyjaśniłam , bo może to drugie ja ślepe jest, albo niedorozwinięte.
– No to co z tego ? – pytało mnie dalej. Naprawdę jak dziecko we mgle.
– Jak to co?! Czarny kot to pech!- byłam przekonana, że zacznie się ze mnie naigrywać, od przesądnych bab wyzywać. Nie doceniłam. Popukało mnie w głowę.
– Ale kumu ten czarny kot ma przynieśc pecha?- dalej jakby nie rozumiało.
– No mnie!
– Nam, znaczy się? – sprecyzowało moje drugie ja. I znów popukało mnie w głowę.
– Skończ z tym pukaniem- zezłościłam się- Potem się każdy dziwi, że mnie głowa boli.
– Niech boli jak głupia- mruknęło moje drugie ja. Po czym nie dopuściwszy mnie do głosu rozkazało:
– Przecinasz drogę tego kota, ale już. Szybko, bo cię kto ubiegnie! Koty może i przynoszą pecha, ale nie temu kto je kocha, podziwia i wielbi. Spójrz tylko jaki jest piękny, gibki, z jaką gracją się rusza.Tak w ogóle to chyba kotka jest. Futro jej lśni i gra promieniami słońca jak idzie. Wierzysz, że coś tak pięknego i mądrego może nieść pecha? Prędzej szczęście…A pecha to będzie miał ten kot jak spotka głupiego , podłego człowieka.
Przyspieszyłam kroku. Drugie ja gadało z sensem. Jakoś wyjątkowo.Kot maszerował po pustej ulicy.
– Idź sobie, bo cię jakiś głupek potrąci – poprosiłam. Poszedł, spokojnie, bez pośpiechu, z właściwą sobie godnościa wszedł w krzaki koło młyna.
– No- westchnęło moej drugie ja z ulgą – Dziś spotka cię coś dobrego, zobaczysz.- ziewnęło i poszło spać.
Potem, już w pracy przyszła miła klientka z czekoladą, i Tomaszek zagagał. A przed chwilą zadzwonił Boss, że właśnie mi wysłał wypłatę. I że jeszcze będzie za sierpień. I za wrzesień, choć umowę kończę 31 sierpnia.
Czarne koty przynoszą szczęście. Jak to dobrze, że nie dałam się nikomu wyprzedzić.

Czytam :"W Krainie Kota" Doroty Terakowskiej. I coraz mocniej zakochuję się w jej pisaniu; to już trzecia książka tej autorki, jaką czytam. I kolejna od której odrywam się z wysiłkiem.
Uważajcie na czarne koty, zwłaszcza jak jedziecie samochodem. Na każde inne też.

ICE – może uratować życie

O ICE piszą <a …

O ICE piszą TU
Przeczytałm, podesłałam linka Odwodnik. A potem się zastanowiłam. Co ja wiem o najbliższych? Znam grupę krwi Marcepanka, wiem, że chorował na żółtaczkę tą zwykłą, pokarmową. Znam jego dolegliwości…A czy on zna moją grupę krwi? Nie chorowałam jak dotąd zbyt poważnie, ale miewam różne dolegliwości. Czy wie jakiego rodzaju leki łykam teraz ? Czy wie na co, choćby w przybliżeniu jestem uczulona? Kartkę, że części zamienne można brać dowolnie, mam w portfelu, żeby potem rodzina nie miała wątpliwości.
A dzieci? Co one wiedzą o nas ? Co Marcepanek wie o nich?
Mam jeszcze siostrę i nawet nie znam jej grupy krwi. Nie wiem czy w ogóle na coś się leczy, a jeżeli jej coś dolega – to co.
A Marzenka? Co wiem o niej? A co ona wie o mnie?
Zastanawiałam się kogo wpisać jako ICE w telefon. To ważne. Od tego może zależeć moje życie.
A wy już macie wpisane ICE w telefon?

Sierpniowe dyrdymałki

Ja jednak zdecydowanie …

Ja jednak zdecydowanie najbardziej lubię sierpień.
Upał sie zrobił, zupełenie niespodziewanie w związku z czym wczoraj przespałam cały dzień. Spałam w pracy z głową na biurku, spałam w autobusie do domu, spałam w domu po powrocie i zasnęłam na dobre około 23. A dziś rano otworzyłam oczy i…
Niebo czyste bez jednej chmurki, słońce skrzyło się na trawie pokrytej rosą. A ta rosa zimna musiała być bo nawet P- Sunia niechętnie weszłą na trawę. W powietrzu czuć, że dzień będzie upalny, ale mury wystygłe przez zimną noc łagodzą upał.
Wysiadłam przystanek wcześniej, bo na straganach koło wiaduktu zawsze jest taka orgia barw, że chodzę tamtędy dla samej przyjemności patrzenia. Nie zawiodłam się: papryka w czterech kolorach wysypana na jedną strtę, górka pomidorów, ogórki, fasolka szparagowa i kalafiory. I owoce: śliwki, gruszki, nektaryny, brzoskwinie, jabłka, arbuz.  Nakupiłam rózności, ręce mi się wyciagnęły do ziemi, a zapłaciłam sześć złotych. I jak tu nie kochać sierpnia ? Choć sierpień to miesiąc moich urodzin, znów trzeba będzie zmianiać zdanie na temat własnego wieku. Albo naprawdę ustalić ze soba jedną, byle wiarygodną cyfrę i się jej trzymać. Np. 39. To taka ładna cyfra. Sugeruje dojrzałość, lecz nie starość. Czy ja wyglądam na 39 lat ?
Tymczasem zastanawiam się nad wyjazdem w Tatry. Piecyk gazowy zdecydowanie odmawia współpracy, nie wiem czy miast wypoczynku nie będzie konieczności zakupu nowego. Zobaczymy co powie mój cudotwórca. Dzieci wierzą w tatusia i na mój dramatyczny komunikat, że piecyka leje się woda zareagowały
– Żeby tylko wytrzymał do powrotu taty.
Ech, też liczę dni. Już tylko dziewięć. A właściwie osiem, bo dziś to się nie liczy. A właściwie piętnasty też się nie liczy. To siedem.

Szukam kogoś kto mnie nauczy szwedzkiego. Google nie znalazły mi w Olsztynie nic ze szwedzkim. Szkoły językowe nie podnoszą słuchawek. Przyjdzie faktycznie kupić kurs ESKK tylko, że ja mało zdyscyplinowana jestem, i już wiem jak ta nauka (nie) będzie wyglądać. A mam motywację, oj mam. MUMINKI  i DZIECI Z BULLERBYN w oryginale.  No i nie sądze by w Mieście Trolli była biblioteka z obfita w polską literaturę. Tylko, że moje lenistwo jest silniejsze od najsilniejszej motywacji. A od lenistwa silniejszy jest tylko wstyd…
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie …

Urzędowo

Poniedziałek zaczynam …

Poniedziałek zaczynam bólem głowy i niemożnością załatwienia najprosztszych spraw.
Ból głowy to ta pioruńska pogoda mi załatwiła, bo niby ciepło, ale pochmurno, niby nie ma upału, a człek wilgotny jakby ciągle spocony chodzi.
A te sprawy…
We czwartek Marcepanek zażądał bym znalazła akt naszego ślubu, oraz jego stary dowód z pieczęcią, że był kiedyś mężem innej żony i że już nie jest. Oczy mi wypadły z orbit
– Po co ci to ?
Bo załatwia szwedzki NIP czy też PESEL czy jak go zwał tak zwał. I wypełniając dokumenty jak sierota boża przyznał się, że stan cywilny zmieniał kilka razy.Szwedzi chcą potwierdzenia tego faktu. Im dowolnie- może być pieczęć w starym nieważnym już dowodzie, mogłaby być nawet kartka od urzędnika z odręczną adnotacją, że było właśnie tak.
Dziś rano , uprezdziwszy Bossa o spóźnieniu poszłam do Urzędu Stanu Cywilnego i się dowiedziałam.
Akt naszego ślubu mogę dostać do ręki za jedyne 22 złote. Tylko muszę powiedziec po co mi. Na wieść , że do zagranicznego urządu pracy pani zrobiła oczy jak talarki
– A po co im?
Tu ja zrobiłam oczy jak talarki, bo co ją to obchodzi ? Nie dają za friko, więc tak naprawdę moja sprawa co z tym zrobię. Mogę sobie nawet ściany wytapetowac, skoro moje, nie ?
Z tym drugim dokemnetem natomiast okazuje się kłopot. Bo :
– A to jak brał rozwód to powinien był dostać odpis wyroku- ona
– Ale nie dostał…- ja
– A, bo to trzeba było zapłacić- ona
– Ba, tylko że nikt mu o tym  wtedy nie powiedział. Sam z siebie człowiek zwykle nie wie takich rzeczy – ja
Pani stwierdziła, że jedyne co może wydać to odpis aktu małżeństwa z adnotacją, że potem nastąpił rozówd. Ucieszyłam się, ale jak się okazało przedwcześnie.
– Ale pani tego dać nie mogę…
– Dlaczego ?- znów miałam oczy jak talarki
– Bo to pani nie dotyczy…Zreszta czy im tam taki dokument wystarczy?..
– Wystarczy – zapewniłam – Im by wstarczył nawet stempel z dowodu, ale mąż dowód wymieniał i nie ma starego…- tym razem pani patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
– No, ale ja pani tego dać nie mogę, bo to pani nie dotyczy – zakończyła audiencję.
 Kolejna głupota. Jak to nie dotyczy mnie to, że mąż przede mną miał inną panią za żonę?
Wyszłam nawet nie zła,tylko zrezygnowana, bo takiego obrotu sprawy się spodziewałam. Teraz zbieram siły na załatwianie paszportów dla zwierzaków, bo widzę, że to nie będzie tak hop hop.Naprawdę widzę , że bezrobocie przyszło w doskonałym momencie.
A ja zaczyanm mieć dylematy.
A może jednak przekonac Misię żeby też jechała. Maturę zrobi i tam, studia też będzie mogła z tego co czytam. A może dostałaby łatwiejszy start w życie ? No i nie musiałabym jej zostawiać praktycznie samej ledwie dostanie dowód.

…wyrzucone…

<span …

Płoną góry, płoną lasy w przedwieczornej mgle,
Stromym zboczem dnia słońce toczy się.
Płoną góry, płoną lasy – lecz nie dla mnie już.
Brak mi listów Twych, ciepła Twoich słów.

Rzuć między nas najszerszą z rzek,
Najgłębszy nurt, najdalszy brzeg,
Rzuć między nas, to co w nas złe –
A ja i tak odnajdę Cię!

Płoną góry, płoną lasy nim je zgasi zmierzch.
Znowu minie noc, znowu minie dzień.
Płoną góry, płoną lasy – lecz nie dla mnie już.
Brak mi zwierzeń Twych, ciszy Twego snu.

Rzuć między nas najdłuższy rok,
Najskrytszy żal, najgłupszy błąd.
Rzuć między nas, to co w nas złe –
A ja i tak odnajdę Cię!

Czy mówiłam ,że lubię Czerwone Gitary? A tę piosenkę chyba najbardziej ze wszystkich, za piękną gitarę na początku, którą ustawiłam sobie jako dzwonek od najbliższych oraz za tekst pełen nadziei…
Choć może bardziej by pasowała "Let it Be" The Beatles. Ich też bardzo lubię, pewnie mi tata genami przekazał, bo wiem, że też ich lubił.
Dobranoc.