Wzięło i zaczęło wiać w sobotę. Wczoraj to już naprawdę urywało głowę, ale pojechaliśmy na Stenbrott, bo pies potrzebuje… a i ja też.
Wieczorem myślałam, że to okropne tak bardzo być pozbawionym energii jak ja tego dnia. Ziewałam, ziewałam i walczyłam z opadającymi powiekami.
Z całej siły usiłowałam nie spać w dzień, żeby mieć przynajmniej nadzieję, że zasnę wieczorem i na dłużej niż 2-3 godziny.
Wymęczona sypianiem na raty, postanowiłam że wspomogę się melatoniną.
Nie mam do niej przekonania, w dodatku podejrzewam, że powoduje ból głowy…ale głowa mnie wszak boli w zasadzie cały czas, więc czy to jest wielka różnica od czego?
Żeby nie zasnąć, najpierw posprzątałam w domu ( czytaj: odkurzyłam normalnym odkurzaczem). A potem obejrzałam sobie Gdzie śpiewają raki.
Książkę czytałam dawno temu, jeszcze nim okrzyknięto ją bestsellerem.
Porwała mnie, czytałam ją niemal jednym tchem…
Film… wiernie opowiada książkę. Są piękne zdjęcia. Ale czegoś mi zabrakło by zaparł dech. Muzyki? Żywych bohaterów mówiących własnym głosem? Nie wiem…
Troszkę rozczarowanie, ale i tak mniejsze niż 2 sezon Sexify. Były takie momenty, że miałam chęć przewinąć. W zasadzie: to większość serii można było obejrzeć na szybkim podglądzie i człowiek by stracił tylko kilka jęków i stęków. Końcówka !!! UWAGA SPAM!!! z tatusiem ratującym tyłek była już tylko wisienką. Szkoda. Bo dziewczyny dały z siebie wszystko, ale na brak scenariusza nie poradzi żaden genialny aktor.
Za to w czytaniu idzie mi świetnie i coraz częściej wyłączam komputer a zamiast tego włączam audiobooka.
Na przełomie roku słuchałam Gujcio Steven Rowley. Kilka razy parsknęłam śmiechem oraz kilka razy poszły mi łzy. Zaznaczam, że książka nie jest arcydziełem, ale ma swoje momenty, i one przewyższają pewne niedociągnięcia.
Teraz za to słucham Mężczyzna imieniem Ove. I to…to już jest naprawdę cudo. To jest opowieść przy której najpierw umierasz ze śmiechu, żeby za chwilę zanosić się płaczem. Jeszcze jej nie skończyłam, ale wiem, że SVT Play można obejrzeć film, wprawdzie z napisami tylko po szwedzku, ale chyba się przemogę.
Jak nie czytaliście to naprawdę polecam.
Oczami czytam o ruchu LGBT oraz o najnowszej historii Urugwaju czyli: „Cantoras” Caroliny de Robertis.
Też warta uwagi, choćby ze względu na to, że Urugwaj i jego kultura nie są nam jakoś dobrze znane. A warto wiedzieć choćby o tym, że tle całej Amryki Południowej Urugwaj tak się wyróżniał, że nazywano go Szwajcarią Ameryki Południowej.
I tak sobie skakałam od filmu do książki, od książki do audiobooka.
O 21 cała szczęśliwa ułożyłam się w łóżku… i w tym momencie przeszła mi senność.
Nie pytajcie co sobie mamrotałam kwadrans później gdy zapaliłam światło i wysypywałam melatoninę.
Ale zasnęłam dość szybko i spałam budząc się tylko na siku. Ale kota musiałam nad ranem odseparować w odległym pokoju.
Teraz piję po-lunchową kawę i odsuwam wyrzuty sumienia, że tle roboty a ja sobie bimbam.
Za oknem słońce. I chmury.
I poniedziałek.
4.
Przebiegłam z Tośką dokoła mojego bloku, dwóch szkół oraz boiska, a zegarek pokazał, że nasz spacer trwał ledwie 20minut.
Tak się teraz z nią spaceruje.
Leniwy spacerek nóżka za nóżką, z psem z tyłu tak daleko, na ile pozwala smycz, to już przeszłość. Już nie ma, że się zagapiam i nagle szarpnięcie smyczy z tyłu uświadamia mi, że idę za szybko. Teraz jest „no chodźże szybciej!”. Pada? Wieje? Cudowna pogoda! Śnieży? Jeszcze lepiej!
30 minut latanie po mieście, a gdy steruję w stronę domu pies patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała. Przy czym im gorsze, według mnie, warunki na zewnątrz, tym bardziej Tośka odmawia powrotu do domu. No, jeszcze może bardzo ulewny deszcz wzbudza mniejszy entuzjazm. Ale tylko trochę.
Zatem dziś po 20minutach wróciłyśmy do domu. No dobra, chętnie bym jeszcze dała psu te dziesięć-piętnascie minut, ale gdzie tu łazić jak ciemno? I co to za frajda.
Dzień się wydłuża, owszem, ale bardziej to widać po południu, niż rano. Jednak niedługo, już za jakieś trzy tygodnie, będzie to widoczne także rano.
Ta aktywność Tosi bardzo cieszy… z jednej strony. Z drugiej: niepokoi, bo ona nigdy, nawet jako szczeniak nie była AŻ TAK aktywna. Czy to dobrze?
Za tydzień trzeba iść do weta, sprawdzić poziom TSH, może wciąż za wysoko? To nie dobrze dla serca.
Ale poza tym to sama radość z tego psa, nawet jeśli czasem uważam, że za bardzo jej odwala.
Na przykład… Tośka zawsze kradła nam porzucone części garderoby. Moje bardziej niż pańcia, ale jego też. Potem zaczęła ściągać sobie moje rzeczy z wieszaka w przedpokoju: kurtkę, bluzę… W ten sposób wyrwała mi wieszek w kurtce razem z flakami, w bluzie wiszącej na kapturze urwała lamówkę, a w swetrze po prostu zrobiła dziurę, bo się oczko zaczepiło na haczyku.
Nie miałam innego wyjścia i po prostu wierzchnie okrycia wieszam w tzw składziku noszącym szumną nazwę garderoby.
Na wieszaku w przedpokoju wisi teraz moja stara, czerwona kurtka zimowa, pod którą lubi się chować Basil. Tzn: lubił, bo kurtka już nie pachnie mną, więc dla Basila nie jest atrakcyjna, moja szafa lub przynajmniej łóżko są lepsze.
Ale odkąd czerwona kurtka straciła mój zapach, Tośka jej nie rusza. Za to zawsze zanotuje, gdy choć kawałek chusty/szala/czapki/rękawiczki zwisa z półki. Wspina się wtedy na ławkę stojącą pod półką i ściąga co się da.
A jak już ściągnie – leci do swojego materaca w przedpokoju i zakopuje pod nim zdobycz. To samo robi z moimi ubraniami, gdy się przebieram oraz każdą inną rzeczą jakiej używam. Tak, okularami też nie gardzi.
Karcenie nie daje skutku. Nawet przyłapana na gorącym uczynku, zwarczana, skrzyczana… Odwraca łeb do ściany i patrzy w sufit, a na psyku ma taki wyraz pokory, że nie jestem w stanie się złościć. Wie, że nie powinna, ale miłość do mamusi jest silniejsza.
Futro ma coraz ładniejsze, ale ogon nadal mało puchaty. Oczy czyste, przestały ropieć i łzawić. Ale w jednym uchu wciąż stan zapalny, mimo czyszczenia.
Zrzuciła z wagi, ale teraz dostaje normalną karmę, więc już nie chudnie, ale też i nie tyje…chyba. To też sprawdzimy za tydzień.
No wciąż ma łupież, więc kąpiemy w specjalnym szamponie… tzn. eM kąpie, bo od egzekucji jest tatuś. Mamusię można kochać bezgranicznie, ale nie tak by jej pozwolić na obcinanie pazura lub filcu przy uchu. Mamusia niezgraba jest, i jeszcze jakieś „ała” piesku zrobi…
3. Udzierg ;)
Taki sobie szal udziergałam.


Jak widać, komuś jeszcze się podoba 😉
2. 2023
Pełnia. A właściwie jej końcówka.
Od tygodnia sypiam gorzej, źle, bardzo źle… Lub prawie wcale jak w ostatnie dwie noce.
Nie pomaga nawet waleriana. Głowa produkuje pół-sny, gdzie jawa miesza się ze snem. A w tych snach wojna, ucieczka, strach, gniew. Ciało miota się po łóżku: za zimo, za gorąco, tu boli, tam uwiera, stopa przeszkadza, nie ma jej jak ułożyć, palce drgają i same się gwałtownie prostują i zginają.
Nic, tylko egzorcyzmy odprawiać.
I jeszcze dusza… reagująca przesadnie: głównie gniewem na coś, co normalnie wzbudza wzruszenie ramionami.
Czy tylko pełnia? Czy też stres, bo zawodowo to najgorszy czas w roku? Oraz niepokój finansowy, bo w styczniu zawsze jest jakoś tak bardziej cienko, a tu kilku klientów się ociąga z płaceniem.
Tych najgorszych wysyłam do windykacji, koniec pieszczot. Sprzedawca psiej karmy oraz weterynarz chcą dostać swoją kasę, a kontrolna wizyta Tośki tuż-tuż. A za chwilę trzeba VAT za listopad zapłacić, a na koncie tylko echo…
Tak czy siak: niechże już ten księżyc się uspokoi, to ja odetchnę.
I pomyśleć, że kiedyś nie wierzyłam, że pełnia może tak działać.
Strach pomyśleć co będzie gdy będę starsza (jeszcze).
Po zimie zostały już tylko zwały brudnego śniegu oraz lodowe pułapki na chodnikach. Temperatura w okolicach 5 stopni i listopad za oknem. Ale jednak coś się zmienia. Bo rano słyszę ptaki. Każdego ranka coraz więcej.
Idzie ku wiośnie.
Niechby szło trochę prędzej, bo ostatni rachunek za prąd mnie powalił. Za samo zużycie w miesiącu listopadzie zapłaciłam o jakieś 240% procent więcej! To jest więcej niż dotąd płaciłam za zużycie oraz opłaty przesyłowe, więcej niż w czasach, gdy mieszkał z nami Yankie.
Jakiś koszmar.
Administracja też zapowiada podwyżki czynszu, przy czym … takie rzeczy to chyba tylko w Szwecji… oni JESZCZE nie wiedzą na jakiej kwocie podwyżki stanie, ale podwyżka będzie od 1 stycznia, więc w marciu-kwietniu zapewne drodzy goście otrzymacie baaaardzo wysokie faktury- piszą na swojej stronie.
Inflacja w Szwecji jest w granicach 10% w tej chwili i jest najwyższa od 70 lat.
Więc też podniosłam swoje ceny o 10%.
Ale przynajmniej ceny paliw wróciły do swoich w miarę normalnych poziomów czyli do poziomu sprzed lata i jesieni 2022.
A jako dodatkowy powód do frustracji jest fakt, że znowu wycięto szpaler drzew.
1.2023
Bo to jest tak:
W zasadzie to ja nie lubię zimy, wie to każdy kto mnie zna choć trochę…
Nie znoszę zimy!
No chyba, że jest taka jak przed laty… lub jak od wczoraj.
Wieje, sypie śniegiem, wszędzie zaspy, wszystko jest puchate i owalne, a świat się zrobił miękki i przytulny.
To lubię!
Pod warunkiem, że takie zjawiska są w listopadzie-grudniu-styczniu-lutym.
W październiku lub marcu czuję się okradziona z innego czasu, z suchych chodników, resztek słońca (gdy jesień), nadziei na jakąś wczesną zieleń – gdy marzec.
Nie znoszę też, gdy śnieg przestaje padać, mróz puszcza w dzień i łapie w nocy. To jest ta najbardziej parszywa twarz zimy, ta do której warczę „zimo, wy…j”, gdy rano wykręcam kostkę na zamarzniętej grudzie, tej samej, która po południu przemoczyła mi buty.
Ale jak śnieg przestaje padać, zamieć cichnie, a przepędzone wiatrem chmury odsłaniają błękit nieba i słoneczną kulę, gdy mróz trzyma biel w ryzach, wtedy mówię: no dobra, zostań.
Gdybym miała więc na Facebooku określić mój związek z zimą byłoby to „to skomplikowane”.
Dziś więc ją kocham.
Za tę biel i puchatość. I za tę niepohamowaną radość Tośki, gdy na szkolnym boisku zapada się w śnieg po brzuszek, gdy bryka i hopsa na śniegu, a potem się w niego kładzie i, jak najgorszy narkoman, wsadza nos w biel i zaciąga się niczym stary kokainista.
Tak się ten rok ładnie zaczyna: prawdziwą zimą.

Widok z kuchennego okna o godzinie 8:18. Dzisiaj dzień jest o 16 minut dłuższy od najkrótszego dnia w roku.
Wszystkiego dobrego w nowym roku!
120. Obiecane
Wciąż zapominam, że obiecałam upublicznić wizerunek moje starej przyjaciółki.
Kto zainteresowany opowieścią Marleny o pielgrzymce szlakiem świętego Jakuba to tu można posłuchać:
https://www.radioplus.pl/olsztyn/poszlam-na-spacer-wrocilam-jako-pielgrzym-szlak-sw-jakuba-aa-MqrS-PjcE-FRHP.html
119. Białe Święta
Mimo, że śnieg stopniał, Wigilia i dzisiejszy ranek były białe.
Mikołaj przyniósł mi pilota do aparatu. Odstawiłam Tośkę do domu po porannym spacerze, wzięłam aparat i poszłam testować.













Świat był piękny choć monochromatyczny. W powietrzu bezwietrzny spokój, mały mróz, mała wilgotność. Słońce tylko co wzeszło. Pomiędzy głosami kawek, wron i srok pojawiał się pojedynczy dzwonek chyba sikorki.
Ludzi też było mało. A samochodów wcale.
W takie ranki to ja nawet lubię tę mieścinę…
Wczorajszy lunch wigilijny był miły, niewymuszony. Każdy zadowolony z Mikołaja.
Ale najbardziej wzruszyła mnie Zuzu… Naprawdę jakie to jest dobre dziecko.
Rozpakowała swoją paczkę, zobaczyła coś puchatego i… ucieszyła się, że ooo, kocyk… Zero zawodu, że przecież ona chciała kartę prezentową, że kocyków ma już kilka… (Kartę też miała, schowaną w kieszeni).
Potem wyciągnęła to snuddie czyli sukienko-kocyk i jej zachwyt się jeszcze powiększył. Ubrała się natychmiast, nałożyła kaptur i naciągnęła sukienkę na kolanka, zachwycona taką możliwością.

Po dwóch godzinach było po spotkaniu. Zuzu w tym tygodniu jest u taty, który zgodził się nam ją wypożyczyć, by dziecko mogło poświętować i nas i u bonusowych dziadków czyli u rodziców Mela. Zuzia sama pilnowała czasu, bo obiecała tacie, że będzie o czternastej.
Zebrali się i pojechali. Misia za kierownicą.
Mel się zarzeka, że teraz przez cztery lata to ona będzie go wszędzie wozić, tak jak on ją woził do tej pory.
Posprzątałam… i mogłam świętować.
Czyli: zasiadłam w fotelu z drutami, filmami, audiobookami.
Z używek miałam spray do gardła, zielone tabletki na zatoki i białe na bóle, infekcje i gorączkę. Oraz ciepłą wodę z miodem i sokiem z cytryny zamiast drinka, buuuu.
No, ale dziś w końcu widać światełko w tunelu (TFU! przez lewe ramię!).
Po południu zaczął padać deszcz i tak już będzie przez kilka dni. Dobrze, że chociaż dzień się wydłuża. Powoli, bo powoli, ale idzie ku wiośnie.
I to jest w Bożym Narodzeniu najlepsze.
To chyba się oddalę po kawałeczek serniczka. I obejrzę kolejny odcinek o ludziach co utknęli na lotnisku w Oslo z powodu zamieci.
Miejcie się dobrze!
118. Piątka
Moja infekcja gardła nadal ma się dobrze. Dziś wreszcie chyba się doczekam, żeby mi zrobiono wymaz i jeśli znajdą bakterie może dostanę antybiotyk.
Jeśli nie znajdą – to będę żyła na ibuprofenie…
Ale w sumie co za różnica?
Wczoraj dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak ból budzikowy.
W skrócie: taki ból, który wybudza człowieka ze snu mniej więcej pomiędzy 1 a 3 w nocy nawet kilka razy w tygodniu. Ból jest silny, punktowy.
Pomagać ma na to kofeina lub melatonina.
Czyli dokładnie to, co mnie budzi w nocy.
Chyba tak się tym ucieszyłam, że o 4 obudziłam się z kumulacją:
migrena+ból punktowy+ból głowy+ból gardła. No, powinnam mieć jeszcze coś bolącego, byłaby szóstka.
Dostałam od kilku osób maile, ale nie mam siły odpisywać.
Przepraszam was.
Nie wiem czy będę miała siłę przed świętami tu zajrzeć, więc Wam tu zostawię obrazek.

I obyśmy tylko zdrowi byli.
117. No fajnie…
Zawaliło mi gardło. A teraz czuję, że nie mam siły i że jest mi zimno.
Złapałam jakiegoś wirusa. Przed samymi świętami. No fajnie…
116.
A tymczasem zima codziennie dostarcza świeży zasób śniegu, żeby było ładnie i czysto. Nie są to jakieś spektakularne wielkości (nie znoszę zimy, ale uwielbiam zadymki i zamiecie, tak samo jak burze i sztormy) ale wystarcza by pokryć zwykłe zabrudzenia.
Media polskie coś krzyczą o drastycznym spadku cen nieruchomości w Szwecji.
Taaak? Jakoś nie zauważyłam. Nadal nie stać mnie na kupno najmniejszego choćby mieszkania, nie mówiąc o domku. Jedno z tych marzeń z których trzeba zrezygnować, bo nie da się go zrealizować. Za późno. Trudno. Byleśmy tylko zdrowi byli…
Czyli spadku cen nieruchomości jakoś nie widać gołym okiem, za to widać efekt straszenia niedoborami energii.
Nie rozumiem. Szwecja energetycznie jest raczej niezależna. Mamy wiatrownie i elektrownie wodne. Mamy trzy elektrownie atomowe z łączną sumą sześciu reaktorów. Do tego są panele słoneczne oraz głębinowe pompy ciepła – te ostatnie niemal w każdym domu.
Skąd więc nagła histeria w sprawie oszczędzania prądu?
Histeria jest taka, że pierwszy raz odkąd tu mieszkam czyli od 15 lat, nie zapalono światełek na Torget! Normalnie szok, skandal i niedowierzanie.
A jednocześnie na lodowisku, gdzie trenują nasze gwiazdy bandy, kilka silnych reflektorów świeci niemal całymi popołudniami.
Ale, i to jest bardzo ciekawe, miasto wyłączyło stacje ładujące dla samochodów elektrycznych. I teraz sobie gratuluję, że jednak nie poszłam w samochód elektryczny, bo gdzie bym go teraz ładowała, nie mając domu i możliwości montażu własnej stacji?
Ach, no tak. Kilka tygodni temu, dzień przed Misi egzaminem na prawo jazdy, Szwecja zamknęła dofinansowania do zakupu samochodów elektrycznych. Politycy mętnie tłumaczyli, że nie ma takiej potrzeby, bo cena elektryków jest podobna do nieelektryków… a przecież dofinansowanie miało zachęcić ludzi do odejścia od samochodów napędzanych zwykłymi paliwami, żeby zmniejszyć emisję CO2. A teraz nagle się mówi, że nie, nie, nie, wcale nie o to chodziło.
Mam wrażenie, że ma rację Kaas.
Covid już na ludzi nie działa, ale zarządzanie społeczeństwem poprzez strach jest łatwiejsze, więc teraz się nas straszy kryzysem energetycznym. Zima, której nie było od lat, teraz bardzo w tym pomaga.
A mi gdzieś na tam z tyłu głowy, jakiś duszek szepcze, że znowu ktoś chce ubić jakiś interes…