…do utraty tchu, tyle było chwil…

Miewam takie chwile …

Miewam takie chwile zawieszenia,  kiedy nagle odpływam w inny świat. Ostatnio w takich chwilach widzę turkusowe wody Are a nad nią szare, wznoszące się piętrowo budynki. Berno.
Tęsknię.
Co dziwne, bo samo Berno, nie powaliło mnie na kolana. Te dzikie tłumy…
Ale łażenie po uliczkach i zaułkach, w poczuciu całkowitej anonimowości, w całkowitym oddzieleniu od świata, w którym żyję na co dzień. To było nowe doświadczenie i przyznaję, bardzo mi się podobało. Pierwszy raz od dawna nie czułam żalu, że jestem w tym tłumie sama.
A potem powrót.
I sprawy potoczyły się szybko.
Gazeta wywiesiła mojego łabądka na główną. Ja się tym pochwaliłam. Koleżanka znalazła, poczytała, wciągnęło ja, cofnęła się…i znalazła wpis o sobie.
Wredy był, stwierdzam po niewczasie, wredny, osądzający i bardzo niesprawiedliwy. Jak zawsze gdy pisze się w złości. Usunęłam, przeprosiłam, ale atmosfera jest taka taka sobie. A tu do pracy trzeba było wrócić.
Wróciłam. Popracowałam kilka dni i znowu wzięłam urlop. Tym razem nie wypoczywałam, tym razem pracowałam. Pojechałam jako tłumacz do Polski, na targi rolnicze w Bednarach i nie tylko.
Klient-Szwed i ja byliśmy gośćmi firmy produkującej urządzenia rolnicze. Pięć dni, cztery noce, dwa dni podróż, trzy dni wrażeń.  Pierwsze dwie noce spalismy w Gnieznie, nastepne dwie – we Wrocławiu.
To było …niesamowite. Jako Polka nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Tzn. nie od obcych, ale od rodziny jak najbardziej. Tyle, że od rodziny to się wydaje naturalne.
Już pierwszego wieczoru, po kolacji, z opadniętą szczęką napisałam „Aaaaa, to to jest ta słynna polska gościnność” i w duchu pomyślałam nieco mściwie „no, Szwedzie, teraz spróbuj to przebić”.
A potem było jeszcze ciekawej.
Jak dla mnie największą uprzejmością oraz najlepszym prezentem było, pomimo napiętego naprawdę mocno grafiku, zwiezienie mnie do Katedry w Gnieznie. Mała rzecz niby, krótka chwilka, ale trzeba było zjechać z drogi, pójść tam, gdzie się już było wiele razy i samemu i z gośćmi. Cierpliwie poczekać aż po raz piętnasty sfotografuję fragment drzwi (bo jak to zrobić w ciemnym wnętrzu, ale bez lampy, w dodatku nie moją kochaną pięćdziesiątką, stałeczką).
Drugim szczytem – dwugodzinny spacer po nocnym Wrocławiu z przewodnikiem opowiadającym między innymi o tym, że obecny Kościół  Garnizonowy kiedyś tam został przegrany w karty przez katolickiego proboszcza. Cudna dykteryjka.
Natłukłam masę zdjęć, większość jest nieostra, bo stałeczka znowu została w hotelu, ale co tam. JA WIEM co tam mam!  
Mój klient Szwed zbierał szczękę na każdym kroku. Rozśmieszył mnie w hotelu, we Wrocławiu, bo zobaczywszy hotelowy hall przestraszył się ceny. Rozśmieszył później, bowiem jego przestrach był tak sugestywny, że ledwie przekroczyłam próg pokoju, rzuciłam się sprawdzić ile kosztuje pobyt. Cena okazała się być taka sama, jak w hotelu, w którym spałam w Warszawie, czyli normalna, nie wygórowana. W przeliczeniu na korony, było nawet tanio.
Te trzy w sumie dni spędzone w Polsce, dały mi …Nie wiem jak to napisać.
Trzy dni intensywnego rozmawiania o rzeczach z którymi dotąd nie miałam w ogóle do czynienia. Trzy dni wgłębiania się w szczegóły techniczne, w zasady działania, nauka całkiem nowych nazw. Nazw najpierw polskich potem szwedzkich. Lub odwrotnie. Trzy dni przeskakiwania z języka na język: szwedzki-polski-szwedzki. Oraz, szczególnie na początku, śledzenia co mówią po angielsku, by w razie czego, móc służyć pomocą.
To było wyzwanie, któremu dałam radę.
Jednocześnie było coś zupełenie innego.
Była przyjemność obcowania …z rodakami. Ponieważ spotkanie było biznesowe jak ognia unikaliśmy drażliwych tematów. A różniliśmy się w poglądach jak mniemam, oj i to bardzo, bardzo. Zatem odłożywszy na bok politykę i religię, gwarzyliśmy na rozmaite tematy. Przyjemnie, dowcipnie, po polsku, z polskimi subtelnościami, niuansami i aluzyjkami. Czułam się jak człowiek, który przeszedł pustynię i dostał szklankę wody.
Powrót był bolesny.
Zła na cały świat, który w tej konkretnej chwili uosabiany był moim Klientem, odwórciłam się plecami, wcisnęłam słuchawki w uszy, włączyłam muzykę na cały regulator i pod pretekstem zmęczenia i złego samopoczucia w czasie lotu, po prostu się odłączyłam.
Chyba to było niegrzeczne, ale nie chcąc go obrazić, zrazić, musiałam.
Na szczęście sam był zmęczony, więc nie zgłaszał protestów i nie żądał zabawiania się rozmową.

Wróciłam do codzienności z bolesną pewnością, że kolejne wakacje nie szybko.
Miałam masę spraw do przemyślenia i uporządkowania.
I nic nie wymyśliłam.
Nie wiem co zrobię z blogiem, bo okazuje się, że jednak albo piszę co chcę, albo nie piszę wcale, a tu zbyt wielu znajomych ma ten adres.
Nie wiem co zrobić z wiedzą, że daję radę na różnych frontach i właściwie to niegłupia ze mnie babka.
Nie wiem co zrobić z przekonaniem, że fajna ze mnie „pięćdziesiątka”, całkiem do rzeczy, wcale nie taki maszkaron jak pokazują mi zdjęcia.
W ogóle nie wiem co dalej z moim życiem. Za ciasno mi w nim. Chciałabym czegoś…wyzwań intelektualnych? żeby się coś działo? spotkań z ludźmi?
Marazm szwedzki wpędza mnie w depresję.
Tak więc nie wiem, kiedy znowu tu zajrzę. Może jutro, może za kilka tygodni?

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s