1 lutego

W piątek Młody obciął …

W piątek Młody obciął się na krótko.
Wiadomość to niesłychana bo długie włosy dziecko nosiło od lat co najmniej czterech.
Postrzyżyn zwyczajowo dokonała koleżanka Viola, którą zwizytowaliśmy po raz pierwszy w jej nowo kupionym domu na wsi. Violi mąż i mój, ciesząc się z faktu, że mamy zapasowego kierowcę z rozkoszą wychylali kieliszeczek za kieliszeczkiem.
Viola zabrała Młodego do oddzielnego pomieszczenia…
Kiedy wróciła mniej więcej po półgodzinie towarzyszył jej jakiś szalenie przystojny młody człowiek, w którym z trudem rozpoznałam mojego syna. Wszyscy się zachwycali, ja milczałam. No bo  powiedzieć "ale ciacho!" o własnym synu to chyba przesada?
Towarzystwo się rozkręcało, Zozol spał w sąsiednim pokoju jak zabity, a ja po godzinie poczułam, że już chcę do domu. Młody też.
POSynek nas odwiózł.
W domu z ulgą zanurzyłam się w ciszę i XIX wieczny świat Cukierni pod Amorem.
Reszta rodziny wróciła jakieś trzy godziny później i …Spuśćmy litościwą zasłonę milczenia na stan męża…Dodam tylko, że lista rzeczy robionych po raz pierwszy zyskała nową pozycję.
Sobota przeleciała na nie wiadomo czym. A nie – wiadomo. Mąż dogorywał, POSynek gotował mu rosołek, ja wieszałam kwieciste zasłonki.
W niedzielę sytuacja już była normalna. Pojechaliśmy na basen. Z Zozolem.
Basenów jest w sumie kilka. Płytki brodzik, z dość ciepłą wodą, w sam raz dla maluchów jak Zozol. Kolejny – niezbyt duży, o głębokości może do 150 cm , też ciepły, pełen zabawek – przeznaczony dla dzieci nieumiejących pływać (wyłącznie pod opieka dorosłych). Następne dwa – głębokie chyba 2 i 3 m, już zimniejsze. Przy mniejszym ale chyba głębszym skocznia, trampolina i ścianka do wspinaczki. No i ostatni, w oddzielnej sali, jeszcze cieplejszej niż pozostałe, z temperaturą wody chyba ok. 37 stopni i bąbelkami. Do tego oczywiście prysznice i chyba trzy sauny.
Dla dorosłych wstęp 40kr, dla maluchów ja Zozol – gratis. Siedzieć można do zamknięcia.
Zozol był zaciekawiony. Plaskanie łapką o wodę albo łapanie strumienia z koneweczki było bardzo ciekawe. Przyjemnie też było w cieplutkiej wodzie na rękach u mamy, babci, taty lub dziadka. I był tam dzidziuś, ale inny niż ten którego się spotyka w lusterku. Dzidziuś wydzierał się z rąk mamy do Zozola. Zozol usiłował uciec babci do dzidziusia.
Ale już pływanie na piankowej biedronce nie było takie fajne.
Po półtorej godziny w wodzie Zozolowi zaczęły zamykać się oczy więc trzeba było wracać.
Ale okazało się, że basen, mimo śmierdzącej chemii, może być jakąś alternatywą na zimowe dni, chyba lepszą niż solarium.
A potem, po południu nadeszła pora by Młodemu kupić bilet do Polski. Jego dowód osobisty kończy ważność w kwietniu więc zawczasu trzeba zadbać o inny dokument.
Tu miejsce na rozważania…
Młody wyjeżdżał z Polski bez protestu. Grzecznie zaliczał kolejne etapy nauki, znalazł sobie kolegów Moskali. Dostał się na wymarzony Mediaprogram w szkole średniej. Radzi sobie tam jakoś. Ma kolegów Szwedów. I chyba jedną koleżankę. O niej wiem tylko tyle i pewnie tylko dlatego, że znajomością angielskiego przewyższa Młodego i czego on jej zazdrości.
Myślałam: wsiąknie w szwedzkie społeczeństwo, nawet nie zauważy kiedy stanie się bardziej szwedzki niż polski.
Po dwóch i pół roku w Szwecji Młody wciąż deklaruje, że wraca do Polski.
Najchętniej na studia, ale jak nie – to na pewno po studiach.
Kiepskie warunki bytowe, brak kolegów, bo kontakty się jednak rozluźniły – to nie mam znaczenia. Polska jest jedynym krajem, gdzie Młody chce żyć a polski jest jedynym językiem który odda wszystko co chce wyrazić, jest językiem najpiękniejszym i najbogatszym. Więc teoretycznie odniosłam sukces, bo chciałam, by moje dzieci czuły się Polakami.
 Ale i teoretycznie powinnam myśleć, że mi się nie udało. Bo chciałam wywieźć dzieci z Polski, dać im wykształcenie w innym niż Polska kraju a co za tym idzie – możliwość pracy gdzieś indziej.
Bo patriotyzm to jedno, a jako matka chciałabym żeby miały lepsze życie.
Miśka jeszcze jest zaciekawiona wszystkim, POSynek też. Marcepanek dobrze się czuje w pracy i ani myśli wracać.
Tylko my dwoje, ja i Młody, zdajemy się żyć w oczekiwaniu na chwilę, gdy ktoś nam powie – dobra, już możecie wrócić.
I oboje uważamy, że jedynym miejscem na ziemi gdzie chcemy żyć i gdzie wg nas można żyć to Olsztyn.
Młody mi obiecuje: jak już wrócę  do Polski to będziesz miała powód, żeby też częściej jeździć.
Ba, jakbym powodu potrzebowała…

30 stycznia. O wiośnie, Kociu i nie wiem czym jeszcze

Odkąd wyruszyłam z …

Odkąd wyruszyłam z warmińskiego miasteczka na podbój Skandynawii wydłuża się lista rzeczy, które robię po raz pierwszy.
Po raz pierwszy wyjechałam za granicę.
Po raz pierwszy leciałam samolotem.
Po raz pierwszy spotkałam cudzoziemców.
Po raz pierwszy płynęłam promem.
Po raz pierwszy pracowałam z dziećmi.

Dziś po raz pierwszy idę na basen.
Nie śmiejcie się.
W Miasteczku basen pojawił się miesiąc przed moim wyjazdem a po co ma chodzić na basen ktoś, kto nie potrafi pływać ?
Tak. Wstydzę się tej nieumiejętności na równi z nieznajomością angielskiego oraz brakiem prawa jazdy.
No ale idę. Zozol będzie pretekstem, dla którego zamiast pływać chlapię się w płytkim, ciepłym brodziku z bąbelkami.

Za oknem mam słońce.
Wczoraj powiesiłam na oknach w kuchni i pokoju zawiesiłam świeżo kupione zasłonki w kwiatki. I zrobiło się wiosennie. Słońce jakby poczuło się w obowiązku a śniegu coraz mniej.
Mam chęć umyć okna. Czy to znak, że wracam do życia ?

Ach. W ICA pojawił się twarożek! Ma co prawda konsystencję kremu, ale nie jest słony! Ani słodki! Jest kwaśny i nadaje się do dżemu i miodu.
A Lidl w sąsiednim mieście wypieka normalny chleb. Istnieje nadzieja, że zwyczaj się rozprzestrzeni.

Kocio waży 11 kilo!
Jak się odchudza kota ?
Jaka jest dzienna dawka pokarmowa dla takiego grubaska ? Czy sucha karma light pozwoli mu schudnąć ? Czy może wystarczy chować psią miskę, żeby Kocio się nie dokarmiał ponad normę ?
P_Suni też już się chyba znudziło odganianie go od własnej miski, bo ostatnimi czasy nie reaguje póki jej kto nie powie "Kot ci z miski wyjada". I wtedy robi to jakby z poczucia obowiązku a nie
rzeczywistej potrzeby obrony własnego terytorium. 

Chaos tego wpisu nie odzwierciedla chaosu w mojej głowie.

26 stycznia

Z kronikarskiego …

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że żyję.
Nadal kiepsko sypiam a parabola moich nastrojów wciąż mocno wygięta w dół.

Ze spraw ciekawych – szwedzkie krwiodawstwo.
Jak tego dokonali – nie wiem.
Młody któregoś dnia pokazał mi niewinną karteczkę, z której bardziej się domyśliłam, niż zrozumiałam, że ma wyznaczony dzień w którym pójdzie oddać krew.
Ten dzień nastąpił wczoraj.
Młody miał do szkoły dopiero po południu, ale wstał bladym świtem i dobrowolnie zjadł śniadanie. Poszedł, wrócił i podał mi karteczkę.
– Masz, zrób z tym co zechcesz.
– O zapłacili ci za krew ? – zgorszyłam się nieco. No bo gdzieś we mnie tkwi przekonanie, że krew powinno się oddawać za darmo w myśl zasady "darmo otrzymałeś-darmo rozdawaj". No i jeszcze – ile ma kosztować coś, czego jak dotąd nie udało się wyprodukować syntetycznie, a co bezwzględnie ma ratować życie ?
– Nie zapłacili – Młody poczuł się urażony – Kazali wybrać sobie nagrodę. Powiedzieli, że muszę. I że szklanka soku pomarańczowego się nie liczy. To wziąłem to.
TO to kuponik o wartości 40kr.
– Weź to – powtórzył z obrzydzeniem – Ja TEGO nie chcę.
MATKO! Wychowałam IDEALISTĘ!

Wzięłam i schowałam. Termin realizacji do 2013 to poczekamy aż zbierze się więcej. A potem wydamy tę kasę na coś fajnego.
Rozbuchane ego podpowiada mi "wyścigi konne w Skara". Sumienie – dobroczynność.
Jak zawsze w mojej głowie dylemat szczęścia i obowiązku.

16 stycznia – Proszę pana, pewna kwoka, traktowała świat z wysoka…

i mówiła z …

i mówiła z przekonaniem:
Grunt to dobre wychowanie!
Zaprosiła raz więc gości…

…w składzie mama+tata+córka11lat+syn5lat.
Po dwó- i półgodzinnej wizycie, z ulgą zamknęła drzwi za gośćmi i dokonała bilansu.
– zmęczonych, rozwścieczonych kotów – szt 1
– zmęczonych, warczących, niechętnych do szarpania węzełka i uciekających w popłochu psów – szt 1
– zmęczonych zięciów – szt 1
– zmęczonych gospodyń domowych deklarujących zwykle sympatię do dzieci, teraz pałających żywiołową nienawiścią szczególnie do dziewcząt w wieku lat 11- szt 1
– zmęczonych i przerażonych członków rodziny – szt 2 i 1/2
– pożarta ogromna blacha jabłecznika – szt 1
Do punku ostatniego należy dodać wzmiankę, iż ilość ciasta mieszcząca się na blasze zaspokaja dwudniowy apetyt na ciasto czteroosobowej rodziny Prowinjonalnych.
Dla całości informacji należy dodać, iż powyższe rezultaty osiągnięto wyłącznie skromnym nakładem sił dwójki małoletnich.

O czym donosi
wstrząśnięta Kasia Prowincjuszka.

PS. W tym kontekście naprawdę zaczynam rozumieć kwokę, bo po godzinnym sajgonie miałam chęć ją zacytować
"Trudno! Wszyscy się wynoście!"

Czy ja, kwoka , proszę pana, jestem dobrze wychowana ?

 

14 stycznia – Obserwacja

Nic nie rozumiem…<br …

Nic nie rozumiem…
Miesiąc z małym okładem czułam jak coś mnie spycha w otchłań, z każdym dniem coraz głębszą i czarniejszą.
I nagle wczoraj, jak za dotknięciem różdżki – otworzyłam oczy rano i miałam siłę żyć.

Co pomogło ?
Pierwsza od bardzo dawna przespana prawie bez przerwy noc ?
Słońce za oknem ?
Vit. B, łykana od tygodnia ?
Nocna rozmowa z przyjacielem ?
Płacz, ale na zupełnie inny temat ?

Pięść zaciskająca się wokół gardła otworzyła się, odetchnęłam.
Tylko się trwożnie rozglądam wokół. Może gdzieś tam się przyczaiła i tylko czeka…

Coś za mną chodzi, codziennie śledzi mnie.
We własnym domu już nieswojo czuję się
Dobrze wiem
Coś patrzy na mnie jak fanatyk z cienia drzew
i sprawia, że osiada we mnie lęk i z mocą nałogu ssie
 
Czy poznajesz mnie ?
Nazywam się twoja depresja
Tak to właśnie ja i twój szaleństwa smak
Czy poznajesz mnie ?
Nazywam się twoja depresja
zapamiętaj mnie : poczujesz mnie jeszcze nie raz

2 stycznia 2011

czyli próba daty.<br …

czyli próba daty.
Za oknem odwilż – trzecia zima w Szwecji, pierwsza odwilż, bo bez względu na ilość śniegu, tu mróz jak już złapie to się trzyma co najmniej do marca. No to odwilż. I niebieskie niebo ze wstającym słońcem. I odczuwalnie późniejszy zachód tegoż.
Notuję z kronikarskiego obowiązku, żeby zaznaczyć, że nowy rok niesie jakieś pozytywy, nawet jeśli to tylko wydłużenie dnia w naliczaniu sekundowym.

Po strzelankach wszyscy cali ?

Kanonada

w okół jakby z czterech …

w okół jakby z czterech stron nadciągał front.
Trzeci Nowy Rok witam w Szwecji, pierwszy w domu. Jak się nie widzi tylko słyszy fajerwerki to wcale nie jest zabawne. Zwierzaki na szczęście nie reagują, ale nie wiem jak Zozol czy się nie obudzi.
Za oknem +2 stopnie i deszcz.
Moi w mieście.
Ja z Trójką radiową…
I tak jest dobrze.
Bo tak po prawdzie, to ja Sylwestra, Nowego Roku, podsumowań, obietnic, złudnych nadziei nie znoszę bardziej niż fasoli.

Ale zmiana daty jest faktem. I tyle.
Nie przesadzajcie z alkoholem czy innymi przyjemnościami.
Niech się Wam rok dobrze zacznie, nawet jesli to oznacza brak kaca.

Tragizm wyrobów poświątecznych

Z potraw świątecznych…

Z potraw świątecznych jedynie barszcz i pierogi były tym, co smakowało jak należy. Wafle wyszły za suche, a tarta za kwaśna i wylądowała w koszu.
Sałatka jeszcze była niezła, ale ja lubię tylko świeżą, pierwszego dnia…
Zajdając ostatniego pieroga pocieszałam się myślą, że w nagrodę zrobię sobie kołduny w barszczu i jabłecznik.
Kołduny były mdławe, ale niezłe…
Za to jabłecznik…

Późną jesienią dostałam dwa kosze kwaśno-przekwaśnych jabłek od Kristiny. Pieczołowicie obrałam, starłam, podsmażyłam, zapakowałam w słoiki i zawekowałami,a co się nie zmieściło – w pudełka i zamroziłam.
Po czym wszystkie słoiki musiałam wyrzucić, bo mimo zassanych wieczek jabłka spleśniały. 
Ocaliłam jeden jedyny słoik, który hołubilam w lodówce na czarną godzinę.
Wczoraj uznałam, że godzina nadeszła.

Zrobiłam spód. Jabłek dałam sporo, bo lubię. Położyłam pianę żeby była beza i żeby złamać kwaśność jabłek. Wsadziłam do pieca. Dysząc żądzą i śliniąc się bardziej niż pies bokser odczekłam 30minut, które jak mi się wydawało, powinny wystarczyć. Nie wystarczyły. Odczekałam kolejne dziesięć.
Potem kolejne dziesięć na przestygnięcie.
Apetyt osiągnął poziom czerwony.
Odkroiłam spory kawał. Przez chwilę rozważałam ubicie śmietany, ale pomysł odrzuciłam jako zbyt czasochłonny.
Łyknęłam pierwszą łyżeczkę niemal parząc sobie przełyk. Potem drugą i trzecią. Przy czwartej coś mnie zastanowiło. Przy piątej walczyłam jak lew o resztkę nadziei. Szósta pozbawiła mnie złudzeń.
Mój jabłecznik smakował …ogórkami korniszonami Krakus.
Skąd wiem, że Krakus ?
Bo słoik i wieczko były po tym wyrobie. Słoik zapachu nie przechował, ale zakrętka jak widać ma lepszą pamięć.
Jeszcze się łudziłam, że jak wystygnie…

…Dziś rano jabłecznik podzielił los tarty.

 

Własnie rozmrażam lodówkę i gotuję ryż na ryż a la malta.

Proszę się nie śmiać. Ciężkie jest życie łakomczucha.

 

 

PS. godzina 17:45
Zamrażarka czysta.

Ryż wyszedł za słodki – chyba znak, że pora na odwyk…

 

Rea! Rea!

Rea to nic innego jak…

Rea to nic innego jak wyprzedaż.
Wszystko otwarte, wszędzie krzyczą czerwone napisy REA.
Poszłam od rana w złudnej nadziei, że kupię kolorową, narciarską kurtkę w  któryms sklepie sportowym. 
Jak to się dzieje, że każda, ale to absoltnie każda która mi sie podobała była albo za mała albo za droga ?
Wędrowałam od sklepu do sklepu razem z tysiącem innych współmieszkańców. Wędrowałam po nie posypanych żwirem chodnikach, brnęłam przez świeży puch, który zdążył napadać od wczoraj rano. 
Moje ślady szybko przykrywała inna warstwa śniegu. Bo wciąż pada. Tak sobie powoli, spokojnie sypie. A ja się zastanawiam czym się to skończy jesli przez najbliższe trzy miesiące będzie tak padać.
Tak sobie rozmyslając wyszłam z centrum, z strefy sklepów i przypomniał mi się ulubiony outelet. Ulubiony, bo tam można kupić fajne tkaniny za jedyne 50 koron za metr. 
Pomyślałam, że zajrzę tam, skoro już jestem w mieście, nic mnie nie goni, nikt na mnie nie czeka.
Tamże dkonołam zakupu kurtki. Cena była idealna, rozmiar idealny, fason właśnie ten i materiał właśnie taki. tylko kolor…czarny. Pocieszyłam się szybko, że terez będę mogła szaleć z każdym kolorem czapki. No i przynajmniej nareszcie nie szaro-buro-zielona. Lekka, jak na sportową kurtkę przystoi, odporna na deszcz i wiatr. Niech będzie czarna, ale…
KOLORU !!!
Tego mi się chce. Mam dość biało-czarnego świata.
Czerwony, żołty, wściekle pomarańczowy, różowy, najlepiej w kwiatki. W ramach kontestacji zimy kupiłam sobie pościel w różową łączkę. Mnie się kwiatki podobają wszędzie, co ja zrobię, że w moim rozmiarze kwietnych ubrań nie robią ?  
Siłą rozpędu, na fali entuzjazmu dokupiłam bezmyślnie cztery ramki na zdjęcia.
I teraz zjadają mnie wyrzuty sumienia połączone z lękiem na myśl o stanie konta…

 

Nie zabiję karpia, trudno, w galarecie zimno ma…

Barsz osiągnął ten …

Barsz osiągnął ten idealny balans słodyczy, kwasu i ostrości. Kapusta z grzybami i bez – już ugotowana. Warzywa na sałatkę też. Kajmak do wafli zrobiony, kruche na tartę cytrynową to maszyna zmiele. Ryby nie ma. I nie będzie.

Moje dzieci twierdzą, że w ramach postu powinnam jadać wyłącznie mięso i ryby, bo post wszak ma na calu wyrzeczenie…Mięso bez chleba i absolutnie bez warzyw. Więc skoro święta mają być czasem uciechy dla żołądka (i cięzkiej pracy dla wątroby) to w ty roku sobie popozwalam. Tradycje świąteczne związane z karpiem dawno temu wybiła nam z głowy moja mać, a że amatorem ryby jest wyłącznie Marcepaek to w tym roku skwapliwie odpuściłam sobie tę wątpliwą przyjemność. Za to pierogi. W skrytości ducha to właśnie je podejrzewam jako przyczynę bezsenności. Bo na samą myśl o tym zaczyna mnie ssać w żołądku. Zaszaleć i zrobi kilka ruskich ? I z pieczarkami ? Czy wystarczą te z kapustą i grzybami i te bez grzybów ? Na wszelki wypadek kupię kilka pieczarek jutro. I kilka plasterków tej ichniej salami co smakiem przypomina kindzuka i pastrami dla Młodego.

Sprzątnęłam łazienkę i cieszę się, bo reszta to już szybko. Jeszcze mnie czeka bój o choinkę zastępczą. Bo w tym roku, przebiegłszy wszystkie w mieście punky sprzedaży choinek stwierdziłam, że 400koron za drzewko to rozbój w biały dzień. Szwedzi choinki zaczynają sprzedawać (i kupować) już w pierwszy tydzień grudnia. Głupota jakaś! Gdzie oni te drzewka trzymają ? Na balkonie przez misiąc ? I po przyniesieniu do domu zostaje badyl bez igieł. Niektórzy stawiają na balkonie… Zatem zamiast 400kr wydałam 20 na gałęzie. Ma to sens tym bardziej, że w zatłoczonym mieszkaniu mało miejsca. Gałązki wstawię do ciężkiej kamiennej donicy z wodą. Tylko jak na nich upchnąć 150 lampek, hehe.

To będzie nietypowa Wigilia.

Po raz pierwszy od 20 lat spędzimy ją osobno, Marcepanek i ja, Misia i ja. Misia z Marcepnkiem i Młody. Zawsze byliśmy razem…Jakoś mi dziwnie.

No i moja tegoroczna Wigilia będzie ekumeniczna. Opłatkiem będę się łamać z Gulsum a ona wszak muzułmanka. Ale co ? Miałam jej nie zaprosić ? Opowiadałam, jak to wedle naszych zwyczajów w ten dzień nikt nie powienie być sam. Westchnęła.

– A ja będę sama- jej mąż będzie pracował, bo pracuje na taksówce. Wigilijna stawka jest wyższa, bo w Szwecji to dzień wolny, zdaje się, że nawet sklepy spozywcze są zamknięte. Pieniądze im potrzebne: w maju zostaną rodzicami.

Gulsum jest tylko 3-4 lata starsza od Misi. Jej mama jest w Bułgarii. Zaprosiłam, powiedziałam, żeby przyszła wcześniej pomoże mi lepić pierogi. Ucieszyła się to i ja się cieszę.

Opłatek wysłała mi mama razem z kartką świąteczną. A moi dwie godziny temu dotarli na Warmię po 24-godzinnej podrózy. Z Gdyni jechali przez Olsztyn, bo drogi boczne przez Pasłęk, lub Miłakowo, lub Ostródę podobno nieprzejezdne a oni wszak z Zozolem.

 

Krok po kroku, krok po kroczku najpiękniejsze w całym roczku idą święta…

 

To chyba ide powalczyć z tymi gałęziami. Mało casu, kruca bomba, mało casu…

Trza wykorzystać produktywnie bezsenność.