W piątek Młody obciął się na krótko.
Wiadomość to niesłychana bo długie włosy dziecko nosiło od lat co najmniej czterech.
Postrzyżyn zwyczajowo dokonała koleżanka Viola, którą zwizytowaliśmy po raz pierwszy w jej nowo kupionym domu na wsi. Violi mąż i mój, ciesząc się z faktu, że mamy zapasowego kierowcę z rozkoszą wychylali kieliszeczek za kieliszeczkiem.
Viola zabrała Młodego do oddzielnego pomieszczenia…
Kiedy wróciła mniej więcej po półgodzinie towarzyszył jej jakiś szalenie przystojny młody człowiek, w którym z trudem rozpoznałam mojego syna. Wszyscy się zachwycali, ja milczałam. No bo powiedzieć "ale ciacho!" o własnym synu to chyba przesada?
Towarzystwo się rozkręcało, Zozol spał w sąsiednim pokoju jak zabity, a ja po godzinie poczułam, że już chcę do domu. Młody też.
POSynek nas odwiózł.
W domu z ulgą zanurzyłam się w ciszę i XIX wieczny świat Cukierni pod Amorem.
Reszta rodziny wróciła jakieś trzy godziny później i …Spuśćmy litościwą zasłonę milczenia na stan męża…Dodam tylko, że lista rzeczy robionych po raz pierwszy zyskała nową pozycję.
Sobota przeleciała na nie wiadomo czym. A nie – wiadomo. Mąż dogorywał, POSynek gotował mu rosołek, ja wieszałam kwieciste zasłonki.
W niedzielę sytuacja już była normalna. Pojechaliśmy na basen. Z Zozolem.
Basenów jest w sumie kilka. Płytki brodzik, z dość ciepłą wodą, w sam raz dla maluchów jak Zozol. Kolejny – niezbyt duży, o głębokości może do 150 cm , też ciepły, pełen zabawek – przeznaczony dla dzieci nieumiejących pływać (wyłącznie pod opieka dorosłych). Następne dwa – głębokie chyba 2 i 3 m, już zimniejsze. Przy mniejszym ale chyba głębszym skocznia, trampolina i ścianka do wspinaczki. No i ostatni, w oddzielnej sali, jeszcze cieplejszej niż pozostałe, z temperaturą wody chyba ok. 37 stopni i bąbelkami. Do tego oczywiście prysznice i chyba trzy sauny.
Dla dorosłych wstęp 40kr, dla maluchów ja Zozol – gratis. Siedzieć można do zamknięcia.
Zozol był zaciekawiony. Plaskanie łapką o wodę albo łapanie strumienia z koneweczki było bardzo ciekawe. Przyjemnie też było w cieplutkiej wodzie na rękach u mamy, babci, taty lub dziadka. I był tam dzidziuś, ale inny niż ten którego się spotyka w lusterku. Dzidziuś wydzierał się z rąk mamy do Zozola. Zozol usiłował uciec babci do dzidziusia.
Ale już pływanie na piankowej biedronce nie było takie fajne.
Po półtorej godziny w wodzie Zozolowi zaczęły zamykać się oczy więc trzeba było wracać.
Ale okazało się, że basen, mimo śmierdzącej chemii, może być jakąś alternatywą na zimowe dni, chyba lepszą niż solarium.
A potem, po południu nadeszła pora by Młodemu kupić bilet do Polski. Jego dowód osobisty kończy ważność w kwietniu więc zawczasu trzeba zadbać o inny dokument.
Tu miejsce na rozważania…
Młody wyjeżdżał z Polski bez protestu. Grzecznie zaliczał kolejne etapy nauki, znalazł sobie kolegów Moskali. Dostał się na wymarzony Mediaprogram w szkole średniej. Radzi sobie tam jakoś. Ma kolegów Szwedów. I chyba jedną koleżankę. O niej wiem tylko tyle i pewnie tylko dlatego, że znajomością angielskiego przewyższa Młodego i czego on jej zazdrości.
Myślałam: wsiąknie w szwedzkie społeczeństwo, nawet nie zauważy kiedy stanie się bardziej szwedzki niż polski.
Po dwóch i pół roku w Szwecji Młody wciąż deklaruje, że wraca do Polski.
Najchętniej na studia, ale jak nie – to na pewno po studiach.
Kiepskie warunki bytowe, brak kolegów, bo kontakty się jednak rozluźniły – to nie mam znaczenia. Polska jest jedynym krajem, gdzie Młody chce żyć a polski jest jedynym językiem który odda wszystko co chce wyrazić, jest językiem najpiękniejszym i najbogatszym. Więc teoretycznie odniosłam sukces, bo chciałam, by moje dzieci czuły się Polakami.
Ale i teoretycznie powinnam myśleć, że mi się nie udało. Bo chciałam wywieźć dzieci z Polski, dać im wykształcenie w innym niż Polska kraju a co za tym idzie – możliwość pracy gdzieś indziej.
Bo patriotyzm to jedno, a jako matka chciałabym żeby miały lepsze życie.
Miśka jeszcze jest zaciekawiona wszystkim, POSynek też. Marcepanek dobrze się czuje w pracy i ani myśli wracać.
Tylko my dwoje, ja i Młody, zdajemy się żyć w oczekiwaniu na chwilę, gdy ktoś nam powie – dobra, już możecie wrócić.
I oboje uważamy, że jedynym miejscem na ziemi gdzie chcemy żyć i gdzie wg nas można żyć to Olsztyn.
Młody mi obiecuje: jak już wrócę do Polski to będziesz miała powód, żeby też częściej jeździć.
Ba, jakbym powodu potrzebowała…
1 lutego
W piątek Młody obciął …