Njus!

Zdaje się, że Zuzia …

Zdaje się, że Zuzia będzie miała rodzeństwo.
A konkretnie: braciszka.
A jeszcze konkretniej: starszego braciszka.
Bardzo, bardzo konkretnie: w pakiecie do starszego braciszka dołączona jest macocha.

Nie wiem co Zuzia na to.
Ba! Nie wiem nawet co JA na to.
Zuzi mama, która ma raczej dobre serce mówi, że to wspaniale.

Eeee, tam…

<span style="color: …

Zima. Ale nadal nie ta biała i słoneczna, nie. Wilgotna, szaro-bura w kolorycie, bezsłoneczna.Szukam sposobów na pociesznie się. Bo polubić to sie tego, co za oknem, nie da w żaden sposób. No nie da. No to sie pocieszam.
Ostatnio kupuje sobie czapki. 
Regina przy każdym spotkaniu dziwi sie spektakularnie

– Znowu nowa czapka?!
No to teraz sie zdziwi.
Bo nowa. A jakże. Kupiona na dziale dziecięcym. Włóczkowa, biała z błękitnymi i różowymi elemtami. Z nausznikami, zakończonymi warkoczykami. Dodatkowo obszyta futerkiem. Absolutne cudo! Muszę się w niej sfotografować i pokazać światu. W takiej czapce, skrywającej większą częśc twarzy, oraz karku i uszu naprawdę można się wieszać na różnych takich…Co uczynię  niebawem. Niech no się tylko jakoś ogarnę i przestanę być śpiąca.
Z tymi zdjeciami osobistymi to dziwnie jest.
Bo zawsze gdy na nie patrzę to się zastanawiam kim jest ta stara, gruba baba. Gdzie podzialo sie to sliczne, młodziutkie dziewczę, o twarzy wychudzonego szczurka? To dziewcze przecież żyje, ma się dobrze, nie dorosleje, jak widać, skoro z uporem maniaka wbija się w ciuchy przeznaczone dla dzieci, choć w rozmiarze bardzo, bardzo dorosłym.
Eech…
A ze zdjęć patrzy szara rzeczywistość, która nadal nie wie co chce robić, gdy już dorośnie.
Zima jest wstrętna. Wysysa ze mnie energie, az strach. Naprawdę coraz mocniej irytuje mnie, że własciwie moja aktywnośc sprowadza się do tego, że chodze do pracy. Wracam z jednej- śpię. Wstaję, jade do drugiej, wracam i po wykonaniu absolutnego minimum obowiązkowych czynności znowu śpię. 
Witaminy zimowe, ze specjalnym uwzględnienien D nic nie pomagają.
Yankie znowu ma sie kiepsko. W sobote skonczył z antybiotykiem na zarazę, którą sobie był przywiózł z Polski. Wczoraj wieczorem znowu go telepało. Miał sie dziś z lekarzem kontaktować, bo termin kontroli ma za tydzień. Co za cholerna bakteria mu się zalęgła. Niepokoję się.

Kocio schudł. 
Nie dostaje ciasteczek, szyneczek, kawałeczków mięska. Nawet daktyli mu na wszelki wypadek nie daję, bo cukier tuczy. Pije, sika, nie nadążam wymieniac żwiru. Ale badania dwa miesiące temu wykluczyły cukrzycę! Kocio zrobił sie wybredny do jedzenia. Puszkowane jest błeeeeeee.  Suche jest błeeee. Odkryliśmy saszetki. Na razie je. Oraz te cudowne sheba, które kosztuja drożej niż najdroższa szynka. 

Zuzia. Zuzia pyskuje. 
– Ja telas mówim!
– A w przedszkolu byłaś?
– No, nie byłam – niecierpliwi się i fuka, macha ręką, okazuje irytację moim zagadywaniem.
-Zuzia, a czemu ty się tak brzydko do babci odzywasz ? – pyta w koncu dziadek troche ostrzej.
Zuzia spuszcza główkę, i chowa się za rączkami. 
– Widzisz? Przykro ci, że na ciebie krzyczę? A  jak ty na babcię krzyczysz to babci jest tak samo przykro.
Spomiędzy paluszków łypie oczko.
Już jej nie zagaduję, jakoś mnie nie lubi ostatnio, zwłaszcza jak dziadek w pobliżu.
Oczko łypie, rączki odsłaniaja coraz więcej.
Wreszcie:
– Oooo, piesek! – cieszy się. Dziadziu zajęty prowadzeniem auta nie zwraca uwagi.
– No piesek, a tam jeszcze jeden – mówię.
– Ale ja do dziadziu mówim – bąka cichutko Zuzia.
– Dziadziu! – wołam – Zuzia ci pieska pokazuje.
Dziadziu reaguje właściwie.
– Sisiś dziadziu, ja juś ziećna eśtem – mówi Zuzia. 
Nie ma rady. Trzeba się pogodzic, że jestem numer dwa. Pozostaje nadzieja, że kiedyś sie to zmieni.

Komus sie moj fotoblog spodobal i reklamuja go na glownej. Mile.

Forma przetrwalnikowa

<span style="color: …

Jak jest taka pogoda to wpadam w jakiś stan hibernacji umysłowej chyba. Albo innej formy przetrwalnikowej. Byle do wiosny.

Jest szaro. Szarzej. Jeszcze szarzej.
Spadł snieg w zawrotnej ilości 3 cm. Może nieco więcej gdzie nie gdzie, może nieco mniej. Za mało by schować zimową brzydotę, wygładzic kanty, przykryc psie kupy (tak, w Szwecji też!), zaznaczyć wyraźną granicę między białym a czarnym. Miasto w zasadzie nie uzwya soli, tyle co na drogach dojazdowych głównych. W efekcie sól z przedmiescia na kołach aut, rowerów oraz na butach wdziera sie do miasta. Sprawia, że zamiast białej nawierzchni mamy nawierzcjnię częściowo czarną, częściowo szaro-lodową. Skuter zamieszkał w garażu na stałe, bo czy 3 czy 30  centymetrów śniegu, jeździc się nie da. Mróz -1 w porywach do -5. Wiatr i duża wilgotność powietrza sprawiają. że odczuwalna jest dużo niższa niż przy bezwietrznych słonecznych dziesięciu stopniach w minusie. Nie da się jeździć  skuterem. No chyba, że na zimówkach a i to jak  ktoś twardzielem jest.
Jestem?  Nie jestem.  Więc latam na piechote w te i we w te. Extra motion nazywa sie to po szwedzku, Czyli trening bez dodatkowych nakładów. 
Wieczorem czyli o 18 marze już tylko o ciple i miękkości mojego przestronnego łóżka. Z Kociem mruczącym u boku, książką o ciekawej treści oraz ciepłym tudziez rozgrzewajacym napitkiem.
Kocio ostatnio narzeka, że mu zagoraca i najchętniej poleguje na podłodze pod uchylonym oknem. 
Książki jakie ostatnio trafiają mi ręce najchętniej wywaliłabym przez owe otwarte okno po przeczytaniu, a raczej zmęczeniu połowy. Ale nie chce mi się wstawać. 
Od herbaty mam zgagę, od kakako na mleku wyspkę. Zostaje alkohol ale z tym należy ostroznie.
Że co? Że o co mi chodzi z tymi książkami?
Ludzie…Ileż razy mozna czytac to samo. Ona dzielna, w kwiecie wieku, piekna, choć zaniedbana. On ja puszcza kantem, świnia jeden. Ona cierpi,. Potem się dźwiga. Odkrywa w sobie geniusza. Albo piękną. Albo jedno i drugie. Potem spotyka jego. I żyją długo i szczęśliwie w bogactwie i szczęściu. kurtyna.
Łooo matko! Czytam pierwsze strony i wiem czym się skończy. Zmieniaja się tylko stroje bohaterek i dialogi między przyjaciólkami, które w domysłach mają byc zabawne, a są żenująco sztuczne. 
Szkoda papieru, naprawdę. Czasu szkoda. Chyba naprawdę lepiej sie upić.
Nie mówcie mi więcej „powinnaś napisac, spisac, opisać, wydać”. Nie, nie, nie. Ten blog to już szczyt grafomaństwa. Nie będę cegiłki dokładac do marnotrawstwa papieru.
Dni mijają łudząco podobne jeden do drugiego. Różnią się jedynie stopniem zabrudzenia powierzchni gładkich w Kupie. Ostatnio każdego dnia jest coraz brudniej i brudniej. Ludzie nie mają co robic to łażą po sklepach dla rozrywki. Taki sport, zamiast jazdy na nartach.

O Zuzi to innym razem 

Pokazać język zimie

  <span …

  Jeszcze w połowie grudnia spierali się meteorolodzy. Jedni mówili, że miast zimy będzie u tych drugich wielki potop. Ci drudzy prognozowali, że wcale, że nie, że zima będzie i to tak ostra, że ci pierwsi  wymarzną. I jedni i drudzy wieszczyli z zapałem skłaniającym do zastanowienia ile w tym rzetelenej prognozy, a ile pobożnych życzeń.

Zima, nie słuchając meteorologów, konskewentnie nie nadchodziła tam, gdzie miała nadjeś a pojawiła się tam, gdzie miało jej nie być. W Egipcie na przykład. Bo w Europie Północnej temperatury były odpowiedniejsze do egipskiej pory deszczowej.
Kurtki zimowe staniały w miejscowych sklepach, a właściciele zimowych obiektów sportowych rwali włosy z głów oraz upijali sie tyleż z nudów co i z rozpoczy spowodowanej wizją bankructwa. Pod koniec grudnia z cenowego tonu musiały spuścić też inne sklepy sprzedające zimowe akcesoria.
Ludzie chodzili, oglądali, kiwali głowami i narzekali:
– Tak, teraz jak zimy nie ma, jak można w grudniu niemal w japonkach chodzic, to buty zimowe tańsze od owych japonek. I na co nam to?
Większość tak robiła. Znalazła się jednakże co najmniej jedna osoba, które nauczona doświadczeniem życiowym, trwała w przekonaniu, że nawet jak nie teraz, zaraz, to wkrótce zima nadejdzie. W głowie owej osoby nie panowało szczególne przywiązanie do tej pory roku. Ba! Nieuchronność nadciągnięcia mrozów, białego świństwa zalelegającego na chodnikach, przeroczystych sopli zwisających z dachów jakby w oczekiwaniu na odpowiednią ofiarę była dla owej osoby źródłem goryczy i poczucia niesprawiedliwości dziejowej bowiem to wszystko było tym, czego nie znosiła najbardziej na świecie. Świecie, w którym żyła tu i teraz, bo w innych okolicznościach prztyrody równie żywiołowo nie znosiła jadowitych pająków, tudzież nadmiernych teperatur, zatem wyprowadzka w inne rejony też by niczego nie zmieniła.
Tą osobą była niejaka KasiaP.
 
Na przekór sporom meteorologów KasiaP. była przekonana, że zima nadejdzie i będzie taka, jak być powinna, przynajmniej  wedle niektórych. Nadejdzie, żeby jej, KasiP zrobić na złość, utrudnić życie i udupić w domu.
 
Nic więc dziwnego, że z takim nastawieniem do zjawisk meteorologicznych KasiaP z niejakim entuzjazmem odniosła się do obniżki cen odzieży zimowej. Szczególnie przecena pewnych butów bardzo przypadła naszej bohaterce do gustu. Nie bacząc na nadchodzące święta oraz doroczny obowiązek obdarowania prezentami najbliższych, KasiaP. postanowiła, że buty owe kupi. I tak uczyniła.
Mąż popatrzył ironicznie gdy przytargała karton do domu, ale w obawie posądzenia o skąpstwo nie skomentował. Pomyślał tylko „I po co? Zimy ma nie być, a jakby nawet tych kilka płatków spadło, ma buty ubiegłoroczne”.
Tymczasem KasiaP. popatrujac każdego dnia na zalane deszczem okno czy też ocierając deszcz z szybki kasku od Komarka, rozmyślała, czy aby na pewno dobrze zrobiła, bo może jednak miast w buty zimowe, piękne co prawda,  było lepiej zainwestować w łódź albo porządny parasol?

Aż do ostatniej niedzieli, kiedy zbudziwszy się rankiem zobaczyła dziwnie jasne światło sączące sie spod niedokładnie zamknietych żaluzji. Przekręciła je i…powstrzymała się brzydkiego słowa. Zamiast tego wybrała klasyka.
„Spadł zdrajca noca i cicho legł.”
 Westchnęła ciężko.
 Zaznaczyć należy, że Kasia P nie jest osobniczką pozbawioną wrażliwości estetycznej. Siedząc w domu obiektywnie stwierdzała urodę namalowanych na szybach mroźnych kwiatów, tudzież miękkiego, białego puchu skrywającego brzydotę i łagodzącego kanty. Obiektywnie, bo subiektywnie nadal nie lubiła. Najbardziej nie lubiła brnięcia w śniegowej, rozdeptanej masie, często wymieszanej z solą pod którą czai się zwykle zdradliwy lód. A taka perspektywa czekała ją od nastepnego dnia. Ba! Od następnego, bardzo wczesnego ranka.
I tu na KasięP spłynęło olśnienie. BUTY! Przecież ma BUTY. Buty, który mają GWOŹDZIE!


Gdy następnego dnia rano, wrócała z pracy do domu nie mogła się oprzeć pokusie. Już popychając drzwi do klatki, odwróciła się i przez ramię  pokazała język w całej jego krasie. Oraz zagrała na nosie. Innych gestów zaniechała, bo w porę zauważyła na schodach swą malutką, dwuletnią sąsiadkę, która jak zawsze rano przyglądała się całemu światu z wyraźną niechęcią. Ożwiona dwukilometrowym marszem, KasiaP miała odczucia odwrotnie proporcjonalne do odczuć sąsiadki.  
– Piękna zima, prawda – rzuciła radośnie.
Dziecko popatrzyło na nią z pogardą.
Taka duża, a nie wie. Zima może byc fajna, ale nie po ciemku, nie w środku nocy, na litość boską!

Byłam bardzo grzeczna i nawet udało mi się rozbawić Pana Boga

Miałam plan. …

Miałam plan. Naprawdę!
Nigdy w życiu nie planuję, bo i tak plan sobie, a ja sobie. Ja nawet ciasta nie umiem dokładnie z przepisu zrobić, co być może jest przyczyną częstej produkcji zakalca. No ale tym razem postanowiłam twardo zaplanować i sztywno się planu trzymać. 
Głównym, nadrzędnym celem było takie rozłożenie robót, żeby od wigilijnego poranka, po powrocie z Kupy, móc się wymoczyć w wannie, a potem już tylko leżeć i pachnieć.

Jeżeli w tym momencie Pan Bóg nie umarł ze śmiechu to chyba wyłącznie dlatego, że wiedział, że potem będzie jeszcze śmieszniej…

Mam tę kartkę z planem. Zachowam sobie jako memento na lata przyszłe.
Ach. Zapomniałam napisać, że u piłkarzy byłam w tym roku ostatni raz w miniony piątek.
Plan startował we czwartek i zakładał, że tego dnia podgotuję bigos oraz sporządzę farsz do pierogów.
Ale coś mi wypadło (nie pamiętam już co) i nie zrobiłam nic poza podgotowaniem kapusty na farsz do pierogów.
Nic się nie stało, mała obsuwa na początek, ale nadgonię jutro.  Tak się pocieszałam.
W piątek zadzwoniła Regina, że zaprasza na glogg. Poprzednim razem odmówiliśmy, więc teraz już nie wypadało. Poszliśmy. Było miło, byli Łotysze z małą, słodką, 10-miesięczną Heidi. Kolacja była pyszna, rozmowy jak zwykle w wielu językach – litewskim, polskim, szwedzkim i łotewskim.
Pan Bóg chyba sobie pomyślał. „No wesoło, ale podkręćmy trochę”.
W sobotę, zgodnie z planem udało mi ulepić parę pierogów, ale ciasta na ciasto orzechowe już nie upiekłam. Udało mi się tylko zrobić rozczyn do orzechowca i karpatki.
W niedzielę rano odkryłam, że wypłata, która miała być na koncie dopiero w poniedziałek, wpłynęła już w piątek. Postanowiłam zmodyfikować plan.
– Słuchaj, a jakbyśmy tak zamiast jutro, to dziś skoczyli do Uddevala, do Ikea? – zagadnęłam męża. Bo miesiąc wcześniej kupiliśmy Zuzi kuchenkę pod choinkę, ale działając w stanie pomroczności jasnej zakup górnej części odłożyliśmy do „za miesiąc”. Czy mam dodawać iż rzeczony sprzęt miał być prezentem pod choinkę?
Regina wyraziła chęć uczestnictwie w wycieczce, tym bardziej, że postanowiliśmy połączyć wyprawę do sklepu z wyprawą po choinkę. Wg planu miały to być dwa kolejne dni, ale co mi szkodzi plan zmodyfikować tak, żeby zaoszczędzić trochę czasu i paliwa?
Tu Pan Bóg już chyba nóżkami przebierał w oczekiwaniu na spodziewaną uciechę.
Zrobiliśmy zakupy w Ikea. Trochę nam to zajęło. Bo to nowy sklep i nie znamy rozkładu, nie tak jak ten Goeteborgu, trochę się zastanawialiśmy nad różnymi rzeczami, bo wiadomo: to ładne, to śliczne, tamto potrzebne a dom nie z gumy, że o budżecie nie wspomnę.
Ostanie, co mieliśmy wziąć, to góra od kuchenki. Doszliśmy do półki, Regina już nam blokowała miejsce w kolejce a tu…A kuku! Miejsce, gdzie miał być nasz zakup, puste.
– Ale jak to nie ma? – zdziwiliśmy się oboje. Bo w internecie pokazywało nam, że jest! Po czym mąż sokolim okiem dostrzegł paczki na trzeciej czy czwartej półce.  Wezwany pracownik rozłożył ręce: jutro, bo dziś nie mogą jeździć widłakiem. Nie i koniec. Konwersował z kimś przez telefon. Nie, nie ma mowy, jutro.
Ja bym zrezygnowała. Mąż, gdyby chodziło  o cokolwiek innego też. Ale to PREZENT! DLA ZUZI!!!
– Jutro przyjadę sam – orzekł spokojnie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zajechaliśmy po choinki, raz tylko gubiąc drogę.
Pan Bóg się turlał ze śmiechu, gdy ja smętnie wzdychając kombinowałam jak tu mimo wszystko to wigilijne leżenie uratować. Planowałam: dobra, to dziś trochę, resztę jutro…
Nazajutrz, czyli w poniedziałek mąż zerwał się „skoroświt”. On rusza. Bo jakby okazało się, że coś, to będzie miał Goeteborg w zapasie. Ja optymistycznie założyłam: do Uddevala 80km, 3 godzinki i jesteśmy z powrotem, a jakby coś to dam mężowi wsparcie językowe. Bo może nie zdjęli i będzie trzeba prosić. No i jednak te klosze na świece bym chciała. I wyciskaczkę do czosnku. I prawda! Miałam zobaczyć coś do pieczenie mięsa, bo w domu same płytkie…Pojechałam. Trzy godzinki…! Pan Bóg właśnie umierał ze śmiechu.
Nie, nie zdjęli. Pracownik znów rozkładał ręce. Poprosiłam o rozmowę z jego szefem. Przyszło dwoje, wysłuchali, powiedzieli, że nie, bo widłak nie może jeździć wśród klientów.
– A to miał być prezent gwiazdkowy? – zatroszczyli się nagle. Nie umiem być sarkastyczna po szwedzku, wiec nie odpowiedziałam „nie, ku..a! tak sobie ku rozrywce drugi dzień pod rząd po to przyjeżdżam”. Machnęłam ręką, podziękowałam za pomoc (sarkastycznie, a jednak) torbę z zakupami zostawiłam im pod nogami i wyszłam.  Pół godziny później byliśmy w Goeteborgu. Tu już PamBócek się zlitował, widać uznał, że dość się już z nami pobawił.  Do domu wróciliśmy zamiast po trzech to po sześciu godzinach. Jeszcze musiałam z córką pójść do sklepu bo obiecałam( prezent dla taty), jeszcze mąż musiał z synem dokądś, bo też obiecał.
Wreszcie w ostatni wieczór, na dwadzieścia cztery godziny przed godziną Zero mogłam się zabrać za roboty kuchenne…

Sami rozumiecie, że w tej sytuacji nie miałam ani chwili czasu żeby wam ani tutaj, ani gdzie indziej jakieś życzenia składać.

Mikołaj podrzucił prezenty i pobiegł dalej nie spotykając Zuzi, czym mała była okropnie rozczarowana.   
Zuzia dostała strój księżniczki: sukienka, biżuteria + plastikowe klapki na obcasie w co natychmiast się ubrała. Dzidziu orzekł, że producent do zestawu powinien dołączyć gips i szyny. Zuzia w stroju księżniczki cały wieczór „gotowała” na kuchence.
Ja dostałam filtry UV do obu obiektywów! I pachnidło! Oraz telefon, który dojdzie za dni kilka. No to chyba byłam grzeczna w tym roku?
Pierogów zrobiłam mniej niż zakładałam. Orzechowiec wyszedł pyszny. Zamiast karpatki wyszła depresja holenderska w powodzi kremu, który nie chciał zastygnąć.
Jak dobrze, że następne święta dopiero za 12 miesięcy!
A jak Wy ? Ktoś dostał rózgę? Kogoś Mikołaj pominął ?

Lecimy klasykiem

Poszłam spać o …

Poszłam spać o 21,30.
Zasnęłam jakąś godzinę później czyli około 22.30 . Spałam do 4:40. Czyli ile to będzie godzin..? 6 godzin i 10 minut. Poszłam do Kupy, wróciłam. Nastawiłam timer na 1.30. Poczytałam chwilę, zasnęłam. Spałam około godziny. Wstałam. Pojechałam do Apteki, sprzątać za koleżankę, która ma chore dziecko. Po godzinie wróciłam. Nastawiłam zupę. Nastawiłam timer na 1.30. Poszłam spać, już bez uprzedniego czytania. Do piłkarzy miałam dziś na 14 i omal nie zaspałam. Wróciłam około 18,30. Zjadłam, podokuczałam Zuzi, pogłaskałam kota, umyłam głowę…
Mam ciekawą książkę, niedokończoną zabawną komedię. A marzę tylko o tym, żeby położyć się spać.
Moja największe świąteczne życzenie: przespać łącznie co najmniej 11, obudzić się bez budzika, pojeść, poczytać, pójść jeszcze spać na dwie godzinki, wieczorem spotkać się z ludźmi bez słaniania się i nerwowego spoglądania na zegarek…Posiedzieć aż wszyscy goście się zaczną rozchodzić, wyjść jako jedna z ostatnich, pójść spać, wstać bez budzika i mieć przed sobą jeszcze co najmniej jeden cały wolny dzień (albo przynajmniej jego większą część).

Parafrazując Tuwima.
Bezrobocie – marzenie człowieka pracującego.
Praca -marzenie człowieka bezrobotnego.

Dobranoc.

 

UPDATE

A potem przychodzi nowy dzien.
Ktos, kto potrzebowal pracy – wlasnie ja dostal i to ja bylam osoba przekazujaca dobra wiadomosc.

Johnny wlasnie leci do Lanzarotte. Wiec nie spedzi swiat samotnie przed telewizorem a ja nie odwazylabym sie go zaprosic.

Buty, o ktorych marze zeszly z ceny o polowe. Czarne, skorzane kamaszki, z antyslizgowym wihajstrem, ktory wystarczy odwrocic. Przytulilam, prawie pocalowalam, powiedzialam, zeby poczekaly cierpliwie do poniedzialku, to zabiore je do domu. Obicaly, ze zrobia co moga.

(Szkoda, ze nie pogadalam tak z aksamitna sukienka. Nie bylam pewna moich uczuc i …poszla sobie. Tak to jest jak sie czlek nie okresli w pore)

I slonce wyszlo! Brzozy za moim oknem swieca zlotem.
Sa takie dni, naprawde! I tego bedziemy sie trzymac gdy dol wyciagnie swoje szpony.
 

Opad wszystkiego

Przez internet …

Przez internet umawiam sie na wizyte do kolezanki, ktora niedawno urodzila synka. 
„Przyjdz, zapraszam serdecznie. Ja na razie nie moge przyjsc, bo nie moge wychodzic po zmroku przez 40dni od porodu, wiesz stara tradycja, ale nareszcie juz mija 40dzien…Przyjdz, wiesz, ze zawsze jestes serdecznie witana, ale tylko jesli nie masz akurat menstruacji..to tez stara tradycja…”- ona

” ??! W ktorym roku ty zyjesz?!” – ja
„Nie mow nic, jak przyjdziesz, to sama zobaczysz twarz mojego synka” – ona.

Wymiekalm. Dziewczyna ma lat 25, mature, studiowala chemie. No dobrze, pochodzi z Bulgarii, ale nie z jakiejs zapadlej wsi!  
W tej sytuacji naprawde rozumiem fenomen wierzen w Babe Wange oraz fakt, ze poczecie syna bylo dla kolezanki zaskoczeniem, wszak …uzywali kalendarzyka jako metody antykoncepcji.

 

 

 

Spacer z Ksawerym Svenem.

<span …

Kasawery jest porywczy, nieobliczalny i bardzo silny. Wkurzony, porywa do szalonego tańca wszystko, co stanie mu na drodze. Tu rzuci garscią ostrych, śnieznych igieł, tam kawalkiem drewna, załopocze flagą na maszcie, potrząśnie dachem domostwa, a i autobus potrafi zepchnąć z ronda. Wyładowawszy nadmiar energii przycicha, osiada, łagodnieje, udaje że jest najniewinniejszym z niewiniątek.  I dopuszcza do głosu Svena.

Sven jest łagodny, cichutki, nic nikomu nie wadzi. Jest przyjazny i mily. Miękki jak bialy, śnieżny puch…i jak on zdradliwy. Delikatną pieszczotą muska twoje policzki,  obejmuje cię i lekko prowadzi. Mowi przy tym troskliwie:
– Oj uważaj, widzisz, Ksawery tu znowy napaskudzil, ale ja zaraz, zaraz to uprzątne, zobacz, tylko dmuchne  – i dmucha. To, co Ksawery skuł lodem topnieje i rozplywa się. Jest lagodnie, milo i myslisz, nie, nie, Ksawery odszedl, nie wróci, przy boku mam Svena, mogę opuscic gardę. I dajesz się Svenowi  prowadzic, krok za krokiem, jak w tańcu. A potem Sven zatacza krąg … i świat zaczyna wirować, wszystko wkolo ciebie tanczy, Sven zniknal, a ty widzisz, że w ramionach trzyma cię Ksawery i śmieje sie przy tym szaleńczo.
Nie możesz odejść, nie możesz porzucić ich towarzystwa, masz do przejscia kawalek drogi i musisz to zrobic w tym dziwnym towarzystwie. 
Łzy ci plyną, oddech się rwie, myślisz, że cholera, nie dasz rady…I znów Ksawery znika a przy tobie pojawia się Sven. 

I tak maszerujesz wczesnym rankiem, a wlaściwie jeszcze w nocy, pustymi ulicami miasta. Przekopujesz sie przez zaspę, śnieg dostaje ci się do buta,  brniesz dalej by  za chwilę z trudem łapacć równowagę  na łysym placku chodnika, zdradliwie pokrytym lodem. Sven znów usłużnie posprzątał, myślisz ironicznie, balansujac by uniknąć  bolesnej wywrotki.  
W oddali migają koguty śnieżnych pługow.  Ktoś jeszcze oprócz ciebie nie śpi w miescie opanowanym przez szaleństwo o podwójnym imieniu.

Tvångsyndrom czyli kompulsja

chyba mnie dotyka …

chyba mnie dotyka osobiscie jesli chodzi o uzytkowanie kolorow.
Naprawde nie wiem jak to wychodzi, ze nagle cale grupy rzeczy mam JEDNYM kolorze. Byla faza zielona (kuchnia)  potem faza czerwona (przedmioty osobistego uzytku co nastepnie przenioslo sie na pokoj dzienny) byla faza fioletowa (ubrania) i niebieska (tez ubrania). Teraz faza rozowa. Bo kurtka w rozowe kwiaty ma do kompletu rozowe spodnie. Kask na lyzwy (tak naprawde narciarski bo lyzwiarskie byly tylko czarne i biale) kupilam rozowy. Rekawiczki (narciarskie, ale dla mnie na Komarka)  byly jeszcze czarne i drogie oraz niebieskie. No proszszsz… wole byc cala na rozowo niz polaczyc oczojebny blekit ( sliczny nawiasem mowiac) z rozowosciami!

Czy to sie jakos leczy?
Bo na razie w poszukiwaniu innego koloru wpadam w szpony innego.
Ostatnio podoba mi sie zolty. Ale nie taki jak cytryna. Taki bardziej z domieszka brazu, ciemno zolty. W sklepach juz nic nie ma w tym kolorze bo nie jesien. Na szczescie. Moze nie ulegne.